Menu

Zachodny do tablicy

Futbol analitycznie, statystycznie i konkretnie - na tablicy Michała Zachodnego.

Legii i ligi "dzień zero"

mzachodny

Rekord pobity. Tak wcześniej polskie kluby w całości jeszcze nie odpadły z europejskich pucharów. Po tym, co w Tyraspolu zaprezentował mistrz kraju, Legia Warszawa naprawdę można zastanowić się, jak głębokie powinny być zmiany u mistrza Polski, ale i w całej lidze.

I będzie to w pełni zrozumiałe, choćby w wypadku Legii. Po nerwowej, nieprzespanej nocy przyjdzie czas liczenia strat – będą to kwoty idące w kilkanaście, kilkadziesiąt milionów złotych, dla większości polskich klubów oznaczające roczne przychody lub po prostu cały budżet na sezon. Krótko mówiąc: suma abstrakcyjna wszędzie poza Warszawą i Poznaniem.

Rewanżowe spotkanie z Sheriffem było jeszcze gorsze, ale wcale nie przez czerwoną kartkę dla Michała Pazdana. Legioniści sami utrudniali sobie życie i to w najbardziej podstawowy w piłkarskim rozumieniu sposób: niedokładnie podając, źle przyjmując piłkę, kopiąc i szarpiąc zamiast grać. Po szansie Kaspra Hamalainena z początku drugiej połowy kolejną najlepszą okazją przyjezdnych był centrostrzał Artura Jędrzejczyka z kilkudziesięciu metrów, spod linii bocznej. Nawet chaotyczne wykopy lądowały daleko od napastników.

Było to tak złe, że można tym meczem zakwestionować wszystko. Począwszy od założeń trenera, przez prowadzone przez niego letnie przygotowania, politykę transferową, kadrową, młodzieżową, finansową… I uwierzcie, że głosów o „zaoraniu wszystkiego” będzie po odpadnięciu z Sheriffem najwięcej, będą najgłośniejsze i zbiorą najwięcej „lajków”.

***

Nie jest to, o czym Dariusz Mioduski marzył, gdy przejmował panowanie nad całym klubem po wielomiesięcznej szamotaninie z Bogusławem Leśnodorskim i Maciejem Wandzlem. Szamotaninie, która przypominała mecz z Sheriffem i w zasadzie jej konsekwencje są w klubie oraz jego „okolicach” odczuwane do dziś. Kto sprowadzał *tego* piłkarza, gdzie podziały się *te* pieniądze, co robiono w *tym* obszarze działania klubu…

Wątpliwe, by Mioduski w dzisiejszym meczu dostrzegł szansę – szansę na reset w kontekście pierwszej drużyny. Zwłaszcza, że na drastyczne zmiany już za późno, a Legia zamiast kupować w ostatnim tygodniu okienka transferowego będzie raczej sprzedawać. Ale nadal właściciel klubu może potraktować to jako reset, moment w którym wszystkie argumenty z poprzedniego, nie w pełni jego sezonu zostały całkowicie spalone.

***

Tego typu resety w futbolu nie są częste, ale kluby przez nie przechodzą. Manchester City po wykupie przez szejków, Barcelona po przejęciu sterów drużyny przez Pepa Guardiolę, Borussia Dortmund potrzebowała wsparcia Bayernu, by się odbudować, losy Chelsea odmieniła inwestycja Romana Abramowicza… Ale możemy dostrzec je na własnym podwórku. Górnik Zabrze miał jeden procent szans na awans do Ekstraklasy, gdy Marcin Brosz zdecydował się pożegnać starszych piłkarzy i jeszcze mocniej postawić na młodzież. Dziś patrzymy na beniaminka – przynajmniej ja patrzę – jako najciekawszą historię sezonu, z piłkarzami na przyszłość, jasnym planem szkoleniowca oraz obudową (rozumianą przez analizy statystyczne, fizjologiczne) drużyny.

Jest też Zagłębie Lubin z którym zmierzy się Legia w niedzielę, gdy pewnie będą piłkarze z Warszawy wysłuchiwać pretensji od własnych kibiców. Ale „Miedziowi” również pokazują, że po obraniu kompletnie błędnego kierunku – zatrudnianie zagranicznych piłkarzy na wysokich kontraktach – i spadku udało im się odbudować. W poniedziałek Zagłębie pokonało ponoć imponującą Wisłę Kraków 3:0, grając szybko, konkretnie, w wysokim pressingu, w nietypowym ustawieniu, jak na Ekstraklasę (3-4-1-2) i – zauważcie powiązanie! – z jedną z młodszych drużyn w lidze (śr. wieku 25,3 lat), z trzynastoma Polakami w trakcie spotkania na boisku.

Można powiedzieć, że po sprzedaniu wszystkich utalentowanych i wypromowanych młodych Polaków – teraz więcej szans dostają Gumny i Jóźwiak - na podobny reset zdecydował się Lech Poznań, choć też zapłacił za to cenę i duet Karol Klimczak-Piotr Rutkowski po bezprecedensowym transferowym lecie brnie w nieznanym dla siebie i klubu kierunku. I można się kłócić o dotychczasowe efekty pucharowe, ale w lidze Lech dąży do mistrzostwa. Na razie tylko Górnik strzelił więcej goli, tylko Zagłębie straciło mniej, w tabeli za rok 2017 Lech jest tam, gdzie Legia. Zdobędzie je poprawiając jeden element: wygrywając mecze z bezpośrednimi rywalami. I kto dziś powie, że takiej Legii równie skompromitowany, zweryfikowany w Europie „Kolejorz” by nie pokonał?

***

Argumentów, które porażka z Sheriffem wytrąciła całej Legii jest sporo. Ten o tym, że Legię stać na rokroczne występy w Lidze Mistrzów skasowano już w starciu z Astaną. O sprowadzaniu zagranicznych piłkarzy, by „doprowadzić ich do stanu używalności” upadł, bo wypaliło to wyłącznie w osobie Odjidji-Ofoe, zawodników na których Jacek Magiera wciąż czeka jest więcej. Belg powinien być wyjątkiem potwierdzającym regułę, którą roboczo nazwijmy „regułą Chukwu”.

Idąc dalej: szukanie wielu zastępstw za jednego lidera też nie wypaliło, ponieważ w trudnych momentach okazuje się, że nie ma nikogo, kto – mówiąc kolokwialnie – wziąłby grę na siebie. Miał być bohater zbiorowy zamiast indywidualnego, jest klapa całości i rzewne wspomnienie za tym jedynym.

Kolejnym punktem jest doświadczenie piłkarzy na które ponoć w Warszawie stawiano. Zresztą widać to było właśnie w Tiraspolu, gdzie pierwsza jedenastka miała średnią wieku ocierającą się o „trzydziestkę” i tylko dwóch zawodników urodzonych w latach 90. Efekt był taki, że gdy w 85. minucie na boisku pojawił się najmłodszy w Legii Sebastian Szymański, to właśnie jego wysłano do wykonania stałego fragmentu gry.

Jackowi Magierze wypadł argument braku czasu – bez gry w europejskich pucharach ma tyle samo czasu, ile inni trenerzy ligowi, a jakością jego skład teoretycznie bije znakomitą większość. Wreszcie będzie mógł swoich zawodników trenować, wdrażać swój plan, którego Legii desperacko brakuje. Kto jest w stanie dziś odpowiedzieć, jak konkretnie ma grać mistrz Polski przed meczem lub po meczu? To zespół, który teraz cechuje… brak jakiejkolwiek charakterystyki. Dlatego też kolejne ligowe zwycięstwa również nie będą argumentem przemawiającym za Magierą. Bo od Legii się wymaga, Legia ma mieć styl – tak mówią nie tylko kibice, ale też szefowie klubu.

Piłkarze też tracą swoje argumenty – głównie te, które wywindowały ich na tę pozycję, do tych zarobków, aspiracji… Znów muszą udowadniać swoją przydatność oraz jakość, co – po dojściu do odpowiedniej dyspozycji psychofizycznej – powinno być łatwe w tak słabej lidze.

***

Czy Legię stać na taki reset? Teraz nie ma nawet co gdybać, bo właśnie mistrz Polski uzależnił się jeszcze bardziej od Dariusza Mioduskiego i pieniędzy, które on zdecydował się wyłożyć, by zasypać dziurę w budżecie. A więc – w teorii – każda złotówka do wydania będzie oglądana jeszcze bardziej dokładnie.

Ważne, by w klubie zrozumiano, że nie jest to sytuacja czarno-biała – zostawić lub zaorać. Nawet ten reset nie oznacza spalenia ziemi i budowania od nowa. Bardziej chodzi o moment na przemyślenie i wskazanie konkretnego kierunku, w jakim dążyć ma Legia. A może odważnie iść w stronę pomieszania młodzieży z odpowiedniej jakości obcokrajowcami i rodzimymi liderami? A może właśnie tworzyć „Legię Hollywood”, czyli szukać piłkarzy po ich CV – jak Pasquato – a potem odbudować, szarżować w Europie i sprzedawać? Nagle bardziej polska Legia się nie stanie, więc ta opcja odpada, zwłaszcza, że teraz i zimą klub finansowo szarżować nie będzie.

Ale clou wszystkiego polega właśnie na zdefiniowaniu środków, kolejnych kroków, a nie celu. W momencie, gdy faza grupowa jest tak odległa – nie chodzi o to, że Legii tam nie będzie, po prostu odpadła z bardzo słabym rywalem – trzeba planować nie pod kątem meczów z Borussią, Realem, nawet nie z Club Brugge, czy Midtjylland.

Na dziś Legia musi pomyśleć, jak wyróżniać się także w Ekstraklasie. Nie tylko przez finanse, przez wygrywanie ligi, przez grę w pucharach, „uprawianie innego sportu”, jak określał to Leśnodorski, ale wreszcie przez środki prowadzące do sensu istnienia. Może już nie chaotyczne (poprzednia władza), nie połowiczne (pół roku obecnej), lecz wreszcie konkretne.

***

Dziś w tym punkcie wyjścia jest cała liga. Trwająca w ostatnim roku ESA37 i bez podziału punktów, czyli znów idąc w nieznane, obdzierając słabej jakości system ligowy z kluczowego aspektu, który gwarantował emocje. Część klubów już się określiła w kontekście swojej egzystencji (wspomniane Zagłębie, Lech, Górnik, trochę Jagiellonia, Wisła, Cracovia i Piast), ale większość wciąż myśli wyłącznie o przetrwaniu. Dla Legii przetrwaniem była faza grupowa europejskich pucharów, dziś jest bez tego argumentu. Mówcie co chcecie, ale to najlepszy moment na krok w tył i spojrzenie szerzej na własne podwórko, jego wady i sposoby rozwoju. Tylko w ten sposób katastrofa z Tyraspolu pozostanie wyjątkiem od reguły.

Dlaczego Thibault Moulin i Legia tak cierpią?

mzachodny

Oglądało się to strasznie. Irytowały proste straty przy przyjęciu piłki, podania wykonane nie w tempo, albo po prostu niedokładne. Kreatywność? Dominik Nagy kręcił się w kółko, Sebastian Szymański miał problem z przyjęciem, Guilherme zszedł z kontuzją, Michał Kucharczyk mógł jedynie uciec kilka razy na wolne pole, Armando Sadiku w zespole wciąż wygląda jak ciało obce.

A jednak będę się upierał, że największy ból sprawiało obserwowanie innego zawodnika. Thibault Moulin mógł być jednym z najbardziej niedocenianych piłkarzy poprzedniego, mistrzowskiego dla Legii sezonu, jego wpływ i znaczenie przykryte przez Vadisa Odjidję-Ofoego. Francuz w formie to zawodnik elegancki w ruchach, sprytny i czytający grę, zagrywający dokładnie i szybko, technicznie nienaganny. W poprzednim sezonie żaden piłkarz Ekstraklasy nie wykonał większej liczby podań (2251, przy dokładności 83%, średnio 75 zagrań na 90 minut), czyli nikt nie był częściej zaangażowany w grę - umysłowo i fizycznie.

To ostatnie jest najważniejsze, ponieważ w czwartek Moulin jawił się jako piłkarz myślący na boisku dwa razy wolniej. Przyjmujący piłkę te kilkadziesiąt centymetrów dalej od siebie, nie był już zwinniejszy od przeciwników, ale musiał ich gonić. Wszystko to miało znaczenie negatywne dla Legii, bo już od niego - pierwszego rozgrywającego - akcje drużyny traciły rytm. Rywal spokojnie się ustawiał, a zespół Jacka Magiery musiał rozprowadzać atak do bocznych obrońców, do stoperów, do Moulina... aż następowała strata i trzeba było za rywalami gonić pod własne pole karne. I tak w kółko przez 90 minut.

Moulin jest dobrym przykładem, ponieważ jego zapaść jest najbardziej widoczna - i z racji potencjału, i statusu w Legii z poprzedniego sezonu. Dla 27-latka poprzedni rok był pod jednym względem wyjątkowy: rozegrał w nim najwięcej meczów w karierze. Wystarczy to sprawdzić - do tej pory maksymalnie męczył się przez 35 spotkań w sezonie, w Warszawie zaliczył ich o dziesięć więcej. Jedynie Arkadiusz Malarz był zaangażowany w większej liczbie meczów, tylko dwóch zawodników przebywało na boisku dłużej, niż Moulin. Francuz miał prawo być zmęczony, wręcz wyczerpany.

Tymczasem już 33 dni po świętowaniu mistrzostwa Moulin wybiegł na boisko i strzelił Arce Gdynia gola w ostatecznie przegranym meczu o Superpuchar. I wtedy znów zaczęła się karuzela, od siódmego lipca Legia rozegrała już dwanaście spotkań. Jeśli wystąpi w następnych trzech, które zostały do pierwszej przerwy na reprezentacje, to w dwa miesiące rozgrywek zaliczy 43% meczów z najbardziej wyczerpującego sezonu przed Legią.

- Lipiec i sierpień to najtrudniejszy okres dla polskich drużyn. Skończyliśmy rozgrywki na początku czerwca. Wszyscy wiemy, jakie to są obciążenia dla zawodników, a dwa tygodnie później zaczynamy przygotowania. Zawodnicy Lecha czy Jagielloni wznowili je nawet tydzień wcześniej - powiedział na pomeczowej konferencji prasowej Jacek Magiera. W mało charakterystycznym dla siebie dobijającym tonie przez sześć minut tłumaczył problem z jakim zmaga się on, Moulin i pozostali piłkarze - z przygotowaniem fizycznym. Nie tłumaczył tym wstydliwego wyniku i fatalnej gry, ale chciał zadziałać na myślenie. Pewnie nie mógł powiedzieć wszystkiego, nie narzekał na brak wzmocnień na wcześniejszym etapie przygotowań, nie marudził o kiepskiej jakości piłkarzach.

Może łatwiej przychodzi mi zrozumienie Magiery nie w kontekście tego, że tłumaczy wynik i grę, ponieważ w podobnym tonie wypowiadał się jeszcze przed startem sezonu, przed Superpucharem Polski.

- Zrobiliśmy tak, by pierwszy tydzień mieli całkowicie wolny, by nawet nudzili się, ale spędzili czas z rodzinami, odpoczęli. Natomiast w drugim dostali zalecenia jednostek treningowych wprowadzających do pierwszego cyklu przygotowań. By można było ruszyć z wyższego pułapu. Ale czy wypoczęli? Na pewno nie do końca. Tak to w ostatnich latach w Polsce jest: dyskutujemy, co trzeba zrobić, by piłkarze mieli więcej czasu na regenerację. Uważam, że okres powinien być dłuższy, zwłaszcza, że gramy we wczesnych rundach eliminacji pucharów europejskich. Czas na to można znaleźć, np. w fazie finałowej grać co trzy dni i skończyć sezon wcześniej. A tak może na pierwszym etapie ten wcześniejszy start nie będzie odczuwalny, ale w dalszej części pojawią się kontuzje, zmęczenie. Nie ma co marudzić, ale trzeba wspólnie – jako trenerzy, Ekstraklasa i PZPN – porozmawiać, by rozwiązać. Inna strona jest taka, że część szkoleniowców twierdzi, że nie potrafimy grać co trzy dni. To wprowadźmy i nauczmy się tego, a reakcja zawodników będzie zupełnie inna. Mniej narzekania i więcej działania - tłumaczył w rozmowie na portalu "Łączy Nas Piłka".

Po spotkaniu z Sheriffem byłem jeszcze ciekawszy tego, jak wypada zestawienie obciążeń, a także odpoczynku Legii z innymi zespołami z lig na podobnym poziomie (lub z takiego do którego Ekstraklasa aspiruje), które w czwartek rywalizowały o fazę grupową Ligi Europy. Sprawdziłem dwa aspekty - ile trwała przerwa między rozgrywkami krajowymi i ile spotkań (wszystkie rozgrywki) już te zespoły zdołały zagrać. W dalszej części opiszę, dlaczego tak i skąd tego istota.

  • KLUB - PRZERWY W KR - MECZÓW WR 17/18
  • Legia Warszawa - 33 dni - 12 meczów
  • Sheriff Tyraspol - 40 dni - 11 meczów
  • Apollon - 77 dni - 6 meczów
  • Vardar Skopje - 73 dni - 6 meczów
  • Austria Wiedeń - 47 dni - 8 meczów
  • NK Domżale - 46 dni - 12 meczów
  • Viktoria Plzen - 63 dni - 6 meczów
  • Maccabi Tel Awiw - 66 dni - 11 meczów
  • Videoton - 50 dni - 12 meczów
  • Skenderbeu Korce - 101 dni - 7 meczów

(KR - krajowe rozgrywki; WR - wszystkie rozgrywki)

Widzimy, że tempo Legii - 12 spotkań - utrzymały tylko dwa zespoły: NK Domżale i Videoton. A jednak w ich wypadku należy mówić o zdecydowanej przewadze. Słoweńcy mieli dwa tygodnie więcej czasu: czyli mogli dać normalne urlopy, bez konieczności pracy z rozpiską, a do tego jeszcze odpowiednio prowadzić zespół wedle tygodniowego mikrocyklu i bez konieczności gry co trzy dni bez odpowiedniego podbudowania. Oni przecież zaczęli sezon od rywalizacji w europejskich pucharach, dopiero po trzecim meczu w eliminacjach LE doszła im krajowa liga. Tymczasem Legia tylko dwukrotnie mogła liczyć na pięć (przed wylotem do Finlandii) i sześć dni (przed Sheriffem) przerwy między spotkaniami.

Jeszcze więcej czasu mieli piłkarze węgierskiego Videotonu, którzy może i wcześniej od Legii zaczęli przygodę w europejskich pucharach, ale ich sezon skończył się wcześniej. No i znów dochodzi praca w odpowiednich mikrocyklach - Węgrzy mieli cztery przynajmniej pięciodniowe przerwy między meczami - a to dawało odpowiednie efekty. Domżale i Videoton we wcześniejszej rundzie eliminacji LE mierzyły się ze znacznie mocniejszymi rywalami, którzy dopiero kończą przygotowania. Odpowiednio prowadzeni, zgrani, wytrenowani potrafili poradzić sobie z intensywnością przeciwników na wyższym poziomie i odpowiednio Freiburg z Bundesligi oraz Bordeaux z Ligue 1.

Sheriff też jest interesującym argumentem, bo przecież oni odpoczywali tylko tydzień dłużej i zagrali ledwie jeden mecz mniej. Ale to już tak naprawdę pozwoliło im dzisiaj nie odstawać od słabej, cierpiącej na boisku Legii. Nie musieli i nie chcieli trudzić się atakiem pozycyjnym, wystarczyły kontry i jeden stały fragment gry. Nie zagrali nic wielkiego, wcale nie byli silniejsi, szybsi lub bardziej kreatywni - był to mecz dwóch w skali europejskiej na ten moment kompletnie odstających zespołów. Sheriff z jedenastu spotkań tego sezonu wygrał pięć, Legia sześć z dwunastu. Może nie przypadkowo więc ich przerwy były najkrótsze?

Inny argument to Astana - rywal, który faktycznie szybkością swoich liderów wykorzystał błędy Legii w pierwszym spotkaniu i awansował. Co zauważył Magiera: im przełożono spotkanie między walką w trzeciej rundzie eliminacji Ligi Mistrzów. Tak więc dla Kazachów starcia z mistrzem Polski były 26. i 27. meczami sezonu. Ale oni grają od marca, innym systemem ligowym. Rok temu, gdy Legia grała swój 26 mecz - początek listopada - potrafiła zremisować z Realem Madryt (3:3) i wychodziła z poważnego kryzysu, który w zasadzie zdarzał się jej rokrocznie. Czy stosowano większą rotację, byli lepsi piłkarze, czy nie - kryzys się pojawiał.

- Ale można grać w Lidze Mistrzów i Legia to udowodniła - upierał się w czwartek Magiera. Tylko to wcale nie zmienia postaci rzeczy: Legia Besnika Hasiego grała równie mało kreatywny, jednostajny i męczący futbol. Do tego stopnia, że w rewanżu ostatniej fazy kwalifikacji LM mistrz Polski został zdominowany przez rywali z Irlandii. Nawiasem mówiąc, Dundalk podobnie jak Astana, przed rewanżem załatwił sobie pauzę w lidze. Wtedy po remisie dającym upragniony, wyczekiwany awans kibice nie szaleli z radości, ale tak, jak po 1:1 z Sheriffem krzyczeli do piłkarzy: "Legia grać, kurwa mać". Można nawet powiedzieć, że było jeszcze gorzej: legioniści wygrali ledwie cztery z dwunastu pierwszych spotkań, choć dla większości (poza powołanymi na Euro 2016) przerwa w rozgrywkach trwała 53 dni.

Dlatego nie zgadzam się z Magierą, że Legia tamtym awansem coś udowodniła - jeśli już, to wcale nie to, że da się przetrwać z tak krótką przerwą letnią, ale fakt, że warto było latami kumulować punkty w europejskich pucharach, by wyczekać na taki jeden "złoty sezon" szczęśliwego losowania. I do bram piłkarskiego raju się wtoczyć, a nie wkroczyć. Bo jeszcze w pierwszym spotkaniu z Borussią Dortmund (porażka 0:6) różnica w szybkości, fizyczności i wytrzymałości piłkarzy była dramatyczna, dwa razy większa, niż w szalonym (i nie do zaakceptowania) spotkaniu wyjazdowym (klęska 4:8). Wtedy przynajmniej legionistów było stać na odpowiedź.

Nie uważam również, żeby coś się w tej kwestii walki o Ligę Mistrzów zmieniło w kolejnych latach. Szczerze mówiąc, to sprawa dla następnych mistrzów Polski może być już przegrana przy wolno rozwijającym się zapleczu finansowym i jakościowym. Raczej warto już myśleć, jak odbudowywać pozycję w Europie dzięki nie jednej drużynie jesienią w tych drugorzędnych rozgrywkach, ale wpychając tam przynajmniej dwie, może i trzy. Na razie wiemy tyle, że nie tylko mocna strona Europy nam stale odjeżdża w piłce klubowej, ale już zostaliśmy dogonieni, a nawet przegonieni przez kraje mniejsze, biedniejsze. Z prostej przyczyny: oni dają sobie szansę, gdy dla Legii, Lecha, Jagiellonii i innych najważniejsze jest wykrwawianie się w Ekstraklasie.

Ktoś może pomyśleć: a co to jest tych pięć, piętnaście dni treningu więcej? A przecież przy dobrym trenerze, to szansa na zgranie zespołu, wypracowanie schematów, odbudowanie i wprowadzenie nowych zawodników, nawet popracowanie nad takimi detalami, jak jakość przyjęcia piłki, umiejętność kopnięcia jej słabszą nogą. Także takimi zajęciami u profesjonalistów buduje się ich pewność siebie, którą potem przenoszą na boisko. I może przy jednym pełnym mikrocyklu więcej, przy dodatkowym tygodniu wolnego Thibault Moulin byłby sobą. Nie mam wątpliwości, że i Legia wyglądałaby inaczej.

Co sprawia, że Adu wciąż się chce?

mzachodny

Przyznajemy rację Radosławowi Mroczkowskiemu, który Freddy’ego Adu nazywa „starym odkurzaczem”, patrzymy na sprawę testów Amerykanina z przymrużeniem oka lub załamujemy ręce nad tym, jak funkcjonują polskie kluby. Ale mało kto zastanawia się, dlaczego niegdyś „cudownemu dziecku” wciąż się chce?

Sprawdziłem – ostatnie mecze Adu w bazie InStat są z zimy tego roku, gdy przebywał na testach w Portland Timbers. Nic szczególnego, nieco ponad 70 minut w dwóch spotkaniach, ledwie jeden z ośmiu pojedynków wygranych, jeden strzał (niecelny), dwie próby dryblingów, 22 dokładne podania.

Nic, co mogłoby zagwarantować mu kontrakt w klubie z MLS.

Historię tego chłopaka zna cały świat, wytłumaczeń jego upadku jest bez liku – polecam te z tekstu „Gazety Wyborczej” o 28-latku – ale mało kto jest w stanie powiedzieć, dlaczego jemu wciąż się chce?

Jeszcze pierwsze próby można wytłumaczyć pewną desperacją: chęcią zrobienia wszystkiego, by postawić karierę na nogi w zakochanej w futbolu Brazylii. Ale potem ta droga zaczyna być coraz bardziej skomplikowana – Serbia, Finlandia, testy w tuzinie krajów, powrót do Stanów, a teraz wreszcie Polska.

Wzbudza to mój autentyczny podziw. Postawcie się na jego miejscu: od czterech… a w zasadzie od ośmiu lat słyszycie o sobie i czytacie to samo. Gdzie nie zrobicie kolejnego kroku – „złote dziecko” ciąży nad nazwiskiem. Kilkudziesięciu trenerów już patrzyło, przyglądało się i może nawet było chętnych, by w jakimkolwiek stopniu ułamek niegdyś niebywałego talentu wydobyć. Nikomu się nie udaje. Każdy w końcu macha ręką i sadza Adu na ławce, posyła do rezerw, rozwiązuje kontrakt.

Jesteście Adu, który zachwycał świat, a teraz jeździcie od Jagodiny przez Kuopio do Nowego Sącza, by za każdym razem utwierdzić się w przekonaniu, że nie ma w was nic wartościowego. Nic, czym można zasłużyć sobie na szansę odbudowy, ustabilizowania całej sytuacji życiowej.

Czy chciałoby się wam pojechać na jeszcze jeden trening w Nowym Sączu? W nieznanym kraju, małym klubie, będąc od pierwszej minuty kompletnie wyizolowanym? By tylko przejść badania medyczne, nie wiadomo przecież, czy w ogóle uda się kopnąć piłkę?

Są w futbolu piłkarze, których celem jest gra i podróżowanie. Zwiedzanie krajów, poznawanie nowych kultur, coroczne przeprowadzki… Taki styl życia. Ale Adu na takiego gościa nie wygląda. Na jego Instagramie (ledwie pięć zdjęć w ostatnim roku) nie ma zdjęć miast, targów, muzeów itd. Są za to wspomnienia – „To z czasów w Bradenton, gdy chcieliśmy tylko grać, a miłość do piłki była w szczytowym momencie”, podpisuje pod jedną z fotek, co w omawianym kontekście brzmi… smutno – oraz kolejne treningi. „Pełen zdrowia i bez kontuzji. Stając się lepszym każdego dnia” – podpisał zdjęcie z zeszłego roku. Znów można spytać: czy jego motywacją faktycznie jest dążenie do poprawy swoich umiejętności, czy ich odzyskanie? Czy wobec tak wymownych ostatnich lat w ogóle o poprawie można mówić? Czy on jeszcze pamięta, co oznacza jego optymalna forma i co pozwala mu na boisku robić?

Niezależnie od wszystkiego – mój podziw dla Adu rośnie. Po tak wielu ciosach większość schowałaby się pod kamień, zaszyła w Baltimore, czy gdziekolwiek i grała już dla rozrywki w lidze szóstek. Może tam byłby królem, ale światu pozwoliłby o sobie zapomnieć. Rozważyłby inną drogę – może szkoląc młodzież, jednocześnie będąc dla nich najlepszym przykładem, jak prowadzić karierę?

Mniejsza o to, kto i co by w takiej sytuacji zrobił. Nie wiem, czy w Adu jest więcej determinacji w próbie powrotu do tego, co kiedyś miał, czy po prostu tak kocha grać w piłkę. Z tym drugim jest ostatnio problem, ale nie wolno tej opcji wykluczyć – kto uczucie biegania po murawie, wysiłku i satysfakcji z 90 minut spędzonych w Ekstraklasie czy B-klasie zna, ten pewnie upór Amerykanina zrozumie. A przynajmniej ja bym zrozumiał.

Tylko boję się, że to już nie o to chodzi. Bardziej martwię się, że to nie determinacja rzuca Adu po świecie, ale jego kółko adoracji, które bawi się nim od lat, traktuje go jak reklamową dyktę ustawianą na konferencjach prasowych lub spotkaniach dla kibiców, by mogli sobie zrobić zdjęcie. „Pojedź do Nowego Sącza, tam na pewno ci się uda”, „Jesteś dobry, wierzymy w ciebie i wyjdzie ci to na dobre”, „jeszcze możesz spełnić swoje marzenia, zaczynając od Sandecji”… Brzmi to śmiesznie, ale też strasznie.

Wątpliwe, by Adu w Nowym Sączu został – dygresja: jaki jest ten „cel marketingowy” Sandecji w związku z Amerykaninem? By na chwilę klub zaistniał? Bo przecież na mapie świata beniaminek Ekstraklasy nie zostanie, jak nie udało się to ani KuPS, ani Jagodinie, ani Bahii – ale jego determinacja intryguje. Po części jako wiecznie niespełniony piłkarz, kiedyś dziecko marzące o namiastce kariery, którą on przeszedł mogę to zrozumieć, tak jak rozumiałem, gdy Sorin Oproiescu, student z Rumunii, zręcznie zmanipulował działaczy Wisły Kraków, by dali mu szansę testów. Może to faktycznie tak w zawodowym futbolu jest – wystarczy się zahaczyć, pokazać w trzech, czterech meczach i potem jechać na opinii?

Wątpię jednak, by Adu tak robił lub się swoimi osiągnięciami chwalił i napawał. Bardziej jego historia najnowsza mówi mi, że tego garba najchętniej by się już pozbył. W Nowym Sączu, w Stanach, w Azji, w Indiach, Australii czy gdziekolwiek – byle tylko znaleźć swoje miejsce i znów odpalić. Znów coś pokazać i udowodnić przede wszystkim sobie, że wciąż ten talent ma, a nie, że ktoś mu go wmówił.

Też bym o to walczył.

Ekstraklasa. Przeszedłem przez piekło

mzachodny

…czyli obejrzałem wszystkie osiem spotkań drugiej kolejki Ekstraklasy. Tak beznadziejnego poziomu w lidze polskiej nie było od lat, choć nie winiłbym ani trenerów, ani piłkarzy. Oni po prostu popłynęli z nurtem.

Obejrzałem, więc mogę wam opowiedzieć scenariusz każdego spotkania. Zaczyna się od zdecydowanej przewagi jednej z drużyn, dominacji całkowicie nieefektywnej, z rzadkimi próbami prostopadłych podań. Boczny obrońca zagrywa do środkowego, ten do defensywnego pomocnika, następnie piłka trafia do drugiego stopera, jeszcze jedno podanie i jest po drugiej stronie. A teraz wróć i powtórz to kilkanaście razy.

Kontry? Rzadko, a jeśli już, to były sygnałem do powrotu dziesięciu zawodników za linię piłki, do popełnienia przewinienia byle szybciej i zmuszenia przeciwnika do rozegrania podobnego schematu jak ten opisany wyżej.

Może nie powinienem być w takim razie zszokowany, gdy w Lidze+ Extra Grzegorz Mielcarski analizował spotkanie Wisły Płock z Lechem Poznań, chwaląc gospodarzy za kilkanaście podań z rzędu na własnej połowie, bez pressingu rywala. W dwóch sytuacjach doprowadziło ich to do sytuacji strzeleckich, ale wciąż bardziej jestem przekonany, że np. gol Dominika Furmana to moment „Eureki!” – eksplozji w głowie piłkarza, dzięki której wpadł na pomysł indywidualnej szarży, czym zaskoczył wszystkich, łącznie ze swoimi kolegami.

Jego trafienie było wyjątkowe, ponieważ oparte na czymś co można nazwać zalążkiem akcji, podobnie jak gole Michała Kucharczyka i Łukasza Kosakiewicza. Jednak z marnych dwunastu zdobytych bramek aż sześć było efektem zagrań po stałych fragmentach – nie twierdzę, że sztuce łatwiejszej do wykonania, ale wymagającej mniejszej kreatywności w panowaniu nad piłką. Świerczok, Novikovas, Sekulski, Papadopulos, Rudol, Helik – wszyscy trafiali po rzutach wolnych, rożnych lub karnych. A przecież gole Formelli i Brleka to efekt kontr po stałych fragmentach rywali, bramka Angulo padła po przypadkowym wybiciu wynikającym z chaosu po wrzutce piłki w środek pola zza linii bocznej.

Szokujące są zbiorcze statystyki z tej rundy spotkań, ale też z dwóch dotychczasowych kolejek ligowych. W końcu w aż dwunastu z szesnastu meczów gole strzelano dopiero w drugiej połowie. Jedynie Angulo trafił przed upływem godziny gry. Osiem z dwunastu bramek zostało zdobytych w ostatnim kwadransie meczów. Czy to oznacza emocje? Może, ale kto po wcześniejszych 75 minutach totalnej mierności i bierności był w stanie dotrwać do końcówki meczu?

Nie jestem miernością zaskoczony. W pierwszej kolejności ostrzegał przed tym Jacek Magiera z którym rozmawiałem przed Superpucharem Polski. Spotkanie z Arką Gdynia następowało po zaledwie 33 dniach od zakończenia poprzedniego sezonu – a więc w nieco ponad miesiąc jego piłkarze musieli się nacieszyć mistrzostwem, zresetować, wypocząć i jeszcze przygotować do sezonu. Niemożliwe?

„Zrobiliśmy tak, by pierwszy tydzień mieli całkowicie wolny, by nawet nudzili się, ale spędzili czas z rodzinami, odpoczęli. Natomiast w drugim dostali zalecenia jednostek treningowych wprowadzających do pierwszego cyklu przygotowań. By można było ruszyć z wyższego pułapu. Ale czy wypoczęli? Na pewno nie do końca. Tak to w ostatnich latach w Polsce jest: dyskutujemy, co trzeba zrobić, by piłkarze mieli więcej czasu na regenerację. Uważam, że okres powinien być dłuższy, zwłaszcza, że gramy we wczesnych rundach eliminacji pucharów europejskich. Czas na to można znaleźć, np. w fazie finałowej grać co trzy dni i skończyć sezon wcześniej. A tak może na pierwszym etapie ten wcześniejszy start nie będzie odczuwalny, ale w dalszej części pojawią się kontuzje, zmęczenie. Nie ma co marudzić, ale trzeba wspólnie – jako trenerzy, Ekstraklasa i PZPN – porozmawiać, by rozwiązać. Inna strona jest taka, że część szkoleniowców twierdzi, że nie potrafimy grać co trzy dni. To wprowadźmy i nauczmy się tego, a reakcja zawodników będzie zupełnie inna. Mniej narzekania i więcej działania.”

Nie jestem zaskoczony drugą kolejką, ponieważ już tydzień po cytowanej rozmowie na start ligi pisałem o drużynach, które do gry wracają w stanie kapitalnego remontu. Rozkopane, rozdłubane, rozsprzedane i dopiero naprędce klejone. „Chociaż okienko transferowe otwarte jest dopiero od dwóch tygodni, to w klubach ekstraklasy zatrudniono – definitywnie lub czasowo – już ponad 90 nowych piłkarzy. Co ciekawe, ponad trzy czwarte z nich to zawodnicy sprowadzani spoza ekstraklasy, w tym połowa z zagranicy. Jest to powiew świeżości, ale i niepewności. Zwłaszcza, że działy skautingu nie wszędzie są rozwinięte na tyle, by w pełni świadomie oceniać i rekomendować piłkarzy np. z Hiszpanii lub Chorwacji”pisałem w zapowiedzi sezonu.

I dalej, już przed ostatnią serią spotkań zastanawiałem się, czy w ogóle można mówić, by którakolwiek z drużyn złapała rytm. Jednym w pierwszej kolejce wyszło to lepiej, innym gorzej, ale… „Efektów pragnie cała liga. Pośrednim efektem krótkiego okresu przygotowawczego były i niespodzianki, i fakt, że z ośmiu gospodarzy wygrać na swoim terenie zdołały wyłącznie Arka Gdynia i Górnik Zabrze – drużyny, które swój plan opierały wyłącznie na kontrach, choć zwykle nie tego oczekuje się grając „u siebie”. Druga kolejka może dać szczątkowe odpowiedzi na pytania o skuteczność pracy oraz transferów, ale pewniejsze jest, że pojawi się jeszcze więcej pytań.”

Nie lubię teorii spiskowych, ale zauważyłem, że szkoleniowcy jak nigdy przemawiają jednym głosem. Zwykle to środowisko jest podzielone, ktoś się wyłamuje lub odgradza od zdania większości – nie tym razem. Przed meczami i po spotkaniach wszędzie można dostrzec niemal identyczny przekaz o przygotowaniach i tak wczesnym etapie sezonu.

- Mocno cierpieliśmy na boisku, zwłaszcza w pierwszej połowie – mówił Ireneusz Mamrot.Mamy młody zespół, który się rozwija. Z czasem nabierzemy doświadczenia i będziemy inaczej to rozgrywali – tłumaczył Marcin Brosz. – Takie mecze będą. To boli, że tak doświadczony zespół jak Legia traci gola po kontrze pięć minut przed końcem. Jest już jednak po meczu i liczy się to, co przed nami – powiedział Jacek Magiera. - Myślę, że na początku sezonu, gdy forma nie jest optymalna nie należy przeciążać głów problemami. Wraz z jej optimum grać nam się będzie na pewno lepiej – dodawał Kiko Ramirez. - Nadal poszukujemy optymalnego ustawienia. Powinniśmy podejmować lepsze decyzje. Z tymi dobrymi decyzjami będzie najłatwiej, z dnia na dzień będziemy coraz mocniejsi – to Mariusz Rumak. - Jeszcze dużo pracy przed zespołem, żeby to wszystko dobrze działało. Czas będzie pracować na naszą korzyść, będziemy zbierać doświadczenie – wypowiedział się Radosław Mroczkowski. - Czeka nas dalej wiele pracy. To zwycięstwo z Lechią to dobry prognostyk i wierzę, że krok po kroku ta drużyna czynić będzie postępy – nie mogło zabraknąć Michała Probierza. – Czeka nas jednak sporo pracy – powiedział po zwycięskim meczu Maciej Skorża. - Trzeba mocno pracować, żeby w następnych meczach być gotowym fizycznie i mentalnie – stwierdził Dariusz Wdowczyk.

Praca. Krok po kroku. Jeszcze dużo przed zespołem. Forma nie jest optymalna. Rozwijamy się. Uczymy się. Będzie lepiej, łatwiej. Poszukujemy. Czas działa na naszą korzyść.

A przekładając język trenerów na przekaz wprost do zawodników pewnie wychodzi inna zbitka: nie wychylajcie się. Nie ryzykujcie. Podania pewne i do najbliższego. Poznawajcie się. Nie kiwajcie, nie traćcie. Szybko przerywajcie akcje. Wracajcie jak najszybciej. Spójnie i bezpiecznie. Wystarczy jedna sytuacja. Czekajcie cierpliwie.

Jak więc można oczekiwać jakości i emocji? Po dwóch kolejkach nie widziałem drużyny, która próbowałaby grać wysokim pressingiem – i rozumiem to, bo byłoby to samobójstwem, w bliższej lub dalszej perspektywie. Średnio na mecz obecnego sezonu przypada 29,5 fauli, zresztą przewinień było w sumie 472 zaledwie o jedno mniej niż kluczowych podań (473).

Warto powiedzieć wprost: obecny start rozgrywek to absolutne dno. W poprzednich czterech sezonach po dwóch kolejkach strzelano przynajmniej 42 gole, teraz jest ich aż 15 mniej. To ogromna różnica.

17/18: 27

16/17: 46

15/16: 42

14/15: 45

13/14: 46

Gdy więc słyszę, że jeden czy drugi trener już jest bliski zwolnienia, wzywany na dywanik lub do dymisji, to aż krew mi się gotuje bardziej niż w jakimkolwiek momencie minionych kolejek. Bo takie podejście to absolutne niezrozumienie specyfiki ich pracy w ostatnim miesiącu. Oni nawet nie są saperami, ponieważ prędzej czy później każdy z nich popełni błąd – lub po prostu przegra. Okaże się słabszy, nie będzie w stanie zareagować na kryzys. I tyczy się to również drużyn, które dwa pierwsze spotkania wygrały, Jagiellonii oraz Wisły Kraków. Zresztą jeśli ktoś powie, że te zespoły w swoich meczach przekonywały i pokazywały dobry futbol, będę pierwszym do zaprzeczenia. Po prostu miały więcej szczęścia: czy do decyzji sędziowskich (Jagiellonia strzeliła wszystkie gole z rzutów karnych), czy sytuacji (kontra Wisły w końcówce).

lato 2013: 47 dni

lato 2014: 47 dni

lato 2015: 40 dni

lato 2016: 60 dni (EURO 2016)

lato 2017: 40 dni

Przerwa w rozgrywkach to pod tak wieloma względami kluczowy moment dla każdej drużyny w Polsce – zwłaszcza w Polsce, gdzie wszędzie dochodzi do ogromnych zmian – że klejenie zespołów w niecałe sześć tygodni graniczy z cudem. I naprawdę trzy kolejki mniej (ESA34?) lub start trzy weekendy później (skrócona faza finałowa w ESA37?) jestem przekonany, że zrobiłyby ogromną różnicę. Oczywiście, że nikt nie nauczy tych piłkarzy lepiej grać w tak krótkim czasie, nie sprawi, że od razu zespół złapie filozofię trenera, ale przynajmniej realnie będzie można oceniać ich przygotowania. I warto się nad tym problemem pochylić tu i teraz, a nie przekładać to na wrzesień, gdy problem po pierwszej przerwie na reprezentację może zniknąć. 

Dziś na dobrą sprawę nie wiemy niczego. Odpuścić drużynie dwa dni, a może przez ten okres zrobić po dwie sesje treningowe? Dokręcić czy poluzować? Badania krwi, GPS… Ale już słychać w klubach, że w tak newralgicznym momencie nawet przy odpowiedniej kontroli trenerzy działają po omacku – po prostu nikt nie chce się do tego przyznać. Lepiej ten dramatyczny moment przeczekać. Zagrać do najbliższego. Bezpiecznie. Nie wychylać się. Jak nie zawalisz wyraźnie to nikt nie zauważy. Przykryje się, kibic zapomni. A może już w ogóle na stadion nie przyjdzie.

David Moyes: doświadczenie, inspiracja i Twitter

mzachodny

Piłkarzem tylko próbuję być i to z przeciętnymi efektami na poziomie amatorskim, nie mam okazji poczuć presji ze strony kilkudziesięciu tysięcy fanów na wielkim stadionie, nie wiem, jak to jest grać o utrzymanie oznaczające byt danego klubu. Dlatego za doświadczenie imitujące mecz na takim poziomie musi wystarczyć mi 90-minutowa sesja pytań oraz dzień spędzony z Davidem Moyesem przy okazji Ogólnopolskiej Konferencji Trenerów.

moyes

W Internecie wyśmiewanie przychodzi łatwo, ponieważ jakikolwiek przyszły kontakt, rozmowa wydają się nieprawdopodobne. A więc wrzuca się memy, gify, vine’y i żarty bez żadnego poczucia konsekwencji. Bo o ile przypadki zetknięcia hejtera ze swoją ofiarą – większą, silniejszą, bezpośrednią – są głośne, o tyle jest ich po prostu znikoma liczba przypadków.

Z Davidem Moyesem było inaczej choćby dlatego, że on sam mediów społecznościowych – co dopiero polskich, podrzędnych – nie przegląda. Uważa je za jedną z największych przeszkód we współczesnej pracy szkoleniowej: bo zawodnicy zachowują się nieodpowiedzialnie, bo łatwiej o kryzys w drużynie, bo skala krytyki może dotknąć każdego.

Również ja się z Moyesa śmiałem: z ponad 80 dośrodkowań jego Manchesteru United w meczu z Fulham, jego dziwnych min i śmiesznych zdjęć, niepowodzeń w Hiszpanii, ostatniego sezonu w Sunderlandzie, z tego, że przez pracowników klubu został nazwany „wampirem wysycającym z ludzi energię”

…i o tym wszystkim przypominam sobie, gdy siedzę obok Szkota na trybunie stadionu Legii, obserwując treningi prowadzone przez Adama Łopatko (Pogoń Siedlce) i Dariusza Dźwigałę (reprezentacja U19), swobodnie rozmawiam o tym, co widzimy, o konferencji, która się odbyła wcześniej, o jego wcześniejszych wyzwaniach i tym, co planuje dalej. Widzę, że jest bardzo skupiony patrząc na biegających po murawie pierwszoligowców, pewnie bardziej od większości z trenerów z licencjami UEFA A i PRO, którzy wybrali się w weekend do Warszawy, że więcej od nich notuje. W końcu jak sam wcześniej zauważył, „jeśli uda mi się zabrać z tej konferencji jedną rzecz: ćwiczenie, opinię, ideę, to znaczy, że było warto”.

Kto często ogląda różne konferencje prasowe trenerów lub w nich uczestniczy – co bardzo lubię – ten mógł zauważyć, że Moyes do największych, najbardziej inspirujących mówców nie należy. „Najprostsze środki” – tak można opisać jego styl, ale w sumie pasuje to do wielu innych szkoleniowców. Coraz większa część mówi dużo, by jednocześnie powiedzieć jak najmniej i to z nich żartuje się najłatwiej. Wiem, bo sam tak robię. Robiłem.

Zauważyłem, że podejście wielu trenerów – co najciekawsze, wcale nie z tego najwyższego szczebla – do takich konferencji i osobowości jest takie, by w każdym zdaniu słyszeć uniwersalną prawdę dotyczącą szkolenia, metodologii, zarządzania, taktyki. Tymczasem Moyes jest inny: przysłuchując mu się w niemal godzinnej rozmowie przed publicznością dostrzegłem, że nawet te doświadczenia z najwyższego szczebla nie muszą być wyjątkowe, by być intrygujące lub zmuszające do zastanowienia się. A nawet, gdy wcześniej miało się podobne przemyślenia, to słysząc je od osoby przez dwie dekady utrzymującej się w środowisku Premier League czuje się pewniej, lepiej z takim potwierdzeniem.

Nie będę cytował – to konferencja dla trenerów i materiały należą do nich – ale Moyes mówił szeroko o różnicach w byciu liderem kilkanaście lat temu i dziś. O intensywności oraz charakterze szkockich menedżerów, wyjątkowości szkolenia trenerów w tym kraju, które wyraża się przez np. wymóg poprowadzenia zajęć w innym języku niż angielski. Opowiadał o bogatych doświadczeniach z pracy w Hiszpanii, choć przecież jego misja w San Sebastian skończyła się niepowodzeniem. Pytał polskich trenerów – na bazie doświadczenia z innej konferencji w Stanach Zjednoczonych – czy obecnie kluczowy zawodnik drużyny jest ważniejszy od jej szkoleniowca?

Mówiąc o wyzwaniach, zmieniającej się charakterystyce pracy, skautingu, analizie, taktyce nie sprawiał wrażenie wszystko wiedzącego, ale osoby zaangażowanej w dzielenie się swoim doświadczeniem. Kilkanaście minut przed naszą sesją pytań i odpowiedzi siedzący w pierwszym rzędzie Moyes odwrócił się do mnie i spytał, czy sam może się przedstawić. Po co? 54-latek chciał przypomnieć wszystkim, że jego fascynacja rolą trenera zaczęła się od uczestnictwa w takich konferencjach: nie w roli trenera, ale zawodnika, który służył do demonstracji ćwiczeń. Moyes był wtedy nastolatkiem, zaraz po dwudziestym roku życia zrobił pierwszą licencję, potem stopniowo kolejne, a pierwszą samodzielną pracę w Preston rozpoczął mając 35 lat. – A teraz znalazłem się w sytuacji i miejscu, że chciałbym część ze swoich doświadczeń odebranych od najlepszych nauczycieli oddać innym. Pokazać, jak istotne są takie konferencje, gdy wiesz czego szukać – mówił.

 

Nie było ani lekceważenia pytań w sesji – w końcu zadawali mu je Jacek Gmoch, Roman Kosecki, Bogdan Zając i Andrzej Dawidziuk – ani później w korytarzach, gdy inni trenerzy podchodzili zagadać, wymienić kilka uwag i czasem zrobić sobie zdjęcie. Moyes odpowiadał cierpliwie i konkretnie. A potem na kolacji długo wymieniał się uwagami o przygotowaniu motorycznym z Remigiuszem Rzepką, czyli trenerem w sztabie Adama Nawałki. Selekcjoner również był na konferencji obecny, siedział w pierwszym rzędzie i przez całe wykłady – gdyby tylko taką cierpliwość i chęć słuchania wykazali ci spędzający więcej czasu na kawie w kuluarach…

Konferencja spędzona z Moyesem – wystąpienie, rozmowy w trakcie treningów i jeszcze wieczorem – pozwoliły nie tylko inaczej spojrzeć na Szkota, ale też na jemu podobnych. Bo przecież tych przegranych – co z uśmiechem przyznał on sam – jest w samej Premier League co sezon kilkunastu, jeśli nie kilkudziesięciu. – Sukces musi przyjść szybko i jest krótkoterminowy. Liczy się tylko najbliższe spotkanie i zwycięstwo. Nikt nie patrzy na poprzedni sezon, nie pamięta dobrej serii, nie zwraca uwagi nawet na kontekst momentu w jakim jest twoja drużyna – dodawał.

Tego typu doświadczenia mogą wydawać się banalne, ale pochodzą od osoby, która na czołowej posadzie utrzymała się jedenaście lat, aż zasłużyła na szansę objęcia posady managera Manchesteru United po sir Aleksie Fergusonie. – A wiesz, że zawsze dostaję pytanie o to, co zrobiłbym wtedy inaczej? – zagadał sam od siebie przed konferencją Moyes. – I teraz też na pewno tak będzie – dodał. Odpowiedź była z pozoru zaskakująca: nic lub niewiele. Z prostej przyczyny: jako manager na analizowaniu drużyny, jej sytuacji, prowadząc piłkarzy, tworząc treningi i analizując rywali spędzał dziennie po kilkanaście godzin. To nie jest zajęcie na ćwierć etatu, ale pochłaniające w całości. Każdej decyzji poświęcał wiele namysłu, analizował dokładnie warianty na kilka ruchów do przodu. Nie zagrało, ale w danym momencie i przy konkretnej decyzji Moyes jest pewien, że wybierał opcję najlepszą dla drużyny. Oczywiście pytanie na konferencji o jego dziesięć miesięcy na Old Trafford się pojawiło.

Czy jako trener Moyes jest tak dobry, jak jego jedenaście lat w Evertonie, czy tak słaby, jak trzy nieudane sezonu w Manchesterze, San Sebastian i Sunderlandzie? O niepowodzeniu w tym ostatnim klubie Szkot mówił, że wzięło się z jego niechęci do pozostania na bezrobociu – kilka tygodni wcześniej miał naprawdę ciekawe oferty, które nie wypaliły – z fatalnej atmosfery w całym klubie, ze skrajnie podzielonej szatni, fatalnej i niespójnej rekrutacji oraz „kultury porażki”, którą zastał i nie był w stanie odmienić. A przyszłość? – Najchętniej w Niemczech – mówił zdecydowanie zapalony na samą myśl o takiej możliwości. Ale to też podkreślało jego stanowisko, że rok w Hiszpanii otworzył mu oczy i kolejny klub zagraniczny spojrzenie na futbol by jeszcze poszerzył. Nawet jeśli okres w La Realu uznany został za porażkę, a on sam o największym sukcesie – wygrana 1:0 z Barceloną, która przez wielu została użyta jako kolejny powód, by wyśmiać Moyesa – mówił, że zawdzięcza go szczęściu, nie dobremu prowadzeniu drużyny.

Był to inspirujący dzień nie tylko dla mnie, ale mam nadzieję, że także dla innych trenerów. Najciekawiej w towarzystwie Moyesa było w trakcie sesji praktycznych, gdy uważnie przyglądając się ćwiczeniom pierwszoligowców z Siedlec podpytywał, o czym mówią Łopatko i Dźwigała, na co zwracają uwagę. Sam wynotował sobie kilka schematów ćwiczeń – znalazł to po co przyjechał? – ale w pamięć zapadnie mi moment przerwy w treningach.

Mając chwilę chciałem sprawdzić, czy na Twitterze są jakiekolwiek reakcje po tej części konferencji z Moyesem – wpisałem jego nazwisko do wyszukiwarki, ale oprócz kilku zdjęć więcej było… hejtu na Szkota z powodu Wahbiego Khazriego. Tunezyjczyk strzelił gola w sparingu Sunderlandu z Hibernianem, a zdaniem kibiców byłego klubu Moyesa to wystarczający dowód na to, że manager mylił się nie dając skrzydłowemu zbyt wielu szans (15 występów, jeden gol). Dla mnie – nic ciekawego czy zaskakującego. Zdziwiłem się dopiero, gdy spojrzałem, że siedzący obok Moyes również sprawdza coś na telefonie, choć w innej aplikacji: właśnie to, jak poszło Sunderlandowi, kto zagrał i kto strzelił gola. Wieści o utracie dwubramkowego prowadzenia przez jego były zespół w nic nie znaczącym sparingu przyjął z kwaśną miną.

© Zachodny do tablicy
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci