Menu

Zachodny do tablicy

Futbol analitycznie, statystycznie i konkretnie - na tablicy Michała Zachodnego.

Koulibaly, lista Gattuso i pan napastnik Piątek

mzachodny

Carlo Ancelotti porównywał go do Alessandro Nesty i Paolo Maldiniego. – Jest mocny, potrafi grać bardzo ostro, nie boi się włożyć nogi w stykowej sytuacji, a do tego bardzo dobrze czyta grę – chwalił go Salif Diao, jego rodak i były piłkarz m.in. Liverpoolu. Wprost do niego podziękowania skierował Diego Maradona, gdy Napoli pod koniec poprzedniego sezonu pokonało Juventus w Turynie i to środkowy obrońca strzelił decydującego gola.

Każdy bardziej ogarnięty fan futbolu powinien Kalidou Koulibaly’ego znać. To obrońca wielki – dosłownie, wyrastający ponad 195 centymetrów nad ziemię i umięśniony jak wyczynowiec, i w przenośni, bo stawiany w jednym rzędzie z najlepszymi obecnie stoperami. Senegalczyk jest jednym z nielicznych obrońców, którzy potrafią łączyć najlepsze dla tej pozycji cechy z dawnych gwiazd i najważniejsze aspekty współcześnie wymagane. W Serie A wygrywa dwie trzecie wszystkich pojedynków, jest wśród najczęściej odzyskujących piłkę i najdokładniej ją podających.

Jednak wtorkowego wieczoru na San Siro Koulibaly nie zapamięta dobrze. Zaczęło się już w pierwszych minutach przy linii bocznej, gdy napastnik rywali wykorzystał gorsze przyjęcie obrońcy, wbiegł przed niego i odepchnął go od piłki. To był tylko początek: kolejny pojedynek przegrał w powietrzu, następnie nie przypilnował napastnika przy długim podaniu i padła pierwsza bramka, drugi gol to jego nieudany odbiór tuż przed decydującym strzałem, a pod koniec tej części meczu z narastającej frustracji stoper dał się ograć i rywala kopnął pod kolano.

Niech to nie zostanie uznane jako recenzja przesadnie entuzjastyczna, ale faktyczna ocena zdarzeń w meczu Milanu z Napoli: Krzysztof Piątek udzielał Koulibaly’emu lekcji.

Można było uśmiechnąć się, gdy Polak na powitalnej konferencji prasowej w każdej wypowiedzi w języku angielskim mówił o „walce” i „strzelaniu goli”. Gdyby jednak ktoś próbował podsumować w trzech słowach występ Piątka z Napoli, właśnie tych określeń mógłby użyć. Schowany za podwójną gardą i w pobliżu własnego pola karnego Milan dokładnie tego potrzebował: napastnika utrzymującego piłkę pod presją, wygrywającego pojedynki, pędzącego za każdym podaniem, dającego oddech i to co najważniejsze, czyli gole.

O perfekcyjnym występie bramkarza mówi się, gdy utrzyma czyste konto, środkowym obrońcom potrzeba wygranych pojedynków i „schowania do kieszeni” napastnika, pomocnikom – bezbłędności w podaniach. Napastnikom do docenienia wystarczą gole i za nie wszyscy będą po tym meczu chwalić Piątka, lecz oznaczałoby to pominięcie wielu cennych aspektów z jego gry. A dla Milanu nawet bezcennych.

Był tam, gdzie go akurat Milan potrzebował i robił to, czego zespół wymagał. Po dwóch strzelonych golach nie musiał wracać do obrony po stracie piłki, nikt by tego w ocenach pomeczowych nie zauważył. Ale on zrywał się, robił dodatkowy sprint i pomagał drużynie. Gdy miał odbudować ustawienie na czterdziestym metrze od własnej bramki, to właśnie tam zajmował pozycję. Gdyby istniał stworzony przez Gennaro Gattuso arkusz z zadaniami dla napastnika Milanu, to Piątek przeciwko Napoli odhaczyłby wszystkie podpunkty.

Dla napastnika taka gra będzie wyczerpująca. Spójrzcie: dwa strzelone gole były jedynymi sytuacjami stworzonymi przez zespół Piątkowi. Po jego transferze wszyscy zgodnie powtarzali, że Milan z czołowych zespołów Serie A jest tym najmniej kreatywnym, coś co zresztą potwierdzają statystyki: pod względem „goli oczekiwanych” (xG) to dziewiąta drużyna ligi, w klasyfikacji kluczowych podań jest jeszcze niżej.

On będzie musiał na każdą swoją okazję popracować dwa razy mocniej, niż Cristiano Ronaldo – dosłownie, bo choćby współczynnik xG Polak ma od Portugalczyka ponad dwukrotnie mniejszy (9,09 do 19,25). Często mecze mogą wyglądać dla niego tak, że walki, ustawiania się i niewdzięcznych dla napastnika „szarpanych” akcji będzie więcej, niż cierpliwego budowania ataków, rozgrywania i… strzelania. Zdarzą się spotkania, gdy Piątek zmuszony będzie stworzyć sobie coś sam z podania, które będzie rzucone z własnej połowy.

A wtedy ta cała praca napastnika się opłaci. Intensywnością i wysiłkiem zdobędzie kilkadziesiąt centymetrów przewagi, fizycznością ochroni piłkę, zaangażowaniem uprzedzi rywala, a techniką i błyskiem skutecznie wykończy atak. Jeszcze w sobotę w swoim debiucie Koulibaly zdążył Piątka przy pierwszej szansie uprzedzić, ale musiał ratować się wślizgiem… we własnego bramkarza. W drugim spotkaniu Senegalczyk już nawet nie dostał na reakcję szansy.

Obserwowanie Leeds, słuchanie Bielsy

mzachodny

Na pewno już coś czytaliście o efekcie Marcelo Bielsy w Leeds United. Na pewno pamiętacie, że przed sezonem kazał piłkarzom zbierać pod stadionem śmieci, by zrozumieli, jak ciężko pracować muszą ich kibice. Na pewno słyszeliście, że w najcięższej lidze na świecie nikt tak ciężko nie pracuje, jak jego zawodnicy – po dwa razy dziennie przynajmniej dwukrotnie w tygodniu, niezależnie od intensywności piłkarskiego kalendarza. Na pewno widzieliście, jak gra jego drużyna, jak funkcjonuje w pressingu, jakie piękne bramki potrafi strzelać i to, że jest na pierwszym miejscu w tabeli.

Ale w niedzielę w Pucharze Anglii uległa Queens Park Rangers – drużynie z górnej części Championship, lecz jedynej z ujemnym bilansem bramkowym. To również trzecia porażka z rzędu piłkarzy Bielsy, co całkiem naturalnie powoduje, że od razu myśli się o kryzysie. Kryzysie, który dla jego drużyn jest typowy, jest efektem wycieńczenia (w Leeds ponoć nie słucha ani lekarzy, ani fizjoterapeutów) i przeciążenia wkładanymi do głów informacjami. Argentyńczyk inspiruje, ale zbyt długo nie da się z nim wytrzymać.

Porażka z QPR była poniekąd zrozumiała, gdy zobaczyło się skład jaki wybrał. 20-letni obrońca Halme zagrał tylko 143 minuty w lidze, Clarke dotychczas wchodził jedenastokrotnie jako zmiennik, Shackelton zaliczył nieco ponad sześć godzin gry, Davis miał na koncie tylko jedno spotkanie, a Baker średnio łapie po 20 minut. To już połowa drużyny, co nie znaczy, że reszta była doświadczona. Ale Bielsa był gotów zaryzykować, skład na mecz podał zresztą jeszcze w piątek.

Jednak to nadal była fascynująca obserwacja z wysokości trybun Loftus Road. Bo niezależnie od tego, jak młody i niedoświadczony zespół wysłał na boisko, to wysłał ich z typowymi dla siebie instrukcjami. A więc oglądałem standardowy ciąg na bramkę (i bramką dla Leeds powinna się skończyć już akcja z 28 sekundy, ale o tym więcej zaraz), doskok do rywala z piłką i ruch, który można łatwo określić: podanie i sprint.

Ktoś powiedziałby, że Bielsie na zwycięstwie nie zależało. Ale w jego słowniku nie ma takiego stwierdzenia. Owszem, grały głębokie rezerwy, ale wciąż w jego stylu. Ten brak kompromisu kosztował: najpierw naiwną interwencję obrońcy i rzut karny dla gospodarzy, w drugiej połowie drugiego gola po stałym fragmencie. Swój wpływ miała najmniejsza murawa w Championship: dobra do pressingu, ale jeszcze lepsza do blokowania ataków pozycyjnych, zwłaszcza prowadzonych przez niezgraną drużynę.

Ale to pewnie też już wiecie, albo przynajmniej znacie wynik. A przecież obserwacja zespołu Bielsy wcale nie musi być tak ciekawa, jak… obserwacja samego Bielsy. Niestety, z ostatniego rzędu trybuny prasowej ławek rezerwowych nie widać, trzeba by było wspiąć się na krzesełko, co jednak nie jest mile widzianym rozwiązaniem. Stąd wiele opinii zasłyszanych: o tym, jak niemiły jest sztab Bielsy wobec swoich rywali, jak on sam zachowuje się przy linii bocznej.

Jednak jeszcze ciekawsze było to, co działo się po meczu i na konferencji prasowej. Ten tyran i furiat przyszedł, usiadł obok tłumacza, wbił wzrok w blat biurka i w zasadzie w tym kierunku przez trzydzieści minut opowiadał o spotkaniu. Niby nic niesamowitego, ale styl jego wypowiedzi był naprawdę unikalny. Pytania jedynie nadawały ton myślom, które on z siebie wyrzucał. Przy jednej z wypowiedzi na koniec dodał: „nie jestem usatysfakcjonowany odpowiedzią, której panu udzieliłem”. Gdy któryś dziennikarz już myślał, że Argentyńczyk skończył wywód i chciał mu podziękować, to tak naprawdę była wyłącznie pauza w kolejnym strumieniu rozważań szkoleniowca. Ale tak już było w tym sezonie: po tym, jak zapytano go o opinię, gdy Norwich pomalowało szatnię gości na różowo, on przez dziesięć minut rozprawiał o tym, czym jest pożądanie.

Po QPR pożądania nie było, ale i tak wypowiedzi były interesujące. Zapytany o trzecią porażkę z rzędu odpowiedział, że sam działa wedle trzech punktów. Po pierwsze, zastanawia się, czy zespół zasłużył na przegraną. Po drugie, analizuje aspekty, które jego doprowadziły do odpowiedzi. Po trzecie, poprawia błędy i usprawnia to, co działało. Norma? Możliwe, ale podejście Bielsy jest inne. On niemal każde pytanie o konkretną rzecz w danym meczu odnosi do całości swojej pracy, do procesu jakiemu poddaje swoją drużynę i filozofii, która za tym wszystkim stoi.

– Jako trenerzy musimy tłumaczyć się z porażek, a wiele z rzeczy, które mówimy odbieranych jest jako usprawiedliwianie własnych błędów i decyzji. Analizowałem poprzednie dwa mecze i doszedłem do wniosku, że wyniki były niezasłużone, a postawa dobra. Zwykle staram się weryfikować naszą grę myśląc, co byłoby gdybyśmy byli równie skuteczni, co przeciwnik. Patrzę, ilu oni potrzebowali okazji do strzelenia gola i przekładam to na naszą postawę. Nasza skuteczność jest na poziomie drużyn z dołu tabeli, a mimo to jesteśmy na pierwszym miejscu. Sześć, siedem zespołów za nami wykorzystuje każdą drugą, trzecią szansę, a my potrzebujemy pięciu. To znaczy, że musimy grać bardzo ofensywnie, by wygrywać mecze, a to z kolei oznacza, że trudniej nam się bronić – zakończył.

Oto logika Bielsy: lekiem na nieskuteczność nie jest lepszy napastnik, lecz bardziej ofensywnie grający cały zespół. Można to odnieść również do gry defensywnej, gdzie rosnąca liczba błędów oznacza, że to drużyna musi grać bardziej agresywnym, wyższym pressingiem. – Czasem trudno jest znaleźć rozwiązanie wyłącznie poprzez powtarzanie ćwiczenia – mówił o problemie Leeds ze stałymi fragmentami. Zupełnie jakby sądził, że im dłużej by pracował z zespołem w swoim stylu, tym lepiej by to wyglądało, również dzięki doświadczeniu. Tego jednak w jego karierze prowadzenia klubów nie udało się doświadczyć, zwłaszcza ostatnie misje Bielsy były wyłącznie epizodami.

Czy ten w Leeds też takim będzie? Jest pewne przekonanie, że Bielsa z Championship ostatecznie przegra, że jego zespół już jest zajechany i ma mnóstwo problemów, zbyt wiele, by realizować szalone plany swojego trenera. Wciąż jest jednak na szczycie. Wciąż kibice w niego wierzą. W niedzielę pomimo porażki trzy tysiące fanów Leeds na Loftus Road bawiło się znakomicie, chwytając głośno każdy moment pressingu, pchając zespół po każdym przechwycie i na koniec dziękując, że przynajmniej sam wyjazd do Londynu nie był nudny.

Bielsa raczej tego nie słyszał lub nie zauważył, z bliska wyglądał, jakby wokół niego było pusto i dochodził do niego tylko głos, a w głowie szalał istny sztorm. Może dlatego tak potrzebuje spokoju: w końcu czas przed meczem spędził sam, siedząc pod zamkniętą szatnią na końcu malutkiego korytarza i ciągle coś notując. Ile z tego udało lub uda się zrealizować, wie tylko on sam.

Sunderland aż po śmierć, czyli oglądając siebie

mzachodny

Sukces wcale nie musi sprzedawać się lepiej od porażki. Zwłaszcza, jeśli jest to klęska spektakularna, zapaść całkowita i na wielu płaszczyznach. W futbolu takich historii nie brakuje, idealnym przykładem są ostatnie dwa lata w wykonaniu Sunderlandu. Nie wiadomo, czy z chęcią bycia świadkami kolejnego spadku tego klubu - po relegacji z Premier League następna była do League One - do jego siedziby weszła z kamerami ekipa produkująca dokument „Sundeland ‘Til I Die", ale efekt domina i rozsypującego się domku z kart nakręcili idealnie. Od tygodnia można na Netfliksie oglądać ośmioodcinkowy serial poświęcony właśnie temu klubowi w sezonie 2017/18.

sunderlandOczywiście, że aż prosi się o porównania z dokumentem o Manchesterze City, który miał swoją premierę wcześniej w tym roku. O ile już wtedy można było odnieść wrażenie „cukierkowatości” tej produkcji, o tyle dopiero zestawienie z „Sunderland ‘Til I Die” dosadniej przekonuje, że historia o sezonie z Guardiolą to… nie była piłkarska rzeczywistość. To była bajka, którą znają relatywnie nieliczne rzesze kibiców, gdy większość na krótszym lub dłuższym etapie swojego związku z klubem piłkarskim po prostu cierpi.

Kontrast między tymi dokumentami jest dosłowny i widoczny w wielu scenach. W City jest historia udanego transferu za kilkadziesiąt milionów funtów, a w Sunderlandzie oglądamy, jak walcząca o utrzymanie drużyna traci zimą dwóch podstawowych napastników i nie ma pieniędzy na ściągnięcie zastępstwa. Te przykłady można mnożyć, choćby w reakcjach kibiców – w Manchesterze uśmiechniętych, wiwatujących, dziękujących władzom, gdy bardziej na północy rzucają oni wyzwiskami w stronę zawodników, zarządu, a koniec końców także trenera, który w tym całym bałaganie zdaje się być najmniej winny.

Ktoś na Twitterze skądinąd słusznie zauważył, że gdyby z serialu o Sunderlandzie wyciąć powtarzaną powszechnie frazę „this football club” to zostałyby dwa odcinki. Jednak ten zabieg z czasem wydaje się celowy. Bo o ile produkcja o City jawi się jako bajka i historia sukcesu Guardioli, o tyle tu mamy do czynienia z pełną skalą „wrażeń” kibicowskich. Jest uśmiech w biedzie, uśmiech w stresie o własną pracę, uśmiech po kolejnych porażkach i wreszcie śpiewy o miłości do Sunderlandu w pubie po potwierdzeniu spadku drużyny. Jest mnóstwo fałszywej nadziei, momentów, które w bajce byłyby tymi przełomowymi, odmieniającymi losy drużyny w sezonie i sprawiającymi, że kończy się happy endem. A tu nawet nowi właściciele – swoją drogą, tajemniczy fundusz z planami restrukturyzacji? Skąd my to znamy… - wcale tego nie dają. Ich przedstawiciel w pierwszych reakcjach po wizycie w siedzibie i spotkaniach z pracownikami mówi o ich strachu, a nie poczuciu ulgi.

Oczywiście to sam finisz, a znacznie wcześniej dzieje się mnóstwo rzeczy, że to seryjne przegrywanie wcale nie wydaje się… nużące. Zwłaszcza, że porażki przynoszą za sobą kolejne zachowania pokazujące destrukcję wszystkich struktur oraz ogniw stanowiących o sile drużyny. W Sunderlandzie dzieje się to już przed startem sezonu, gdy poczucie nadziei i „nowego startu” jest wysokie, ale zderza się z rzeczywistością w sparingu z Celtikiem, który wygrywa 5:0 na Stadionie Światła. Tego samego dnia pijany Darron Gibson zwierza się kibicom w pubie, że połowa drużyny do niczego się nie nadaje i nic im się nie chce. Oczywiście ten sam piłkarz w dalszej części sezonu jest przyczynkiem do kolejnej historii z cyklu „Wstań-Padnij”, czyli: odzyskuje pozycję w drużynie, w kluczowym momencie łapie kontuzję, potem rozbija auta pod wpływem alkoholu i jest wyrzucony z klubu.

Ale w tym wszystkim bohaterami nie są piłkarze, nie jest Simon Grayson, ani Chris Coleman, nie jest nawet Martin Bain, szeroko promowany i niszczejący w swoim poczuciu nieomylności dyrektor wykonawczy. Najciekawsi są kibice. Reakcje na meczach, gdy krzyczą, że piłkarze grają gówno, że powinni spierdalać, że Ellis Short jest skończonym chujem. Przepraszam za wyrażenia, ale każdy kibic oglądający ten dokument pewnie wpadnie na tą samą myśl, co ja: wypadłbym w serialu ze swoją desperacją, szaloną radością, okrzykami, gestami niemal dokładnie tak, jak większość fanów Sunderlandu, ale na szczęście nikt nie wpadł na to, by robić dokument o Śląsk Wrocław, gdy leciał na trzeci poziom rozgrywkowy w 2003 roku.

Także dlatego tak łatwo jest mi zrozumieć przez co przechodzą fani Sunderlandu. Oni są prawdziwymi bohaterami, którzy rzadko dostają jakąkolwiek nagrodę. Na przykład jadąc na bodaj najdalszy wyjazd w sezonie oglądają, jak ich zespół do przerwy traci trzy gole, żegnają piłkarzy wyzwiskami. Ale w drugiej połowie Sunderland się podnosi, zdobywa (wtedy wydawało się, że) cenny punkt. Oczywiście ci kibice to również pracownicy klubu, którzy martwią się o swoją przyszłość (po spadku z Premier League zwolniono 85 osób!), ludzie przychodzący na spotkania z szefostwem, by zadać najważniejsze dla nich pytanie: czy wiecie, co nam robicie? „Nam”, bo to „nasz” klub. Często o tym zapominamy w dobie właścicieli, którzy – jak Ellis Short – są tak daleko od zdarzeń, że nie stać ich nawet na wysłanie smsa do trenera po całym sezonie.

Każdy chciałby być kibicem klubu odnoszącego sukcesy i pamiętam z wybitnej (tak, tak!) książki „We Don’t Know What We Are Doing” scenę, gdy kibice West Bromu podjeżdżają pod Old Trafford i patrzą na fanów Manchesteru United jak na obcy gatunek. Autor Adrian Chiles stawia tezę, że „tamci” mają łatwiej i nie wiedzą oraz nigdy nie przekonają się, jak to jest żyć z ujemnym bilansem bramkowym, strachem przed degradacją oraz jedną wygraną na trzy, cztery spotkania. Może dlatego cała zapaść Sunderlandu jest w samym mieście przyjmowana z ironiczną wściekłością, z mrugnięciem okiem po tyradzie na temat zarządzania klubem, z odnowieniem karnetu na ostatnim meczu sezonu kończącego się spadkiem.

Swoim frustracjom dają oczywiście upust, stąd sceny z trybun – raz ucierpiała kamera pod wpływem wściekłości fanów – są najciekawsze i… najbardziej autentyczne. Autentyczna jest nadzieja, złość, radość, każdy okrzyk… W tym całym teatrze o upadku najmniej jest łez – serio, serio – pewnie ze względu na pogodzenie się z fatum ciążącym na klubie. W końcu producenci w rozmowach promujących serial mówili, że „mnóstwo było momentów, gdy dwa plus dwa równało się pięć”. Komuś spoza futbolu wyda się to absurdalne, ale kibic wie, o czym mowa. Czasem po prostu w piłce nożnej nic nie ma sensu.

Na koniec kolejny wtręt osobisty: nieprzypadkowo wcześniej wspomniałem o Śląsku. Będąc z Wrocławia i czując się emocjonalnie związany z tym klubem widzę wiele, wiele elementów wspólnych z tym, co zdarzyło się z Sunderlandem. Coraz mniejsze zainteresowanie, „dwa plus dwa równa się pięć”, fatalne zarządzanie, przepłacani piłkarze o przeciętnej jakości, absurdalne decyzje odnośnie trenerów i momentów ich zatrudniania lub zwalniania, zadłużanie klubu, zmiany „strategii” budowania składu… W dokumencie drużyna Sunderlandu nie wygrała na własnym stadionie przez cały rok, we Wrocławiu od kilkunastu miesięcy Śląsk nie potrafi wygrać meczu, gdy pierwszy traci bramkę. Fani naprawdę szybko tracą wiarę, choć nigdy do końca. On tam jest i się tli. Także we Wrocławiu to wszystko dzieje się tu i teraz, choć oczywiście na inną skalę, zwłaszcza w kontekście odpływu kibiców od meczów.

Mogę się również przyznać, że w kilku momentach – pomimo tego, że oczywiście znałem koniec tej historii – sam nabierałem się na promyk nadziei dla kibiców Sunderlandu. Czy to jedno zwycięstwo, lepszy mecz, przyjście zawodnika, nowy trener… Myślę, że wielu złapie się na ten powtarzany przez realizatorów (a może nie ich, a po prostu… życie?) trik, jeśli zdecydujecie się obejrzeć ten serial. Zdecydowanie jako inny, bardziej szorstki, choć wcale nie mniej ciepły od tego dotyczącego Manchesteru City.

Ale pewnie pomimo klęsk przebrnięcie przez osiem odcinków nawet dla kibiców Sunderlandu było czymś przyjemnym, pocieszającym. Przecież zawsze jest następny mecz, sezon. W obecnych rozgrywkach League One ten zespół jest drugi w tabeli, ma najlepszy bilans bramkowy i przegrał tylko jedno spotkanie, u siebie spisuje się świetnie, walczy o powrót do Championship. To ten rok, gdy łatwiej jest im żyć Sunderlandem. Po kilku godzinach z ich klubem każdy może powiedzieć: zasłużyli na lepsze czasy.

Prawdziwe oblicze porażki Jose Mourinho: jego własna gra

mzachodny

Niektórzy twierdzą, że porażka i zwolnienie Jose Mourinho z Manchesteru United to efekt tego, że nie był w stanie się dostosować do współczesnego futbolu. Wiecie, tego, którego twarzą są Pep Guardiola, Juergen Klopp, Thomas Tuchel, Lucien Favre, Mauricio Pochettino...

Tak, Mourinho się od nich różni i to znacząco. O tym powstało kilka książek i kilka tysięcy artykułów, których i tak pewnie przeczytaliście już sporo w ostatnim dniu. Jednak zapaść United w ostatnich miesiącach obrazuje inną porażkę Mourinho: w aspekcie, który przecież sprawił, że on sam stał się szkoleniowcem wyjątkowym.

Gdy wspomina się jego wszystkie najlepsze drużyny, to zawsze wyróżnia się te same aspekty: organizacja taktyczna, poświęcenie w defensywie, błyskawiczna reakcja po stracie piłki, zabezpieczenie własnej bramki. A United w obecnym sezonie właśnie pod tym względem zawiodło najbardziej i wystarczy prosta statystyka, by to zrozumieć: zespół Mourinho już stracił więcej goli, niż w całym poprzednim sezonie.

Jednak jest więcej aspektów, które mówią o zapaści w wymienionych wyżej elementach. Zacznijmy od straconych bramek, bo ich było... dużo. Spójrzmy na sam mecz z Liverpoolem. Gol rywali na 1:0 to efekt pasywności przy podaniu Fabinho i dziwacznego zachowania Ashleya Younga, który próbował łapać na pozycji spalonej przeciwnika, którego miał przed sobą.

mou1

Trafienie na 2:1 to już sama faza finalizacji i... sześciu zawodników w obrębie własnego pola bramkowego, ale żadnego przed szesnastką, skąd akcję kończył Shaqiri. Co więcej, Szwajcar na swoją pozycję ustawiał się spacerując i jeszcze ustawiając kolegów, by każdy mógł zebrać piłkę wycofaną spod linii końcowej.

mou2

Z kolei bramka na 3:1 została zdobyta także po rykoszecie, lecz czy ma to znaczenie, gdy atak zaczął się jednym podaniem, które odcięło niemrawo wracającą połowę zespołu United? Zresztą Wijnaldum mógł poprawić przyjętą piłkę kilkukrotnie zanim przyspieszył akcję, a później jakby nikt nie starał się wracać za akcją. Co świadczy o zespole gorrzej, niż to, że w kluczowym momencie meczu dzieli się na dwie nie współpracujące ze sobą formacje?

mou3

Wróćmy jednak do liczb. W poprzednim sezonie zdobycie bramki przeciwko United było zadaniem naprawdę trudnym. W końcu to zespół, który we wszystkich rozgrywkach utrzymał czyste konto aż 28 razy. A w tym? Ledwie pięciokrotnie. Ten wynik United w sezonie 2017/18 mieli już przed końcem września, do 18 grudnia 2018 roku mieli ich aż 14.

O zapaści gry defensywnej mówią też inne statystyki. W poprzednim sezonie ligowym rywale strzelali United gola z najbliższego dystansu w całej stawce (4,6 metra), czyli musieli stworzyć naprawdę rewelacyjną okazję, by tego dokonać. W obecnych rozgrywkach zmieniło się to niemal całkowicie, dystans wynosi 9,6 metrów, co jest piątym wynikiem w lidze. Strefa przed bramką Davida De Gei jest strefą naprawdę otwartą, jak w meczu z Liverpoolem. Mówi coś o tym wzrost współczynnika jakości szans przeciwników United: z 1,146 aż do 1,575.

O tym, że defensywa fatalnie się organizuje, gdy piłkę ma rywal świadczy również to, że już w tym sezonie United stracili więcej goli z gry (18), niż w poprzednim (17). Znów warto dodać: w bronieniu się przeciwko rywalowi prowadzącemu grę zespół Mourinho był najskuteczniejszy, teraz Portugalczyk zostawia drużynę w środku stawki tej klasyfikacji (ósmą).

Wreszcie warto wspomnieć o tym, gdzie to się wszystko zaczyna: wedle statystyk InStat Manchester United w porównaniu sezonów obecnego i poprzedniego zespół nie tylko tracił więcej piłek, ale też znacznie bliżej własnej części boiska. Czyli rywalom było łatwiej się bronić, a też pewnie nieprzypadkowo drużyna z najczęściej dryblującej stała się po prostu ligowym przeciętniakiem w tym względzie. Bo jak inaczej niż dryblingiem wyrazić pewność siebie (i jakość) jej piłkarzy?

Wreszcie warto zastanowić się, czym jest gra defensywna i dlaczego wyróżniała się w poprzednich drużynach prowadzonych przez Mourinho. To przecież aspekt do wytrenowania i przeanalizowania, wytłumaczenia w odprawach. Dyscyplina i poświęcenie zależą od zawodników, którzy są oddani sprawie. Gdy więc słyszymy, że "Mourinho stracił szatnię", to bardziej było to widać na boisku, niż po minach Paula Pogby, plotkach prasy czy innych aspektach pozasportowych. Ale to wcale nie sprawia, że Portugalczyk wychodzi z tego z twarzą. Wręcz przeciwnie: przecież te liczby mówią dosadnie, że to właśnie aspekt piłkarski i elementy jego rzemiosła zawiodły najbardziej.

Na co szykował się Lech Poznań?

mzachodny

Trudno jest podsumować niecałe pół roku Ivana Djurdjevicia w roli szkoleniowca Lecha Poznań. Po pierwsze, to były tylko 22 spotkania. Po drugie, od kilku tygodni w zasadzie trwało tylko wyczekiwanie, kiedy zarząd klubu zdecyduje się na zwolnienie tego szkoleniowca. Po trzecie, nikt nie zobaczył, jaki był jego pomysł na Lecha, ani nawet nie wiadomo, jaka była jego najlepsza jedenastka.

Zacznijmy od tego ostatniego: wedle wyliczeń „Football Observatory” tylko pod względem minut rozegranych w lidze przez jedenastu najczęściej wystawianych zawodników każdego zespołu nasza Ekstraklasa jest w zestawieniu 31 rozgrywek... szóstą ligą od końca (jej średnia 75,72). Natomiast już w samym kraju najbardziej dołują Miedź Legnica (64,62) i Lech Poznań (67,73). "Kolejorz" w tej rywalizacji z drużynami, które są (teoretycznie) bezpośrednimi rywalami przegrywa sromotnie - Jagiellonia jest na trzecim miejscu (78,35), Legia tylko trochę wyżej (72,39), ale i wysoko, jak na zmiany, które już zaszły w tym sezonie ligowym w Warszawie. Dlaczego to istotne zrozumiecie czytając dalszą część tekstu.

Mówi się, że po środku pola pozna się dany zespół. I właśnie w tej strefie dochodziło do największych zmian w Lechu i też najważniejszych. Jedną z ostatnich decyzji Djurdjevicia było pozostawienie poza składem Łukasza Trałkę. O udziale tego pomocnika napisano wiele, ale jego wkład nieznacznie uległ zmianie w tym sezonie: średnia minut na występ spadła z 85 na 78. W trzynastu z 22 meczów w których Djurdjević prowadził Lecha w podstawowej jedenastce wychodził Trałka.

Jednak w środku pola w Lechu działo się sporo i to z dwóch względów. Choćby dlatego, że aż sześciokrotnie Djurdjević w tym sezonie zmieniał ustawienie Lecha. Czasem reagując po porażkach, czasem przygotowując się na konkretnego rywala. Jednak problem w środku pola pozostawał. Jak wyrażały go liczby? W Ekstraklasie zwłaszcza widoczny on był w dwóch aspektach: kluczowych podaniach oraz zebranych drugich piłkach. W pierwszym aspekcie Lech zaliczył spadek ze średniej 15 zagrań na 10 (spadek z piątego na dziesiąte miejsce klasyfikacji), ale też w tym kolejnym, gdzie zapaść jest jeszcze bardziej widoczna. Za Nenada Bjelicy piłkarze Lecha zbierali 79 drugich piłek na mecz (drugi wynik w lidze), u Djurdjevicia już tylko 68 (dwunasty wynik). Mniej było faz przejściowych (jeśli już – to rywala), więcej spokojnego budowania ataków lub odzyskiwania piłki pod własną bramką.

Czego jest to efekt? Choćby zmian w środku pola. Otóż w 22 występach Lecha za szkoleniowca, który miał przetrwać lata tylko trzykrotnie zdarzyło się, by w obrębie tego samego systemu wystąpiło tych samych trzech środkowych pomocników. Rotacja była spora i to aż rzucało się w oczy. W trakcie ostatniego tygodnia w meczu z Rakowem w Częstochowie - ponoć decydującego w kontekście utrzymania Djurdjevicia - wymienił on niemal cały środek pola, a i tak dominował zespół pierwszoligowy z Marcinem Listkowskim w tej strefie, czyli nominalnym skrzydłowym. A decydujący gol wziął się z tego, że Trałka sam musiał radzić sobie z trzema rywalami...

Jest jeszcze jeden aspekt bezradności Lecha w ofensywie, który uwidocznił się także przeciwko Lechii Gdańsk w ostatnim meczu Djurdjevicia. - Dzisiaj graliśmy bez ikry. Przez większość czasu było widać dużo nerwowości w naszej grze - komentował szkoleniowiec, gdy jeszcze sądził, że posada jest jego. A prawda jest taka, że strzelając gola Lechowi łatwo jest ułożyć sobie mecz: tylko raz z pozycji przegranej (przeciwko Górnikowi) zespół odrobił wynik na remis. Dlaczego? Choćby przez to, że ta nerwowość wyrażą się wyborami łatwymi, oczywistymi i dla rywala czytelnymi. W tym sezonie ligowym nikt nie wykonuje więcej podań przygotowawczych (nie mijających piłkarzy przeciwnika) od Lecha (163, ligowa średnia to 114!). W poprzednim sezonie ten wynik był niższy (125), co w odniesieniu do wszystkich podań "Kolejorza" jest również wynikiem o osiem procent niższym. A więc wróćmy do najważniejszego: coraz częściej zespół Djurdjevicia wymieniał zagrania pod całkowitą kontrolą przeciwnika.

Oczywiście spadła Lechowi też liczba podań rozwijających ataki, choć nieznacznie. Ważniejsze jest jednak to, że Lech latem niemal pozbył się dwóch kluczowych rozgrywających. Jevtić i Majewski uczestniczyli w poprzednim sezonie ligowym w (odpowiednio) 17 i 16 atakach bramkowych. To byli dwaj liderzy klasyfikacji zagrań kluczowych oraz za linię obrony (dokładnych odpowiednio: 51 i 31). Udało się ich zastąpić częściowo, bo Pedro Tiba - owszem! - jest liderem pod względem kluczowych podań w całej lidze (39, ale już 16 dokładnych). Jednak Lech poza nim nie ma kreatywnych piłkarzy w środkowej strefie. Tylko dwa razy - w tym w ostatnim swoim meczu! - Djurdjevic wystawił Tibę bez defensywnej obstawy, czyli Trałki i/lub Cywki. Dlaczego akurat ich wspominam? To w klasyfikacji podań mijających przeciwnika i kluczowych wraz z Gajosem będący na szarym końcu. Więcej takich zagrań mają Paweł Tomczyk i Christian Gytkjaer, którzy z racji zajmowanej pozycji mają jednak trudniej. Więcej ma ich także Darko Jevtić, który w tym sezonie średnio w występie zalicza aż o 18 minut mniej!

Ktoś może uczepić się Tiby, natomiast na ten moment to lider Lecha, też piłkarz, którego wykorzystuje się zbyt wszechstronnie, zamiast w zgodzie z jego atutami. Oto widzimy pomocnika, który ma najwięcej zebranych drugich piłek, kluczowych podań, dryblingów i podań. Zupełnie tak, jakby nikt nie chciał przejąć od niego choćby części tego ciężaru z gry Lecha, prawda? Tymczasem przeciwko Lechii ze średnich pozycji na boisku wynika, że był on tym zawodnikiem drugiej linii ustawionym najbliżej obrońców - daleko przed rywalem, który grał niskim pressingiem. Prawie tak, jakby Lech starał się dwie dziesiątki zastąpić jedną szóstką, w niektórych wypadkach ósemką…

Djurdjević poprowadził Lecha w połowie spotkań, które ten zespół rozegrał w całym poprzednim sezonie (44). A Lech był taki, jak go określił trener w swoich ostatnich słowach w roli szkoleniowca drużyny: bez ikry. W trzech meczach, które skończyły jego kadencję zespół zaliczył 12 kluczowych podań, w tym ledwie jedno przeciwko Lechii. 270 minut gry, a było tych zagrań ledwie o jedno więcej, niż w samym zwycięskim spotkaniu z Koroną Kielce (2:1). Zakończenie było równie mało kreatywne, jak ostatnie trzy miesiące. Czy trener nie dostał czasu, czy nie wykorzystał go odpowiednio – na to pytanie każdy może odpowiedzieć sobie sam.

© Zachodny do tablicy
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci