Menu

Zachodny do tablicy

Futbol analitycznie, statystycznie i konkretnie - na tablicy Michała Zachodnego.

Dlaczego Thibault Moulin i Legia tak cierpią?

mzachodny

Oglądało się to strasznie. Irytowały proste straty przy przyjęciu piłki, podania wykonane nie w tempo, albo po prostu niedokładne. Kreatywność? Dominik Nagy kręcił się w kółko, Sebastian Szymański miał problem z przyjęciem, Guilherme zszedł z kontuzją, Michał Kucharczyk mógł jedynie uciec kilka razy na wolne pole, Armando Sadiku w zespole wciąż wygląda jak ciało obce.

A jednak będę się upierał, że największy ból sprawiało obserwowanie innego zawodnika. Thibault Moulin mógł być jednym z najbardziej niedocenianych piłkarzy poprzedniego, mistrzowskiego dla Legii sezonu, jego wpływ i znaczenie przykryte przez Vadisa Odjidję-Ofoego. Francuz w formie to zawodnik elegancki w ruchach, sprytny i czytający grę, zagrywający dokładnie i szybko, technicznie nienaganny. W poprzednim sezonie żaden piłkarz Ekstraklasy nie wykonał większej liczby podań (2251, przy dokładności 83%, średnio 75 zagrań na 90 minut), czyli nikt nie był częściej zaangażowany w grę - umysłowo i fizycznie.

To ostatnie jest najważniejsze, ponieważ w czwartek Moulin jawił się jako piłkarz myślący na boisku dwa razy wolniej. Przyjmujący piłkę te kilkadziesiąt centymetrów dalej od siebie, nie był już zwinniejszy od przeciwników, ale musiał ich gonić. Wszystko to miało znaczenie negatywne dla Legii, bo już od niego - pierwszego rozgrywającego - akcje drużyny traciły rytm. Rywal spokojnie się ustawiał, a zespół Jacka Magiery musiał rozprowadzać atak do bocznych obrońców, do stoperów, do Moulina... aż następowała strata i trzeba było za rywalami gonić pod własne pole karne. I tak w kółko przez 90 minut.

Moulin jest dobrym przykładem, ponieważ jego zapaść jest najbardziej widoczna - i z racji potencjału, i statusu w Legii z poprzedniego sezonu. Dla 27-latka poprzedni rok był pod jednym względem wyjątkowy: rozegrał w nim najwięcej meczów w karierze. Wystarczy to sprawdzić - do tej pory maksymalnie męczył się przez 35 spotkań w sezonie, w Warszawie zaliczył ich o dziesięć więcej. Jedynie Arkadiusz Malarz był zaangażowany w większej liczbie meczów, tylko dwóch zawodników przebywało na boisku dłużej, niż Moulin. Francuz miał prawo być zmęczony, wręcz wyczerpany.

Tymczasem już 33 dni po świętowaniu mistrzostwa Moulin wybiegł na boisko i strzelił Arce Gdynia gola w ostatecznie przegranym meczu o Superpuchar. I wtedy znów zaczęła się karuzela, od siódmego lipca Legia rozegrała już dwanaście spotkań. Jeśli wystąpi w następnych trzech, które zostały do pierwszej przerwy na reprezentacje, to w dwa miesiące rozgrywek zaliczy 43% meczów z najbardziej wyczerpującego sezonu przed Legią.

- Lipiec i sierpień to najtrudniejszy okres dla polskich drużyn. Skończyliśmy rozgrywki na początku czerwca. Wszyscy wiemy, jakie to są obciążenia dla zawodników, a dwa tygodnie później zaczynamy przygotowania. Zawodnicy Lecha czy Jagielloni wznowili je nawet tydzień wcześniej - powiedział na pomeczowej konferencji prasowej Jacek Magiera. W mało charakterystycznym dla siebie dobijającym tonie przez sześć minut tłumaczył problem z jakim zmaga się on, Moulin i pozostali piłkarze - z przygotowaniem fizycznym. Nie tłumaczył tym wstydliwego wyniku i fatalnej gry, ale chciał zadziałać na myślenie. Pewnie nie mógł powiedzieć wszystkiego, nie narzekał na brak wzmocnień na wcześniejszym etapie przygotowań, nie marudził o kiepskiej jakości piłkarzach.

Może łatwiej przychodzi mi zrozumienie Magiery nie w kontekście tego, że tłumaczy wynik i grę, ponieważ w podobnym tonie wypowiadał się jeszcze przed startem sezonu, przed Superpucharem Polski.

- Zrobiliśmy tak, by pierwszy tydzień mieli całkowicie wolny, by nawet nudzili się, ale spędzili czas z rodzinami, odpoczęli. Natomiast w drugim dostali zalecenia jednostek treningowych wprowadzających do pierwszego cyklu przygotowań. By można było ruszyć z wyższego pułapu. Ale czy wypoczęli? Na pewno nie do końca. Tak to w ostatnich latach w Polsce jest: dyskutujemy, co trzeba zrobić, by piłkarze mieli więcej czasu na regenerację. Uważam, że okres powinien być dłuższy, zwłaszcza, że gramy we wczesnych rundach eliminacji pucharów europejskich. Czas na to można znaleźć, np. w fazie finałowej grać co trzy dni i skończyć sezon wcześniej. A tak może na pierwszym etapie ten wcześniejszy start nie będzie odczuwalny, ale w dalszej części pojawią się kontuzje, zmęczenie. Nie ma co marudzić, ale trzeba wspólnie – jako trenerzy, Ekstraklasa i PZPN – porozmawiać, by rozwiązać. Inna strona jest taka, że część szkoleniowców twierdzi, że nie potrafimy grać co trzy dni. To wprowadźmy i nauczmy się tego, a reakcja zawodników będzie zupełnie inna. Mniej narzekania i więcej działania - tłumaczył w rozmowie na portalu "Łączy Nas Piłka".

Po spotkaniu z Sheriffem byłem jeszcze ciekawszy tego, jak wypada zestawienie obciążeń, a także odpoczynku Legii z innymi zespołami z lig na podobnym poziomie (lub z takiego do którego Ekstraklasa aspiruje), które w czwartek rywalizowały o fazę grupową Ligi Europy. Sprawdziłem dwa aspekty - ile trwała przerwa między rozgrywkami krajowymi i ile spotkań (wszystkie rozgrywki) już te zespoły zdołały zagrać. W dalszej części opiszę, dlaczego tak i skąd tego istota.

  • KLUB - PRZERWY W KR - MECZÓW WR 17/18
  • Legia Warszawa - 33 dni - 12 meczów
  • Sheriff Tyraspol - 40 dni - 11 meczów
  • Apollon - 77 dni - 6 meczów
  • Vardar Skopje - 73 dni - 6 meczów
  • Austria Wiedeń - 47 dni - 8 meczów
  • NK Domżale - 46 dni - 12 meczów
  • Viktoria Plzen - 63 dni - 6 meczów
  • Maccabi Tel Awiw - 66 dni - 11 meczów
  • Videoton - 50 dni - 12 meczów
  • Skenderbeu Korce - 101 dni - 7 meczów

(KR - krajowe rozgrywki; WR - wszystkie rozgrywki)

Widzimy, że tempo Legii - 12 spotkań - utrzymały tylko dwa zespoły: NK Domżale i Videoton. A jednak w ich wypadku należy mówić o zdecydowanej przewadze. Słoweńcy mieli dwa tygodnie więcej czasu: czyli mogli dać normalne urlopy, bez konieczności pracy z rozpiską, a do tego jeszcze odpowiednio prowadzić zespół wedle tygodniowego mikrocyklu i bez konieczności gry co trzy dni bez odpowiedniego podbudowania. Oni przecież zaczęli sezon od rywalizacji w europejskich pucharach, dopiero po trzecim meczu w eliminacjach LE doszła im krajowa liga. Tymczasem Legia tylko dwukrotnie mogła liczyć na pięć (przed wylotem do Finlandii) i sześć dni (przed Sheriffem) przerwy między spotkaniami.

Jeszcze więcej czasu mieli piłkarze węgierskiego Videotonu, którzy może i wcześniej od Legii zaczęli przygodę w europejskich pucharach, ale ich sezon skończył się wcześniej. No i znów dochodzi praca w odpowiednich mikrocyklach - Węgrzy mieli cztery przynajmniej pięciodniowe przerwy między meczami - a to dawało odpowiednie efekty. Domżale i Videoton we wcześniejszej rundzie eliminacji LE mierzyły się ze znacznie mocniejszymi rywalami, którzy dopiero kończą przygotowania. Odpowiednio prowadzeni, zgrani, wytrenowani potrafili poradzić sobie z intensywnością przeciwników na wyższym poziomie i odpowiednio Freiburg z Bundesligi oraz Bordeaux z Ligue 1.

Sheriff też jest interesującym argumentem, bo przecież oni odpoczywali tylko tydzień dłużej i zagrali ledwie jeden mecz mniej. Ale to już tak naprawdę pozwoliło im dzisiaj nie odstawać od słabej, cierpiącej na boisku Legii. Nie musieli i nie chcieli trudzić się atakiem pozycyjnym, wystarczyły kontry i jeden stały fragment gry. Nie zagrali nic wielkiego, wcale nie byli silniejsi, szybsi lub bardziej kreatywni - był to mecz dwóch w skali europejskiej na ten moment kompletnie odstających zespołów. Sheriff z jedenastu spotkań tego sezonu wygrał pięć, Legia sześć z dwunastu. Może nie przypadkowo więc ich przerwy były najkrótsze?

Inny argument to Astana - rywal, który faktycznie szybkością swoich liderów wykorzystał błędy Legii w pierwszym spotkaniu i awansował. Co zauważył Magiera: im przełożono spotkanie między walką w trzeciej rundzie eliminacji Ligi Mistrzów. Tak więc dla Kazachów starcia z mistrzem Polski były 26. i 27. meczami sezonu. Ale oni grają od marca, innym systemem ligowym. Rok temu, gdy Legia grała swój 26 mecz - początek listopada - potrafiła zremisować z Realem Madryt (3:3) i wychodziła z poważnego kryzysu, który w zasadzie zdarzał się jej rokrocznie. Czy stosowano większą rotację, byli lepsi piłkarze, czy nie - kryzys się pojawiał.

- Ale można grać w Lidze Mistrzów i Legia to udowodniła - upierał się w czwartek Magiera. Tylko to wcale nie zmienia postaci rzeczy: Legia Besnika Hasiego grała równie mało kreatywny, jednostajny i męczący futbol. Do tego stopnia, że w rewanżu ostatniej fazy kwalifikacji LM mistrz Polski został zdominowany przez rywali z Irlandii. Nawiasem mówiąc, Dundalk podobnie jak Astana, przed rewanżem załatwił sobie pauzę w lidze. Wtedy po remisie dającym upragniony, wyczekiwany awans kibice nie szaleli z radości, ale tak, jak po 1:1 z Sheriffem krzyczeli do piłkarzy: "Legia grać, kurwa mać". Można nawet powiedzieć, że było jeszcze gorzej: legioniści wygrali ledwie cztery z dwunastu pierwszych spotkań, choć dla większości (poza powołanymi na Euro 2016) przerwa w rozgrywkach trwała 53 dni.

Dlatego nie zgadzam się z Magierą, że Legia tamtym awansem coś udowodniła - jeśli już, to wcale nie to, że da się przetrwać z tak krótką przerwą letnią, ale fakt, że warto było latami kumulować punkty w europejskich pucharach, by wyczekać na taki jeden "złoty sezon" szczęśliwego losowania. I do bram piłkarskiego raju się wtoczyć, a nie wkroczyć. Bo jeszcze w pierwszym spotkaniu z Borussią Dortmund (porażka 0:6) różnica w szybkości, fizyczności i wytrzymałości piłkarzy była dramatyczna, dwa razy większa, niż w szalonym (i nie do zaakceptowania) spotkaniu wyjazdowym (klęska 4:8). Wtedy przynajmniej legionistów było stać na odpowiedź.

Nie uważam również, żeby coś się w tej kwestii walki o Ligę Mistrzów zmieniło w kolejnych latach. Szczerze mówiąc, to sprawa dla następnych mistrzów Polski może być już przegrana przy wolno rozwijającym się zapleczu finansowym i jakościowym. Raczej warto już myśleć, jak odbudowywać pozycję w Europie dzięki nie jednej drużynie jesienią w tych drugorzędnych rozgrywkach, ale wpychając tam przynajmniej dwie, może i trzy. Na razie wiemy tyle, że nie tylko mocna strona Europy nam stale odjeżdża w piłce klubowej, ale już zostaliśmy dogonieni, a nawet przegonieni przez kraje mniejsze, biedniejsze. Z prostej przyczyny: oni dają sobie szansę, gdy dla Legii, Lecha, Jagiellonii i innych najważniejsze jest wykrwawianie się w Ekstraklasie.

Ktoś może pomyśleć: a co to jest tych pięć, piętnaście dni treningu więcej? A przecież przy dobrym trenerze, to szansa na zgranie zespołu, wypracowanie schematów, odbudowanie i wprowadzenie nowych zawodników, nawet popracowanie nad takimi detalami, jak jakość przyjęcia piłki, umiejętność kopnięcia jej słabszą nogą. Także takimi zajęciami u profesjonalistów buduje się ich pewność siebie, którą potem przenoszą na boisko. I może przy jednym pełnym mikrocyklu więcej, przy dodatkowym tygodniu wolnego Thibault Moulin byłby sobą. Nie mam wątpliwości, że i Legia wyglądałaby inaczej.

Komentarze (3)

Dodaj komentarz
  • maddeth

    A może trzeba przejść na wiosna-jesień? COŚ trzeba zmienić na pewno

  • Gość: [apteczkasportowa] *.neoplus.adsl.tpnet.pl

    Coś trzeba zmienić, tylko nie wiadomo co, żeby efekt był możliwie najlepszy.

  • Gość: [Majkel] *.dynamic.chello.pl

    Sorry, taki mamy klimat ;)

© Zachodny do tablicy
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci