Menu

Zachodny do tablicy

Futbol analitycznie, statystycznie i konkretnie - na tablicy Michała Zachodnego.

Co sprawia, że Adu wciąż się chce?

mzachodny

Przyznajemy rację Radosławowi Mroczkowskiemu, który Freddy’ego Adu nazywa „starym odkurzaczem”, patrzymy na sprawę testów Amerykanina z przymrużeniem oka lub załamujemy ręce nad tym, jak funkcjonują polskie kluby. Ale mało kto zastanawia się, dlaczego niegdyś „cudownemu dziecku” wciąż się chce?

Sprawdziłem – ostatnie mecze Adu w bazie InStat są z zimy tego roku, gdy przebywał na testach w Portland Timbers. Nic szczególnego, nieco ponad 70 minut w dwóch spotkaniach, ledwie jeden z ośmiu pojedynków wygranych, jeden strzał (niecelny), dwie próby dryblingów, 22 dokładne podania.

Nic, co mogłoby zagwarantować mu kontrakt w klubie z MLS.

Historię tego chłopaka zna cały świat, wytłumaczeń jego upadku jest bez liku – polecam te z tekstu „Gazety Wyborczej” o 28-latku – ale mało kto jest w stanie powiedzieć, dlaczego jemu wciąż się chce?

Jeszcze pierwsze próby można wytłumaczyć pewną desperacją: chęcią zrobienia wszystkiego, by postawić karierę na nogi w zakochanej w futbolu Brazylii. Ale potem ta droga zaczyna być coraz bardziej skomplikowana – Serbia, Finlandia, testy w tuzinie krajów, powrót do Stanów, a teraz wreszcie Polska.

Wzbudza to mój autentyczny podziw. Postawcie się na jego miejscu: od czterech… a w zasadzie od ośmiu lat słyszycie o sobie i czytacie to samo. Gdzie nie zrobicie kolejnego kroku – „złote dziecko” ciąży nad nazwiskiem. Kilkudziesięciu trenerów już patrzyło, przyglądało się i może nawet było chętnych, by w jakimkolwiek stopniu ułamek niegdyś niebywałego talentu wydobyć. Nikomu się nie udaje. Każdy w końcu macha ręką i sadza Adu na ławce, posyła do rezerw, rozwiązuje kontrakt.

Jesteście Adu, który zachwycał świat, a teraz jeździcie od Jagodiny przez Kuopio do Nowego Sącza, by za każdym razem utwierdzić się w przekonaniu, że nie ma w was nic wartościowego. Nic, czym można zasłużyć sobie na szansę odbudowy, ustabilizowania całej sytuacji życiowej.

Czy chciałoby się wam pojechać na jeszcze jeden trening w Nowym Sączu? W nieznanym kraju, małym klubie, będąc od pierwszej minuty kompletnie wyizolowanym? By tylko przejść badania medyczne, nie wiadomo przecież, czy w ogóle uda się kopnąć piłkę?

Są w futbolu piłkarze, których celem jest gra i podróżowanie. Zwiedzanie krajów, poznawanie nowych kultur, coroczne przeprowadzki… Taki styl życia. Ale Adu na takiego gościa nie wygląda. Na jego Instagramie (ledwie pięć zdjęć w ostatnim roku) nie ma zdjęć miast, targów, muzeów itd. Są za to wspomnienia – „To z czasów w Bradenton, gdy chcieliśmy tylko grać, a miłość do piłki była w szczytowym momencie”, podpisuje pod jedną z fotek, co w omawianym kontekście brzmi… smutno – oraz kolejne treningi. „Pełen zdrowia i bez kontuzji. Stając się lepszym każdego dnia” – podpisał zdjęcie z zeszłego roku. Znów można spytać: czy jego motywacją faktycznie jest dążenie do poprawy swoich umiejętności, czy ich odzyskanie? Czy wobec tak wymownych ostatnich lat w ogóle o poprawie można mówić? Czy on jeszcze pamięta, co oznacza jego optymalna forma i co pozwala mu na boisku robić?

Niezależnie od wszystkiego – mój podziw dla Adu rośnie. Po tak wielu ciosach większość schowałaby się pod kamień, zaszyła w Baltimore, czy gdziekolwiek i grała już dla rozrywki w lidze szóstek. Może tam byłby królem, ale światu pozwoliłby o sobie zapomnieć. Rozważyłby inną drogę – może szkoląc młodzież, jednocześnie będąc dla nich najlepszym przykładem, jak prowadzić karierę?

Mniejsza o to, kto i co by w takiej sytuacji zrobił. Nie wiem, czy w Adu jest więcej determinacji w próbie powrotu do tego, co kiedyś miał, czy po prostu tak kocha grać w piłkę. Z tym drugim jest ostatnio problem, ale nie wolno tej opcji wykluczyć – kto uczucie biegania po murawie, wysiłku i satysfakcji z 90 minut spędzonych w Ekstraklasie czy B-klasie zna, ten pewnie upór Amerykanina zrozumie. A przynajmniej ja bym zrozumiał.

Tylko boję się, że to już nie o to chodzi. Bardziej martwię się, że to nie determinacja rzuca Adu po świecie, ale jego kółko adoracji, które bawi się nim od lat, traktuje go jak reklamową dyktę ustawianą na konferencjach prasowych lub spotkaniach dla kibiców, by mogli sobie zrobić zdjęcie. „Pojedź do Nowego Sącza, tam na pewno ci się uda”, „Jesteś dobry, wierzymy w ciebie i wyjdzie ci to na dobre”, „jeszcze możesz spełnić swoje marzenia, zaczynając od Sandecji”… Brzmi to śmiesznie, ale też strasznie.

Wątpliwe, by Adu w Nowym Sączu został – dygresja: jaki jest ten „cel marketingowy” Sandecji w związku z Amerykaninem? By na chwilę klub zaistniał? Bo przecież na mapie świata beniaminek Ekstraklasy nie zostanie, jak nie udało się to ani KuPS, ani Jagodinie, ani Bahii – ale jego determinacja intryguje. Po części jako wiecznie niespełniony piłkarz, kiedyś dziecko marzące o namiastce kariery, którą on przeszedł mogę to zrozumieć, tak jak rozumiałem, gdy Sorin Oproiescu, student z Rumunii, zręcznie zmanipulował działaczy Wisły Kraków, by dali mu szansę testów. Może to faktycznie tak w zawodowym futbolu jest – wystarczy się zahaczyć, pokazać w trzech, czterech meczach i potem jechać na opinii?

Wątpię jednak, by Adu tak robił lub się swoimi osiągnięciami chwalił i napawał. Bardziej jego historia najnowsza mówi mi, że tego garba najchętniej by się już pozbył. W Nowym Sączu, w Stanach, w Azji, w Indiach, Australii czy gdziekolwiek – byle tylko znaleźć swoje miejsce i znów odpalić. Znów coś pokazać i udowodnić przede wszystkim sobie, że wciąż ten talent ma, a nie, że ktoś mu go wmówił.

Też bym o to walczył.

Komentarze (2)

Dodaj komentarz
  • Gość: [simon] *.neoplus.adsl.tpnet.pl

    Świetny tekst.

    Swoją drogą, nawet zabawnie by było, jakby po tych wszystkich przejściach odpalił w ekstraklasie... czego mu oczywiście życzę :)

  • fadiga

    Zapraszam do zabawy w fantasy premier league.
    Liga Head to Head: 2076618-493279

© Zachodny do tablicy
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci