Menu

Zachodny do tablicy

Futbol analitycznie, statystycznie i konkretnie - na tablicy Michała Zachodnego.

Dla mundialowych malkontentów

mzachodny

Im bliżej końca mistrzostw świata, tym więcej niezadowolonych z jego poziomu. Bo stałe fragmenty, bo Rosja w ćwierćfinale, bo Niemcy i Hiszpanie od dwóch tygodni w domu, bo nikt się nie wybija. Jak bardzo można nie lubić futbolu?

Albo samych mistrzostw świata? Dyskusję nad poziomem moglibyśmy zacząć od totalnych podstaw: do Rosji wcale nie przyjechały 32 najsilniejsze drużyny, zabrakło też wielu piłkarzy z czołowych lig, klubów oraz pozycji. Ale nie po to jest mundial, by robić z niego drugą Ligę Mistrzów. Nie po to jest mundial, by z niechęcią machać na niego ręką.

 

Mundiale nie dają już drużyn wybitnych, przynajmniej nie w czasach współczesnych. Może na sali są osoby lepiej pamiętające starsze mistrzostwa, lecz ze wszystkich turniejów, które mam w głowie nie jestem w stanie wymienić jednej naprawdę genialnej drużyny. Ostatnich kilku zwycięzców to przecież albo drużyny, które rosły z meczu na mecz, albo takie, którym zdarzył się jeden wybitny występ (np. Niemcy 7:1 Brazylia w 2014, Francja 3:0 Brazylia w 1998)… Jedna z lepiej i bardziej atrakcyjnie grających drużyn, to zresztą ta Niemców z 2010 roku, która zwłaszcza w fazie pucharowej dawała popis za popisem, ale skończyła na trzecim miejscu.

Ale czy był to zespół wybitny? Przepraszam, zadam inne pytanie: czy mundial w ogóle potrzebuje zespołów wybitnych?

Nie, nie potrzebuje. Najlepiej w ostatnich dniach ujął to Gareth Southgate, którego wypowiedzi są idealnym lekiem na mundialowych malkontentów. – Po prostu cieszymy się przygodą. Wszystko, co do tej pory osiągnęliśmy opiera się na radości. Jak daleko możemy zajść? Po prostu przesuwajmy granice, twórzmy własną historię. Wiemy, gdzie jesteśmy, wiemy, że nie jesteśmy dziełem skończonym i nie sądzę, byśmy mieli wielu piłkarzy o klasie światowej. Są od nas w tym turnieju zespoły lepsze, z lepszym zbiorem indywidualności, ale my stanowimy drużynę. Mamy świetnych zawodników, nie da się zaprzeczyć, lecz to siła kolektywu była kluczowa – mówi selekcjoner półfinalistów.

Mundial nie jest dla drużyn, które są skończonymi dziełami, ale dla tych, które potrafią pomimo obciążeń oraz rosnącej rywalizacji do tego dążyć. W każdym z poprzednich mistrzów można było dostrzec skazę, zresztą nie trzeba było szukać, bo na drodze do tytułu te problemy uwydatniały się same.

Doskonale rozumiem, że tak samo pewnie było – albo ktoś odniósł podobne wrażenie – cztery lata temu, w 2010, 2006, 2002, 1998 i tak dalej. Nie ma problemu: teraz może skala narzekania tylko rośnie, bo i przekaźniki tego malkontenctwa stają się coraz bardziej popularne, a skoro dziś Rosja znów broni się od pierwszej do sto dwudziestej minuty to dam like lub nawet podam ćwierknięcie dalej.

(Nawiasem mówiąc: nie wkraczam w ogóle na pole dyskusji o tym, ile futbol w wydaniu międzynarodowym stracił na rzecz klubowego w ostatnich latach, jak różne są wyzwania selekcjonerów w porównaniu do trenerów i dlaczego znów pragmatyzm wygrywa z ideą, jak to ładnie napisał Kuba Żywko na Twitterze. Nie ma sensu, to powinien wiedzieć każdy zorientowany i chcący marudzić nad poziomem.)

Mam jednak wrażenie, że przez rosnącą chęć przekrojowego podsumowania turnieju w 280 znakach niektórzy zabijają w swojej piłkarskiej świadomości to, co (każdorazowo co cztery lata) stanowi o wyjątkowości mundialu. Skoro, słowami Southgate’a, mistrzostwa to przygoda, to w niej najlepsze są chwile zebrane w jej trakcie, nie finisz i krótkie pożegnanie. Może to kwestia przeżywania turnieju z nosem w telefonie? Ale przecież jako nałogowy użytkownik mediów społecznościowych sam wiem, że właśnie tam najczęściej wyciągane i najlepiej eksponowane są nawet najmniejsze chwile. Jak gromadka dzieci z urugwajskiego przedszkola, która oglądała mecz z Egiptem. Jak te wszystkie nagrania z barów i latającego piwa nad głowami świrujących fanów, gdy Anglia strzela gola, a futbol zdaje się być na najlepszej drodze do domu.

Nawet ze swojej pozycji – gościa przyklejonego do statystyk, szukającego trendów i wyjątków od reguły – mogę powiedzieć, że czasem widzę, jak poszukiwanie liczby definiującej mecz, występ czy turniej może zabrać frajdę z tego, co się ogląda. Miałem takie wrażenie po wybitnym (tak, tak) popisie Edena Hazarda z Brazylią, który Belg zakończył bez asysty, bez gola. Oglądało się go fantastycznie, jak kręci dryblingami swoich rywali, jak biedny Fagner gubi krok, gdy skrzydłowy znów robi ten swój charakterystyczny start-stop-start, z piłką przyklejoną do nogi. A jednak wydawało mi się, że doceniono go dopiero, gdy okazało się, że Hazard tych kiwek miał w historii mundialu rekordowo dużo. Jakby potrzeba było liczby na potwierdzenie tego, co się właśnie zobaczyło.

A i tak był to mecz kosmiczny, odbiegający od pozostałych w mundialu i… niech to nie będzie powodem, by narzekać na poziom turnieju. Bo turniej do wpisania się w historię tego poziomu w ogóle nie potrzebuje. Potrzebuje chwil emocji: załamań i radości, wzniosłości i kompletnego ogłupienia. Im bardziej uśredniony, tym więcej szans na to, by ktoś popełnił błąd (a to, skoro już kogoś kusi na podsumowanie, był mundial błędów obrońców) i coś się zdarzy (to dla znudzonych), ale i im bardziej uśredniony, tym łatwiej się wyróżnić, jak Kylian Mbappe swoim rajdem przez Argentyńczyków. A takich chwil w Rosji naprawdę było i jest sporo, wystarczy spytać Denisa Czeryszewa.

W skrócie: mundial im. Harry’ego Maguire'a nie musi oznaczać, że jest to gorszy turniej, niż ten im. Cristiano Ronaldo (nawet jeśli takiego jeszcze nie było i już nie będzie). Mundial nie jest dla wybitnych, ale dla wytrwałych i potrafiących się przy tym całym szaleństwie dobrze bawić. Jak Chorwaci skaczący na krzesłach po wyczerpującym fizycznie i emocjonalnie ćwierćfinale. Kusząca byłaby myśl, że w połowie śpiewów Luka Modrić zatrzymał się, by skrytykować poziom gry swojej drużyny, ale nie wydaje mi się, by był wtedy zawiedziony.

Może to nie obsesja, ale coś jest na rzeczy, gdy panuje coraz większa potrzeba zdefiniowania wszystkich rozgrywek wedle ich poziomu. Natomiast jeśli komuś poprzednie cztery tygodnie nie sprawiły frajdy, to już żaden Kane, Lukaku, Modrić, czy Griezmann nie pomogą. A jeśli ktoś potrzebuje wysokiego poziomu, by z futbolem w wydaniu mundialowym dobrze się bawić, odnajdywać w nim bohaterów i poznawać ich historie, to wypada tylko współczuć, jak bardzo współczesna piłka jego/ją rozpuściła.

Komentarze (1)

Dodaj komentarz
  • 0twojastara

    Osobiście kompletnie nie rozumiem malkontentów. Dla mnie poziom wyznacza rywalizacja. Mamy niezwykły turniej, na którym meczów do jednej bramki było niezwykle mało, za to pojechało gdzieś 27 drużyn wierzący w dobry rezultat i gotowych zań walczyć. Szkoda tylko, że nasza kadra w tej liczbie się nie znalazła.

    Pierwszego dnia mieliśmy jedną z niewielu rzezi, i malkontenci od razu zaczęli o niskim poziomie mundialu przy takich wynikach. Potem trend się kompletnie odwrócił i jak to zinterpretowali malkontenci? Niskim poziomem turnieju.

    Gdyby padłą rekordowa ilość goli z gry, malkontenci stwierdziliby, że poziom gry obronnej jest najniższy ever, zatem niski poziom gry. Gdyby Messi z Ronaldo i Niemcami jednak zaszli wysoko, malkontenci stwierdziliby że nie mają z kim rywalizować, zatem niski poziom gry.

    Dla mnie ci ludzie są jak "fani metalu" którzy w życiu słyszeli tylko o Metallice i znają jeno "Nothing else...", ale za fanów metalu się uważają. I tacy sami fani piłki, oglądają wyłącznie Barcelonkę(czy może skróty jej meczów) czy inny klub z topu, wiedzą tyle że Kriszczanu/Messi królem jest i tyle.

    Mam dla Was przesłanie drodzy malkontenci.

    Nikt wam nie każe udawać, że interesujecie się futbolem.

    Nikt wam nie każe oglądać mundialu. Choć naiwnym byłoby mniemanie, że jego nieoglądanie uniemożliwiłoby jego komentowanie. Wszak wystarczy popatrzeć na wynik: Brazylia 1:2 Belga i wiadomo że niski poziom gry.

© Zachodny do tablicy
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci