Menu

Zachodny do tablicy

Futbol analitycznie, statystycznie i konkretnie - na tablicy dziennikarza Sport.pl, Michała Zachodnego.

Dundalk - Legia. Kim będzie Odjidja-Ofoe?

mzachodny

Po dwubramkowym zwycięstwie w Dublinie Legia Warszawa zapewne do Ligi Mistrzów dotruchta. Trzymając się analogii do igrzysk: mistrz Polski wykorzystał to, że trafił do najsłabiej obstawionego biegu eliminacyjnego. Nie musi bić rekordu życiowego, wejście do finału zapewni utrzymanie takiego tempa, jakie z Dundalk preferował Vadis Odjidja-Ofoe.
Przy tak słabej grze, jaką prezentowała Legia w pierwszej połowie meczu z półzawodowym Dundalk łatwo było o wybranie kozła ofiarnego i konsekwentne uderzanie przy kolejnych nieudanych czy przeciętnych zagraniach. Kandydatów było wielu: słabo spisywali się boczni obrońcy, Thibault Moulin nie potrafił urwać się spod indywidualnego krycia, Michał Kucharczyk oraz Steveen Langil męczyli prostymi stratami w nielicznych sytuacjach. Jednak nawet ciągle uciekająca Tomaszowi Jodłowcowi piłka nie irytowała tak, jak powolne tempo najnowszego nabytku Legii, Vadisa Odjidji-Ofoe.
Jego wybrać było najłatwiej. Belgijskiemu pomocnikowi brakuje solidnie przepracowanego okresu przygotowawczego, wejście do drużyny miał kiepskie, bo jego przeciętną formę obnażyli piłkarze pierwszoligowego Górnika Zabrze, a w meczu ligowym w Lublinie nie potrafił w ciągu 20 minut pomóc ratującej wynik Legii. Tym bardziej dziwiła decyzja Besnika Hasiego, by Odjidjiego-Ofoe wystawić w Dublinie.
Po zwycięskim dwumeczu z Trenczynem Albańczyk powiedział, że Legii daleko do jego pomysłu na grę, że teraz ważniejsze są wyniki i wejście do Ligi Mistrzów, a nie kształtowanie stylu. Hasi mówił, że jest "realistycznie", choć po występie w Dublinie można użyć określenia "minimalistycznie". Ograniczając straty, nie marnując sił, wykorzystując minimum z potencjału i kreatywności zespołu. Dochodząc do odpowiedniej formy meczami a nie treningami.
Jestem pewien, że Hasiemu takie występy jego drużyny podobają się jeszcze mniej niż kibicom. On cierpi, bo do bycia trenerem reaktywnym/minimalistycznym/pragmatycznym nie przywykł pracując w Anderlechcie, klubie promującym ofensywny styl gry już od najniższego stopnia akademii. W Legii na razie to on musi się dostosować zanim zacznie wprowadzać swoje pomysły. Na razie musi iść na kompromisy - ustawia zespół w 4-3-3, ale wcale nie gra ofensywnie, nie dominuje. Nie wybiera ani jednego typowego defensywnego pomocnika, ale za to robi coś, czego nie lubi, czyli wystawia dwóch szybkich, grających niemal wyłącznie przy linii bocznej skrzydłowych.
Pierwsze dwadzieścia, trzydzieści minut było dramatycznym widowiskiem. Zwłaszcza, gdy patrzyło się na Odjidję-Ofoego, który nie potrafi wyprzedzić przeciwnika, odnaleźc się przy agresywnym kryciu i znaleźć sobie miejsce w środku pola, by otrzymać podanie. W tym okresie spotkania zaliczył ledwie kilka dobrych zagrań, w tym rajd, który skończył się rzutem wolnym i żółtą kartką dla rywala. Ogólnie nie tyle wpisywał się w mierność gry Legii, ile ją definiował.
Ale w drugiej połowie wszystko się zmieniło: Odjidja-Ofoe stał się liderem Legii, niemal każde jego zagranie było pozytywne. On rozpoczął akcję, która przyniosła rzut karny. Pokazał, że ma potencjał na zostanie piłkarzem idealnie skrojonym do roli jaką dla środkowego pomocnika widzi Hasi.

 

- Dla mnie nie istnieją defensywni pomocnicy, określani "szóstkami". W topowych zespołach nie ma miejsca na takich. Dla mnie są środkowi pomocnicy, chcę mieć "ósemki", potrafiące rozegrać piłki, przy tym zdolnych do odebrania piłki. To najważniejsze miejsce na boisku. Pomocnicy mają być trenerami na boisku - tłumaczył na początku swojej pracy Albańczyk.

Belg pewnie nie zna jeszcze nawet kilku słów w języku polskim, ale w trakcie meczu przynajmniej gestami pokazywał kolegom, by uspokoili grę, wybrali konkretny kierunek, ustawili się do obrony. Jego statystyki również mówią trochę inną historię niż pełen przekrój występu: 90 proc. podań dokładnych (ale było ich w sumie tylko 31), 82 proc. wygranych pojedynków (z 17), dziewięć prób odbiorów, tylko jedna stracona piłka i trzy odzyskane*. Przebiegł dziewięć kilometrów w 75 minut - dwa mniej od grającego całe spotkanie Tomasza Jodłowca**.
Nie była to nawet połowa z maksimum możliwości Odjidjego-Ofoe - po prawdzie, piłkarz o takim CV powinien dominować technicznie i inteligencją nad rywalami pokroju Dundalk nawet, gdy brakuje mu wytrzymałości, szybkości i zwrotności. Przynajmniej pokazał przebłyski zagrań dla których Hasi zdecydował się wystawić go w takim spotkaniu (Kopczyński nie zrobiłby takiej akcji z piłką, jak Belg przy pierwszym golu), ale też powody by sądzić, że gdy zacznie się poważne granie, Odjidje-Ofoe stanie się dla Legii punktem odniesienia, może nawet boiskowym "trenerem".

*- dane InStat
**- dane UEFA.com

Euro do tablicy: Zemsta kujonów

mzachodny

Czy słyszeliście już o ostatnim sporze w niemieckim futbolu? Chociaż od półfinału w którym mistrzowie świata zagrają z Francją dzieli nas mniej niż czterdzieści osiem godzin, Joachim Loew wciąż musi zmagać się z krytyką Mehmeta Scholla.

Pozwólcie, że w skrócie powiem o co chodzi. Gdy Niemcy w sobotę przed północą cieszyli się z pokonania ich odwiecznego problemu - Włochów - w ARD szalał wściekły Mehmet Scholl. - Urs Siegenthaler powinien rano zostać w łóżku, skupić się na swojej robocie, a innym pozostawić opracowanie treningu i nie podsuwać żadnych własnych pomysłów. Nie wierzę, że Joachim Loew obudził się nagle i wmawiał wszystkim, że trójka obrońców jest dobrym rozwiązaniem - mówił były pomocnik Bayernu Monachium. Chodziło mu o to, że analityk i mentor selekcjonera narzucił mu dostosowanie swojego ustawienia pod słabszą drużynę Włoch. Skoro Antonio Conte wybrał trzyosobową formację obrony, to Loew nie powinien tego powtarzać. W końcu z rywalami o mniejszej jakości nie wypada.

Sztab szkoleniowy niemieckiej drużyny potraktował to jako obelgę. - Przed tysiącem lat niektórzy wciąż uważali, że ziemia jest płaska - odpowiedział Siegenthaler. - Tak, słyszałem jakiś szum medialny. Można się różnić, to gra opinii. Ale krytyka staje się negatywna, gdy wchodzi na poziom osobisty, zwłaszcza atakując osoby ze mną pracujące - dosyć dyplomatycznie tłumaczył to Loew. - Niewiarygodne, że Mehmet tak się zachował. Przecież nie ma pojęcia, jak wygląda proces decyzyjny w naszym sztabie. Strasznie nas to irytuje. Kto zna Joachima, ten wie, że jest wielkim taktykiem, że lubi także konsultować się z osobami, które z nim współpracują - odpowiadał dyrektor kadry mistrzów świata Oliver Bierhoff.

Reagowali nie tylko niemieccy trenerzy. Christof Kneer z "Sueddeutsche Zeitung" tak skomentował całe zamieszanie: - Loew wyprzedził o krok swoich krytyków. To była decyzja trenera świadomego jakości swojego składu, wzięcie odpowiedzialności za wynik i kogoś, kto wie, że musi wysłać niedoświadczonego zawodnika (Joshuę Kimmicha) na poważną misję.

Michael Horeni z "Frankfurter Allgemeine Zeitung": - Jedno jest pewne: była to ryzykowna, choć defensywna zmiana. I do niespodziewanej okazji dla Włochów (błąd Jerome'a Boatenga i rzut karny - przyp.red.) z 78 minuty wszystko szło według planu. (...) Ale, po raz pierwszy przeciwko reprezentacji Włoch, Niemcy odnaleźli odpowiedź na futbol nieprzewidywalny, do tej pory ani razu nie było to tak ekscytujące.

***

Dygresja. Chociaż trudno cokolwiek zarzucić reprezentacji Adama Nawałki, to w dniach po porażce w rzutach karnych brakowało mi jednego: dyskusji o tym, co selekcjoner mógł zrobić lepiej. Nie chodzi o to, by zachowywać się jak Scholl - niestety jeden z ekspertów próbował w stosunku do niektórych piłkarzy i wyszło równie słabo - ale konkretnej rozmowy. Zwłaszcza, że jej ton nadać mogły wypowiedzi polskich piłkarzy. Po meczu z Portugalią pod szatniami słyszałem od Roberta Lewandowskiego i Grzegorza Krychowiaka (dwóch najbardziej rozpoznawalnych na świecie reprezentantów) konkretne słowa o tym, czego do sukcesu mogło zabraknąć.

Do tej pory, gdy piłkarze rozmawiali po spotkaniach z dziennikarzami, trafiał do nas przekaz prosto od selekcjonera. Jeszcze w trakcie mistrzostw, gdy chodziło o drugie piłki, które są (słusznie) obsesją Nawałki. Ale po ćwierćfinale słyszałem powtarzane słowa nie selekcjonera, lecz Zbigniewa Bońka. - Zabrakło szaleństwa, ryzyka - mówił Krychowiak. - Mogliśmy pójść po zwycięstwo przed rzutami karnymi - to Lewandowski. A tak jeszcze przed wcześniejszą rundą braki Polaków opisywał Boniek.

To czy mają rację jest kwestią sporną, mi bardziej chodzi o to, co dalej. Jak sprawić, by za dwa lata w Rosji nikt o braku szaleństwa nie mówił? Albo: co takie ryzyko mogłoby dla zespołu oznaczać w każdej chwili meczu? To nie spekulacje czy krytyka, ale normalna debata taktyczna. O ile byłaby podparta konkretnymi argumentami, materiałem wideo. Nie wierzę, że jest to niewykonalne dla ekip zatrudniających fachowców i mających dostęp do każdego momentu pięciu meczów Polaków. Po prostu temat nie został podjęty, bo (zakładam, że) dla widza stałoby się to materiałem mało atrakcyjnym, albo zbyt czasochłonnym. A akurat trzeba puścić reklamy.

***

W Niemczech mieli podobne problemy. Gdy pod koniec lat 90. w telewizji pojawił się w okularach Ralf Rangnick i tłumaczył widzom, na czym polega gra czwórką obrońców w jednej linii, ówczesny szkoleniowiec Ulm musiał walczyć z mocną krytyką. Wyzywano go od profesora, praktyka, okularnika - i śmiano się ze stylu w jakim tłumaczy taktyczne zawiłości. Dziwiono się, że w ogóle ośmielił się zmierzyć z mocno stojącą niemiecką myślą szkoleniową. Tą, którą dopiero czekała brutalna weryfikacja. Czas pokazał, że to Rangnick miał rację, a nie jego krytycy.

Wszystko to piszę nie po to, by włączyć się do niemieckiej debaty, ale pokazać jej dalszy ciąg. We wtorek otrzymałem od niemieckiej federacji e-mail o interesującym tytule: "Trzy czy czteroosobowy blok obronny: najbardziej elastyczne systemy gry". Pracownicy DFB nawiązując bezpośrednio do rozgorzałej debaty o ustawieniu zastosowanym przez Joachima Loewa rozpisali artykuł i wysłali do subskrybentów ich strony - dziennikarzy, trenerów, piłkarzy, działaczy, kibiców... Zgaduję, że do kilkuset tysięcy - wiadomość stanowiącą ważny wkład w dyskusję i edukację środowiska piłkarskiego. Coś, czego pomimo dynamicznie rozwijających się starań PZPN, wciąż w Polsce mi brakuje.

- Wszyscy jesteśmy zgodni: różnorodność w futbolu jest wskazana. Drużyny, które nie potrafią odpowiadać na ustawienie rywala mają spore problemu. Dlaczego więc nie myśleć o zmianie ustawienia? W końcu drużyny, które trzymają się sztywno jednego systemu gry są łatwiejsze do rozpracowania - piszą autorzy DFB. - Na poziomie juniorskim różnorodność pomaga w rozwoju piłkarzy. Grając z trzyosobową linią obrony juniorzy dostają szansę szerszego spojrzenia na boisko. A starsi rozwijają swoje spojrzenie na futbol.

- A rozwiązanie z trzema obrońcami pozostaje alternatywą, która na najwyższym poziomie pojawia się coraz częściej od czasu mundialu w 2014 roku. I analitycy reprezentacji Niemiec podkreślali to w swoim raporcie dwa lata temu. Drużyny z Ameryki Południowej dzięki temu imponowały, a elastyczność się im opłacała: Chile wygrało tegoroczną edycję Copa America w końcu grając czwórką z tyłu. Więc nie musicie wyłącznie polegać na opinii ekspertów, ale samemu starając się zrozumieć wartość różnych systemów - kończą i polecają lektury tekstów, które mogą również pomóc w... przygotowaniu rozwiązania na półfinał z Francją, w którym Loew nie będzie mógł skorzystać z kilku piłkarzy środka pola. Taka zemsta kujonów: nie dosyć, że rozłożyli Scholla na deski, to jeszcze stali nad nim krzycząc, by się podniósł do dalszej walki. Walki na ich warunkach

***

Na tym polega dyskusja, nawet jeśli rozpoczęta niesprawiedliwym zarzutem. A nawet nie tyle dyskusja, ile edukacja. Każda okazja jest dobra, nawet jeśli przed Niemcami niezwykle trudny półfinał z Francją, to warto ukierunkować środowisko piłkarskie na konkretny temat. Nie np. premii dla piłkarzy, czy jakikolwiek inny mało istotny, plotkarski, ale typowo futbolowy.

"To Siegenthaler wymyślił porównanie, że kopnięcie piłki jest formą rozmowy między grającymi. Wymiana podań - dyskusją. I gra Niemiec ma być rozmową rzeczową i zaplanowaną, a nie jakimś przekrzykiwaniem się", pisał Paweł Wilkowicz dwa lata temu, jeszcze przed zwycięstwem Polski nad Niemcami i dynamicznym rozwojem reprezentacji, którą mamy teraz pełne prawo nazywać poważną siłą w europejskim futbolu. W dużej mierze dzięki piłkarzom, ale i taktyce obieranej przez Adama Nawałkę. Chcielibyście ryzyka? Fajnie, ale trzeba pamiętać, że biało-czerwoni na Euro przez ani minutę turnieju nie przegrywali. To imponująca statystyka.

Niech to będzie temat na inną rozmowę. Oby w ogóle zdarzyła się okazja do takiej wymiany podań. Na razie widzę, że jest trudno, gdy nawet do Francji docierają mnie głosy, że krytykuje się tych dwóch największych pracusiów polskiej kadry, Arkadiusza Milika i Roberta Lewandowskiego. W tej kwestii też warto mieć przygotowaną kontrę...

Euro do tablicy: Zatrzymać duet Portugalii

mzachodny

Z takim wyzwaniem Michał Pazdan i Kamil Glik jeszcze się nie mierzyli. Odnowiony i niezwykle groźny atak reprezentacji Portugalii ma atuty, których brakowało dotychczasowym rywalom Polaków. Czy biało-czerwona ściana zatrzyma Cristiano Ronaldo i Naniego?
"Mobilność, mobilność i mobilność" - to słyszymy pytając Portugalczyków o największy atut ich ofensywy. Nie umiejętności techniczne Cristiano Ronaldo, nie jego strzały z dystansu, nie drybling Naniego i nie nieprzewidywalne uderzenia Ricardo Quaresmy. To ruchliwość dwóch napastników Fernando Santosa może spowodować problemy drugiej najskuteczniejszej defensywy na mistrzostwach Europy.
To nie jest duet marzeń. To nie jest też oczywisty duet napastników. Fernando Santo po prostu uznał, że nie ma sensu szukać napastnika, który grałby między ustawionymi na skrzydłach Ronaldo i Nanim. Zbliżył ich do siebie, zyskał miejsce na kolejnego środkowego pomocnika. Tego typu decyzje - odważne, ale proste - tworzą różnicę w wynikach zespołów i odbiorze trenerów.
Przez lata panowała opinia, że Nani to mniej udana kopia Cristiano Ronaldo: nie tak skuteczny, nie tak poświęcony karierze i nie tak błyskotliwy w dryblingu. Jednak ten, który zabrał obu ze Sportingu Lizbona i wypromował w Manchesterze United widzi zdecydowaną różnicę. - Cristiano Ronaldo ma wszystko - powtarza od lat sir Alex Ferguson. - Może strzelić prawą i lewą nogą, świetnie gra głową, jest odważny jak lew i ciągle chce być lepszy - tłumaczy.
- Naniego obserwowaliśmy niemal tak długo, jak Cristiano. Jest innym typem zawodnika, bo może grać na każdym skrzydle, ale też w środku pola. Jest szybki, ma wiele energii i jest bardzo uniwersalny - określa drugiego z nich Szkot.
Do tej pory ustawianie Ronaldo samego w roli "dziewiątki" nie przynosiło oczekiwanych rezultatów, bo on nie lubi tej pozycji. Między obrońcami panuje ścisk, trudniej przyjąć piłkę, obrócić się i znaleźć miejsce na strzał. Ale też podania rzadziej docierają do napastników, a jeśli już, to są utrudnione - górne, zbyt mocne, niecelne. Na pewno nie takie, z których Cristiano Ronaldo mógłby żyć.

nanicr7W grze Portugalii nie chodziło wyłącznie o to, by dostosować style Ronaldo i Naniego tak, by każdy z nich odniósł korzyść. Oni też musieli od siebie coś dać, by cały zespół funkcjonował lepiej. Najbardziej otwarty mecz Portugalczyków nastąpił przeciwko Węgrom, gdy Ronaldo asystował przy golu Naniego, a kolejne trafienie było po rozegraniu drugiego z bocznym pomocnikiem. Ten wrzucił, a nabieg kapitana drużyny dał mu przewagę nad obrońcą i ułatwił strzelenie gola.
Właśnie, nabieg. Zarówno Ronaldo, jak i Nani świetnie wyczuwają sytuację w polu karnym. Łatwo to określić, trudniej wcielić w życie - a oni instynktownie odczytują tor lotu piłki jeszcze przed pierwszym ruchem. Robią dwa kroki w jednym kierunku, by następnie przyspieszyć w odwrotnym, gubiąc rywala i wyskakując do piłki bez krycia. Co ciekawe, w statystyce strzałów głową lepszy jest Nani - oddał aż dziewięć strzałów w porównaniu do pięciu Ronaldo. Bo to na kapitanie koncentrują się obrońcy, gdy współpracujący z nim napastnik ma więcej miejsca.
To cecha wiodąca obu tych piłkarzy: umiejętny nabieg, wyczucie dośrodkowania, wyprzedzenie obrońcy. Dlatego tym bardziej istotny będzie Kamil Glik, lider Euro 2016 pod względem wybić (40). Jeśli on i Pazdan nie pozwolą, by Ronaldo lub Nani wygrywali pojedynki w powietrzu w polu karnym Polaków, to Portugalczycy stracą istotny atut. Ale nie tylko słynne już "łapanie głębi" okaże się kluczowe: gdy jeden z dwóch napastników Portugalii wychodzi z pola karnego, drugi szuka wolnej przestrzeni przez niego tworzonej. Ich współpraca nie jest oczywista, nie jest oparta na wymianie podań, ale bardziej miejsca.
To największy sukces Santosa, choć selekcjoner Portugalii wie, że ich współpracy daleko jest od perfekcji. Łatwiej ją zaburzyć, niż nadać jej sensu. Przecież zarówno Islandczycy, Austriacy i Chorwaci zachowywali się w defensywie odpowiedzialnie i to wystarczyło. Do momentu kontry, błędu w obronie lub wyjątkowo dobrego dośrodkowania.
Jest to test dla Glika i Pazdana, ponieważ nie mogą pozwolić sobie na stworzenie rywalom takich okazji, jakie marnowali Mario Goetze czy Eren Derdiyok. Jeśli nie dopuszczą do stuprocentowych sytuacji, Portugalia będzie się denerwować. Jak udowodniły wcześniejsze spotkania, to moment irytacji i dekoncentracji jest najlepszą chwilą na przeprowadzenie skutecznego ataku. Tak jak w meczu ze Szwajcarią dla Polaków obrona zaczynała się od ataku, tak teraz atak zaczyna się od obrony.

Euro do tablicy: Pressing po polsku

mzachodny

Jest w książce Łukasza Olkowicza o Adamie Nawałce fragment, który przypomniał mi się w przerwie meczu Polski ze Szwajcarią (1:1, pd. 1:1, 5:4 w karnych). Sytuacja miała miejsce w trakcie eliminacji do trwających mistrzostw Europy, po zwycięstwie z Gruzją (4:0).

Nawałka usłyszał, że w gazetach został porównany do trenera Atletico Madryt. Polski Simeone – tak o nim pisali.
– Ale zaraz, dlaczego polski Simeone? – aktorsko się obruszył. – A może to o nim powinni pisać argentyński Nawałkone?
***
Przyznam, że byłem w lekkim szoku patrząc na to, jak ten mecz się rozpoczyna. Sam początek już zaskoczył, bo Polacy wybrali inne rozwiązanie. Zamiast rozegrania prosto do tyłu, które po zmianach w przepisach tak przypadło reprezentantom do gustu, grę zaczynali Błaszczykowski z Mączyńskim, a napastnicy byli ustawieni na skrzydle. Rywal spodziewał się długiego zagrania do boku, a Polacy zaskoczyli ich dryblingiem skrzydłowego przez środek boiska. Już od pierwszego momentu zdobyli nad Szwajcarami przewagę.
A chwilę później rywale już panikowali, bo Robert Lewandowski niemal odebrał piłkę Yannowi Sommerowi, dając okazję Arkadiuszowi Milikowi na pierwszego gola. Przez kolejne kilkanaście minut działo się podobnie - Polacy doskakiwali nie pozwalając Szwajcarom rozgrywać, pierwsi zbierali piłki po pojedynkach główkowych, dominowali fizycznie i mieli klarowny pomysł, jak dalej rozprowadzać swoje akcje. Obrońcy byli ustawieni wysoko, ryzykowali, ale całej drużynie się to opłacało.
***
Nawałka uwielbia pressing. Po meczu z Ukrainą (1:0) chwalił zespół za to, jak potrafił go prowadzić. Po spotkaniu z Niemcami (0:0) doceniał pracę w pressingu niskim, jak szybko Polacy się organizowali. A pierwsza połowa zwycięskiego starcia ze Szwajcarią była najlepszym przykładem wysokiego pressingu za jego kadencji.
Aż trudno to sobie wyobrazić. Bo to nie jest turniej dla drużyn, które chcą być tak odważne. Zemściło się to na Anglikach, gdy przez czterdzieści pięć minut całkowicie zdominowali Rosjan, zepchnęli ich do chaotycznej obrony. Jednak ich tak to zmęczyło, że w końcówce meczu sytuacja się odwróciła i wypracowane prowadzenie stracili. Podobnie jak Polacy, ale biało-czerwoni wysoko podeszli do Szwajcarów w czwartym meczu turnieju, nie w pierwszym, jak Anglicy. To spora różnica.
A pressing, choć zostawił świetne wrażenie, to wewnątrz drużyny był pewien niedosyt po pierwszej połowie. I strach, że zaledwie jednobramkowa przewaga może nie wystarczyć, by utrzymać wynik do końca spotkania. Miało być inaczej, bardziej skutecznie pod bramką przeciwnika.
***
To naprawdę była połowa rozegrana wedle scenariusza Diego Simeone. Pierwszy kwadrans intensywnego pressingu zaczynanego już na bramkarzu rywali, potem przejście w wysokie tempo odbioru w strefie środkowej, a zakończenie połowy kontrolą pod własną szesnastką z kontrami po skrzydłach. Plan działał.
Znamienna scena z lotniska, gdy piłkarze Nawałki stoją po odprawie czekając na wejście do samolotu. Żartują z typowych dla trenerów ze sztabu tekstów, które mogliby przekazać im przed serią jedenastek. "Walka!", "Mocno!" itd., ale niemal najgłośniej śmieją się ze "Zbierać drugie piłki!". To obsesja Nawałki. W meczu z Ukrainą już w przerwie piłkarze usłyszeli, że muszą ten aspekt ich gry poprawić. Mają być szybsi i pierwsi do każdej bezpańskiej piłki w strefie środkowej. Zyskują sekundy przewagi, element zaskoczenia. I po meczu niemal każdy pytany przez dziennikarzy reprezentant Polski jak mantrę usłyszaną przez trenera powtarzał, że poprawili reakcję na drugie piłki.

Statszone_171

W meczu ze Szwajcarią ponad połowę z 47 drugich piłek reprezentanci Polski zebrali w pierwszej połowie - później grali cofnięci, liczyły się wybicia, a nie agresywne podejście do przeciwnika. A jeszcze lepiej ten efekt wysokiego pressingu pokazują statystyki InStat z pierwszego kwadransa, gdy z szesnastu bezpańskich piłek zebranych przez Polaków aż dwanaście udało się odzyskać na połowie Szwajcarów. Pomimo tego, że biało-czerwoni osłabli w drugiej połowie i kompletnie opadli z sił w dogrywce, to i tak w tej statystyce byli o 17 zebranych drugich piłek lepsi od rywali.
Kolejny dowód - trzy z czterech odbiorów na połowie Szwajcarów Polacy zrobili w pierwszej części spotkania. Warto spojrzeć na tę samą statystykę sobotnich rywali, bo oni przed przerwą musieli osiemnastokrotnie interweniować przy ataków biało-czerwonych, gdy w pozostałej części spotkania tylko siedem razy. Najbardziej to, jak zablokowani w tych czterdziestu pięciu minutach byli Szwajcarzy odczuł Granit Xhaka. Nim niemal na wyłączność zajął się Arkadiusz Milik, podążając za nim nawet do boków, byle tylko nie mógł zagrać do przodu. Polski napastnik był także tym, który przed przerwą wygrał sześć na dziewięć pojedynków, zaliczył dwa odbiory i sześć zebranych piłek na połowie Szwajcarów.

Statszone_181***
Co wysoki pressing może dać Polakom w meczu z Portugalią? Niewiele. Rywale z ćwierćfinału nie mają jednego konkretnego rozgrywającego, ale w środku pola grają czwórką pomocników - każdy z nich może stać się tym najważniejszym przy prowadzeniu akcji. Do tego podstawowi obrońcy - zapewne Pepe i Ricardo Carvalho - lepiej wprowadzają piłkę na połowę przeciwnika. Od pierwszej minuty dla Polaków ważniejsze mogą okazać się kontry, nie wysoki pressing. Może ten okaże się ważniejszy w drugiej połowie? Ale i na to Adam Nawałka przygotuje plan. Jeśli Euro 2016 coś potwierdziło, to właśnie fakt, że selekcjoner w doborze strategii się nie myli.

Euro do tablicy: Jak ważna jest druga piłka?

mzachodny

W przerwie wtorkowego meczu o to miał do swoich piłkarzy największe pretensje Adam Nawałka, o tym selekcjoner mówił na konferencji prasowej, a reprezentanci tuż po wyjściu z szatni. Spotkanie z Ukrainą pokazało, jak ważna dla polskiej drużyny jest tzw. druga piłka.
- Kto spodziewał się łatwego spotkania, ten jeszcze trochę musi się o futbolu dowiedzieć - powiedział po meczu Robert Lewandowski. - Widać było, że są bardzo dobrze przygotowani. Zwłaszcza Rusłan Rotań super się ustawiał - zaznaczał Michał Pazdan. Jednak w słowach polskich piłkarzy powtarzał się nie tylko szacunek dla przeciwników, ale także konkretna diagnoza problemów z pierwszej połowy.
W każdym meczu dochodzi do starć między piłkarzami. Według wyliczeń firmy analitycznej InStat, w spotkaniu z Ukrainą piłkarze wzięli udział w 186 pojedynkach, średnio dwóch na minutę gry. Trzy, jeśli liczyć realny czas gry (zwykle około 60 minut). Chociaż Polacy większość starć wygrali (53 proc.), to nie potrafili tego wykorzystać. Zatracili atut z poprzednich spotkań i eliminacji, gdy za pojedynkiem jednego zawodnika podążało nawet kilku piłkarzy. Jeśli jeden nie wygrał piłki, kolejni starali się ją przechwycić i rozpocząć kontrę. To w piłkarskim żargonie rozumie się jako zebranie "drugiej piłki" - niczyjej.
- Nie analizowaliśmy jeszcze tego, nie rozmawialiśmy o tym, ale z perspektywy boiska widać było, że zawsze druga piłka lądowała w pierwszej połowie pod ich nogami. Przez to nie było spokoju - mówił Pazdan. - Oddaliśmy środek pola, nie wygrywając drugiej piłki nie mieliśmy jak jej odpowiednio rozegrać - dodawał Lewandowski. A Kamil Glik zauważał, że w większości przypadków jego koledzy w strefie środkowej byli o dwa, trzy kroki spóźnieni do swoich rywali. Nawet na własnej połowie, gdzie Ukraińcy wygrali dwa razy więcej drugich piłek niż Polacy po drugiej stronie boiska. Rotań miał ich tyle, ile Grzegorz Krychowiak z Tomaszem Jodłowcem razem wzięci. W drugim kwadransie Ukraińcy zebrali 7 drugich piłek, Polacy tylko dwie. Na odwrót było w pierwszych piętnastu minutach, gdy dominowali biało-czerwoni.
Nie ma przypadku w tym, że piłkarze i trener jednym głosem po meczu powtarzali hasło "druga piłka". W przerwie, co przyznał Lewandowski, padł konkretny komunikat ze strony trenera, żądanie przyspieszenia. - Może mieliśmy w głowie ten sobotni mecz? - zastanawiał się kapitan reprezentacji. Na pewno już nie po przerwie, gdy reprezentacja zagrała bardziej defensywnie, ale i agresywniej. Kluczowe okazało się wprowadzenie Jakuba Błaszczykowskiego za Piotra Zielińskiego. Młody rozgrywający w pierwszej połowie wygrał tylko trzy z 10 pojedynków, nie zebrał żadnej drugiej piłki i zaliczył jeden przechwyt.

© Zachodny do tablicy
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci