Menu

Zachodny do tablicy

Futbol analitycznie, statystycznie i konkretnie - na tablicy Michała Zachodnego.

Legii i ligi "dzień zero"

mzachodny

Rekord pobity. Tak wcześniej polskie kluby w całości jeszcze nie odpadły z europejskich pucharów. Po tym, co w Tyraspolu zaprezentował mistrz kraju, Legia Warszawa naprawdę można zastanowić się, jak głębokie powinny być zmiany u mistrza Polski, ale i w całej lidze.

I będzie to w pełni zrozumiałe, choćby w wypadku Legii. Po nerwowej, nieprzespanej nocy przyjdzie czas liczenia strat – będą to kwoty idące w kilkanaście, kilkadziesiąt milionów złotych, dla większości polskich klubów oznaczające roczne przychody lub po prostu cały budżet na sezon. Krótko mówiąc: suma abstrakcyjna wszędzie poza Warszawą i Poznaniem.

Rewanżowe spotkanie z Sheriffem było jeszcze gorsze, ale wcale nie przez czerwoną kartkę dla Michała Pazdana. Legioniści sami utrudniali sobie życie i to w najbardziej podstawowy w piłkarskim rozumieniu sposób: niedokładnie podając, źle przyjmując piłkę, kopiąc i szarpiąc zamiast grać. Po szansie Kaspra Hamalainena z początku drugiej połowy kolejną najlepszą okazją przyjezdnych był centrostrzał Artura Jędrzejczyka z kilkudziesięciu metrów, spod linii bocznej. Nawet chaotyczne wykopy lądowały daleko od napastników.

Było to tak złe, że można tym meczem zakwestionować wszystko. Począwszy od założeń trenera, przez prowadzone przez niego letnie przygotowania, politykę transferową, kadrową, młodzieżową, finansową… I uwierzcie, że głosów o „zaoraniu wszystkiego” będzie po odpadnięciu z Sheriffem najwięcej, będą najgłośniejsze i zbiorą najwięcej „lajków”.

***

Nie jest to, o czym Dariusz Mioduski marzył, gdy przejmował panowanie nad całym klubem po wielomiesięcznej szamotaninie z Bogusławem Leśnodorskim i Maciejem Wandzlem. Szamotaninie, która przypominała mecz z Sheriffem i w zasadzie jej konsekwencje są w klubie oraz jego „okolicach” odczuwane do dziś. Kto sprowadzał *tego* piłkarza, gdzie podziały się *te* pieniądze, co robiono w *tym* obszarze działania klubu…

Wątpliwe, by Mioduski w dzisiejszym meczu dostrzegł szansę – szansę na reset w kontekście pierwszej drużyny. Zwłaszcza, że na drastyczne zmiany już za późno, a Legia zamiast kupować w ostatnim tygodniu okienka transferowego będzie raczej sprzedawać. Ale nadal właściciel klubu może potraktować to jako reset, moment w którym wszystkie argumenty z poprzedniego, nie w pełni jego sezonu zostały całkowicie spalone.

***

Tego typu resety w futbolu nie są częste, ale kluby przez nie przechodzą. Manchester City po wykupie przez szejków, Barcelona po przejęciu sterów drużyny przez Pepa Guardiolę, Borussia Dortmund potrzebowała wsparcia Bayernu, by się odbudować, losy Chelsea odmieniła inwestycja Romana Abramowicza… Ale możemy dostrzec je na własnym podwórku. Górnik Zabrze miał jeden procent szans na awans do Ekstraklasy, gdy Marcin Brosz zdecydował się pożegnać starszych piłkarzy i jeszcze mocniej postawić na młodzież. Dziś patrzymy na beniaminka – przynajmniej ja patrzę – jako najciekawszą historię sezonu, z piłkarzami na przyszłość, jasnym planem szkoleniowca oraz obudową (rozumianą przez analizy statystyczne, fizjologiczne) drużyny.

Jest też Zagłębie Lubin z którym zmierzy się Legia w niedzielę, gdy pewnie będą piłkarze z Warszawy wysłuchiwać pretensji od własnych kibiców. Ale „Miedziowi” również pokazują, że po obraniu kompletnie błędnego kierunku – zatrudnianie zagranicznych piłkarzy na wysokich kontraktach – i spadku udało im się odbudować. W poniedziałek Zagłębie pokonało ponoć imponującą Wisłę Kraków 3:0, grając szybko, konkretnie, w wysokim pressingu, w nietypowym ustawieniu, jak na Ekstraklasę (3-4-1-2) i – zauważcie powiązanie! – z jedną z młodszych drużyn w lidze (śr. wieku 25,3 lat), z trzynastoma Polakami w trakcie spotkania na boisku.

Można powiedzieć, że po sprzedaniu wszystkich utalentowanych i wypromowanych młodych Polaków – teraz więcej szans dostają Gumny i Jóźwiak - na podobny reset zdecydował się Lech Poznań, choć też zapłacił za to cenę i duet Karol Klimczak-Piotr Rutkowski po bezprecedensowym transferowym lecie brnie w nieznanym dla siebie i klubu kierunku. I można się kłócić o dotychczasowe efekty pucharowe, ale w lidze Lech dąży do mistrzostwa. Na razie tylko Górnik strzelił więcej goli, tylko Zagłębie straciło mniej, w tabeli za rok 2017 Lech jest tam, gdzie Legia. Zdobędzie je poprawiając jeden element: wygrywając mecze z bezpośrednimi rywalami. I kto dziś powie, że takiej Legii równie skompromitowany, zweryfikowany w Europie „Kolejorz” by nie pokonał?

***

Argumentów, które porażka z Sheriffem wytrąciła całej Legii jest sporo. Ten o tym, że Legię stać na rokroczne występy w Lidze Mistrzów skasowano już w starciu z Astaną. O sprowadzaniu zagranicznych piłkarzy, by „doprowadzić ich do stanu używalności” upadł, bo wypaliło to wyłącznie w osobie Odjidji-Ofoe, zawodników na których Jacek Magiera wciąż czeka jest więcej. Belg powinien być wyjątkiem potwierdzającym regułę, którą roboczo nazwijmy „regułą Chukwu”.

Idąc dalej: szukanie wielu zastępstw za jednego lidera też nie wypaliło, ponieważ w trudnych momentach okazuje się, że nie ma nikogo, kto – mówiąc kolokwialnie – wziąłby grę na siebie. Miał być bohater zbiorowy zamiast indywidualnego, jest klapa całości i rzewne wspomnienie za tym jedynym.

Kolejnym punktem jest doświadczenie piłkarzy na które ponoć w Warszawie stawiano. Zresztą widać to było właśnie w Tiraspolu, gdzie pierwsza jedenastka miała średnią wieku ocierającą się o „trzydziestkę” i tylko dwóch zawodników urodzonych w latach 90. Efekt był taki, że gdy w 85. minucie na boisku pojawił się najmłodszy w Legii Sebastian Szymański, to właśnie jego wysłano do wykonania stałego fragmentu gry.

Jackowi Magierze wypadł argument braku czasu – bez gry w europejskich pucharach ma tyle samo czasu, ile inni trenerzy ligowi, a jakością jego skład teoretycznie bije znakomitą większość. Wreszcie będzie mógł swoich zawodników trenować, wdrażać swój plan, którego Legii desperacko brakuje. Kto jest w stanie dziś odpowiedzieć, jak konkretnie ma grać mistrz Polski przed meczem lub po meczu? To zespół, który teraz cechuje… brak jakiejkolwiek charakterystyki. Dlatego też kolejne ligowe zwycięstwa również nie będą argumentem przemawiającym za Magierą. Bo od Legii się wymaga, Legia ma mieć styl – tak mówią nie tylko kibice, ale też szefowie klubu.

Piłkarze też tracą swoje argumenty – głównie te, które wywindowały ich na tę pozycję, do tych zarobków, aspiracji… Znów muszą udowadniać swoją przydatność oraz jakość, co – po dojściu do odpowiedniej dyspozycji psychofizycznej – powinno być łatwe w tak słabej lidze.

***

Czy Legię stać na taki reset? Teraz nie ma nawet co gdybać, bo właśnie mistrz Polski uzależnił się jeszcze bardziej od Dariusza Mioduskiego i pieniędzy, które on zdecydował się wyłożyć, by zasypać dziurę w budżecie. A więc – w teorii – każda złotówka do wydania będzie oglądana jeszcze bardziej dokładnie.

Ważne, by w klubie zrozumiano, że nie jest to sytuacja czarno-biała – zostawić lub zaorać. Nawet ten reset nie oznacza spalenia ziemi i budowania od nowa. Bardziej chodzi o moment na przemyślenie i wskazanie konkretnego kierunku, w jakim dążyć ma Legia. A może odważnie iść w stronę pomieszania młodzieży z odpowiedniej jakości obcokrajowcami i rodzimymi liderami? A może właśnie tworzyć „Legię Hollywood”, czyli szukać piłkarzy po ich CV – jak Pasquato – a potem odbudować, szarżować w Europie i sprzedawać? Nagle bardziej polska Legia się nie stanie, więc ta opcja odpada, zwłaszcza, że teraz i zimą klub finansowo szarżować nie będzie.

Ale clou wszystkiego polega właśnie na zdefiniowaniu środków, kolejnych kroków, a nie celu. W momencie, gdy faza grupowa jest tak odległa – nie chodzi o to, że Legii tam nie będzie, po prostu odpadła z bardzo słabym rywalem – trzeba planować nie pod kątem meczów z Borussią, Realem, nawet nie z Club Brugge, czy Midtjylland.

Na dziś Legia musi pomyśleć, jak wyróżniać się także w Ekstraklasie. Nie tylko przez finanse, przez wygrywanie ligi, przez grę w pucharach, „uprawianie innego sportu”, jak określał to Leśnodorski, ale wreszcie przez środki prowadzące do sensu istnienia. Może już nie chaotyczne (poprzednia władza), nie połowiczne (pół roku obecnej), lecz wreszcie konkretne.

***

Dziś w tym punkcie wyjścia jest cała liga. Trwająca w ostatnim roku ESA37 i bez podziału punktów, czyli znów idąc w nieznane, obdzierając słabej jakości system ligowy z kluczowego aspektu, który gwarantował emocje. Część klubów już się określiła w kontekście swojej egzystencji (wspomniane Zagłębie, Lech, Górnik, trochę Jagiellonia, Wisła, Cracovia i Piast), ale większość wciąż myśli wyłącznie o przetrwaniu. Dla Legii przetrwaniem była faza grupowa europejskich pucharów, dziś jest bez tego argumentu. Mówcie co chcecie, ale to najlepszy moment na krok w tył i spojrzenie szerzej na własne podwórko, jego wady i sposoby rozwoju. Tylko w ten sposób katastrofa z Tyraspolu pozostanie wyjątkiem od reguły.

© Zachodny do tablicy
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci