Menu

Zachodny do tablicy

Futbol analitycznie, statystycznie i konkretnie - na tablicy Michała Zachodnego.

Życie na instynkcie

mzachodny

To może być najbardziej spektakularny występ napastnika w tym sezonie. W meczu z Maritimo Bas Dost zaliczył tylko 14 kontaktów z piłką – średnio jeden na sześć i pół minuty – wykonał ledwie sześć podań, w tym trzy celne, wygrał dwa pojedynki główkowe i miał jedno złe przyjęcie. No i wreszcie – Holender dla Sportingu Lizbona ustrzelił hat-tricka.

Dziwne jest życie napastnika, prawda? Zwłaszcza, że w poprzednich dwóch spotkaniach z Benfiką i Belenenses nie zdołał zaliczyć żadnego strzału. Walczył (w sumie 52 pojedynki), rozgrywał (48 podań), ale nie miał sytuacji. Wydawałoby się, że wedle statystyk to z Maritimo zrobił najmniej i… strzelił trzy gole. Dwukrotnie dokładając nogę do piłki przed (niemal) pustą bramką, raz dobijając strzał kolegi, gdy futbolówka po prostu spadła na jego głowę.

Wyczyn 28-letniego Holendra jest świetnym odzwierciedleniem losu dziewiątki w kontekście np. Alvaro Moraty. Na napastnika Chelsea spadła krytyka po meczu z Arsenalem, w którym miał i zmarnował trzy doskonałe okazje – za każdym razem sam na sam, dwukrotnie mając przewagę nad obrońcami. I w ramach „goli oczekiwanych” (xG) wypracował wynik (1.15) niemal równy temu, który osiągnęli wszyscy rywale (1.23).

Antonio Conte – w przerwach od wymiany uprzejmości z Jose Mourinho – bronił swojego napastnika. Najpierw tłumaczył, że dla napastnika najważniejsze są szanse, które Morata ma. Gdy pudłował ze Stoke, zaznaczał, że w pierwszym meczu z tym rywalem trafił trzykrotnie, więc bilans nadal ma dobry. Ostatnio przypominał, że to napastnik wciąż młody (25 lat i młody?), że ma dobre statystyki („Dziesięć goli i siedem asyst”, twierdzi Conte, choć… z trudem przychodzi doliczyć się tylu kluczowych podań w tym sezonie)… Ale przede wszystkim ma pecha.

Jak to: pecha? Gdy biegnie sam na sam z bramkarzem i źle przykłada stopę do piłki, to w przypadku napastnika należy mówić o braku szczęścia czy umiejętności? Odpowiedź wydaje się oczywista. Ale z dziewiątkami tak bywa, że wpadają w ruchome piaski: rozumiem to jako moment, w którym co by nie zrobili, to robią źle. A im więcej robią, to wykonują to gorzej, a ich kryzys się pogłębia.

No więc Morata się starał, biegał za każdą piłką, z Arsenalem miał pięć prób odbiorów, ośmiokrotnie podejmował się dryblingu, miał trzy kluczowe podania… Wszystko na nic, ocenę jego występu zdefiniują pudła. A przecież ta pierwsza sytuacja przypomina gola, którego strzelił jesienią w wyjazdowym meczu ze… Stoke – i wtedy trafił idealnie.

Może więc Morata powinien być bardziej jak Dost, gdy przyjdzie mu się mierzyć z Arsenalem już w środku tygodnia? A może musi wyłączyć myślenie, robić dalej wszystko tak, jak robił dotychczas i w końcu trafi? Bo trafić musi, prawda?

Morata trafiał wcześniej w sezonie, strzelał też w Madrycie i w Turynie, ponieważ ma coś dla napastnika kluczowego: instynkt. W tym kontekście przypomniał mi się wywiad, który ostatnio czytałem z byłym snajperem – uzbierał on 282 gole w trakcie 20-letniej kariery, jest ostatnim Anglikiem, który wygrał wyścig o „Złotego Buta”. Kevin Phillips, pamiętacie tego gościa?

„Mam wiele dyskusji o tym, czym jest instynkt – powiedział w wywiadzie dla „The Set Pieces”, który opublikował również „Guardian”. – Bardzo wierzę w to, że można się pod tym względem poprawić, ale patrząc na napastników Premier League z dawnych lat – Owena, Fowlera, Cole’a, Shearera – to każdy z nich strzelił większość ze swoich goli dzięki instynktowi. Zawodnicy tacy jak Thierry Henry mieli umiejętności, by przejąć piłkę z dala od bramki, okiwać rywali i w piękny sposób trafić do siatki, ale tamci piłkarze potrafili być w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie. Dla mnie to instynkt.”

„Większości z tego nie da się wytrenować, ale można stać się w tym lepszym. Można nauczyć zawodników wykonywania odpowiednich ruchów, biegania w konkretnych kierunkach, trzymania się linii spalonego, odpowiedniego timingu i pojawiania się we właściwych miejscach, ale czasem sam znajdowałem się w dobrej pozycji, choć tak naprawdę nie wiedziałem, jak to robiłem. Po prostu nagle tam byłem. Myślę, że z tym trzeba się urodzić.”

Philips przypomina również jeszcze jeden ważny dla jego kariery napastnika cytat: im ciężej pracujesz, tym więcej masz szczęścia. To z kolei skojarzyło mi się z rozmową Jakuba Białka z Jakubem Świerczokiem z Zagłębia Lubin na Weszlo.com. Drugi najlepszy strzelec spośród Polaków w 2017 roku podsumował te dwanaście miesięcy tak: „W przerwie zimowej rok temu nie miałem w ogóle wolnego. W pierwszej lidze przerwa była bardzo długa – trwała ponad miesiąc – ale ja w zasadzie codziennie trenowałem. Nie zrobiłem żadnej przerwy. Nie zdarzyło się ani razu, bym przez dwa dni z rzędu nie trenował. Wziąłem się za siebie. Bardzo pomógł mi Leszek Dyja, do którego zacząłem chodzić indywidualnie – tak naprawdę to on mnie przygotował fizycznie i motorycznie. Było to dla mnie kluczowe. Wcześniej brakowało mi kondycji. Bardzo się męczyłem na boisku – wiedziałem, co chcę zrobić, ale nie miałem siły, by to wykonać.”

Świerczok nie mówi dokładnie o instynkcie, ale używa zamienników: „łapać flow”, automatyzmy. I też widać po nim, że każdy gol jest efektem pracy: z psychologiem, ale też analitykami „Deductora”, którzy wskazują mu konkretne rzeczy do poprawki, czasem organizują treningi indywidualne. To napastnik, którego zawsze wyróżniał potencjał, zdecydowanie w danej sytuacji, umiejętność odnalezienia się i błyskawiczne podejmowanie decyzji. Po prostu należało to poprzeć czymś więcej niż tylko charakterem.

swierczok

W tej zbitce losów różnych napastników dorzucam jeszcze jednego, którego transfer w pierwszym tygodniu stycznia narobił przynajmniej w Polsce najwięcej hałasu: Eduardo da Silvy, który wiosną ma strzelać gole dla Legii. Zainteresowany nietypowym i ryzykownym transferem poszedłem sprawdzić na powitalną konferencję, czy zobaczymy piłkarza w wieku 34 lat już utykającego, może siwiejącego, z lekką nadwagą… Nic z tych rzeczy. Eduardo miał na badaniach medycznych zaskoczyć pracowników Legii swoją wydolnością, na spotkaniu z dziennikarzami wyglądał na może nieśmiałego, ale pewnego, że i w tym wieku może wrócić na wysoki poziom gwarantujący jemu i drużynie gole.

Bo przecież tego mistrzom Polski brakowało najbardziej: w całym 2017 roku zdobyli w lidze tyle bramek, ile Śląsk Wrocław (55), a jesienią najlepszym strzelcem był Jarosław Niezgoda z siedmioma golami. Tyle samo trafień zaliczył 34-letni Arkadiusz Piech, Adam Frączczak z ostatniej w tabeli Pogoni Szczecin, a nawet Michal Papadopulos z Piasta Gliwice, który wybitnym strzelcem nie był i nie będzie.

Legia od odejścia Nemanji Nikolicia i Aleksandara Prijovicia była pozbawiona tego instynktu. A obserwując Ekstraklasę trudno nie wysunąć wniosku, że do zrealizowania podstawowego celu większości drużyn (awans do grupy mistrzowskiej, ewentualnie: utrzymanie) wystarczy mieć skutecznego napastnika – nawet jeśli czasem po to „coś” trzeba sięgnąć do rezerw brazylijskiego pierwszoligowca, greckiej ekstraklasy czy na trzeci poziom w Hiszpanii. Tylko trzeba wiedzieć, czego się szuka.

 

Komentarze (1)

Dodaj komentarz
  • stanislaw414

    Bardzo interesujący wpis. Od razu sięgnąłem po drugą Kopalnię, żeby przypomnieć sobie "Czytanie gry" Łukasza Kwiatka i Bartka Kucharczyka.

© Zachodny do tablicy
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci