Menu

Zachodny do tablicy

Futbol analitycznie, statystycznie i konkretnie - na tablicy Michała Zachodnego.

Śląsk Wrocław, czyli znów zaczyna się cierpienie

mzachodny

- Zagrożenie jest realne. Pamiętamy, co się stało w tamtym sezonie z Podbeskidziem. Trzeba realnie popatrzyć na sytuację – powiedział Jan Urban po trzeciej z rzędu porażce Śląska Wrocław na wiosnę. W tych meczach jego zespół stracił dziesięć goli, strzelił ledwie cztery.

W piątkowy wieczór Śląsk przegrywał już od siódmej minuty, drugiego gola stracił tuż po przerwie, a potem w dosyć szalonych okolicznościach niemal doprowadził do remisu 4:4. Niemal, bo skończyło się porażką – jedenastą w sezonie, tylko raz w poprzednich pięciu sezonach wrocławianie zaliczyli ich więcej. Jednak w ostatnich dwóch latach Śląsk walczy wyłącznie o utrzymanie: nie tylko ekstraklasy, ale też godności, bo niemal zwyczajem stało się wyśmiewanie pustego stadionu. Tym bardziej tych ostatnich kilkanaście fatalnych miesięcy pozwala dostrzec, że lata mistrzostwa (2012), wicemistrzostwa (2011), trzeciego (2013) i czwartego (2015) miejsca były złotym etapem w historii klubu. I już wydającym się odległym wspomnieniem w środku zjazdu do którego doprowadza właściciel – miasto.

 

Tymczasem w mieście atmosfera zdaje się być zupełnie inna. Cztery godziny przed tym, jak w sali konferencyjnej stadionu z porażki tłumaczył się Urban, na jego miejscu siedzieli były prezes Śląska, Krzysztof Hołub oraz jego następca Michał Bobowiec. Obok nich był również Maciej Bluj, wiceprezes Wrocławia. Padły piękne i odważne deklaracje, podziękowania były gorące, gratulacje raczej szczere. - Jest mi niezwykle miło, że mogłem poznać tak wiele miłych osób. Mam nadzieję, że odczuliście Państwo jakieś pierwsze zmiany w Klubie. Myślę, że Śląsk jest bardziej otwarty medialnie – mówił Hołub. - Pierwszy raz na meczu byłem w wieku 6 lat, chodziłem na piechotę wraz z tatą na mecze Śląska. Głośno mówię, że to jest najlepszy klub w Polsce. Wierzę, że można tu odnosić sukcesy – dodawał Bobowiec, jakby zapominając, że te sukcesy już kilka lat temu były. - Wszyscy zauważyli, że odkąd miasto jest właścicielem, nie było sytuacji, w której nie wyciągnęlibyśmy dodatkowych pieniędzy w potrzebie. Nie było sytuacji, by pieniędzy by zabrakło. Wysokość budżetu się zmieniała, ale budżet, by grać w ekstraklasie, zawsze jest zapewniony – powiedział Bluj. - Nie dopuszczam sytuacji, by Śląsk nie utrzymał się w ekstraklasie – dosyć buńczucznie zapowiedział Bobowiec, jakby nieświadom sytuacji w tabeli i tego, jaki przejmuje zespół. Pewnie dlatego Urban sam poprosił o spotkanie z prezydentem Wrocławia, Rafałem Dutkiewiczem, by przekonać, jakie kłopoty ma Śląsk.

Policzmy – trzynastu zawodnikom kontrakty kończą się w czerwcu tego roku, pięciu jest wypożyczonych. Teoretycznie już dziś umowę w innym klubie mogliby podpisać kapitan Piotr Celeban, który trzyma szatnię, Kamil Dankowski, który traktowany jest jako skarb Śląska. Skarb, ponieważ minutami na boisku gwarantuje niemały wpływ po sezonie z Pro Junior System – tu miejsce na podium jest niemal niezagrożone. Jedenastu to obcokrajowcy, których przywiązanie do klubu kibice już zdążyli skwitować transparentami o „hiszpańskich kelnerach”.

W tej sytuacji Urban musi zbudować spójną szatnię, skupioną na konkretnym celu i zdeterminowaną, by go osiągnąć. – Zaczyna się cierpienie – powiedział szkoleniowiec w piątek. Bardziej dla niego i kilku zawodników, których kontrakty są dłuższe i dla nich gra w pierwszej lidze byłaby tragedią. Nic dziwnego, że Urban przywołał historię spadku Podbeskidzia z poprzedniego sezonu. Drużyna z Bielska-Białej pokazała, jak kosztowny może być w tej ostatniej, decydującej fazie sezonu jakikolwiek defekt mentalny. W ich wypadku chodziło o zrzucenie do grupy spadkowej poprzez wyniki małej tabeli trzech drużyn, w kwestii Śląska problemem jest tymczasowość całego „projektu”. Nikt nie będzie zarzucał braku zaangażowania, ale ta już tkwiąca z tyłu głowy myśl o innej, lepszej przyszłości może w obliczu spadku odegrać kluczową rolę. Nawet jeśli o kilka procent, to już jest problem.

Idźmy dalej: celem Śląska na rundę wiosenną nie miała być walka o utrzymanie, ale wejście do pierwszej ósemki - prezydent Dutkiewicz nawet wyliczył sobie, że status Top 8 w lidze już teraz powinien być zagwarantowany. O tym głośno mówił Hołub, a także nowy dyrektor sportowy, Adam Matysek. Nowy dosłownie, bo wcześniej takiej roli nie pełnił, nie był nawet skautem, po karierze piłkarskiej pracował wyłącznie jako trener bramkarzy. Przedstawiając go wyróżniano zdobyty przez byłego golkipera certyfikat z kursu skautingowego, choć dwudniowe zajęcia kończą się skądinąd słuszną deklaracją prowadzącego, że do bycia odpowiednim wyławiaczem talentu potrzeba sporej, kilkuletniej praktyki.

I Matysek, i Hołub zostali rzuceni na zbyt głęboką wodę. Pierwszy musiał wybrać trenera, do tego znaleźć kilku piłkarzy do proszącego się o wzmocnienia składu, ale skończyło się tym, że Urban w środku pomocy musi wystawiać Łukasza Madeja, byłego skrzydłowego. Mateusza Lewandowskiego w Białymstoku wybrał do pierwszego składu, choć widział go na jednym treningu. Musiał tak zrobić, bo Śląskowi brakuje szybkich i wysokich zawodników, za to zespół jest napakowany filigranowymi piłkarzami w stylu Ryoty Morioki, Joana Romana, Alvarinho, Roberta Picha, Sito Riery itd… Niedawno usłyszałem w jednym klubie ekstraklasy, że grając z wrocławianami wystarczy „zaostrzyć” i od razu wszystko się układa, jest na boisku łatwiej. Priorytetem zimą było sprowadzenie napastnika, bo Kamil Biliński w tym sezonie do siatki trafił tylko trzy razy, a Bence Mervo nigdy nie rozwinął się na miarę nadziei, jaką dał wiosną ubiegłego roku. Ściągnięto więc Łukasza Zwolińskiego – uwaga: jeden gol w sezonie – który wysoką formę prezentował na początku poprzedniego sezonu, w ponad 100 meczach ligowych zdobył ledwie 24 bramki. Po Piaście Urban zauważył, że jego zespół chociaż trzy razy trafił do siatki rywali, to ani razu nie zrobił tego ich napastnik. Z kolei Pich zauważył, że znów zabrakło wykończenia za które w nawet średnio solidnych drużynach odpowiedzialne są „dziewiątki”.

Polityka transferowa to jedno, zupełnie odmienną kwestią jest sposób prowadzenia klubu. Hołub przejął w listopadzie stanowisko prezesa i już wtedy mówił o sprawach kontraktowych, już wtedy wiedział, że będzie trwał tylko do końca marca, już wtedy gwarantował rozwiązanie sytuacji i… Hołub: - Wiele kontraktów jest wydrukowanych i czekają. To jednak bardzo złożony proces. Bardziej, niż może się wydawać. Nie wszystkie sznurki trzymają włodarze klubu. Sami zawodnicy nie są pewni, gdzie chcą grać. To często kwestia agentów, ich „opcji”. Nie chciałem prowadzić ich „na chama”, byleby zakończyć, na jakichkolwiek warunkach. Negocjacje trwają, nawet dziś prowadzone były rozmowy. To ciągły proces. Z mojego punktu widzenia najważniejsze jest to, że zaczęliśmy się z zawodnikami komunikować – mówił w piątek. Z biura prezesa do szatni piłkarzy wcale nie jest daleko, w budynku na Oporowskiej to ledwie dwa piętra, można zresztą dla wygody zjechać windą. A komunikacja może cieszyć, choć również dziwić, gdy wie się, że z np. Celebanem – ze słusznych względów ulubieńcem kibiców – negocjacje trzeba było prowadzić od nowa, a ustalone przez wcześniejszego prezesa warunki wylądowały w koszu. Dlatego na każdym z ostatnich meczów skandowane jest nazwisko kapitana Śląska, dlatego znów wywieszono poświęcony jego umowie i oskarżający działaczy transparent, dlatego w piątek osobny i jednoznacznie negatywny poświęcono Hołubiowi.

231(fot. Klaudia Ogrodnik, Slasknet.com)

Warto jednak wrócić do jego słów po nominacji. - Musimy zaprosić ludzi na Śląsk, żeby pokochali klub, a w dalszej perspektywie będą płacić za bilety. WKS musi się stać bardziej trendy, bardziej sexy. To praca na lata, ale ktoś musi zacząć. Nie twierdzę, że nikt nie zaczął, potrzeba jednak nowej wiary, nowego ducha. Wiele rzeczy jest możliwych – mówił i zapowiadał nowych sponsorów, kibiców i piłkarzy. Częściowo – a raczej: tymczasowo – udało się rozwiązać tylko ten ostatni aspekt. W trzy miesiące Śląsk nie ogłosił ani jednego nowego sponsora, z Piastem zaliczono drugą najniższą frekwencję w tym sezonie we Wrocławiu. Ceny biletów i karnetów obniżono, ale kibice widząc, kto i jak gra, jak funkcjonuje Śląsk, nie garną się do wypraw na stadion. Gdy na popularnym portalu lokalnym ogłoszono, że do zdobycia darmowych wejściówek wystarczy wysłać e-mail - przyszły trzy odpowiedzi. Gdy podobny „konkurs” kilka miesięcy wcześniej zorganizowano z zaproszeniami na film „Smoleńsk”, chętnych było sześćset osób.

- Nie można sprzedawać tego klubu miesiącami. Trzeba to szybko zrobić – rzucił pod koniec listopada Hołub. W piątek za to dowiedzieliśmy się, że trwa aktualizacja wyceny Śląska, że tak naprawdę trzeba czekać do końca sezonu, ponieważ żaden inwestor nie wykupi akcji klubu, gdy jego wartość może zaraz spaść o kilkadziesiąt procent, na poziom pierwszej ligi. Ale to nie tylko kwestia wyceny, bardziej tego, że miasto po sprzedaży chciałoby zostawić sobie prawo do decydowania o losach klubu i to niekoniecznie na zasadzie współpracy. Sprzedać ciastko i mieć ciastko.

Wszystko ze względu na stadion. W zasadzie cała piątkowa przedmeczowa konferencja prezesów wypadła dziwnie, ponieważ brzmiało to, jakby dotyczyła właśnie obiektu, a klub był do niego tylko kłopotliwym dodatkiem. Kłopotliwym, bo przez kiepskie wyniki nie ściąga kibiców, nie daje zarobić, niszczy też wizerunek. Zresztą Bobowiec do tej pory był wiceprezesem stadionowej spółki, na spotkaniu był obecny jego poprzedni szef, Jacek Kostrzewski. W kuluarach można było usłyszeć, że wkrótce do klubu przejdzie kilku pracowników, znów dokona się roszad na niektórych stanowiskach, wszyscy będą się uczyli swojej pracy od nowa, kibice usłyszą tekst o „impulsie do rozwoju”… - Chcemy budować jedno przedsięwzięcie – piłkarski Śląsk i Stadion Wrocław – nie krył Bobowiec. - Śląsk był do tej pory klientem na stadionie. Chcemy to zmienić. Wspólnym celem jest zapełnianie trybun i promocja meczów na Stadionie Wrocław. Nie wykluczamy przeniesienia siedziby Śląska na Stadion Wrocław, ale do tego potrzebna jest analiza i ocena czy i kiedy byłoby to możliwe – dodawał Bluj. Z kolei Dutkiewicz mówił nawet o specyficznej „fuzji” dwóch najbardziej kontrowersyjnych spółek miejskich – kontrowersyjnych przez sens wydawania na ich utrzymanie milionowych kwot rok w rok. - Gdyby znalazł się ktoś tak potężny i rzeczywiście położył pieniądze na stole, to wtedy moglibyśmy sprzedać stadion i klub. Jednak tak czy inaczej, czy znajdziemy sponsora, czy nie - chcemy Śląsk jeszcze mocniej związać ze stadionem. Żeby to było ich mieszkanie, żeby siedziba już na dobre przeniosła się na Stadion Miejski – tłumaczy prezydent miasta.

Oczywiście to jest zmiana, która nic by nie wniosła. Raz, że Śląsk nie ma nawet tylu pracowników, by wypełnić niewielki budynek na Oporowskiej. Do niedawna mówiło się nawet o wynajęciu jednego piętra – wiadomo, dodatkowe wpływy - w kilku pomieszczeniach postawiono łóżka i szafki, by spełniały rolę tymczasowego internatu dla młodych piłkarzy. Dwa, że i tak te tereny musiałby użytkować, to jedyna i całkiem przyzwoita baza treningowa dla ekstraklasowej drużyny. Ale jak widać to obecnie jedyne logiczne rozwiązanie w Śląsku: poprzesuwać kilka biurek, na drzwiach wymienić szyldy z nazwiskami pracowników, zrobić dużo szumu, zorganizować konferencję, okrągłe słowa złożyć w zdania o pięknej przyszłości i rozwoju. Byle jak najmniej o futbolu, bo… o nim prezesi klubu nie lubią rozmawiać. – To dla mnie spora niedogodność, bo muszę podejmować decyzje sportowe, na których się nie znam – mówił Hołub. Przypominają się też słowa Bobowca o sytuacji Śląska, by zdać sobie sprawę, że poprawa wcale nie jest w tej kwestii znacząca. On sam zresztą w futbolu jeszcze nie pracował, Hołub już raz w klubie był prezesem.

- Będzie dobrze – krzyknął wodzirej kibiców Śląska do piłkarzy po porażce z Piastem. Był to bodaj pierwszy od dawna przegrany mecz, gdy fani podziękowali zawodnikom, było przybijanie „piątek” i podnoszenie ich na duchu. Zupełnie jakby to były ostatnie dwie grupy wokół Śląska, które zdawały sobie sprawę z powagi sytuacji i wiedziały, że to jeszcze nie czas na zrywanie koszulek i wyzwiska. Problem w tym, że pierwsze grono jest coraz węższe, drugie w sporej części jest we Wrocławiu przejazdem. Może poza słabością fizyczną, mentalną i błędami w defensywie dostrzegli jeszcze iskierkę nadziei – grę Joana Romana i Roberta Picha choćby – i nie chcieli jej przypadkiem zdmuchnąć? Zresztą fani wiedzą lepiej od doraźnych działaczy, co może oznaczać spadek. Bo XXI wiek to nie tylko najlepsze lata klubu, ale i najgorsze.

miedz

Dziesięć lat temu Śląsk trwał w środku tabeli dawnej drugiej ligi, co i tak było osiągnieciem po dwóch sezonach poziom niżej i meczach z m.in. TOR-em Dobrzeń Wielki i Swornicą Czarnowąsy. Chodziłem, oglądałem, trwałem. A niemal równo dziesięć lat temu – dwunastego marca – szedłem z kolegami na stadion na Oporowskiej z nadzieją, bo zainstalowano sztuczne oświetlenie, a Jan Żurek obiecywał zdobycie czterdziestu punktów wiosną i awans do ekstraklasy. Na stadion weszło osiem tysięcy widzów, miesiąc później na meczu z Unią Janikowo było już fanów znacznie mniej, ale pomimo słabej gry atmosfera była fantastyczna. Tego dnia – 18 kwietnia 2007 roku – Polska wraz z Ukrainą otrzymała prawa do organizacji Euro 2012, a my jak głupi cieszyliśmy się, bo we Wrocławiu miał powstać piękny stadion, a wraz z nim klub też miał doczekać się znacznie lepszych czasów.

Takich chwil się nie zapomina, nawet patrząc na kolejną klęskę drużyny przy coraz bardziej pustych trybunach i znów na najlepszej drodze do niższej ligi. Tylko kto by pomyślał, że w obliczu takiego kryzysu ludzie prezydenta z uśmiechem będą sobie takiego stanu rzeczy gratulowali?

Komentarze (5)

Dodaj komentarz
  • Gość: [Michal_KSR] *.dynamic.chello.pl

    Michał jak zwykle w punkt. Ze smutkiem oglądam, to co się wyprawia w moim klubie w ostatnich latach.....

    W rozmowach ze znajomymi padają deklaracje, że za 10zł nawet nie warto iśc na stadion.

    Ja należę do tych, którzy widzieli iskierkę nadziei. Po grze min. Romana, Madeja, Picha widać było że oni cholernie tego nie chcą przegrać. Postawa całego blogu defensywnego to inna historia....

    Nie bądźmy drugim Widzewem! Ratujmy klub póki gra w Ekstraklasie a nie w 3 lidze.

    Wszyscy za Śląskiem na dobre i złe!

  • Gość: [Maxiu] *.centertel.pl

    Celebanowi kibice robią krzywdę-gość gra poniżej krytyki, a domaga się 5 letniego kontraktu. Nie ma napastnika w tym klubie. Brak perspektyw bo 2 zespół za chwilę przestanie istnieć. Pracownicy donoszą na siebie-trener napisał donos i ... sam stracił pracę Dokąd zmierzasz Śląsku?

  • Gość: [errtyk] *.dynamic.chello.pl

    Niech oni nic nie przenoszą. I tak nie potrafiliby tego zrobić. Chcą sprzedać klub w tym roku a dyskutują o przenoszeniu klubu, co jest skomplikowaną, długoterminową operacją. Po prostu pier***enie o tak. Oczywiście sam pomysł jest bardzo dobry, ale nie dla nieudaczników.

  • Gość: [Zenek Wks 76] *.centertel.pl

    A ja się pytam: po co nam trener Urban? Mam wiele sympatii do Janka i jego umiejętności piłkarskich,ale jako trener...w klubach bez wiekszej kasy i dobrych piłkarzy - nic nie osiągną.Chyba czas na...Tadka Pawłowskiego - niech ratuje Slask poki nie jest za późno!

  • Gość: [gali] 62.233.251.*

    Jakie przedsiębiorstwo się rozwija, jeżeli wszystkie swoje zyski przejada zamiast zainwestować? To właśnie stało się w Śląsku. Rozumiem politykę zaciskania pasa tylko jak widać prowadzi ona ostatnio do tego, że nasz ukochany klub na tym pasie się powiesi. Główny zastrzyk finansowy dla polskich klubów to przychody z transmisji TV (nie licząc różnych dotacji od miast i gmin) a bez gry w ekstraklasie tej kasy nie będzie. Zacznie się budowa wszystkiego od nowa. Trzeba było zainwestować pieniądze po mistrzostwie w infrastrukturę i akademię dla młodzieży i teraz wprowadzać do gry pierwsze jej owoce. A tak największe talenty regionu siedzą w internatach w Lubinie.

© Zachodny do tablicy
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci