Menu

Zachodny do tablicy

Futbol analitycznie, statystycznie i konkretnie - na tablicy Michała Zachodnego.

Sunderland aż po śmierć, czyli oglądając siebie

mzachodny

Sukces wcale nie musi sprzedawać się lepiej od porażki. Zwłaszcza, jeśli jest to klęska spektakularna, zapaść całkowita i na wielu płaszczyznach. W futbolu takich historii nie brakuje, idealnym przykładem są ostatnie dwa lata w wykonaniu Sunderlandu. Nie wiadomo, czy z chęcią bycia świadkami kolejnego spadku tego klubu - po relegacji z Premier League następna była do League One - do jego siedziby weszła z kamerami ekipa produkująca dokument „Sundeland ‘Til I Die", ale efekt domina i rozsypującego się domku z kart nakręcili idealnie. Od tygodnia można na Netfliksie oglądać ośmioodcinkowy serial poświęcony właśnie temu klubowi w sezonie 2017/18.

sunderlandOczywiście, że aż prosi się o porównania z dokumentem o Manchesterze City, który miał swoją premierę wcześniej w tym roku. O ile już wtedy można było odnieść wrażenie „cukierkowatości” tej produkcji, o tyle dopiero zestawienie z „Sunderland ‘Til I Die” dosadniej przekonuje, że historia o sezonie z Guardiolą to… nie była piłkarska rzeczywistość. To była bajka, którą znają relatywnie nieliczne rzesze kibiców, gdy większość na krótszym lub dłuższym etapie swojego związku z klubem piłkarskim po prostu cierpi.

Kontrast między tymi dokumentami jest dosłowny i widoczny w wielu scenach. W City jest historia udanego transferu za kilkadziesiąt milionów funtów, a w Sunderlandzie oglądamy, jak walcząca o utrzymanie drużyna traci zimą dwóch podstawowych napastników i nie ma pieniędzy na ściągnięcie zastępstwa. Te przykłady można mnożyć, choćby w reakcjach kibiców – w Manchesterze uśmiechniętych, wiwatujących, dziękujących władzom, gdy bardziej na północy rzucają oni wyzwiskami w stronę zawodników, zarządu, a koniec końców także trenera, który w tym całym bałaganie zdaje się być najmniej winny.

Ktoś na Twitterze skądinąd słusznie zauważył, że gdyby z serialu o Sunderlandzie wyciąć powtarzaną powszechnie frazę „this football club” to zostałyby dwa odcinki. Jednak ten zabieg z czasem wydaje się celowy. Bo o ile produkcja o City jawi się jako bajka i historia sukcesu Guardioli, o tyle tu mamy do czynienia z pełną skalą „wrażeń” kibicowskich. Jest uśmiech w biedzie, uśmiech w stresie o własną pracę, uśmiech po kolejnych porażkach i wreszcie śpiewy o miłości do Sunderlandu w pubie po potwierdzeniu spadku drużyny. Jest mnóstwo fałszywej nadziei, momentów, które w bajce byłyby tymi przełomowymi, odmieniającymi losy drużyny w sezonie i sprawiającymi, że kończy się happy endem. A tu nawet nowi właściciele – swoją drogą, tajemniczy fundusz z planami restrukturyzacji? Skąd my to znamy… - wcale tego nie dają. Ich przedstawiciel w pierwszych reakcjach po wizycie w siedzibie i spotkaniach z pracownikami mówi o ich strachu, a nie poczuciu ulgi.

Oczywiście to sam finisz, a znacznie wcześniej dzieje się mnóstwo rzeczy, że to seryjne przegrywanie wcale nie wydaje się… nużące. Zwłaszcza, że porażki przynoszą za sobą kolejne zachowania pokazujące destrukcję wszystkich struktur oraz ogniw stanowiących o sile drużyny. W Sunderlandzie dzieje się to już przed startem sezonu, gdy poczucie nadziei i „nowego startu” jest wysokie, ale zderza się z rzeczywistością w sparingu z Celtikiem, który wygrywa 5:0 na Stadionie Światła. Tego samego dnia pijany Darron Gibson zwierza się kibicom w pubie, że połowa drużyny do niczego się nie nadaje i nic im się nie chce. Oczywiście ten sam piłkarz w dalszej części sezonu jest przyczynkiem do kolejnej historii z cyklu „Wstań-Padnij”, czyli: odzyskuje pozycję w drużynie, w kluczowym momencie łapie kontuzję, potem rozbija auta pod wpływem alkoholu i jest wyrzucony z klubu.

Ale w tym wszystkim bohaterami nie są piłkarze, nie jest Simon Grayson, ani Chris Coleman, nie jest nawet Martin Bain, szeroko promowany i niszczejący w swoim poczuciu nieomylności dyrektor wykonawczy. Najciekawsi są kibice. Reakcje na meczach, gdy krzyczą, że piłkarze grają gówno, że powinni spierdalać, że Ellis Short jest skończonym chujem. Przepraszam za wyrażenia, ale każdy kibic oglądający ten dokument pewnie wpadnie na tą samą myśl, co ja: wypadłbym w serialu ze swoją desperacją, szaloną radością, okrzykami, gestami niemal dokładnie tak, jak większość fanów Sunderlandu, ale na szczęście nikt nie wpadł na to, by robić dokument o Śląsk Wrocław, gdy leciał na trzeci poziom rozgrywkowy w 2003 roku.

Także dlatego tak łatwo jest mi zrozumieć przez co przechodzą fani Sunderlandu. Oni są prawdziwymi bohaterami, którzy rzadko dostają jakąkolwiek nagrodę. Na przykład jadąc na bodaj najdalszy wyjazd w sezonie oglądają, jak ich zespół do przerwy traci trzy gole, żegnają piłkarzy wyzwiskami. Ale w drugiej połowie Sunderland się podnosi, zdobywa (wtedy wydawało się, że) cenny punkt. Oczywiście ci kibice to również pracownicy klubu, którzy martwią się o swoją przyszłość (po spadku z Premier League zwolniono 85 osób!), ludzie przychodzący na spotkania z szefostwem, by zadać najważniejsze dla nich pytanie: czy wiecie, co nam robicie? „Nam”, bo to „nasz” klub. Często o tym zapominamy w dobie właścicieli, którzy – jak Ellis Short – są tak daleko od zdarzeń, że nie stać ich nawet na wysłanie smsa do trenera po całym sezonie.

Każdy chciałby być kibicem klubu odnoszącego sukcesy i pamiętam z wybitnej (tak, tak!) książki „We Don’t Know What We Are Doing” scenę, gdy kibice West Bromu podjeżdżają pod Old Trafford i patrzą na fanów Manchesteru United jak na obcy gatunek. Autor Adrian Chiles stawia tezę, że „tamci” mają łatwiej i nie wiedzą oraz nigdy nie przekonają się, jak to jest żyć z ujemnym bilansem bramkowym, strachem przed degradacją oraz jedną wygraną na trzy, cztery spotkania. Może dlatego cała zapaść Sunderlandu jest w samym mieście przyjmowana z ironiczną wściekłością, z mrugnięciem okiem po tyradzie na temat zarządzania klubem, z odnowieniem karnetu na ostatnim meczu sezonu kończącego się spadkiem.

Swoim frustracjom dają oczywiście upust, stąd sceny z trybun – raz ucierpiała kamera pod wpływem wściekłości fanów – są najciekawsze i… najbardziej autentyczne. Autentyczna jest nadzieja, złość, radość, każdy okrzyk… W tym całym teatrze o upadku najmniej jest łez – serio, serio – pewnie ze względu na pogodzenie się z fatum ciążącym na klubie. W końcu producenci w rozmowach promujących serial mówili, że „mnóstwo było momentów, gdy dwa plus dwa równało się pięć”. Komuś spoza futbolu wyda się to absurdalne, ale kibic wie, o czym mowa. Czasem po prostu w piłce nożnej nic nie ma sensu.

Na koniec kolejny wtręt osobisty: nieprzypadkowo wcześniej wspomniałem o Śląsku. Będąc z Wrocławia i czując się emocjonalnie związany z tym klubem widzę wiele, wiele elementów wspólnych z tym, co zdarzyło się z Sunderlandem. Coraz mniejsze zainteresowanie, „dwa plus dwa równa się pięć”, fatalne zarządzanie, przepłacani piłkarze o przeciętnej jakości, absurdalne decyzje odnośnie trenerów i momentów ich zatrudniania lub zwalniania, zadłużanie klubu, zmiany „strategii” budowania składu… W dokumencie drużyna Sunderlandu nie wygrała na własnym stadionie przez cały rok, we Wrocławiu od kilkunastu miesięcy Śląsk nie potrafi wygrać meczu, gdy pierwszy traci bramkę. Fani naprawdę szybko tracą wiarę, choć nigdy do końca. On tam jest i się tli. Także we Wrocławiu to wszystko dzieje się tu i teraz, choć oczywiście na inną skalę, zwłaszcza w kontekście odpływu kibiców od meczów.

Mogę się również przyznać, że w kilku momentach – pomimo tego, że oczywiście znałem koniec tej historii – sam nabierałem się na promyk nadziei dla kibiców Sunderlandu. Czy to jedno zwycięstwo, lepszy mecz, przyjście zawodnika, nowy trener… Myślę, że wielu złapie się na ten powtarzany przez realizatorów (a może nie ich, a po prostu… życie?) trik, jeśli zdecydujecie się obejrzeć ten serial. Zdecydowanie jako inny, bardziej szorstki, choć wcale nie mniej ciepły od tego dotyczącego Manchesteru City.

Ale pewnie pomimo klęsk przebrnięcie przez osiem odcinków nawet dla kibiców Sunderlandu było czymś przyjemnym, pocieszającym. Przecież zawsze jest następny mecz, sezon. W obecnych rozgrywkach League One ten zespół jest drugi w tabeli, ma najlepszy bilans bramkowy i przegrał tylko jedno spotkanie, u siebie spisuje się świetnie, walczy o powrót do Championship. To ten rok, gdy łatwiej jest im żyć Sunderlandem. Po kilku godzinach z ich klubem każdy może powiedzieć: zasłużyli na lepsze czasy.

© Zachodny do tablicy
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci