Menu

Zachodny do tablicy

Futbol analitycznie, statystycznie i konkretnie - na tablicy Michała Zachodnego.

Inna Wisła, prawdziwa Legia

mzachodny

Starcie Wisły Kraków z Legią Warszawa jak zwykle było intrygujące, ale - w przeciwieństwie do bezbramkowego remisu sprzed roku - tym razem dostarczyło również zaspokajającego poziomu piłkarskiego. W drużynie gospodarzy znów za sprawą Carlosa Lopeza, w zespole gości dzięki umiejętnej grze z kontry. Oto szersze, analityczno-statystyczne spojrzenie na niedzielne spotkanie.

Wisła Kraków, czyli dodani do Carlitosa

O Hiszpanie pisałem już po poprzednim meczu Wisły ze Śląskiem we Wrocławiu (2:0), gdy jego gol oraz asysta dały zwycięstwo drużynie, ale przede wszystkim podkreśliły jej uzależnienie od Carlosa Lopeza. I z Legią nie było inaczej, choć inną role wybrał sobie ten piłkarz - już nie uniwersalnego żołnierza, ale typowej "dziesiątki", rozgrywającego. Wystarczy przywołać kilka statystyk z jego występu: choć ledwie 16 z 34 jego podań było dokładnych (to tylko 47%!), to miał aż osiem prób kluczowych zagrań, więcej niż jakikolwiek zawodnik na murawie. Do tego aż piętnaście razy podawał w pole karne Legii (siedem razy dokładnie), choć tym razem dryblował "ledwie" czterokrotnie.

Jednak wystarczy spojrzeć na jego próby kluczowych podań, by zrozumieć, że Wisła swojego atutu (w tym meczu - powtarzalnego) nie potrafiła wykorzystać. W 25. minucie dobre zagranie w pole karne źle przyjmuje Maciej Sadlok, przy dośrodkowaniu z 39. Paweł Brożek daje się wyprzedzić Michałowi Pazdanowi, nawet kilka minut przed końcem do prostopadłego podania zbyt wolno i mało ochoczo zbierają się koledzy Hiszpana. Takich momentów, gdy Carlitos ryzykownie, nawet na pamięć szuka otworzenia sytuacji innym wiślakom było sporo.

Może być to kwestia zrozumienia, albo po prostu specyfika wyzwania. Od dwóch miesięcy Wisła nie zaliczyła tak wysokiego posiadania piłki (55%), jak z Legią. Zmuszona do ataków pozycyjnych powinna polegać na ruchu bez piłki, szybkiej grze na dwa, trzy kontakty. Tymczasem kreatywność pojawiała się wyłącznie w strefach bocznych, ze środka Wiśle zaliczono tylko jedno dokładne kluczowe podanie (Jesusa Imaza z pierwszej połowy). Dobrym wejściom z drugiej linii brakowało tempa, czasem timingu lub zdecydowania, lecz to nie kwestia kreatywności: te rozwiązania się pojawiały często, lecz nie były wykorzystywane.

kpwisla

Dlatego po spotkaniu twierdziłem, że Wisła wyglądała lepiej niż w meczu ze Śląskiem. Wtedy miała miejsce i czas na przyspieszenie, Carlitos walczył z jednym rywalem, a nie pod presją trzech obrońców. Wyzwanie z Legią było większe i choć nie była to gra perfekcyjna lub piękna, to pamiętając sytuacje zespołu Kiko Ramireza można mówić o pechowej porażce. Może dlatego hiszpański szkoleniowiec próbował zrzucić odpowiedzialność, czy też zbić temat na VAR, a nie detale z występu swojej drużyny.

To dziwi, ponieważ Wisła pokazała sporo dobrych elementów. Współpraca Imaza z Carlitosem powinna dać więcej efektów, choć ten pierwszy po przerwie zgasł. Może nawet nie tyle zgasł, ile zaczął spełniać zadania innych, zwłaszcza środkowych pomocników. Wycofał się do tej strefy i tam krótkimi podaniami rozprowadzał akcje, przestając wspierać najlepszego z kolegów. W środku widzę też najwięcej do poprawy w Wiśle: Pol Llonch z Vullnetem Bashą momentami wyglądali, jakby chcieli wykonywać to samo zadanie, lecz jednemu kazano grać wyżej, co też nie wpływa pozytywnie. We dwóch zaliczyli ledwie jedno niecelne kluczowe podanie, na cztery ich próby zagrań w pole karne jedna była dokładna. Wejście Victora Pereza nie rozwiązało niczego, bo operował w tej samej strefie co wcześniej Basha.

porownanie

Co więc było dobre? Przemiana Carlitosa w rozgrywającego, gra Imaza w pierwszej połowie, zaangażowanie bocznych obrońców również, ale przede wszystkim pressing - przy Legii nastawionej na kontry przez większość meczu udawało się Wiśle zatrzymywać akcje bliżej bramki rywala niż własnej. Aż 25 z 63 zebranych drugich piłek było na połowie Legii, Wisła mimo większego posiadania zaliczyła więcej odbiorów (35 do 32), defensywnych pojedynków wygrała aż 60%. To dobre, pozytywne liczby za którymi jednak musi pójść większa kreatywność... bez piłki w ataku pozycyjnym. Tylko tak "Biała Gwiazda" zyska kolejny aspekt, zaletę w możliwościach gry drużyny Ramireza.

Legia Warszawa, czyli tylko na szybkości

Zacznijmy od tego, że Romeo Jozak miał rację. To w zawodzie trenera nowicjusz (choć ma bogate CV), ale umiejętnie zdefiniował mocne strony swojego zespołu, działa też zdecydowanie: odsunął niepokornych, postawił na sprawdzone, wyraźne atuty swojej drużyny. Zresztą można zażartować, że jest trenerem niepokornym: komentarzami po porażce w Poznaniu naraził się drużynie, podjął kilka średnio popularnych decyzji, a nawet zdecydowanie odjechał od wizji gry... właściciela klubu. Przecież zwalniając Jacka Magierę Dariusz Mioduski argumentował, że Legia nie może grać na kontrę, musi umieć dominować i narzucić rywalom swój styl, swoją jakość. Tymczasem średnie posiadanie piłki w meczach z Lechią Gdańsk i Wisłą to tylko 44%.

I wiecie co? Legia to w tym kształcie kadry zespół na kontry. Pokazała to sytuacja w drugiej połowie, gdy drużyna Jozaka bodaj po raz pierwszy starała się dłużej utrzymać przy piłce. Udało się szybko przyjąć i odegrać piłkę Tomaszowi Jodłowcowi, podobnie Krzysztofowi Mączyńskiemu, także Kasprowi Hamalainenowi, nawet Guilherme stosunkowo szybko ją oddał Michałowi Kucharczykowi, ale... skrzydłowy potrzebował czterech kontaktów w środku pola, by futbolówkę opanować, rozejrzeć się i ją stracić, bo już było trzech rywali. A najlepszym podkreśleniem cech Legii na tu i teraz są ostatnie dwa gole: Lechię Guilherme zaskoczył szybkim i długim wznowieniem rzutu wolnego, Kucharczyk strzelił, Niezgoda dobił, Wisłę Legia pokonała po rzucie wolnym, Brazylijczyk ruszył z własnej połowy po wybiciu Niezgody, Mączyński dograł do Kucharczyka, ten znów do napastnika i była bramka. Wszystko proste, efektywne i w przypadku ostatniego trafienia - efektowne.

Legia nie ma zespołu na grę pozycyjną, jeśli już to tylko jednostki. Środkowych obrońców, Mączyńskiego, także Hamalainena, połowicznie Guilherme. Ale reszta? Spójrzmy na boki obrony: przy atakach pozycyjnych to od nich powinna zależeć możliwość rozszerzenia gry, rozciągnięcia przeciwnika. Tymczasem jeszcze u Magiery te pozycje były problematyczne przez niedostosowanie się Hlouska i Jędrzejczyka do rozegrania krótkimi podaniami, wyjścia na prostopadłe zagrania. Trzymali się linii, rzadko nawet stwarzali zagrożenie dośrodkowaniami. Też nie ma przypadku w tym, że najlepsze, najbardziej efektowne mecze Legia Magiery rozgrywała, gdy kontrowała, a nie dominowała.

atakilegia

Dlatego Jozak słusznie Legię cofnął, niemal wbił we własne pole karne. Krok po kroku uczy ich piłki - w końcu przyszedł do Polski z łatką akademickiego nauczyciela. Ale powrót do podstaw jest... podstawą pracy trenerskiej. Dlatego w odbudowie najpierw liczą się czyste konto, wysiłek i zaangażowanie. To w ostatnich dwóch meczach udało się spełnić, a kryzysowa Legia jest o punkt od trzech liderów tabeli. Ma jednak też rację Chorwat mówiąc, że był to występ na ocenę maksymalnie 6,5 w dziesięciopunktowej skali.

Oczywiście, że pojawia się kwestia kolejnych kroków, nie każdy mecz ułoży się Legii tak, jak te ostatnie. Co jeśli znów trzeba będzie gonić wynik (jak z Lechem w 0:3), albo umiejętnie dozować tempo (jak z Jagiellonią w 0:1)? Czy wtedy zobaczymy coś, co ekipie Jozaka udało się wytrenować, coś poza kilkoma procentami wytrzymałości, szybkości, których różnicę teraz widzimy?

Słowo w tym meczu należy się środkowym pomocnikom. Interesująca jest rola Tomasza Jodłowca, pewnie jednego z lepszych zawodników w tym spotkaniu. Pamiętacie tego piłkarza z taktyki Stanisława Czerczesowa? To była niemal kopia planu "kopnij i biegnij" - Jodłowiec często zagrywał za linię obrony rywala i pędził, by ewentualnie zebrać drugą piłkę. A z Wisłą miał najwięcej celnych podań  Legii (46), zresztą dokładnością się wyróżniał (88%), znów przypominając atuty defensywne: odbiór (wszystkie trzy próby udane), zebranie drugich piłek (dziesięć, najwięcej w zespole) i przechwyty (cztery na połowie Wisły, znów najwięcej).

I na koniec Mączyński: dla niego ten mecz miał być wyzwaniem, lecz reprezentant Polski zaczął go bardzo spokojnie. Rzuciła się w oczy sytuacja po ostrym wślizgu Sadloka, gdy to legionista pierwszy wstał i chciał przybić piątkę z byłym kolegą z zespołu. Ale do rzeczy: Legia jego spokoju bardzo potrzebuje, jak i będzie potrzebować. Widać, że służy mu współpraca z Jodłowcem bardziej niż z (mniej zdecydowanym w defensywie) Michałem Kopczyńskim. I nawet, gdy Legia będzie grała z kontry, to jest on potrzebny - z 38 podań aż 35 miał on ofensywnych, konstruktywnych. Nikt nie wziął udziału w tak dużej liczbie kontr (12), ile Mączyński.

Zresztą do pozytywów związanych ze środkiem pola można zaliczyć również wejście Cristiana Pasquato i Armando Sadiku. Z ich niemal 20 podań tylko trzy były niecelne, w tym ostatnim okresie napastnik był też lepszym celem do długich, ratunkowych zagrań dla np. Arkadiusza Malarza, niż Niezgoda, łatwo rozbijany przez Głowackiego i Gonzaleza. Zmiany dały Legii kopa w ostatnim kwadransie: wtedy miała trzy strzały (Wisła dwa), pomimo niskiego posiadania (39%) w drugiej połowie goście zaczęli wygrywać więcej pojedynków (53%). Może to kwestia jakości na ławce, a może kolejności wykorzystania zmian, ale pod tym względem Jozak przewyższył Ramireza i pomógł drużynie wygrać mecz.

 

Komentarze (1)

Dodaj komentarz

© Zachodny do tablicy
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci