Menu

Zachodny do tablicy

Futbol analitycznie, statystycznie i konkretnie - na tablicy Michała Zachodnego.

Obserwowanie Leeds, słuchanie Bielsy

mzachodny

Na pewno już coś czytaliście o efekcie Marcelo Bielsy w Leeds United. Na pewno pamiętacie, że przed sezonem kazał piłkarzom zbierać pod stadionem śmieci, by zrozumieli, jak ciężko pracować muszą ich kibice. Na pewno słyszeliście, że w najcięższej lidze na świecie nikt tak ciężko nie pracuje, jak jego zawodnicy – po dwa razy dziennie przynajmniej dwukrotnie w tygodniu, niezależnie od intensywności piłkarskiego kalendarza. Na pewno widzieliście, jak gra jego drużyna, jak funkcjonuje w pressingu, jakie piękne bramki potrafi strzelać i to, że jest na pierwszym miejscu w tabeli.

Ale w niedzielę w Pucharze Anglii uległa Queens Park Rangers – drużynie z górnej części Championship, lecz jedynej z ujemnym bilansem bramkowym. To również trzecia porażka z rzędu piłkarzy Bielsy, co całkiem naturalnie powoduje, że od razu myśli się o kryzysie. Kryzysie, który dla jego drużyn jest typowy, jest efektem wycieńczenia (w Leeds ponoć nie słucha ani lekarzy, ani fizjoterapeutów) i przeciążenia wkładanymi do głów informacjami. Argentyńczyk inspiruje, ale zbyt długo nie da się z nim wytrzymać.

Porażka z QPR była poniekąd zrozumiała, gdy zobaczyło się skład jaki wybrał. 20-letni obrońca Halme zagrał tylko 143 minuty w lidze, Clarke dotychczas wchodził jedenastokrotnie jako zmiennik, Shackelton zaliczył nieco ponad sześć godzin gry, Davis miał na koncie tylko jedno spotkanie, a Baker średnio łapie po 20 minut. To już połowa drużyny, co nie znaczy, że reszta była doświadczona. Ale Bielsa był gotów zaryzykować, skład na mecz podał zresztą jeszcze w piątek.

Jednak to nadal była fascynująca obserwacja z wysokości trybun Loftus Road. Bo niezależnie od tego, jak młody i niedoświadczony zespół wysłał na boisko, to wysłał ich z typowymi dla siebie instrukcjami. A więc oglądałem standardowy ciąg na bramkę (i bramką dla Leeds powinna się skończyć już akcja z 28 sekundy, ale o tym więcej zaraz), doskok do rywala z piłką i ruch, który można łatwo określić: podanie i sprint.

Ktoś powiedziałby, że Bielsie na zwycięstwie nie zależało. Ale w jego słowniku nie ma takiego stwierdzenia. Owszem, grały głębokie rezerwy, ale wciąż w jego stylu. Ten brak kompromisu kosztował: najpierw naiwną interwencję obrońcy i rzut karny dla gospodarzy, w drugiej połowie drugiego gola po stałym fragmencie. Swój wpływ miała najmniejsza murawa w Championship: dobra do pressingu, ale jeszcze lepsza do blokowania ataków pozycyjnych, zwłaszcza prowadzonych przez niezgraną drużynę.

Ale to pewnie też już wiecie, albo przynajmniej znacie wynik. A przecież obserwacja zespołu Bielsy wcale nie musi być tak ciekawa, jak… obserwacja samego Bielsy. Niestety, z ostatniego rzędu trybuny prasowej ławek rezerwowych nie widać, trzeba by było wspiąć się na krzesełko, co jednak nie jest mile widzianym rozwiązaniem. Stąd wiele opinii zasłyszanych: o tym, jak niemiły jest sztab Bielsy wobec swoich rywali, jak on sam zachowuje się przy linii bocznej.

Jednak jeszcze ciekawsze było to, co działo się po meczu i na konferencji prasowej. Ten tyran i furiat przyszedł, usiadł obok tłumacza, wbił wzrok w blat biurka i w zasadzie w tym kierunku przez trzydzieści minut opowiadał o spotkaniu. Niby nic niesamowitego, ale styl jego wypowiedzi był naprawdę unikalny. Pytania jedynie nadawały ton myślom, które on z siebie wyrzucał. Przy jednej z wypowiedzi na koniec dodał: „nie jestem usatysfakcjonowany odpowiedzią, której panu udzieliłem”. Gdy któryś dziennikarz już myślał, że Argentyńczyk skończył wywód i chciał mu podziękować, to tak naprawdę była wyłącznie pauza w kolejnym strumieniu rozważań szkoleniowca. Ale tak już było w tym sezonie: po tym, jak zapytano go o opinię, gdy Norwich pomalowało szatnię gości na różowo, on przez dziesięć minut rozprawiał o tym, czym jest pożądanie.

Po QPR pożądania nie było, ale i tak wypowiedzi były interesujące. Zapytany o trzecią porażkę z rzędu odpowiedział, że sam działa wedle trzech punktów. Po pierwsze, zastanawia się, czy zespół zasłużył na przegraną. Po drugie, analizuje aspekty, które jego doprowadziły do odpowiedzi. Po trzecie, poprawia błędy i usprawnia to, co działało. Norma? Możliwe, ale podejście Bielsy jest inne. On niemal każde pytanie o konkretną rzecz w danym meczu odnosi do całości swojej pracy, do procesu jakiemu poddaje swoją drużynę i filozofii, która za tym wszystkim stoi.

– Jako trenerzy musimy tłumaczyć się z porażek, a wiele z rzeczy, które mówimy odbieranych jest jako usprawiedliwianie własnych błędów i decyzji. Analizowałem poprzednie dwa mecze i doszedłem do wniosku, że wyniki były niezasłużone, a postawa dobra. Zwykle staram się weryfikować naszą grę myśląc, co byłoby gdybyśmy byli równie skuteczni, co przeciwnik. Patrzę, ilu oni potrzebowali okazji do strzelenia gola i przekładam to na naszą postawę. Nasza skuteczność jest na poziomie drużyn z dołu tabeli, a mimo to jesteśmy na pierwszym miejscu. Sześć, siedem zespołów za nami wykorzystuje każdą drugą, trzecią szansę, a my potrzebujemy pięciu. To znaczy, że musimy grać bardzo ofensywnie, by wygrywać mecze, a to z kolei oznacza, że trudniej nam się bronić – zakończył.

Oto logika Bielsy: lekiem na nieskuteczność nie jest lepszy napastnik, lecz bardziej ofensywnie grający cały zespół. Można to odnieść również do gry defensywnej, gdzie rosnąca liczba błędów oznacza, że to drużyna musi grać bardziej agresywnym, wyższym pressingiem. – Czasem trudno jest znaleźć rozwiązanie wyłącznie poprzez powtarzanie ćwiczenia – mówił o problemie Leeds ze stałymi fragmentami. Zupełnie jakby sądził, że im dłużej by pracował z zespołem w swoim stylu, tym lepiej by to wyglądało, również dzięki doświadczeniu. Tego jednak w jego karierze prowadzenia klubów nie udało się doświadczyć, zwłaszcza ostatnie misje Bielsy były wyłącznie epizodami.

Czy ten w Leeds też takim będzie? Jest pewne przekonanie, że Bielsa z Championship ostatecznie przegra, że jego zespół już jest zajechany i ma mnóstwo problemów, zbyt wiele, by realizować szalone plany swojego trenera. Wciąż jest jednak na szczycie. Wciąż kibice w niego wierzą. W niedzielę pomimo porażki trzy tysiące fanów Leeds na Loftus Road bawiło się znakomicie, chwytając głośno każdy moment pressingu, pchając zespół po każdym przechwycie i na koniec dziękując, że przynajmniej sam wyjazd do Londynu nie był nudny.

Bielsa raczej tego nie słyszał lub nie zauważył, z bliska wyglądał, jakby wokół niego było pusto i dochodził do niego tylko głos, a w głowie szalał istny sztorm. Może dlatego tak potrzebuje spokoju: w końcu czas przed meczem spędził sam, siedząc pod zamkniętą szatnią na końcu malutkiego korytarza i ciągle coś notując. Ile z tego udało lub uda się zrealizować, wie tylko on sam.

© Zachodny do tablicy
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci