Menu

Zachodny do tablicy

Futbol analitycznie, statystycznie i konkretnie - na tablicy Michała Zachodnego.

Filip Starzyński i magia zagrania bez dotknięcia piłki

mzachodny

W rundzie wiosennej nie ma w Ekstraklasie lepszego piłkarza od Filipa Starzyńskiego. Z meczów, które rozegrano od początku lutego on ma najwyższy InStatIndex - 301 - co oczywiście nie jest dowodem decydującym. Jednak wystarczyło spojrzeć na mecz z Pogonią w Szczecinie (3:0), by dostrzec, jaką rolę spełnia w systemie przygotowanym przez Bena van Daela.

Prawdopodobnie najlepiej znaczenie Starzyńskiego dla Zagłębia było jednak widać, gdy go zabrakło - w derbach Dolnego Śląska. We Wrocławiu jego zespół uległ 0:2, nie potrafiąc ani kontrolować spotkania, ani przeprowadzić zbyt znaczących ataków w reakcji na fizyczną, pragmatyczną grę gospodarzy. A czasem po prostu zabrakło finezji.

Starzyński finezję gwarantuje. Kolejny paradoks: jego najlepsze zagranie z meczu z Pogonią, jak i w dotychczasowej wiośnie to... puszczenie piłki między nogami. W dynamicznej akcji na trzeciego gola, którą on sam rozpoczął, rozegrał i potem mógł skończyć, Starzyński widział najwięcej. Prostym, ale efektywnym i efektownym przebiegnięciem, zamachem oraz pozwoleniem, by płaskie dośrodkowanie przeleciało do kogoś innego sam stworzył najwięcej zagrożenia. Rywal był kompletnie zdezorientowany.

figo

Zagłębie notuje kapitalną wiosnę. Wraz z Piastem oraz Cracovią uzbierali po 12 punktów, tylko gliwiczanie strzelili więcej goli. A sam Starzyński ma formę rewelacyjną: miał udział w ośmiu z dziesięciu akcji bramkowych, sam zdobył trzy, nikt zresztą częściej nie uderzał częściej od niego (20 razy), jest w ligowych czołówkach (według InStat) dryblingów oraz odbiorów.

Może nikogo nie powinno dziwić to, jak w tej chaotycznej, zmiennej lidze odnajduje się zawodnik, którego największym atutem jest umiejętność podporządkowania sobie tempa spotkania. W Zagłębiu ma ku temu idealne otoczenie: dwóch ciężko pracujących środkowych pomocników w swojej strefie, szybkich skrzydłowych reagujących na każdą możliwość prostopadłego podania i napastnika, który chętnie zagra z nim "na ścianę". Ale to wszystko nie byłoby możliwe, gdyby nie jego inteligencja piłkarska. Wspomnianym zagraniem bez dotykania piłki pokazał, że widzi więcej, jeśli nie najwięcej w Ekstraklasie - a to i tak tylko jedna z wielu akcji na wiosnę.

Błędem byłoby założenie, że inni pracują na to, by Starzyński mógł błyszczeć. Przeciwko Pogoni tylko Łukasz Poręba i Bartłomiej Pawłowski mieli więcej "szybkich biegów" od niego. Rozgrywający nie potrzebuje wchodzenia na poziom sprintu (zrobił to ledwie sześciokrotnie), bo wcześniejszym ruchem bez piłki i ustawieniem tworzy sobie przewagę. A i tak pracuje jak inni, o czym świadczy wysoka pozycja w klasyfikacji prób odbiorów, jak i czwarte miejsce w rankingu uczestniczenia w drużynowym pressingu. Jest pod tym względem niemal na równi z Szymonem Żurkowskim, który uchodzi za znacznie bardziej dynamicznego i rozbieganego piłkarza od Starzyńskiego.

figo2

Raz jeszcze: wykorzystanie w pełni jego atutów nie byłoby możliwe, gdyby nie holenderskie podejście van Daela do gry Zagłębia. Gdyby nie rotacja w środku pola trzech pomocników, gdyby nie automatyzmy w posiadaniu oraz bez piłki. Bardzo trudno rywalom jest kryć lubinian, gdy są oni w ciągłym ruchu, czasem "szóstka" odnajduje się w pressingu pod linią końcową przy bramce rywala (jak Bartosz Slisz przy golu na 1:0 w Szczecinie). Zresztą wystarczy spojrzeć na „mapę” działań boiskowych Starzyńskiego, którego brakowało jedynie w strefie pod własnym polem karnym. Liczebność akcji miał oczywiście największą z Zagłębia (102), z Zagłębia jedynie Bartosz Kopacz się do niego zbliżył (91), z Pogoni – Zvonimir Kozulj (97). A to przecież gospodarze dominowali.

Oczywiście talenty Starzyńskiego nie są niczym nowym, on do reprezentacji prowadzonej przez Adama Nawałkę trafił kilka lat temu, rozegrał zresztą świetny mecz z Finlandią. Po części dalsze problemy wynikały z tego, że nie odnalazł się w Lokeren (zły wybór klubu? Brak osobowości do zaistnienia zagranicą?), musiał odbudowywać swoją reputację, lecz dziś nie stoi nic na przeszkodzie, by stwierdzić, że znów wybija się na tle Ekstraklasy.

Ma łatwość wynikającą z techniki użytkowej i aspektu, który często określa się mianem wizji. To podstawowa rzecz do obserwacji u Starzyńskiego: ciągle ruszająca się głowa, sprawdzanie ruchu kolegów i rywali, tworzenie w głowie obrazka, który przydaje się za ułamek sekundy. Z Pogonią miał siedem prób strzałów, większość wynikała właśnie z tego, że potrafił znaleźć sobie przestrzeń, że widział ją wcześniej.

Starzyńskiego przez niepowodzenie w Lokeren dyskwalifikuje się z większej piłki, ale zupełnie niesłusznie. To wciąż ledwie 28-letni zawodnik – jako rozgrywający może swoim talentem do kontroli błyszczeć w odpowiednim otoczeniu jeszcze przez kilka lat. Owszem, pod względem dynamiki nie podbije klasyfikacji sprintów, ale nie znaczy to, że po boisku przemieszcza się powoli.

Znów warto wrócić do początku: jego atutem jest to, że podporządkowuje sobie tempo spotkania. Kto wie, czy nie jest to jeszcze trudniejsze w Ekstraklasie, gdzie często ta intensywność jest efektem przypadku, zderzenia drużyn o bezpośrednim, pragmatycznym planie gry, bojącym się tego, co robiło Zagłębie w Szczecinie: rozgrywania po murawie, a po stracie przejścia do wysokiego pressingu. Nikt w tym sezonie nie zaliczył na Pogoni więcej kluczowych podań od lubinian (13), tylko dwa zespoły miały więcej strzałów.

Zagłębie już wdarło się do górnej ósemki, ale przed nimi jeszcze dużo walki o pozostanie w gronie najlepszych. Chociaż do trzeciego miejsca lubinianie tracą ledwie siedem punktów, to bardziej martwić muszą się o to, co dzieje się za ich plecami. Jednak przed nimi do końca sezonu zasadniczego już tylko starcia z drużynami, które zajmują niższe pozycje. Jeśli więc piłkarze van Daela mają myśleć o czymś więcej, to muszą potwierdzić klasę nie tylko jednego zawodnika, ale całej drużyny. Grając tak jak z Pogonią – i pozwalając prowadzić się Starzyńskiemu – nawet w tak nieprzewidywalnej lidze nie powinni mieć żadnego problemu.

Przy Zielonym Stoliku #3: Marcin Żewłakow o polskich napastnikach

mzachodny

To była prawdziwa przyjemność: poznać sposób w jaki myślą i działają napastnicy. Zwłaszcza, że to temat na czasie, gdy czołowymi strzelcami w Europie są Robert Lewandowski, Arkadiusz Milik i Krzysztof Piątek. O fenomenie tej trójki i kilku innych polskich dziewiątkach mówi i pisze się nie od dziś, ale miałem dotychczas wrażenie, że mało w tym wszystkim było perspektywy im najbliższej. Dlatego zaprosiłem do studia Marcina Żewłakowa, o którym wiedziałem, że potrafi ze swojego doświadczenia z roli napastnika reprezentacji oraz wielu klubów wytłumaczyć różnice między wspomnianą trójką, a także podjąć dyskusję o profilu współczesnej dziewiątki.

Wyszła dyskusja nie tylko o Lewandowskim (czy wciąż się rozwija?), Piątku (czym zaskoczył najbardziej?) i Miliku (co go wyróżnia w tej trójce?), ale wielu innych aspektach gry w pierwszej linii. Zaczynając od tego, czego warto szukać już u najmłodszych kandydatów na napastników, jak z perspektywy trenera podchodzić do nich w różnych sytuacjach, jak pracować nad zachowaniami na boisku i mentalnością? Pod koniec rozmowy Marcin sam stwierdził, że z wielu tych rad i obserwacji mogą skorzystać dziewiątki i grające zawodowo, i te występujące zupełnie amatorsko. A ja wierzę, że nasza rozmowa otworzy oczy na mnogość aspektów i specjalizację w grze na tej wymagającej pozycji.

 

Daley Blind i Rolls-Royce, czyli triumf od obrony

mzachodny

Nie dajcie się zmylić patrząc wyłącznie na cudowne asysty Dusana Tadicia, zapomnijcie na chwilę o jego idealnym uderzeniu w okienko, a także o rzucie wolnym wykonanym w przepięknym stylu przez Lasse Schoene. Triumf Ajaksu Amsterdam na Santiago Bernabeu wziął się z absolutnych podstaw futbolu totalnego, bez których wszystko, co z przodu mogłoby przepaść – z defensywy.

Jest w tym spotkaniu perspektywa Realu Madryt: drużyny, która we wtorek była pozbawiona pewności siebie, ale wiedziała, że jej misja nie powinna być trudna. Po zwycięstwie w Amsterdamie (2:1) mogli zakładać, że wystarczy im pierwszy strzelony gol, by młodszych rywali i ich ambicje wystawić na jeszcze poważniejszą próbę.

Jednak jest powód dla którego Realowi brakowało wiary, tempa, intensywności, płynności w coraz bardziej desperackim poszukiwaniu bramek, które mogłyby uratować awans. – Jako Ajax staramy się przejąć inicjatywę w każdym meczu. Niemal zawsze to działa – mówił Erik ten Hag dzień przed spotkaniem. I właśnie to jego piłkarze zrobili.

Nie wierzycie? Pierwszy gol to efekt natychmiastowego pressingu Hakima Ziyecha na Tonim Kroosie, który na własnej połowie otrzymał podanie z autu. Niemiec do tego stopnia nie spodziewał się ataku rywala, że po stracie wywrócił się, wstając z murawy w momencie, gdy piłkarz Ajaksu strzelał gola. Trzeci gol to z kolei wślizg Noussaira Mazraouiego: wślizg idealny, którego jednak większość bocznych obrońców by się nie podjęła. Owszem, podanie między zawodnikami Realu nie było dokładne, ale on miał do piłki daleko, wydawało się więc, że rozsądniejszym rozwiązaniem będzie trzymanie pozycji oraz przygotowanie się na pojedynek w bocznej strefie.

Ale nie tak gra Ajax. Ten Hag zapowiadał, że będą fazy meczu, gdy rywal chwyci jego zespół za gardło, ale zaczęło się od czegoś zupełnie odwrotnego. W początkowych trzydziestu minutach to goście dominowali, odzyskali piłkę na połowie Realu aż dwanaście razy, gospodarzom pozwalając na to ledwie raz. Intensywność była tak wysoka, że zawodnicy Ajaksu dosłownie wyprzedzali myśli i zamiary swoich przeciwników, przechwytując podania 21 razy przy 13 takich akcjach Realu.

Wiele pisze się w ostatnich miesiącach o Mathijasie De Ligtcie, który został pierwszym obrońcą wyróżnionym nagrodą dla „Złotego Chłopca”. Łatwo dostrzec, co jest w nim wyjątkowego: gdy zaczyna się poruszać po boisku, to wydaje się, że niemożliwym jest, by zdążył z interwencją przy szybszym przeciwniku. Jednak jego zwrotność, przyspieszenie i zdolność czytania gry zwyciężają coraz częściej na tym najwyższym poziomie. Piłkarski Rolls-Royce, a przecież wciąż mowa o 19-latku.

Przy nim Daley Blind wydaje się chucherkiem, zresztą duet środkowych obrońców Ajaksu wygląda jakby został zbudowany na wzór linii ataku z początku XXI wieku: niski zestawiony z dużym. Ale Blinda od De Ligta dzieli we wzroście tylko dziewięć centymetrów. Nie ma również przepaści wieku, choć wiele osób powrót 28-latka do Ajaksu potraktowało jako zejście poziom niżej w kierunku emerytury. Gdy odchodził z Manchesteru United to pisano, że brak mu mobilności i szybkości, by spełniać którąkolwiek z ról przypisywanych mu przez kolejnych trenerów.

Nic bardziej mylnego. Na Bernabeu zespół zagrał wybitnie, bo był pewny siebie od tyłów, gdzie rządził Blind. Ten niższy i wątlejszy ze stoperów wygrał wszystkich osiem pojedynków w powietrzu, w liczbie wygranych starć mógł równać mu się tylko Casemiro (po 14, choć Holender miał ich mniej ogółem – 17). Doskonale się ustawiał, wiedział, kiedy zablokować strzał. Tylko dwóch jego kolegów zebrało więcej drugich piłek, tylko jeden robił to częściej na połowie przeciwnika.

blindA co jeśli Blind dopiero wkracza w swój najlepszy etap kariery w roli środkowego obrońcy? Gdy Daley miał 19 lat, to musiał iść na wypożyczenie do Groningen. Mecz z Realem pokazał, że tempo z topu Ligi Mistrzów wcale mu nie szkodzi, widać także, że w tym intensywnym, wcale nie opartym na posiadaniu piłki stylu gry Ajaksu odnajduje się doskonale. Co z tego, że czasem – zwłaszcza przed przerwą – musiał odnajdywać się w sytuacjach dwóch na dwóch, jeden na jednego? Radził sobie doskonale.

Ajax potrzebował na Bernabeu występu z klasy światowej od swoich obrońców. Nicolas Tagliafico miał najwięcej bloków (pięć), również Frenkie De Jong – pomimo straty z 82. minuty – zaprezentował się wyśmienicie, wspierając defensywę. Ale to Blind był tym wyróżniającym się ogniwem. Ogniwem, które jest wspólne z ostatnią drużyną z Amsterdamu, która robiła takie wrażenie w europejskich pucharach – jego ojciec Danny również grał w środku obrony w latach 1994-1997. W sezonie triumfu Ajaksu stracili oni tylko cztery gole w jedenastu spotkaniach tych rozgrywek, trzykrotnie z Milanem utrzymywali czyste konto, również w finale. W Madrycie drużyna Ten Haga wzniosła się na wyżyny, lecz zdarzają się jej mecze, gdy spektakularnie przecieka (np. 2:6 z Feyenoordem), pressing nie funkcjonuje i nie wszystkie akcje rywala udaje się zablokować.

Także dlatego obecnemu Ajaksowi trudno wróżyć takich wrażeń, nawet jeśli ich styl gry imponuje do tego stopnia, że naturalnie życzy im się podobnej przygody. Lecz także patrząc na najnowszą historię tego klubu widać, że jest to drużyna grająca inaczej, niż finaliści Ligi Europy sprzed dwóch lat pod wodzą Petera Bosza. Wcale nie skupiająca się mniej na posiadaniu piłki, ale potrafiąca chwytać za gardło. W tym sezonie Ligi Mistrzów przekonał się o tym już Bayern Monachium, a jeszcze bardziej dosadnie – Real.

Lewandowski na Anfield, czyli występ dla Hamanna

mzachodny

Zaliczył cztery przechwyty, do tego dwa wybicia, miał trzy bloki podań i strzałów, do tego jedną próbę odbioru, trzykrotnie faulował oraz wygrał dwa pojedynki w powietrzu – jednak po meczu z boiska mógł schodzić mocno wkurzony. Bo przecież te statystyki defensywne nie dotyczyły środkowego pomocnika lub bocznego obrońcy – a są dla tych pozycji bardziej charakterystyczne – lecz głównego napastnika, najskuteczniejszego w obecnej edycji Ligi Mistrzów.

Dla Roberta Lewandowskiego mecz na Anfield był powrotem do przeszłości gry w Polsce: gdy bardzo często bywał oderwany od reszty drużyny, gdy nie dostawał wsparcia, a nawet po jego rozegraniu w środku pola piłkę szybko tracili skrzydłowi. I tak najwięcej mówiąca statystyką spotkania jest ta o liczbie podań: dziewięciokrotnie do Lewandowskiego podawał Manuel Neuer (bramkarz, najdalej ustawiony zawodnik Bayernu Monachium), czyli tyle, ile Rodriguez, Thiago, Martinez, Coman, Gnabry i Ribery razem wzięci skierowali zagrań do napastnika.

lewy_lfcW niemieckiej prasie przed wtorkowym spotkaniem pisano, że Niko Kovac będzie miał dwie opcje: pierwszą była aktywna gra, dominacja posiadania piłki i wysoki pressing, a drugą – cofnięcie się pod własną bramkę i oddanie inicjatywy rywalom. Szkoleniowiec Bayernu jednak te plany połączył, choć przeważył ten bardziej defensywny. Owszem, goście kilkukrotnie za sprawą pressingu sprawili Liverpoolowi problemy w rozegraniu począwszy od Alissona Beckera, jednak im dłużej trwało spotkanie, tym te chęci opadały.

Ostatni etap meczu przypominał już dosyć nietypową dla Bayernu grę w wybijanie i to z nadzieją, że uda się zebrać drugą piłkę, a potem coś z tego stworzyć. Rywalom udawało się to dwukrotnie częściej (37 do 20 na połowie przeciwnika), po przerwie monachijczycy dokonali tego ledwie trzykrotnie.

Tym bardziej dla Lewandowskiego oznaczało to osamotnienie z przodu: skoro nie dostawał piłek w tym początkowym okresie zwiększonej aktywności (tylko siedem kontaktów z piłką do 30 minuty!), to jak mieli wprowadzać go do gry później, gdy swoje akcje zaczynali już nie na środku boiska, ale pod własną bramką?

Ten remis był niejako sukcesem Bayernu: i z przebiegu spotkania, i z faktu, że to pierwsze czyste konto drużyny w 2019 roku. Jednak zwłaszcza w pierwszej połowie wydawało się, że z każdą minutą Liverpool jest coraz bliżej znalezienia nie tyle sposobu na stworzenie sytuacji, ile po prostu jakości przy jej wykończeniu.

A skoro o jakości mowa, to w Bayernie brutalnie – bo przez kontuzje oraz sytuacje rodzinną – przekonują się, jak wiele czasu stracili nie decydując się na wymianę pokoleniową na skrzydłach. Oczywiście Kingsley Coman oraz Serge Gnabry jeszcze mogą i na pewno się rozwiną, ale do pewnego etapu częściej zdarzać im się będą takie mecze, jak ten z Liverpoolem: frustrujące. Powielające się straty, wybieranie najtrudniejszych opcji, zamiast najlepszych dla drużyny… Co by nie mówić, to gdy Arjen Robben otrzymywał piłkę na prawym skrzydle i z nią zbiegał do środka, można było być pewnym przynajmniej strzału, wygranego faulu. Przy 22- i 23-latku widać było, że żaden z ich kolegów nie bardzo wiedział, jakie są ich plany, stąd ta gra nie wyglądała na spójną, a raczej efekt przypadkowych zdarzeń.

Jednak można sądzić, że nie asystami w kolejnych meczach, stwarzaniem sytuacji dla kolegów (w rankingu ich jakości jest trzecim zawodnikiem w Bundeslidze!) i strzelaniem goli w pościgu za liderem ligi, to właśnie występem na Anfield najlepiej Lewandowski odpowiedział na zarzuty Dietmara Hamanna. Przez cały mecz obserwując Polaka nie można było dostrzec, by machał rękoma na kolegów, marudził na ich straty oraz brak podań – a przecież to była podstawa zarzutów byłego reprezentanta Niemiec wobec napastnika Bayernu. I Robert działał wręcz na odwrót: gdy trzeba było, asekurował Rodrigueza, schodził skrzydłowym do rozegrania, blokował strzały, doskakiwał do pressingu. Sam o zarzuty Hamanna nie dba, ale w powstałej dyskusji na pewno dał doskonały argument, że wcale żadnym problemem Bayernu nie jest. Wręcz jest na odwrót: problemem Bayernu jest to, gdy Lewandowski w ważnym meczu musi grać tak, jak z Liverpoolem.

Koulibaly, lista Gattuso i pan napastnik Piątek

mzachodny

Carlo Ancelotti porównywał go do Alessandro Nesty i Paolo Maldiniego. – Jest mocny, potrafi grać bardzo ostro, nie boi się włożyć nogi w stykowej sytuacji, a do tego bardzo dobrze czyta grę – chwalił go Salif Diao, jego rodak i były piłkarz m.in. Liverpoolu. Wprost do niego podziękowania skierował Diego Maradona, gdy Napoli pod koniec poprzedniego sezonu pokonało Juventus w Turynie i to środkowy obrońca strzelił decydującego gola.

Każdy bardziej ogarnięty fan futbolu powinien Kalidou Koulibaly’ego znać. To obrońca wielki – dosłownie, wyrastający ponad 195 centymetrów nad ziemię i umięśniony jak wyczynowiec, i w przenośni, bo stawiany w jednym rzędzie z najlepszymi obecnie stoperami. Senegalczyk jest jednym z nielicznych obrońców, którzy potrafią łączyć najlepsze dla tej pozycji cechy z dawnych gwiazd i najważniejsze aspekty współcześnie wymagane. W Serie A wygrywa dwie trzecie wszystkich pojedynków, jest wśród najczęściej odzyskujących piłkę i najdokładniej ją podających.

Jednak wtorkowego wieczoru na San Siro Koulibaly nie zapamięta dobrze. Zaczęło się już w pierwszych minutach przy linii bocznej, gdy napastnik rywali wykorzystał gorsze przyjęcie obrońcy, wbiegł przed niego i odepchnął go od piłki. To był tylko początek: kolejny pojedynek przegrał w powietrzu, następnie nie przypilnował napastnika przy długim podaniu i padła pierwsza bramka, drugi gol to jego nieudany odbiór tuż przed decydującym strzałem, a pod koniec tej części meczu z narastającej frustracji stoper dał się ograć i rywala kopnął pod kolano.

Niech to nie zostanie uznane jako recenzja przesadnie entuzjastyczna, ale faktyczna ocena zdarzeń w meczu Milanu z Napoli: Krzysztof Piątek udzielał Koulibaly’emu lekcji.

Można było uśmiechnąć się, gdy Polak na powitalnej konferencji prasowej w każdej wypowiedzi w języku angielskim mówił o „walce” i „strzelaniu goli”. Gdyby jednak ktoś próbował podsumować w trzech słowach występ Piątka z Napoli, właśnie tych określeń mógłby użyć. Schowany za podwójną gardą i w pobliżu własnego pola karnego Milan dokładnie tego potrzebował: napastnika utrzymującego piłkę pod presją, wygrywającego pojedynki, pędzącego za każdym podaniem, dającego oddech i to co najważniejsze, czyli gole.

O perfekcyjnym występie bramkarza mówi się, gdy utrzyma czyste konto, środkowym obrońcom potrzeba wygranych pojedynków i „schowania do kieszeni” napastnika, pomocnikom – bezbłędności w podaniach. Napastnikom do docenienia wystarczą gole i za nie wszyscy będą po tym meczu chwalić Piątka, lecz oznaczałoby to pominięcie wielu cennych aspektów z jego gry. A dla Milanu nawet bezcennych.

Był tam, gdzie go akurat Milan potrzebował i robił to, czego zespół wymagał. Po dwóch strzelonych golach nie musiał wracać do obrony po stracie piłki, nikt by tego w ocenach pomeczowych nie zauważył. Ale on zrywał się, robił dodatkowy sprint i pomagał drużynie. Gdy miał odbudować ustawienie na czterdziestym metrze od własnej bramki, to właśnie tam zajmował pozycję. Gdyby istniał stworzony przez Gennaro Gattuso arkusz z zadaniami dla napastnika Milanu, to Piątek przeciwko Napoli odhaczyłby wszystkie podpunkty.

Dla napastnika taka gra będzie wyczerpująca. Spójrzcie: dwa strzelone gole były jedynymi sytuacjami stworzonymi przez zespół Piątkowi. Po jego transferze wszyscy zgodnie powtarzali, że Milan z czołowych zespołów Serie A jest tym najmniej kreatywnym, coś co zresztą potwierdzają statystyki: pod względem „goli oczekiwanych” (xG) to dziewiąta drużyna ligi, w klasyfikacji kluczowych podań jest jeszcze niżej.

On będzie musiał na każdą swoją okazję popracować dwa razy mocniej, niż Cristiano Ronaldo – dosłownie, bo choćby współczynnik xG Polak ma od Portugalczyka ponad dwukrotnie mniejszy (9,09 do 19,25). Często mecze mogą wyglądać dla niego tak, że walki, ustawiania się i niewdzięcznych dla napastnika „szarpanych” akcji będzie więcej, niż cierpliwego budowania ataków, rozgrywania i… strzelania. Zdarzą się spotkania, gdy Piątek zmuszony będzie stworzyć sobie coś sam z podania, które będzie rzucone z własnej połowy.

A wtedy ta cała praca napastnika się opłaci. Intensywnością i wysiłkiem zdobędzie kilkadziesiąt centymetrów przewagi, fizycznością ochroni piłkę, zaangażowaniem uprzedzi rywala, a techniką i błyskiem skutecznie wykończy atak. Jeszcze w sobotę w swoim debiucie Koulibaly zdążył Piątka przy pierwszej szansie uprzedzić, ale musiał ratować się wślizgiem… we własnego bramkarza. W drugim spotkaniu Senegalczyk już nawet nie dostał na reakcję szansy.

© Zachodny do tablicy
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci