Menu

Zachodny do tablicy

Futbol analitycznie, statystycznie i konkretnie - na tablicy Michała Zachodnego.

Pięć punktów po Legia Warszawa 2:1 Lech Poznań

mzachodny

Co dało otwarcie?

Ostatnie mecze Legii z Lechem były albo jednostronne (3:0 Lecha w Poznaniu, ale też 2:0 gości prowadzonych przez Stanisława Czerczesowa), albo po prostu o słabej jakości, futbolu chaotycznym, mało płynnym. Jednak tym razem gol strzelony przez Marko Vesovicia przy sytuacji Lecha i Nenada Bjelicy (o tym niżej) musiał szybko otworzyć spotkanie. O ile Legia kontrolowała spotkanie, o tyle bardziej przez słabość rywali: skrzydłowi nie wychodzili na optymalne pozycje, Radosław Majewski połowę swoich podań zaliczył na własnej połowie, a jedyne zagrożenie – poważne, by przypomnieć świetną interwencję Arkadiusza Malarza – stwarzali ze stałych fragmentów gry.

Jednak druga część meczu była tak otwarta, jak w żadnym z meczów tych drużyn i to aż do przesady. W ostatnich trzydziestu minutach była to gra cios za cios, w ostatnich 30 minutach drużyny oddały połowę wszystkich strzałów w meczu (13 z 26). Liczba kontr, które Legia wyprowadziła, lub powinna wyprowadzić przez zaangażowanie Lecha w ofensywę tylko rosła, momentami w defensywie dochodziło do starć trzech na trzech. Gospodarzom brakowało płynności, ale też fakt, że czterech zawodników cały czas myślało o atakowaniu, swoje szanse mieli goście. Pokazała to jedna z akcji Michała Kucharczyka, który najpierw niepewnie ruszył do kontry, nie dał opcji rozegrania, a potem zamiast wrócić do formacji defensywnej… został na linii połowy, a groźną sytuację stworzył Lech, właśnie jego stroną.

leglechszal

Oczywiście, że wynikało to również z sytuacji obydwu drużyn: zarówno Romeo Jozak, jak i Bjelica potrzebowali zwycięstwa, by uargumentować swoją dotychczasową pracę. Ale też w kwestii stylu nastąpiła poprawa: pomimo tego, że pierwszy gol padł z długiego podania za linię obrony, to drużyny chorwackich szkoleniowców grały po ziemi, budowały akcje środkiem pola, skrzydłami, szukały podań w dwójkach, trójkach. Hit nie zawiódł, ale dał nadzieję, że w rundzie finałowej poziom piłkarski dorówna emocjom.

Radut vs. Jędrzejczyk

Dla Nenada Bjelicy to było kluczowe piętnaście minut w kontekście dalszej pracy w Lechu Poznań – niezależnie od tego, czy faktycznie poprowadzi drużynę przynajmniej do końca sezonu. Ale zmianami przynajmniej dał sobie szansę. Kluczowa okazała się decyzja o zamianie skrzydłowych Mario Situm powędrował na prawą stronę, a Mihai Radut na lewą. Dlaczego było to istotne, poniekąd wyjaśnił… Romeo Jozak. – Arturowi (Jędrzejczykowi) mówiłem w przerwie, by nie szukał kontaktu, interwencji. Sędzia już w pierwszej połowie mówił mu, że kolejny faul i będzie czerwona kartka – dodawał. A prawemu obrońcy łatwiej byłoby radzić sobie z rywalem, który gra przyklejony do linii bocznej (jak nieźle grający lewą nogą Situm), niż takiemu zbiegającemu do środka (jak zdecydowanie tylko prawonożny Radut).

Zresztą także Majewski grał bliżej jego strefy, przez co bez odpowiedniej asekuracji Jędrzejczyk miał więcej problemów. W pierwszej połowie Radut zaliczył osiem podań, w drugiej – 26, w tym asystę po świetnym dryblingu. Przed przerwą tylko raz podawał w „szesnastkę”, po – pięciokrotnie. Oczywiście, że Jędrzejczyk powinien lepiej się zachować, ale jego brak interwencji wynikał prawdopodobnie z zalecanej mu ostrożności. Był daleko od skrzydłowego, nie szukał kontaktu.

radut

A Bjelica pokazał, że potrafi myśleć do przodu, nie tylko być pragmatykiem. Zbyt często w tym sezonie jego Lech wyglądał na zespół patrzący, co jest za plecami. Można przywołać to do sytuacji… kibica „Kolejorza”, Jakub Krzewina z Kruszwicy, który w tym samym czasie, co trwał mecz, biegł w polskiej sztafecie na 400 metrów w finale halowych mistrzostw świata. Miał kilkadziesiąt metrów straty do prowadzącego Amerykanina i dwóch rywali za plecami: zamiast jednak interesować się bronieniem drugiej pozycji (jak często robi to Lech, usatysfakcjonowany minimalnym wynikiem, prowadzeniem czy remisem) zaatakował i w spektakularny sposób odniósł zwycięstwo z rekordem świata. Myślał wyłącznie o zwycięstwie, a Lech takie wrażenie sprawia rzadko, choć ostatnio i tak to się poprawiło po fatalnym występie w Kielcach. Rzucił wszystko na szalę przeciwko Śląskowi Wrocław w ostatnim kwadransie, z Legią nie czekał nawet tak długo. Jeśli Chorwat ma w jakiś sposób uratować swoją posadę, to tylko podejmując decyzje tak działające na jego zespół. Zwłaszcza, że po porażce w Warszawie „Kolejorz” nie ma innej opcji, jak rozpocząć mocny finisz.

Radović i doświadczenie

Interesująco Romeo Jozak wytłumaczył wprowadzenie na to spotkanie Miroslava Radovicia, który w dotychczasowym sezonie ani razu nie zaczął w podstawowym składzie, wcześniej wystąpił ledwie trzykrotnie jako zmiennik. – W czwartek wziąłem Rado na rozmowę i poprosiłem go, by odpowiedział mi na proste pytanie: czy da radę zagrać z Lechem? Poprosiłem go jednak, by odpowiedział głową, a nie sercem. Wymienialiśmy uwagi i zdecydowałem się na niego postawić, by poprowadził zespół w tym spotkaniu. Myślę, że spisał się dobrze – mówił szkoleniowiec Legii.

Radović spisał się dobrze, ale tylko w momentach, gdy Legia była przy piłce. W grze defensywnej jego wkład był niemal niezauważalny. Im dłużej trwało spotkanie, tym poważniejszy był problem gospodarzy, gdy musiała bronić, niemal w dziesiątkę, na dodatek poddając środkową strefę (o batalii w niej piszę niżej) na korzyść Lecha. Jeszcze przed przerwą miał trzy próby odbiorów, w drugiej połowie – jeden nieudany. W pierwszej części meczu wygrał 10 z 19 pojedynków, w drugiej – 2 na 10. Mało tego, o fizyczności świadczy to, ile i jak intensywnie Radović biegał: jeden sprint, przebiegł najmniej z wyjściowej jedenastki (9,70 kilometrów), choć oczywiście skończył mecz w 79. minucie.

A co dał Legii Radović? Mądrze utrzymywał piłkę w pierwszej połowie, w typowy dla siebie sposób dryblował, skupiał uwagę rywali i tworzył przestrzeń dla innych. Faktem jednak jest, że gospodarze z tego nie korzystali, nie stwarzali tak wiele sytuacji, ponieważ… każdy z zawodników ofensywnych zbyt długo przytrzymywał piłkę, brakowało przyspieszenia, gdy już tworzyło się miejsce.

Jego udział był interesujący z punktu widzenia ciekawostkowego – Legia na Lecha wystawiła zdecydowanie najstarszą jedenastkę w tym sezonie Ekstraklasy (średnia wieku 31,9). Jozak tłumaczył, że nie było to celowe, ale po porażce z Jagiellonią („okropnym występie”, mówił Chorwat) potrzebował mocnej odpowiedzi, więc zwrócił się do tych starszych zawodników. – W końcówce weszli ci młodsi i to do nich będzie należała przyszłość Legii – dodał, odnosząc się do Niezgody oraz Szymańskiego. Faktem jest, że przy dużej liczbie trzydziestolatków to ci młodsi dawali gole lub mogli je dać: najpierw Vesović i Remy, po przerwie Kucharczyk z rzutu karnego, a doskonałe szanse mieli Szymański oraz Niezgoda. A Radović nie zaliczył ani jednego kluczowego podania, nie oddał też celnego strzału i jeszcze na topową formę musi poczekać…

Remy i środkowa strefa

Od środkowych pomocników się zaczęło i na nich można by ten mecz zamknąć. Przecież już w drugiej minucie fantastyczną asystą popisał się William Remy, który tym razem został ustawiony jako defensywny pomocnik, a spotkanie golem na 2:2 mógł – przy bardziej szczęśliwym rykoszecie – zakończyć Maciej Gajos. I walka tych dwóch okazała się decydująca, przecież Remy oszukał kapitana Lecha przy akcji na 1:0, wygrał pięć z siedmiu ich pojedynków. Francuz miał w całym meczu 7 prób dryblingów, obok Vesovicia najwięcej. Ale bardzo dobrze zagrał też Krzysztof Mączyński, pewnie najlepiej na wiosnę. Wygrał 13 z 19 pojedynków, sześć z ośmiu prób odbiorów miał udanych, do tego zaliczył najwięcej przechwytów na połowie Lecha (trzy), obok Hamalainena przebiegł najwięcej (ponad 11km). Remy był niemal równie skuteczny w starciach (69%), ale za to znacznie dokładniejszy w podaniach (88% przy 71% Polaka).

W Lechu tylko Vujadinović wygrał więcej pojedynków od Trałki oraz Gajosa, zresztą im dłużej trwał mecz, tym skuteczniej ten duet utrzymywał intensywność ataków i pressingu Lecha. Pierwszy po przerwie zebrał 11 drugich piłek (sześć na połowie Legii), Gajos osiem (trzy) do tego pięć przechwytów. Problem po ich stronie był w kwestii podań – kapitan zagrywał głównie do boków, nie szukał trudniejszych rozwiązań (jedno zagranie w pole karne). Podobnie Trałka, choć z tego duetu o dziwo to on był tym bardziej zaangażowanym w ataki, miał dwa razy więcej podań do przodu (30 do 15) od swojego kolegi z drugiej linii. Ostatecznie także to okazało się różnicą w kontekście wyniku całego spotkania.

podaniatragaj

Boczni obrońcy

Jednak prawdziwymi bohaterami – i antybohaterami – tego meczu byli boczni obrońcy. Głupi faul Jędrzejczyka przed przerwą znacząco wpłynął na drogą połowę, jego brak interwencji sprezentował sytuację na 1:1 dla Lecha. Z kolei Kostewycz zaliczył bodaj najbardziej niefortunną (nie rozstrzygając tu słuszności decyzji sędziego) interwencję ręką, która dała zwycięstwo rywalom. Jednak przy pierwszym golu także Ukrainiec zachował się źle, nie kontrolował linii spalonego, a i tak zaryzykował krok w stronę środka boiska, dając Vesoviciowi przewagę, a kolegom ze środka sprawiając niemiłą niespodziankę. Adam Hlousek był równie aktywny, ale gdyby był piłkarzem wyższej klasy to w pierwszej połowie zagrałby do Eduardo przy świetnej kontrze, miał też spektakularnie niecelny strzał przed przerwą, a w drugiej części mógł asystować bodaj Hamalainenowi w jednym z szybkich wypadów Legii. Robert Gumny mógł mieć asystę, gdy jedno z jego dośrodkowań w pierwszej połowie dotarło do Raduta, którego strzał obronił Malarz. Może wpływ najmłodszego z bohaterów widowiska był w nim najmniejszy, ale nie da się ukryć, że wszyscy boczni obrońcy byli w wynik hitu Ekstraklasy najbardziej zamieszani.

Komentarze (1)

Dodaj komentarz
  • Gość: [Typowy Polak] *.netronik.pl

    Dobrze się czyta takie rzeczowe analizy stąd pochwała dla Autora.
    Zwróciłbym uwagę na jeszcze jedną kwestię jak podstawowy obrońca reprezentacji może być tak słaby psychicznie i dać się prowokować na poziomie Ekstraklasy. Co więcej jak może dać się tak łatwo (na zamach czy 2) ograć i po jego "nieinterwencji" spowodować sytuację, z której przeciwnik strzela bramkę.
    Na MŚ będziemy za rywali mieli szybkich i gibkich zawodników, a Jędza, bo o nim cały czas mowa zachowuje się sztywno drewnianie i nieodpowiedzialnie...ehhh

© Zachodny do tablicy
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci