Menu

Zachodny do tablicy

Futbol analitycznie, statystycznie i konkretnie - na tablicy Michała Zachodnego.

Proces nauki, czyli śledzenie kadry Adama Nawałki

mzachodny

– A dobrze oglądał pan mecz? To proszę jeszcze raz zobaczyć zapis wideo – dosyć ostro odpowiedział Adam Nawałka. Minęło kilkadziesiąt minut od momentu, gdy Robert Lewandowski na wślizgu wbił piłkę do bramki Szkotów i tłum śpiewających Szkotów zamilkł, a wybuchli kibice z Polski. Uratowany remis oznaczał, że biało-czerwoni kontrolują sytuację na finiszu eliminacji EURO 2016, a rywale odpadają z tego wyścigu. Chwile przed Nawałką w tym samym miejscu siedział blady jak ściana i wściekły Gordon Strachan, widać było również po polskim selekcjonerze, że emocje jeszcze go trzymają.

Odpowiadał właśnie na moje pytanie – dość zagmatwane, bo wypowiadane pod wpływem tego, co się wydarzyło na Hampden – i był to jedyny raz, gdy widziałem go autentycznie zezłoszczonego na poruszoną kwestię. Zresztą po chwili sytuacja była opanowana, selekcjoner wyjaśnił sobie z rzecznikiem Jakubem Kwiatkowskim o co chodziło, porozumiewawcze spojrzenie z autorem pytania również zakończyło sprawę. Ale swoich nerwów po tamtej reakcji trenera nie zapomnę nigdy.

W ostatnich dniach wiele powiedziano i napisano o warsztacie Nawałki, jego podejściu do piłkarzy oraz mediów. Większość z tego była albo teoriami do bólu naciąganymi, albo po prostu nieprawdziwymi. Tak zresztą jest wokół wielkich turniejów, że zainteresowanie kadrą szczytuje, a wraz z tym rośnie liczba opisujących, także od nowa, bez wcześniejszego wglądu.

Nie wiem, którą konferencją Adama Nawałki na jakiej się zjawiłem była ta pożegnalna, ale było ich sporo, pewnie około stu lub więcej. Od tej pierwszej pomeczowej po klęsce we Wrocławiu ze Słowacją, która nastrojem przypominała pożegnanie Franciszka Smudy w tym samym miejscu. Oczywiście, że wiele było podobnych, mało konkretnych, ze słabymi pytaniami i wymijającymi, okrągłymi odpowiedziami. Lecz sam finisz Nawałka miał mocny.

A z czasem ważniejsze od tego, co było w trakcie konferencji stawały się dogrywki po wyłączeniu kamer. Tradycją stało się, że po wystąpieniu na początek każdego zgrupowania selekcjoner wychodził i czekał na dziennikarzy, by tam jeszcze dyskutować. I wtedy widać było takiego Adama Nawałkę, jakiego znali również piłkarze: pełnego energii, mówiącego zdecydowanie, krótkimi zdaniami, często ich równoważnikami. Tam tworzyły się pomysły na teksty i pisały się całe zdania jego słowami, choć bez cytatów. Kto dziś twierdzi, że fatalnie współpracował z mediami pewnie nigdy nie pomyślał, by przyjść na konferencję, poczekać na jej koniec i może spróbować porozmawiać. A wtedy żadne pytanie nie zostawało bez konkretnej odpowiedzi.

W dogrywkach też było widać energię, którą przekazywał wszędzie i każdemu. Nawet, gdy bywał wściekły – jak w przerwie meczu w Kopenhadze, wtedy miał osiągnąć maksimum – to właśnie po to, by pobudzić, postawić na nogi, sprowokować do czegoś lepszego.

Energia ta była przytłaczająca i to dosłownie. Także w spotkaniach na korytarzach w biurze, gdzie spędzał ze sztabem większą część tygodnia, często do późnego wieczora. „Jak forma?” – to można było usłyszeć od niego najczęściej, w każdych okolicznościach i wobec wszystkich. Ta aura się utrzymała i w dniu pożegnania z reprezentacją, choćby na krótkim i naprędce zorganizowanym spotkaniu z pracownikami biura.

W czasie tego opisywania kadry zmieniała się moja rola – z tego będącego na zewnątrz (w barwach Sport.pl), do osoby przypisanej do pierwszej reprezentacji w departamencie PZPN. Wcale zgoda na obserwowanie treningów nie była oczywista, dostałem ją dopiero na ostatnie zajęcia przed meczem w Podgoricy. Ustawiony z boku, by nie rzucać się w oczy, ale obserwujący z fascynacją, jak Nawałka zarządza grupą i swoim sztabem, jakie daje komendy, jak zwraca się do piłkarzy. Nigdy przezwiskiem, nazwiskiem, ale zawsze imieniem, czasem tylko zdrobnionym.

W Arłamowie obserwowałem dokładność i zdecydowanie z jaką prowadzi zajęcia taktyczne, ucząc zawodników przesuwania się w ustawieniu z trójką środkowych obrońców. Co do centymetra, z dbałością o asekuracje, w wielokrotnych powtórzeniach. Samemu rozgrywając piłkę, swoim ruchem wymuszając automatyczną reakcję defensorów. Nie robił tego, jak osoba wątpiąca w obrót spraw w mundialu, ale przekonany o słuszności swojego działania i poziomu, jaki będzie wymagany w trakcie turnieju.

Był ostatni trening przed ogłoszeniem składu na mistrzostwa świata, gdy to się stało. Początkowo nikt nie sądził, że uraz Kamila Glika będzie poważny, aż do momentu, gdy załamany piłkarz schodził z boiska. Już wtedy był zorganizowany transport do szpitala, trener podszedł i wyjaśnił obrońcy co go czeka. A gdy Glik odjechał, wtedy wziął na bok Marcina Kamińskiego i poprosił go o pozostanie z kadrą pomimo tego, że w kadrze na MŚ się nie znalazł. Wszystko w ciągu kilku minut, takie mikro zarządzanie kryzysem.

I także po tym treningu prosił jeszcze kilku piłkarzy, by wyjaśnić im powody swojej decyzji. Za każdym razem odbywało się to tak, jakby ostatecznie zawodnik dziękował trenerowi za szansę, rozpatrzenie go i miłe słowa o „rezerwach”, „potencjale”, „pracy” i „drzwiach szeroko otwartych”.

Teraz wszyscy powtarzają, jak bardzo Nawałka skupiał się na detalach, ale wiedzieć to z relacji piłkarzy a widzieć w treningu to dwie różne sprawy. Pozostanie mi w głowie to, jak na ostatnich zajęciach przed wylotem do Moskwy na mecz z Senegalem, skądinąd bardzo jakościowych, pełnych skupienia i nie zapowiadających tego, co się wydarzyło w starcie w mundialu, trener podszedł do Thiago Cionka i wyjaśniał mu, jak ma wprowadzać piłkę: by nie poprawiał jej kilkukrotnie podeszwą przed zagraniem. By nie robił tak, jak później w spotkaniu mu się zdarzyło…

Dlatego uważam, że najbardziej ocenę pracy szkoleniowca w trakcie mundialu determinowały błędy indywidualne jego piłkarzy – które on później wziął na siebie, przypisując je swoim złym wyborem składów. A może to fakt, że jego przekaz już tak mocno nie trafiał do piłkarzy? W końcu sam Nawałka mówił, że wycisnął z zespołu maksimum i by zdołać wycisnąć coś więcej reprezentacja potrzebuje kogoś innego.

Może to zmęczenie? Pamiętam, gdy po meczu z Czarnogórą – po jego świetnym początku i dramatycznej końcówce – który dał awans na mistrzostwa świata szedłem za selekcjonerem na konferencję prasową. Pamiętam ten moment przez zmęczenie trenera każdym krokiem, zmęczenie wynikające z emocji, ale też po całej drodze na mundial. Jak przyznawał na pożegnalnej konferencji, to wtedy dostrzegł, że zespół potrzebuje nowych impulsów, bo ma problemy z utrzymaniem wysokiego poziomu i kontroli na boisku. Teraz tamten powolny spacer od szatni do sali rozumiem jeszcze lepiej. Ale wraz z wejściem przed kamery selekcjoner znów był pełen energii i zdecydowania.

Kolejny taki spacer miał miejsce po meczu z Litwą. – Gratulacje trenerze – powiedziałem po zwycięstwie 4:0, zupełnie z braku pomysłu na to, jak się przywitać. Ale mina trenera była kwaśna. – Jeszcze nie ma za co – odpowiedział spokojnie.

Nie mam problemu z przyznaniem, że im mocniej interesowałem się – z zawodowego punktu widzenia – reprezentacją, im bliżej niej byłem, tym bardziej ten styl pracy mi imponował i… trochę mnie przerażał. W pierwszym względzie przez wspomniane skupienie na detalach, co zresztą rzutowało na to, jak pisałem o kadrze, na jakich aspektach się skupiałem. Byłem pod wrażeniem organizacji i nacisku na to, by była jak najlepsza. Był to również proces nauki o tym, ile rzeczy decyduje o końcowym wyniku i jak pomimo dbania o wszystko wciąż trzeba mieć szczęście. Choćby w wyborach piłkarzy w ich karierach, przy kontuzjach, zadecydowaniu, kto ma danego dnia zagrać.

A przerażał ze względu na to, ile energii musiało to kosztować, ile ten styl pracy wymagał poświęceń ze strony trenera i jego sztabu. Łatwo powiedzieć: za to przecież mu płacono. Ale często odnosiło się wrażenie, że robione jest więcej, niż ktokolwiek zakładał. Choćby w wyjazdach członków sztabu na wszystkie mecze Ekstraklasy, choćby w tym, jak dbał o piłkarzy nawet z dalszych miejsc w rankingu, szukając sposobów, by stworzyć im warunki do dodatkowego treningu, konsultacji medycznych, czy fizycznych.

Jest jeszcze wiele elementów o których wypadałoby wspomnieć: o wszystkich nietypowych, ale fachowych słówkach Adama Nawałki, o tym, jak minuty po ostatnim meczu spotykał się ze sztabem i krótko omawiał, jak i co powiedzieć dziennikarzom, utrzymując spójny przekaz z piłkarzami. Obszernie należałoby opisać, dlaczego jego konferencje wcale nie były tak nudne i bezproduktywne, jak wielu się wydaje (bo trzeba było czytać między wierszami, jak na czterech ostatnich spotkaniach). I dodać, jak chętnie Nawałka pomagał nie tylko swoim piłkarzom – co w chwili problemów ze zdrowiem sam mogłem odczuć.

Byłem na 41 z 50 meczów reprezentacji Polski pod wodzą Adama Nawałki. Widziałem te największe triumfy, ale też najpoważniejsze porażki. Gol Arkadiusza Milika przeciwko Niemcom był pierwszym, jakiego doświadczyłem oglądając na żywo drużynę narodową – choć był to już bodaj mój piąty lub szósty mecz kadry. A to, co wcześniej przed rolą dziennikarza wiązało się dla mnie z fałszywą nadzieją i rozczarowaniem, stało się już w jej trakcie fascynacją związaną z detalami piłkarskiej pracy i właśnie za sprawą kadry Nawałki przeszło w inspirację, by dążyć do bycia częścią podobnego zespołu.

A gdy za sprawą kadry U-20 i propozycji Jacka Magiery mi się to udało, charakterystycznie energiczny sposób powiedział: „No brawo!”.

© Zachodny do tablicy
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci