Menu

Zachodny do tablicy

Futbol analitycznie, statystycznie i konkretnie - na tablicy Michała Zachodnego.

Najlepszy mecz dla każdego

mzachodny

Zaraz po losowaniu rzuciłem się do swojego kalendarza, by dat dwumeczu Borussii Dortmund z Tottenhamem zakreślić, wyróżnić i nie zapomnieć. Sprawdzałem bilety lotnicze, szukałem połączeń, możliwości wyjazdu, ale musiał uznać pomysł obejrzenia i poczucia jednego z tych starć z bliska za przegrany. Jednak nie znaczy to, że w 1/8-finału Ligi Europy nie widzę potencjału na najlepsze, co nas może czekać wiosną w europejskich pucharach. Dlaczego? Wątków jest kilka...

Dlaczego to spotkanie najlepiej pokaże poziom angielskiego futbolu?
Pośród poszukiwań potencjalnych menedżerów dla Chelsea w poprzednim tygodniu pojawiła się informacja o wstępnych rozmowach klubu z Mauricio Pochettino. Nie o to chodzi, by rozpoczynać debatę o szansach na taką zmianę, ale przytoczyć komentarz jednego z angielskich dziennikarzy: "Gdyby Pochettino wybrał Chelsea, zrobiłby to dzięki reputacji za ostatnie dziesięć lat. Jednak czy jest pewien, że przez następną dekadę ten klub osiągnie tyle samo?"
To dało mi do myślenia i patrząc na dynamikę rozwoju Premier League, obecną pozycję Chelsea i Tottenhamu, składy oraz możliwości, to wydaje się, że progres tych drugich przyjdzie szybciej, podobnie jak z szansami na wygrywanie pucharów. Rok temu oglądałem na Wembley jak "The Blues" w dość pewnym, czy raczej profesjonalnym stylu rozprawiają się ze Spurs w finale Pucharu Ligi, ale już wtedy coś się zmieniało. Choćby za sprawą wygranej 5-3 we wcześniejszych derbach Londynu, które nadały ton późniejszej rywalizacji - to Chelsea cofała się za podwójną gardę, by nie oberwać w szczękę, gdy tylko się odsłoni.
Ale też patrząc na Tottenham widzę przyszłość angielskiej piłki - wraz z nowym stadionem, planem na promowanie młodzieży oraz przemyślane transfery (efekt Pochettino działa także na Daniela Levy'ego, prawda?) spoza tych najbardziej oczywistych i najwięcej kosztujących. Mówiąc o kolejnej dekadzie mam też na myśli styl, bo to Argentyńczyk jest tym najbardziej zaawansowanym menedżerem w Anglii jeśli chodzi o dotrzymywanie kroku ewolucji futbolu. A on i Tottenham gonią choćby taką Borussię, która status już sobie zbudowała, wpadła w kryzys tożsamości i zdążyła się z niego w spektakularny sposób wygramolić. Więc czekam na odpowiedź, gdzie przy projekcie Tuchela stoi projekt Pochettino. I nie mogę doczekać się odpowiedzi.

Dlaczego Borussia musi wygrać?
Nie mam żadnych wątpliwości, gdy mówię, że w tym sezonie najbardziej imponuje mi nie Leicester City, ale właśnie Borussia Dortmund. W Tuchelu widzę szkoleniowca, w którego głowie nie umieszczony jest jeden komputer, ale jak gdyby cała serwerownia pozwalająca ogarnąć to, co w ciągu dziewięćdziesięciu minut dzieje się na boisku. Przetwarza dane błyskawicznie, wypluwa wnioski i rozwiązania, przekazuje je, ale też wszystko widzi odpowiednio wcześniej. Ostatnio pisałem o fenomenie i niesamowitej historii N'Golo Kante, ale jestem pod nie mniejszym wrażeniem tego, jak Tuchel wyciągnął z TSV 1860 Monachium Juliana Weigla i wsadził w sam środek swojej maszyny.
Oczywiście w niemieckim nastolatku już Richardo Moniz widział kapitana pierwszego zespołu niemal od debiutu, choć jego chwyt był bardziej pod publiczkę. Tuchel dostrzegł więcej, dostrzegł element spajający taktykę Borussii. Teraz po świetnym meczu z Bayernem Monachium Weigl mówił, że tak szybko wymienianej piłki jeszcze nie widział, ale trudno mu zarzucić, by tempa wielkim rywalom nie dotrzymywał. Jak podsumowano w "Suddeutsche Zeitung" jego występ: "On nie tylko ten huragan przetrwał, ale grał w jego samym środku, całe spotkanie i ani razu wiatr go nie powalił".
Tak, Weigl podobnie jak cała Borussia zrobił olbrzymie wrażenie. Jednak nie może mi z głowy wylecieć myśl, że ten zespół potrzebuje spektakularnego zwycięstwa. W kraju Bayernu w tym sezonie nie dogoni, choć już udało się zespół Guardioli zatrzymać - bezbramkowy remis jest znakiem wielkiego postępu od jesiennego lania (1:5).
Nie chciałbym, by w trybiki maszyny Tuchela wsypano piach frustracji z powodu świetnego sezonu zakończonego na drugim miejscu, na 1/8-finału, na poczuciu niedosytu. Widzę tak olbrzymi potencjał, że aż życzę sobie i każdemu by ten potwór rósł jak najszybciej, widzę to, jak tegoroczne zwycięstwo w LE wykopałoby Borussię na minimum półfinał Ligi Mistrzów w sezonie kolejnym. Pamiętajmy - cała historia z Tuchelem, Weiglem i innymi piłkarzami z Dortmundu nie odciśnie się takim piętnem w naszej pamięci, jeśli nie będą wygrywać pucharów. Inaczej pozostanie to po prostu dobrym tematem bez pomyślnego zakończenia - coś, jak ostatni sezon Juergena Kloppa i finał Pucharu Niemiec w Berlinie.

Dlaczego Tottenham także nie odpuści?
Ten efekt zwyciężania potrzebny jest także Pochettino. O ile Borussia Dortmund generalnie nieźle się w czasach Kloppa obłowiła - przez to zdecydowanie lepiej jest wspominana, prawda? - o tyle na White Hart Lane już osiem lat mija od ostatniego trofeum. Nie udało się rok temu z Chelsea, o Pucharze Anglii Tottenham też już zapomina, w lidze dogonić Leicester w wyścigu z Arsenalem i Manchesterem City będzie jeszcze trudniej.
I siedzi mi w głowie jeden z moich ulubionych fragmentów książki Michała Okońskiego "Futbol jest okrutny" o poczuciu kibica Tottenhamu, który jest jak jamnik schowany pod szafą. Też obserwując go w ostatnich tygodniach widać w tych wygranych Spurs niemałe jego przerażenie. To typowe dla "Kogutów", że kumulacja kilkunastu zwycięstw zawsze ostatecznie równa się spektakularnemu potknięciu na finiszu. Przez głupie okoliczności (lazania!), sprawy od nich niezależne (Chelsea wygrywająca Ligę Mistrzów), a nawet własne błędy.
Jednak uważam, że angielski futbol sukcesu Tottenhamu potrzebuje bardziej niż nawet fani tego klubu. Wobec narzekań na jakość Premier League, jej niedostatki obnażane w Lidze Mistrzów, to tam widzę plan mogący dorównać innym czołowym klubom Europy spoza Wysp.
Gdy Thomas Tuchel mówi, że Tottenham to "klub jakby grający w Bundeslidze" wcale nie kojarzę tego wprost ze stylem gry, ale całą otoczką wymienioną już wyżej - akademią, promowaniem młodzieży, dobrymi transferami (Dier, Alli, Eriksen, Alderweireld, Son).
Naprawdę trudno o większy komplement we współczesnym futbolu, niż stempel Bundesligi. Zwłaszcza dla klubu, który jeszcze dwa lata temu był synonimem szaleństw i niedostatków Premier League. Jak widać droga w dobrym kierunku wcale nie zajmuje tak sporo czasu, choć kosztuje wiele wyrzeczeń. Mimo wszystko warto, lecz bez sukcesu Tottenham wróci do bycia tylko Tottenhamem. I w sumie o to największą swoją walkę stoczy drużyna Pochettino - by nikt więcej nie powiedział przed meczem z nimi po prostu, że "to Tottenham, chłopaki".

Dlaczego to mecz dla Guardioli?
Chociaż Pep Guardiola ostatnio swoje wolne chwile wykorzystuje w całości na pościg za nowymi piłkarzami dla kolejnego klubu w trenerskiej karierze, to pewnie jak my przyklei się w czwartek do telewizora. Trudno mu się dziwić, spoglądając na Tottenham stawiający czoła Borussii szybko zweryfikuje poziom do jakiego musi w Manchesterze City doskoczyć.
Sam Guardiola wie, że obecnie przyszły klub nie bardzo może się do Tottenhamu porównywać. Nie chodzi o to, że City dwukrotnie w tym sezonie zostało pokarane przez zespół młodszy, bardziej energiczny, głodny zwycięstwa, grający z polotem, pomysłem i odpowiedzialnością - bardzo często całkowite przeciwieństwo trupy Manuela Pellegriniego. Bardziej o to, że Bayern został mocno podgoniony przez Borussię za sprawą działań Tuchela. Jeśli teraz okaże się, że Tottenham może mierzyć się na równi z wiceliderem Bundesligi i jedynie czwartą drużyną, która zatrzymała walec z Monachium (czyt. nie straciła w meczu gola), to znak, że wyzwanie, które czeka go w Anglii staje się znacznie trudniejsze.
Już nie będzie chodziło tylko o klimat, brak przerwy zimowej, natężenie rozgrywek, wymianę kadry, nauczenie innego stylu zebrany latem skład. W odniesieniu sukcesu na Wyspach przede wszystkim Guardioli będą mieszać rywale, a to właśnie Tottenham może zwycięstwami nad Borussią pokazać, że jeszcze przed przylotem Pepa do Manchesteru zdobywa sobie nad City przewagę.
Europa weryfikuje poziom, to już ustaliliśmy. Guardiola do tej pory zwykł karcić angielskie kluby i to nawet bardzo boleśnie. Gdy przeniesie się już na Wyspy spojrzy na problem pokonywania Bayernów, Realów i Barcelon Europy z zupełnie innej strony. Może już patrzy? A jeśli tak, to widzi, że sukcesu w Lidze Mistrzów - najbardziej wyczekiwanego przez ludzi finansujących City - nie osiągnie bez triumfu na własnym podwórku. Gdyby Borussii udało się zlać Tottenham Pochettino, może łatwiej byłoby nam przyznać, że misja Guardioli na Etihad wcale nie jest tak ryzykowna, jak nam się do tej pory wydawało.

 

 

Komentarze (1)

Dodaj komentarz
  • Gość: [MGR] *.neoplus.adsl.tpnet.pl

    W grze Dortmundu ewidentnie brakuje ogólnej myśli. Oni cieszą się tym co jest teraz. W przyszłości mogą prezentować podobną grę co do tej pory, z tym że silni rywale tacy jak Bayern bardziej im uciekną, bo lepiej uczą się kontrolować mecze, zamiast pchać się na siłę do przodu jak najszybciej.

© Zachodny do tablicy
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci