Menu

Zachodny do tablicy

Futbol analitycznie, statystycznie i konkretnie - na tablicy Michała Zachodnego.

Na co szykował się Lech Poznań?

mzachodny

Trudno jest podsumować niecałe pół roku Ivana Djurdjevicia w roli szkoleniowca Lecha Poznań. Po pierwsze, to były tylko 22 spotkania. Po drugie, od kilku tygodni w zasadzie trwało tylko wyczekiwanie, kiedy zarząd klubu zdecyduje się na zwolnienie tego szkoleniowca. Po trzecie, nikt nie zobaczył, jaki był jego pomysł na Lecha, ani nawet nie wiadomo, jaka była jego najlepsza jedenastka.

Zacznijmy od tego ostatniego: wedle wyliczeń „Football Observatory” tylko pod względem minut rozegranych w lidze przez jedenastu najczęściej wystawianych zawodników każdego zespołu nasza Ekstraklasa jest w zestawieniu 31 rozgrywek... szóstą ligą od końca (jej średnia 75,72). Natomiast już w samym kraju najbardziej dołują Miedź Legnica (64,62) i Lech Poznań (67,73). "Kolejorz" w tej rywalizacji z drużynami, które są (teoretycznie) bezpośrednimi rywalami przegrywa sromotnie - Jagiellonia jest na trzecim miejscu (78,35), Legia tylko trochę wyżej (72,39), ale i wysoko, jak na zmiany, które już zaszły w tym sezonie ligowym w Warszawie. Dlaczego to istotne zrozumiecie czytając dalszą część tekstu.

Mówi się, że po środku pola pozna się dany zespół. I właśnie w tej strefie dochodziło do największych zmian w Lechu i też najważniejszych. Jedną z ostatnich decyzji Djurdjevicia było pozostawienie poza składem Łukasza Trałkę. O udziale tego pomocnika napisano wiele, ale jego wkład nieznacznie uległ zmianie w tym sezonie: średnia minut na występ spadła z 85 na 78. W trzynastu z 22 meczów w których Djurdjević prowadził Lecha w podstawowej jedenastce wychodził Trałka.

Jednak w środku pola w Lechu działo się sporo i to z dwóch względów. Choćby dlatego, że aż sześciokrotnie Djurdjević w tym sezonie zmieniał ustawienie Lecha. Czasem reagując po porażkach, czasem przygotowując się na konkretnego rywala. Jednak problem w środku pola pozostawał. Jak wyrażały go liczby? W Ekstraklasie zwłaszcza widoczny on był w dwóch aspektach: kluczowych podaniach oraz zebranych drugich piłkach. W pierwszym aspekcie Lech zaliczył spadek ze średniej 15 zagrań na 10 (spadek z piątego na dziesiąte miejsce klasyfikacji), ale też w tym kolejnym, gdzie zapaść jest jeszcze bardziej widoczna. Za Nenada Bjelicy piłkarze Lecha zbierali 79 drugich piłek na mecz (drugi wynik w lidze), u Djurdjevicia już tylko 68 (dwunasty wynik). Mniej było faz przejściowych (jeśli już – to rywala), więcej spokojnego budowania ataków lub odzyskiwania piłki pod własną bramką.

Czego jest to efekt? Choćby zmian w środku pola. Otóż w 22 występach Lecha za szkoleniowca, który miał przetrwać lata tylko trzykrotnie zdarzyło się, by w obrębie tego samego systemu wystąpiło tych samych trzech środkowych pomocników. Rotacja była spora i to aż rzucało się w oczy. W trakcie ostatniego tygodnia w meczu z Rakowem w Częstochowie - ponoć decydującego w kontekście utrzymania Djurdjevicia - wymienił on niemal cały środek pola, a i tak dominował zespół pierwszoligowy z Marcinem Listkowskim w tej strefie, czyli nominalnym skrzydłowym. A decydujący gol wziął się z tego, że Trałka sam musiał radzić sobie z trzema rywalami...

Jest jeszcze jeden aspekt bezradności Lecha w ofensywie, który uwidocznił się także przeciwko Lechii Gdańsk w ostatnim meczu Djurdjevicia. - Dzisiaj graliśmy bez ikry. Przez większość czasu było widać dużo nerwowości w naszej grze - komentował szkoleniowiec, gdy jeszcze sądził, że posada jest jego. A prawda jest taka, że strzelając gola Lechowi łatwo jest ułożyć sobie mecz: tylko raz z pozycji przegranej (przeciwko Górnikowi) zespół odrobił wynik na remis. Dlaczego? Choćby przez to, że ta nerwowość wyrażą się wyborami łatwymi, oczywistymi i dla rywala czytelnymi. W tym sezonie ligowym nikt nie wykonuje więcej podań przygotowawczych (nie mijających piłkarzy przeciwnika) od Lecha (163, ligowa średnia to 114!). W poprzednim sezonie ten wynik był niższy (125), co w odniesieniu do wszystkich podań "Kolejorza" jest również wynikiem o osiem procent niższym. A więc wróćmy do najważniejszego: coraz częściej zespół Djurdjevicia wymieniał zagrania pod całkowitą kontrolą przeciwnika.

Oczywiście spadła Lechowi też liczba podań rozwijających ataki, choć nieznacznie. Ważniejsze jest jednak to, że Lech latem niemal pozbył się dwóch kluczowych rozgrywających. Jevtić i Majewski uczestniczyli w poprzednim sezonie ligowym w (odpowiednio) 17 i 16 atakach bramkowych. To byli dwaj liderzy klasyfikacji zagrań kluczowych oraz za linię obrony (dokładnych odpowiednio: 51 i 31). Udało się ich zastąpić częściowo, bo Pedro Tiba - owszem! - jest liderem pod względem kluczowych podań w całej lidze (39, ale już 16 dokładnych). Jednak Lech poza nim nie ma kreatywnych piłkarzy w środkowej strefie. Tylko dwa razy - w tym w ostatnim swoim meczu! - Djurdjevic wystawił Tibę bez defensywnej obstawy, czyli Trałki i/lub Cywki. Dlaczego akurat ich wspominam? To w klasyfikacji podań mijających przeciwnika i kluczowych wraz z Gajosem będący na szarym końcu. Więcej takich zagrań mają Paweł Tomczyk i Christian Gytkjaer, którzy z racji zajmowanej pozycji mają jednak trudniej. Więcej ma ich także Darko Jevtić, który w tym sezonie średnio w występie zalicza aż o 18 minut mniej!

Ktoś może uczepić się Tiby, natomiast na ten moment to lider Lecha, też piłkarz, którego wykorzystuje się zbyt wszechstronnie, zamiast w zgodzie z jego atutami. Oto widzimy pomocnika, który ma najwięcej zebranych drugich piłek, kluczowych podań, dryblingów i podań. Zupełnie tak, jakby nikt nie chciał przejąć od niego choćby części tego ciężaru z gry Lecha, prawda? Tymczasem przeciwko Lechii ze średnich pozycji na boisku wynika, że był on tym zawodnikiem drugiej linii ustawionym najbliżej obrońców - daleko przed rywalem, który grał niskim pressingiem. Prawie tak, jakby Lech starał się dwie dziesiątki zastąpić jedną szóstką, w niektórych wypadkach ósemką…

Djurdjević poprowadził Lecha w połowie spotkań, które ten zespół rozegrał w całym poprzednim sezonie (44). A Lech był taki, jak go określił trener w swoich ostatnich słowach w roli szkoleniowca drużyny: bez ikry. W trzech meczach, które skończyły jego kadencję zespół zaliczył 12 kluczowych podań, w tym ledwie jedno przeciwko Lechii. 270 minut gry, a było tych zagrań ledwie o jedno więcej, niż w samym zwycięskim spotkaniu z Koroną Kielce (2:1). Zakończenie było równie mało kreatywne, jak ostatnie trzy miesiące. Czy trener nie dostał czasu, czy nie wykorzystał go odpowiednio – na to pytanie każdy może odpowiedzieć sobie sam.

Górnik Zabrze, czyli to nie brak goli jest problemem

mzachodny

Nawet w szalenie zmiennej Ekstraklasie to, co zdarzyło się w ciągu kilkunastu miesięcy w Zabrzu jest zaskakujące. Owszem, nikt nie spodziewał się, że po rewelacyjnym poprzednim sezonie Górnik znów włączy się do rywalizacji o europejskie puchary, ale wróżących mu spadek na dno ligowej tabeli również było niewielu. Drużyna Marcina Brosza miała z ewenementu stać się średniakiem, który ma na siebie plan: wynajdywanie utalentowanej młodzieży, dawanie jej szansy, sprzedaż z zyskiem. Taka miała być normalność.

A jednak tego nie ma. Rok temu po dwunastu kolejkach Górnik był rewelacyjnym liderem, teraz szoruje po dnie, przyciąga mniej kibiców, a ci którzy za nim jeżdżą zdają się mieć dość kiepskich wyników.

Nie jest to przyjemna sytuacja dla Marcina Brosza. - Okazało się, że jest w tym sezonie trudniej, niż przypuszczaliśmy, ale działamy według określonego planu. Mamy oczywiście rezerwy w zespole, zawodnicy muszą między innymi dalej szlifować stałe fragmenty gry, aby było więcej takich zagrań, jak w meczu z Miedzią, gdy Daniel Smuga precyzyjnie dośrodkował z rzutu rożnego, a Dani Suarez strzelił gola. Jedną z naszych głównych bolączek jest to, zdobywamy za mało bramek - mówi szkoleniowiec Górnika.

Ma on rację i... jej nie ma. Ale zacznijmy od początku. Górnik z poprzedniego sezonu to zespół grający bezpośrednio, lider klasyfikacji przechwytów i zebranych drugich piłek, ekipa nieprzyjemna do rywalizacji i zdolna do zaskoczenia przeciwnika w każdej fazie przejściowej. W zasadzie można powiedzieć, że tamten Górnik był w wykorzystaniu fazy przejścia z obrony do ataku był najskuteczniejszą drużyną z Polski od lat, może porównywalnie do Legii Stanisława Czerczesowa.

Jednak czy zmieniło się tak wiele? Górnik może i jest na dnie ligowej tabeli z ledwie dziewięcioma punktami i tylko 11 strzelonymi golami (rok temu miał ich 25), ale nadal najczęściej przechwytuje i zbiera drugie piłki w Ekstraklasie. Problem pojawia się później.

I problem nie jest ze strzelaniem goli. Jeśli już, to może przy stałych fragmentach, gdzie nie ma już najskuteczniejszego w tym elemencie obrońcy, czyli Mateusza Wieteski (odszedł do Legii). Ale akurat Igor Angulo w przeliczeniu na 90 minut próbuje strzelać częściej niż w ubiegłym sezonie (2,9 do 2,7), po prostu jego skuteczność spadła o 15%. Mało? Cóż, Górnik w tych rozgrywkach zremisował już sześciokrotnie (najwięcej w lidze) i wystarczyłyby trzy zwycięstwa dowiezione z np. Arką Gdynia, Koroną Kielce, czy Lechem Poznań, by odbiór ich dotychczasowego sezonu był inny. Jednak nawet w ubiegłym sezonie zabrzanie nie należeli do drużyn, które by świetnie broniły lub potrafiły bronić czystego konta.

Stąd Marcin Brosz myli się, gdy mówi o problemach swojej drużyny. Nie brakuje Górnikowi goli, ale tego, co możliwość ich strzelenia daje - kluczowych podań. Tu spadek w porównaniu do poprzedniego sezonu jest dramatyczny, ze średniej 14 zagrań na ledwie 8, z ósmej pozycji w tej klasyfikacji na ostatnią.

To prosta kwestia jakości. Dlaczego? Podań w pole karne przeciwnika wcale Górnik nie ma tak dużo mniej (spadek z 34 na mecz na 30), większa skuteczność jest przy dośrodkowaniach (z 19% na 26%), wzrosła także liczba dryblingów (z 23 do 30 w meczu). To ostatnie może wynikać z tego, że w obliczu zawodzącego kolektywu Brosz chce wrócić do wygrywania pozwalając swoim indywidualnościom na więcej swobody. Ale czy mają one na tyle jakości? Wszyscy wiedzą, ile dał punktów i bramek w poprzednim sezonie Rafał Kurzawa, jeden z dwóch piłkarzy Górnika w czołówce dryblerów rozgrywek 2017/18. W tym sezonie zabrzanie mają ich w tym rankingu trzech, lecz w sumie Jimenez, Smuga i Żurkowski mają tylko cztery asysty i trzy gole.

To, jak niewiele dają im nawet wygrane dryblingi pokazuje statystyka szans wyliczanych przez InStat - ze średniej 6 na mecz (i 30% wykorzystanych) Górnik spadł na 3,9 (i 23% wykorzystanych). Może więc Angulo ma więcej strzałów, ale są one oddawane z gorszych pozycji. Stąd przy niższej średniej uderzeń (z 13,8 na 12,4) więcej mają prób niecelnych (4,9). W poprzednim sezonie piłkarze Brosza oddawali niemal najwięcej strzałów z pola karnego (7,4, więcej tylko Jagiellonia i Lech), obecnie są sporo poniżej ligowej średniej (6,3, średnia ligi - 6,9), tylko Arka oraz Piast mają takich sytuacji mniej. O braku klarownych okazji może świadczyć również to, że Górnik ma drugi najniższy wynik "expected goals" w lidze (śr. 1,0025 na mecz), gdy w ubiegłym sezonie zaliczyli trzeci wynik. A i tak wtedy różnica między strzelonymi golami a sumą szans wyliczanych przez EkstraStats była najwyższa. Można więc napisać, że teraz nie wchodzą im nawet takie uderzenia, które wartość xG mają niską, lecz dawały punkty.

Górnik stracił nie tylko wszystkie asysty Kurzawy, ale też jego i innych kluczowe podania. Skrzydłowy miał ich aż 112 (49 dokładnych, odpowiednio drugi i czwarty wynik w lidze), lecz nie można zapominać o ósmym w tej klasyfikacji Łukaszu Wolsztyńskim, który z pozycji cofniętego napastnika również miał tych prób sporo. Porównując jego średnią z zastępującym go w obecnym sezonie Kamilem Zapolnikiem widzimy również istotną różnicę: spadek z 3,2 na 1,2, niemal trzykrotnie osłabienie pozycji w tym względzie.

Dlatego na koniec warto wrócić do metod Marcina Brosza. Szkoleniowiec trzyma się schematów, które dały Górnikowi tak wiele w pierwszym sezonie po powrocie do Ekstraklasy, statystyki pokazują, że jego zespół nawet więcej i skuteczniej o piłkę walczy. To nie kwestia uporu szkoleniowca, przesadnej wiary w jeden system czy sposób gry, ale wyłącznie jakość wykonawców. Można jedynie zastanowić się, czy w innym stylu Smuga, Ryczkowski lub Jimenez notowaliby lepsze statystyki.

Koniec końców przecież najważniejsze dla zabrzan jest to, co dzieje się po odzyskaniu posiadania. Albo: jak niewiele dla drużyny z tego wynika. Jeśli Górnik nie odnajdzie nowego asystenta - nawet nie na miarę Kurzawy, ale połowy jego ubiegłorocznych wartości - to przyszłość może jeszcze mocniej się skomplikować.

Ekstraklasa, czyli pięć minut mniej piłki

mzachodny

Macie wrażenie, że czasem w Ekstraklasie wam czegoś brakuje, czegoś, co widzicie w spotkaniach np. Ligi Mistrzów? Kiedyś pewien mądry trener powiedział mi, że trudno jest oglądać jednocześnie mecz ligi polskiej i rozgrywek zagranicznych. Ma się po prostu wrażenie, że na krajowych boiskach wszystko dzieje się dwa razy wolniej.

Miałem to samo wrażenie w ubiegłym tygodniu, gdy niemal każde spotkanie dziesiątej kolejki Ekstraklasy było typowym "meczem walki", gdzie w aż czterech z nich było przynajmniej 30 fauli. Bardziej adekwatne wydawało się porównanie Ekstraklasy do NFL, gdyż gra toczyła się na zasadzie "start - stop", jakby zespoły starały się zdobyć kilkanaście metrów, stały fragment i od nowa zbliżać się do bramki przeciwnika.

A w środku tygodnia oglądałem Ligę Mistrzów i tempo zdarzeń, ich płynność była na nieporównywalnie wyższym poziomie. Ale to przecież każdy z nas wie, różnica klas nie jest niczym nowym. Zastanowiłem się jednak, ile faktycznie z gry traci widz Ekstraklasy.
Porównałem ostatnią kolejkę ligi polskiej z wtorkowymi meczami LM. Co się okazuje? Otóż tylko dwa spotkania Ekstraklasy pod względem efektywnego czasu gry są ponad średnią z europejskiego pucharu. Ani jeden mecz z LM nie jest poniżej średniej z ligi polskiej...

Spójrzcie: średnia ESA to 53:36, a LM to 58:22. A więc na jednym meczu kibic ogląda pięć minut piłki nożnej mniej, w całej kolejce na przyglądaniu się przygotowaniom do wyrzutu autu czy kopnięcia ze stałego fragmentu już jest 40 minut. Niemal cała jedna połowa gry...

I to jakiej gry. Oczywiście, że średnia fauli też jest wyższa w Ekstraklasie (28,6 do 24,4), ale największa różnica na badanej kolejce - o tym zaraz - wyszła w pojedynkach powietrznych (54,4 do 32,9). Bo wiecie, że to one wpływają na płynność zdarzeń. Zagranicą bardzo rzadko zdarzą się sekwencje trzech, czterech starć o górną piłkę z rzędu, w Ekstraklasie - niemal w każdym meczu. To efekt długich podań, wielu stałych fragmentów, czy po prostu wznowień, które krótko rozprowadza ledwie kilka drużyn w lidze polskiej. A w LM już nawet Ajax grając w Monachium tak robi, bo po prostu taki ma styl. Też tego, że częściej piłkarz w Ekstraklasie wybiera w pierwszym kontakcie wybicie, a nie sprowadzenie piłki do poziomu murawy. To, co wydaje się bezpieczniejszym rozwiązaniem ("wyczyść", "wybij", "uspokój" to często słyszane komendy na boiskach ligowych) w istocie jest sprawieniem, że gra jest bardzo rwana, szarpana i chaotyczna. A przez to trudna do śledzenia, gdy przy każdym gwizdku sędziego lub dalekim wykopie wzrok ucieka z boiska, z telewizora na np. telefon, by sprawdzić inne wyniki lub przeczytać coś na Twitterze.

Owszem, to mała próbka w wyliczeniach - może na przestrzeni całego sezonu Ekstraklasa wypada lepiej i w tych średnich jest jej bliżej do Europy, niż mi się wydaje. Ale... szczerze wątpię. Dlatego jeśli już szukać pozytywów w Ekstraklasie, to może przez pryzmat drużyn, które naprawdę chcą grać w piłkę. Miedź Legnica, Lechia Gdańsk, Wisła Kraków... czasem też inne zespoły. Tylko tego jest za mało. Niby pięć minut w każdym meczu, ale czuje się, jakby była to przepaść. Za mało piłki w naszej piłce.

Zdenek Ondrasek: mniej walki, więcej piłki

mzachodny

Po meczu Wisły Kraków z Lechią Gdańsk (5:2) chciałoby się napisać znacznie więcej, niż tylko kilka akapitów i to w kontekście jednego zawodnika. Jednak i tak odmiana, jaką w swojej grze i w nowym stylu drużyny „Białej Gwiazdy” przeszedł Zdenek Ondrasek jest wątkiem wiodącym w nowym sezonie, takim nie do przeoczenia. Mowa przecież o napastniku, który w 47 meczach ligowych w poprzednich latach strzelił dziewięć goli, a w tych rozgrywkach ma już tych trafień siedem.

Coś musiało się zmienić, prawda? W realiach ekstraklasy trudno uwierzyć, by 29-letni piłkarz nagle odkrył swoje nowe talenty, zredefiniował się i uwierzył, że z typowego napastnika „Biegnij-Walcz” może być też znacznie bardziej uniwersalny… Ale przecież dokładnie to się stało.

Co jest najciekawsze? Ondrasek wcale nie oddaje więcej strzałów niż w swoim ostatnim pełnym sezonie w Wiśle (2016/17) – nadal wychodzi jedno uderzenie na 38 minut gry. Ma przy tym lepszą celność – wzrost z 41% na 58% – lecz wynika to z jakości stwarzanych mu okazji. Wisła strzeliła tylko jednego gola zza pola karnego, średni dystans do bramki to 7,7 metra – ponad dwa metry bliżej niż przed dwoma laty (9,8).

Ważniejsze jest jednak to, co Ondrasek robi przy piłce i… czego unika. Otóż uważanemu za fizycznie grającego napastnika spadła znacząco średnia pojedynków w meczu – z 31 na 25 – a zwłaszcza tych w ataku – z 26 na 20 – i w powietrzu (z 16 na 11). Co z tego wynika? Cóż, każdy widzi, że Wisła w tym sezonie gra więcej po murawie niż górą, a przede wszystkim podaje w przestrzeń, nie na pojedynek, odegranie. Także dlatego Ondrasek wymienia mniej podań (spadek z 29 na 25), ale za to w ważniejszej strefie i to o wyższym znaczeniu. Jego średnia kluczowych podań skoczyła ze znikomej (0,2) na imponującą, jak dla napastnika (1,6). Przez to, że pressing „Białej Gwiazdy” jest lepiej skoordynowany, ale też funkcjonuje w nim cała drużyna, on ma mniej odbiorów, przechwytów czy zebranych drugich piłek.

A porównując Wisłę sprzed dwóch lat do obecnej warto zauważyć, że zespół oddaje więcej strzałów (z 11,5 na 15,4), do bramki dąży większą liczbą podań (tych w akcji bramkowej jest średnio 7,5, gdy było 4,5) oraz toczy mniej pojedynków (ze 178 na 158), choć przy większej ich intensywności (śr. akcji defensywnych było 9,6 i jest 10,2).

I w tym jest kluczowy wniosek dotyczący gry Wisły oraz Ondraska: to zespół i zawodnik, który obecnie wie, kiedy i jak się zachować. Stąd nie musi być walki o każdą piłkę, co cechuje fizyczne dziewiątki w naszej lidze, ale mądre ustawianie się i tworzenie miejsca innym swoim ruchem. Jak przy pierwszym golu z Lechią, gdy Ondrasek przepuścił podanie, by potem piłkę dostać na wprost bramki, kończąc całą kombinację. Dwa lata temu Czech by starał się ją opanować, tyłem do bramki poszarpałby się z obrońcą i z trudem odegrał do nadbiegającego kolegi. A teraz? Nic tylko przyklasnąć.  

Mundial napastników w roli służebnej

mzachodny

Dlaczego wszyscy uczepili się właśnie Oliviera Giroud? Bo ani razu nie trafił w bramkę? Nie ma bardziej wyśmiewanej postaci z drużyny mistrzów świata. Zupełnie niezasłużenie.

Sześć strzałów z Belgią: pierwszy to ledwo dosięgnięta piłka przy kilkudziesięciometrowym podaniu, drugi to główka z odchylenia i po słabym dośrodkowaniu, trzeci oddał lewą nogą na wślizgu, przy czwartym zablokował go Vincent Kompany, piąty to efekt świetnej asysty Mbappe i... równie dobrego wślizgu Dembele, a wreszcie szósty był próbą zza pola karnego, zza stojącego blisko rywala. Owszem, w tym meczu Francuz mógł dwukrotnie zachować się lepiej, zareagować szybciej, ale nie był to występ katastrofalny. Bardziej na miarę tego, jakim 31-latek napastnikiem jest. W Premier League tylko siedmiokrotnie wystąpił w podstawowym składzie Arsenalu i Chelsea, trafiał do siatki siedmiorotnie z... piętnastu celnyh strzałów na 48 w sumie.

Co więcej, z Peru to jego strzał z bliska dobił Mbappe i zapewnił drużynie zwycięstwo. W dwóch z siedmiu występów Giroud nie zanotował żadnej próby, oprócz szans przeciwko Belgii najbardziej klarowna była ta zakończona asystą i jeszcze jedna przeciwko Argentynie, choć wtedy uderzał z ostrego kąta. Ale nie było tak, by Giroud spisywał się beznadziejnie.

Zewsząd słychać jego porównania do Stéphane'a Guivarc’ha, ale dlaczego nie porównuje się do poprzedniej "dziewiątki", która miała zapewniać Francji gole w mundialu? Zwłaszcza, że Karim Benzema miał bez porównania łatwiej od Giroud - w 2014 roku oddał aż 31 strzałów, aż 15 celnych (to były najwyższe wyniki w turnieju), lecz do siatki trafił tylko trzykrotnie. A i Francji nie pomógł w osiągnięciu półfinału, przeciwko reprezentacji Niemiec miał siedem okazji i to przynajmniej dwie naprawdę doskonałe.

Gdy na Twitterze ktoś zapytał mnie, co w zasadzie Giroud dla Francji robi, odpowiedziałem: absorbuje. Dokładnie takiego piłkarza Deschamps potrzebował, by rozwijać się mogli inni. By Antoine Griezmann grał nieco niżej, operował w zasadzie w roli rozgrywającego, który w pole karne wpada z lekkim opóźnieniem, ale większą swobodą. By Mbappe nie był podwajany przez jednego ze stoperów, których przyciągał do siebie Giroud. On miał w drużynie najwięcej pojedynków główkowycch (43, z czego 23 wygrane), czwarty wynik kluczowych podań (siedem) i ciężko pracował w defensywie (miał dwa razy więcej prób odbiorów od Mbappe, najczęściej też faulował).

Był dla Deschampsa typowym zadaniowcem, może najlepszym na jakiego Francję było stać. Kimś takim, jak Blaise Matuidi, środkowy pomocnik w roli lewego skrzydłowego, który w odpowiednich momentach wspierał drugą linię, w zasadzie robił to częściej, niż zabiegał do ataku. Ale jego funkcjonalności nikt nie kwestionuje, to napastnik jest twarzą pragmatycznej drużyny, bo przecież nie strzelił żadnego gola, nie oddał celnego strzału.

A może wreszcie uznamy, że nie był to turniej żadnego napastnika? Gdy widzę jedenastki turnieju z Romelu Lukaku lub Harrym Kane'em to lekko się uśmiecham. Owszem, Belg miał świetne momenty, ale sprowadźmy je do konkretu: najlepsza jego akcja to cofnięcie się na własną połowę, wygranie pojedynku, drybling i prostopadłe podanie. Drugą wyjątkową akcją była decyzja o przepuszczeniu piłki do Nacera Chadliego, a więc zrezygnowanie z tego, czego się od niego wymaga dla dobra drużyny. Turniej kończył rozczarowany, schodząc z boiska przeciwko Anglii poszedł od razu do szatni. Może wkurzony na Roberto Martineza, że odebrał mu szansę walki o koronę króla strzelców, a może zdenerwowany nieskutecznością, która trwała w tym mundialu już szóstą godzinę. Ostatni raz trafił z Tunezją dwukrotnie, wcześniej dwa razy strzelił z Panamą - możecie się kłócić, ale były to jednej z kilku najgorzej grających w defensywie drużyn w turnieju.

Po drugiej stronie dreptał Harry Kane i może z zadowoleniem patrzył na zejście przeciwnika, choć on sam również cierpiał. Jedyne strzały w meczu o trzecie miejsce oddawał przewracając się, co nie świadczy o komforcie pozycji. On zdobył bramkę w fazie pucharowej - z Kolumbią z karnego - ale do końca przerwa od strzelania trwała nawet więcej niż w przypadku Lukaku, bo kilka minut ponad sześć godzin. Kane oddał o jeden strzał więcej od Giroud (14), w jego drużynie częściej uderzał Jesse Lingard (17), aż 11 razy próbował Harry Maguire. Nie będe dobijał Anglika, ale przecież oprócz bramki z jedenastki z Kolumbią dwukrotnie tak pokonywał bramkarza Panamy, raz piłka się po prostu od niego odbiła. Może myślał, że turniej będzie tak fajny, jak pierwszy mecz, gdy dwa gole strzelił dobijając uderzenia kolegów z rzutów rożnych?

Napastnicy w Rosji przyjęli rolę służebną. Harry Kane stanowił straszak przy stałych fragmentach, bo przecież z gry Anglia niemal nie zagrażała rywalom. Lukaku siłą stwarzał miejsce innym, choćby Hazardowi (17 strzałów, najlepszy wynik z Belgów) i Kevinowi De Bruyne (13 prób, na równi z napastnikiem). W równie ofensywnie grającej Brazylii Gabriel Jesus miał niemal trzy razy mniej uderzeń od Neymara (9 przy 26 skrzydłowego) i daleko mu było do Coutinho (23). W Hiszpanii Diego Costa miał jedną próbę więcej od Sergio Ramosa (10 do 9), Mario Mandżukić w 609 minut oddał 12 strzałów, a wLuka Modrić grając nieco dłużej miał ich 11, zresztą najgroźniejsi byli oczywiście Rakitić, Rebić (po 15) i Perisić (22). Najlepszym strzelcem Kolumbijczyków nie byli Falcao ani James Rodriguez, ale Yerry Mina o którym w ferworze walki przy stałych fragmentach niemal zapominano.

mundial9

A więc szukając tego przyczyn zajrzałem w raporty z ostatnich dwóch mundiali i je porównałem. Najbardziej interesujące napastników liczby spadły: wszystkie, oprócz tych dotyczących stałych fragmentów. Średnia liczba akcji ofensywnych ogółem spadła z 95 do 87. Szczegółowo mniej jest ataków pozycyjnych (z 68 na 63), podobnie kontr (z 17 na 14). Mniej jest też ofsajdów (z 2,2 na 1,3), co może oznaczać, że jest mniej miejsca za liniami obrony, a więc grają one bliżej własnej bramki i nie ma nawet tylu prób prostopadłych podań czy ruchu na wolne pole. Średnie strzałów też spadły (z 12,7 na 11,7), za to wzrosły wyniki odbiorów (z 27 na 35 na zespół) i przechwytów (z 34 na 45). I tort do podziału dla napastników się zmniejszył, i dostawca coraz częściej jest zatrzymywany lub w ogóle nie próbuje dostarczyć w pole karne najważniejszej przesyłki. A najczęściej po prostu nie do dziewiątek piłka bywała zaadresowana.

© Zachodny do tablicy
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci