Menu

Zachodny do tablicy

Futbol analitycznie, statystycznie i konkretnie - na tablicy Michała Zachodnego.

Angielska sztuka sprowadzania na ziemię

mzachodny

Gdy czyta się niektóre reakcje na triumf angielskich młodzieżówek w mistrzostwach Europy i świata, to można złapać się za głowę. Zwłaszcza, gdy w podobnym, krytycznym tonie wypowiadają się selekcjoner seniorskiej reprezentacji i stały ekspert z głównego programu Premier League.

Pochwalę się: kupiłem sobie świetną książkę. Michael Calvin, jeśli chodzi o autorów piłkarskich należy do ścisłego topu i jego najnowszy tytuł "No Hunger In Paradise" do tej czołówki należy. Opowiada on o patologiach w szkoleniu w angielskim futbolu, pokazując jednak też pozytywne przykładu, wielkie akademie nie tylko wyrzucające wychowanków, ale też coraz bardziej o nich dbające. Mimo to Calvin podaje szokującą statystykę: na półtora miliona dzieci trenujących w zorganizowanych akademiach szansę na grę w Premier League ma tylko 0,012%.

Stąd oczywiście dyskusja po triumfach młodzieży, czy w ogóle któryś z talentów w przyszłości podbije rodzimą ligę i to w tych najlepszych klubach. O wątpliwościach w tym temacie napisałem - znów się pochwalę - w pierwszym tekście dla tygodnika Piłka Nożna, który od wtorku znajdziecie w kioskach. Spektrum jest bardzo szerokie, rozmowa wielowątkowa, ale postarałem się przedstawić również na czym konkretnie polegały zmiany w angielskim szkoleniu, że przyniosły takie efekty.

 

Tu jednak postanowiłem skupić się na innym wątku, który również w książce Calvina jest poruszany: szkolenie młodzieży to sport indywidualny. I oczywiście wyniki juniorskich kadr powinny cieszyć, są weryfikacją, ale... nie są wyznacznikiem przyszłości. Albo mogą być, lecz niekoniecznie w Anglii, o czym mówi ciekawie Sam Allardyce i... znów odsyłam do Piłki Nożnej.

Natomiast przyciągnęły moją uwagę komentarze najpierw Danny'ego Murphy'ego, jednego z ekspertów popularnego programu Match of the Day i selekcjonera reprezentacji Anglii, Garetha Southgate'a. - Ciesząc się z mistrzostwa wszyscy chłopcy obrócili koszulki tyłem do przodu, by na piersiach mieć swoje nazwiska, by cały świat widział kim są - dziwił się pierwszy z nich. - Taka jest natura współczesnego społeczeństwa, prawda? Zastanawiam się czemu to zrobili. Może to kwestia tej generacji, ale cieszę się, że wraz z trenerami po dyskusjach zdecydowaliśmy się na to wskazać. Nie chcemy uderzać w chłopców po ich zwycięstwie, ale pokora jest bardzo ważna - tłumaczył drugi.

 

Nie wiem jednak, czy starszyzna angielskiego futbolu - a może trenersko-ekspercka nowa fala? - nie postrzega kompletnie na opak tego typu zachowania. Owszem, jest to typowe dla tej generacji, jednak przy każdorazowym zaznaczaniu, że później młodzieży brakuje odpowiedniej mentalności do awansu na poziom seniorski... Przecież oni muszą być bardzo pewni siebie. Siebie - nie drużyny. Jako zespół przed kilkunastoma minutami pokonali w wielkim stylu Hiszpanię 5:2, choć po pierwszym fragmencie przegrywali dwiema bramkami. Wcześniej rozprawili się z Brazylią, nastrzelali ponad dwadzieścia goli... Zresztą zobaczcie jakich, bo wybrałem te wyjątkowe.

Murphy i Southgate nie dostrzegają chyba, że tak właśnie tworzą się charaktery, a też chłopcy sami wiedzą, że to możliwie ich jeden z niewielu momentów, by szeroka publiczność o nich usłyszała. Kibice też potrafią wywrzeć presję na klubach, trenerach, akademiach... Albo nie - zrobią to sami młodzieżowcy, właśnie tak przedstawiając się światu. - A w efekcie myślą o sławie na równi z byciem piłkarzem - kłóci się Murphy. - Ale fakt, że nie ma herbu Anglii na zdjęciach mówi o nich wiele - dodaje.

Z tym ostatnim się zgodzę, ale raczej świadczy to o nich dobrze. Jeszcze mają czas zrozumieć, że "ważniejszy od nazwiska na plecach jest to, co mają na piersi", lecz na razie muszą traktować się indywidualnie: nie patrzeć na innych, a na pewno nie poza meczami.

Kwestia polega na tym, że już po triumfach angielskiej młodzieży tamtejsze osobowości mają z tym tak banalny problem. Southgate i Murphy stworzyli z tego osobną dyskusję, która przykryła przez jakiś czas zwycięstwa... Wyszło to słabo, po prostu. Nawet jeśli swoje opinie starali się wyważyć, podkreślać znaczenie osiągnięć, to niesmak i tak pozostanie. Zanim w ogóle zaczęła się walka tych juniorów o wejście do pierwszych drużyn, już zostali ściągnięci od poziomu murawy. Może to strach przed odlotem następnej "złotej generacji"? Nawet jeśli, to uderzają w złym kierunku. Kiedyś, przy mniejszej liczbie obcokrajowców w klubach Premier League, to mogłoby być zasadne, ale teraz adresatem pretensji, a bardziej presji powinny być Chelsea, City, United i inni, którzy talenty produkują, ale na poziom średni, nie wyjątkowy.

Szymon Żurkowski, ostatni „box-to-box” w Ekstraklasie?

mzachodny

Kawałek już drogi pokonaliśmy, skoro czasem dyskusja o piłce może być o pozycji, roli i przyszłości piłkarza, a nie tylko o decyzjach sędziowskich. Jednak temat Szymona Żurkowskiego jest ciekawy, ponieważ dotyczy zawodnika w roli, która we współczesnym futbolu… dogasa.

Gdyby poszukać elementów w których w sobotnim meczu Górnik Zabrze zdominował Lecha i wygrał 3:1, to należałoby wspomnieć o elementach niekoniecznie technicznych. To motoryką, energią i fizycznością wyróżniali się gospodarze, wytrzymując nawet fragment największego nacisku rywali, by komfortowo dowieźć wynik do końca w ostatnich dwudziestu minutach.

gorniklech

Ten mocny finisz Górnik zawdzięcza zmianie, którą zrobił Marcin Brosz – za Łukasza Wolsztyńskiego wpuścił na boisko Macieja Ambrosiewicza. – On uporządkował środek pola po tym, jak goście zmienili ustawienie. Do tego Szymon Żurkowski i Szymon Matuszek pomogli, a końcową część meczu wygraliśmy właśnie tą strefątłumaczył po spotkaniu szkoleniowiec zabrzan.

To w tym fragmencie Żurkowski został przesunięty wyżej, na pozycję numer dziesięć, po chwili dodał asystę przy decydującym golu Igora Angulo. Zresztą dla młodzieżowego reprezentanta Polski był to wyjątkowy mecz: oprócz decydującego podania strzelił swojego pierwszego w Ekstraklasie gola, to jego pressing, przechwyt piłki niejako doprowadził do faulu na Danim Suarezie i rzutu karnego.

Wkład Żurkowskiego był oczywiście większy. Miał w tym meczu najwięcej pojedynków stoczonych (31), także wygranych (16), w Górniku tylko Wolsztyński otrzymał więcej podań (43 do 28), jednocześnie Żurkowski był najczęściej dryblującym zawodnikiem gospodarzy (10 prób), żaden z kolegów nie zaliczył więcej kluczowych podań (3).

zurkowskilech

Mecz jak cały sezon w przypadku 20-latka. W końcu sprawdzając jego statystyki (dane InStat po 14. kolejkach) na tle ligowym możemy dostrzec, że Żurkowski jest trzecim najlepiej dryblującym zawodnikiem, piątym z najwyższą liczbą wygranych pojedynków, trzecim pod względem zebranych drugich piłek na połowie przeciwnika, trzynastym najczęściej odbierającym, piętnastym najczęściej strzelającym i najczęściej faulowym zawodnikiem. Mówiąc krótko: wszędzie go pełno.

Zauważają to również selekcjonerzy – nie tylko Czesław Michniewicz, ale również Adam Nawałka. Gdyby nie trwająca walka młodzieżówki w eliminacjach, to możliwe, że Żurkowski znalazłby się w kadrze seniorów. Natomiast obydwu selekcjonerom imponuje bardziej nie fakt, że młokos może nabić 14 kilometrów w meczu, ale to, że w końcówce spotkania biega tak szybko na krótkim i długim dystansie, jak w pierwszym kwadransie. Wystarczy przypomnieć indywidualną akcję pomocnika Górnika z meczu z Pogonią w Szczecinie, a nawet wybrać sytuację, gdy mógł strzelić czwartego gola Lechowi.

Ostatnim środkowym pomocnikiem, który pojawiałby się w tak różnych – zarówno defensywnych, jak i ofensywnych – klasyfikacjach był Kamil Vacek z jego sezonu w Piaście Gliwice. Czech świetnie dryblował, wchodził często w starcia, do tego potrafił szybko i celnie zagrać do przodu i jeszcze nadążyć za akcją.

Są między nimi pewne różnice, ale pod względem dynamiki, zaangażowania pod obiema bramkami wyróżniali się spośród wielu środkowych pomocników. To także efekt tego, że coraz rzadziej widzimy piłkarzy w typie „box-to-box” w środkowej strefie, gdzie częściej występują specjaliści: dwie „szóstki” i jedna „dziesiątka”. Albo nawet jeśli znajduje się miejsce dla „ósemek”, to nie grających tak… ekspansywnie jak Żurkowski czy (dwa lata temu) Vacek. Maciej Gajos mógłby być tego typu pomocnikiem, ale ogranicza go taktyka Lecha, swoboda dawana innym (Jevticiowi, Majewskiemu). Nie był nim Vadis Odjidja-Ofoe, który przecież Legię do tytułu mistrzowskiego poprowadził po przeniesieniu go przez Jacka Magierę na „dziesiątkę”.

O tym, że pomocników w typie „box-to-box” jest coraz mniej wiemy nie od dziś. Jonathan Wilson – osoba której wiedzy i spojrzeniu możemy zaufać – pisał w 2009 roku, że kończą się czasy Lampardów, Gerrardów, czyli pomocników atletycznych, siłowych, przebojowych, pracujących na całej długości boiska, przez to też niekoniecznie zdyscyplinowanych taktycznie, potrzebujących wsparcia. Nawet Żurkowski takie wsparcie ma w osobie Matuszka, a gdy miałem okazję rozmawiać z nim i z Ambrosiewiczem, to pierwszy mówił o swoich inklinacjach ofensywnych, drugi – defensywnych.

W swoim tekście dla Guardiana Wilson wymienia także powody, które są wciąż aktualne: coraz mniej drużyn gra ustawieniem 4-4-2, które pomocników „box-to-box” wypromowało, a także… coraz bardziej liberalne podejście do zasady pozycji spalonej, które „rozciągnęło” formacje (i ograniczyło odpowiedzialność, spowodowało pojawienie się wspomnianych specjalistów w drugiej linii). Dalej idąc możemy zauważyć, że przy wzroście intensywności pressingu – to najnowszy trend w futbolu – mecze bywają otwarte, ale też… „sprasowane” na coraz mniejszej przestrzeni. W środku pola liczą się więc sprinty krótkie, nie długodystansowe.

Stąd może porównywanie Żurkowskiego do innych pomocników – nawet z ligi, z reprezentacji – jest tak trudne. Zwłaszcza, że on jest skrojony idealnie pod Górnika. Jedyny zespół tak wyraźnie grający w 4-4-2, którego kontry to w zasadzie ataki przez całe boisko, bazujący na dynamice i atletyczności. Do tego nie rozliczany z tego, co w ostatnich latach stało się jedną z naczelnych wartości w piłce: dokładności zagrania. W Ekstraklasie Górnik ma najniższe posiadanie piłki (poniżej 40%) i najniższą dokładność podań (poniżej 70%). Także Żurkowski nie podaje dokładnie: z Lechem, jak i w trzech wcześniejszych spotkaniach ligi celność była poniżej 70%, średnia w sezonie to 79%.

Ciekawsze jest więc to, co stanie się z Żurkowskim poza Górnikiem, albo jak będzie wyglądał, gdy stanie się to, przed czym od jakiegoś czasu Brosz przestrzega piłkarzy: rywal sam się cofnie i odda posiadanie piłki. Czy w kolejnych latach młody talent rozwinie się w bardziej zdyscyplinowanego zawodnika, będzie potrafił znaleźć kompromis między wykorzystaniem swojej atletyczności a potrzebami taktycznymi innych zespołów? Pozwoli przypisać się do konkretnej roli? Nabierze wraz z doświadczeniem większego zrozumienia gry, które jeszcze jego możliwość rozwinie?

To oczywiście przyjemne rozważania, bo sam fakt, że pod naszym okiem rozwija się piłkarz w pewnych względach wyjątkowy jest po prostu fajny, jak i cała historia Górnika. Żurkowski, niegdyś reprezentant Polski w baseball, teraz może wejść… wbiec na ten poziom w piłce nożnej. Dwa lata temu grał w Centralnej Lidze Juniorów w Gwarku Zabrze, jesienią ubiegłego roku częściej występował w trzecioligowych rezerwach Górnika, niż na zapleczu Ekstraklasy. Dziś rozmawiając o atutach piłkarskich Żurkowskiego z najważniejszym trenerem w kraju można dostrzec błysk w oku, który wcześniej „zaszczycił” naprawdę niewielu.

Inna Wisła, prawdziwa Legia

mzachodny

Starcie Wisły Kraków z Legią Warszawa jak zwykle było intrygujące, ale - w przeciwieństwie do bezbramkowego remisu sprzed roku - tym razem dostarczyło również zaspokajającego poziomu piłkarskiego. W drużynie gospodarzy znów za sprawą Carlosa Lopeza, w zespole gości dzięki umiejętnej grze z kontry. Oto szersze, analityczno-statystyczne spojrzenie na niedzielne spotkanie.

Wisła Kraków, czyli dodani do Carlitosa

O Hiszpanie pisałem już po poprzednim meczu Wisły ze Śląskiem we Wrocławiu (2:0), gdy jego gol oraz asysta dały zwycięstwo drużynie, ale przede wszystkim podkreśliły jej uzależnienie od Carlosa Lopeza. I z Legią nie było inaczej, choć inną role wybrał sobie ten piłkarz - już nie uniwersalnego żołnierza, ale typowej "dziesiątki", rozgrywającego. Wystarczy przywołać kilka statystyk z jego występu: choć ledwie 16 z 34 jego podań było dokładnych (to tylko 47%!), to miał aż osiem prób kluczowych zagrań, więcej niż jakikolwiek zawodnik na murawie. Do tego aż piętnaście razy podawał w pole karne Legii (siedem razy dokładnie), choć tym razem dryblował "ledwie" czterokrotnie.

Jednak wystarczy spojrzeć na jego próby kluczowych podań, by zrozumieć, że Wisła swojego atutu (w tym meczu - powtarzalnego) nie potrafiła wykorzystać. W 25. minucie dobre zagranie w pole karne źle przyjmuje Maciej Sadlok, przy dośrodkowaniu z 39. Paweł Brożek daje się wyprzedzić Michałowi Pazdanowi, nawet kilka minut przed końcem do prostopadłego podania zbyt wolno i mało ochoczo zbierają się koledzy Hiszpana. Takich momentów, gdy Carlitos ryzykownie, nawet na pamięć szuka otworzenia sytuacji innym wiślakom było sporo.

Może być to kwestia zrozumienia, albo po prostu specyfika wyzwania. Od dwóch miesięcy Wisła nie zaliczyła tak wysokiego posiadania piłki (55%), jak z Legią. Zmuszona do ataków pozycyjnych powinna polegać na ruchu bez piłki, szybkiej grze na dwa, trzy kontakty. Tymczasem kreatywność pojawiała się wyłącznie w strefach bocznych, ze środka Wiśle zaliczono tylko jedno dokładne kluczowe podanie (Jesusa Imaza z pierwszej połowy). Dobrym wejściom z drugiej linii brakowało tempa, czasem timingu lub zdecydowania, lecz to nie kwestia kreatywności: te rozwiązania się pojawiały często, lecz nie były wykorzystywane.

kpwisla

Dlatego po spotkaniu twierdziłem, że Wisła wyglądała lepiej niż w meczu ze Śląskiem. Wtedy miała miejsce i czas na przyspieszenie, Carlitos walczył z jednym rywalem, a nie pod presją trzech obrońców. Wyzwanie z Legią było większe i choć nie była to gra perfekcyjna lub piękna, to pamiętając sytuacje zespołu Kiko Ramireza można mówić o pechowej porażce. Może dlatego hiszpański szkoleniowiec próbował zrzucić odpowiedzialność, czy też zbić temat na VAR, a nie detale z występu swojej drużyny.

To dziwi, ponieważ Wisła pokazała sporo dobrych elementów. Współpraca Imaza z Carlitosem powinna dać więcej efektów, choć ten pierwszy po przerwie zgasł. Może nawet nie tyle zgasł, ile zaczął spełniać zadania innych, zwłaszcza środkowych pomocników. Wycofał się do tej strefy i tam krótkimi podaniami rozprowadzał akcje, przestając wspierać najlepszego z kolegów. W środku widzę też najwięcej do poprawy w Wiśle: Pol Llonch z Vullnetem Bashą momentami wyglądali, jakby chcieli wykonywać to samo zadanie, lecz jednemu kazano grać wyżej, co też nie wpływa pozytywnie. We dwóch zaliczyli ledwie jedno niecelne kluczowe podanie, na cztery ich próby zagrań w pole karne jedna była dokładna. Wejście Victora Pereza nie rozwiązało niczego, bo operował w tej samej strefie co wcześniej Basha.

porownanie

Co więc było dobre? Przemiana Carlitosa w rozgrywającego, gra Imaza w pierwszej połowie, zaangażowanie bocznych obrońców również, ale przede wszystkim pressing - przy Legii nastawionej na kontry przez większość meczu udawało się Wiśle zatrzymywać akcje bliżej bramki rywala niż własnej. Aż 25 z 63 zebranych drugich piłek było na połowie Legii, Wisła mimo większego posiadania zaliczyła więcej odbiorów (35 do 32), defensywnych pojedynków wygrała aż 60%. To dobre, pozytywne liczby za którymi jednak musi pójść większa kreatywność... bez piłki w ataku pozycyjnym. Tylko tak "Biała Gwiazda" zyska kolejny aspekt, zaletę w możliwościach gry drużyny Ramireza.

Legia Warszawa, czyli tylko na szybkości

Zacznijmy od tego, że Romeo Jozak miał rację. To w zawodzie trenera nowicjusz (choć ma bogate CV), ale umiejętnie zdefiniował mocne strony swojego zespołu, działa też zdecydowanie: odsunął niepokornych, postawił na sprawdzone, wyraźne atuty swojej drużyny. Zresztą można zażartować, że jest trenerem niepokornym: komentarzami po porażce w Poznaniu naraził się drużynie, podjął kilka średnio popularnych decyzji, a nawet zdecydowanie odjechał od wizji gry... właściciela klubu. Przecież zwalniając Jacka Magierę Dariusz Mioduski argumentował, że Legia nie może grać na kontrę, musi umieć dominować i narzucić rywalom swój styl, swoją jakość. Tymczasem średnie posiadanie piłki w meczach z Lechią Gdańsk i Wisłą to tylko 44%.

I wiecie co? Legia to w tym kształcie kadry zespół na kontry. Pokazała to sytuacja w drugiej połowie, gdy drużyna Jozaka bodaj po raz pierwszy starała się dłużej utrzymać przy piłce. Udało się szybko przyjąć i odegrać piłkę Tomaszowi Jodłowcowi, podobnie Krzysztofowi Mączyńskiemu, także Kasprowi Hamalainenowi, nawet Guilherme stosunkowo szybko ją oddał Michałowi Kucharczykowi, ale... skrzydłowy potrzebował czterech kontaktów w środku pola, by futbolówkę opanować, rozejrzeć się i ją stracić, bo już było trzech rywali. A najlepszym podkreśleniem cech Legii na tu i teraz są ostatnie dwa gole: Lechię Guilherme zaskoczył szybkim i długim wznowieniem rzutu wolnego, Kucharczyk strzelił, Niezgoda dobił, Wisłę Legia pokonała po rzucie wolnym, Brazylijczyk ruszył z własnej połowy po wybiciu Niezgody, Mączyński dograł do Kucharczyka, ten znów do napastnika i była bramka. Wszystko proste, efektywne i w przypadku ostatniego trafienia - efektowne.

Legia nie ma zespołu na grę pozycyjną, jeśli już to tylko jednostki. Środkowych obrońców, Mączyńskiego, także Hamalainena, połowicznie Guilherme. Ale reszta? Spójrzmy na boki obrony: przy atakach pozycyjnych to od nich powinna zależeć możliwość rozszerzenia gry, rozciągnięcia przeciwnika. Tymczasem jeszcze u Magiery te pozycje były problematyczne przez niedostosowanie się Hlouska i Jędrzejczyka do rozegrania krótkimi podaniami, wyjścia na prostopadłe zagrania. Trzymali się linii, rzadko nawet stwarzali zagrożenie dośrodkowaniami. Też nie ma przypadku w tym, że najlepsze, najbardziej efektowne mecze Legia Magiery rozgrywała, gdy kontrowała, a nie dominowała.

atakilegia

Dlatego Jozak słusznie Legię cofnął, niemal wbił we własne pole karne. Krok po kroku uczy ich piłki - w końcu przyszedł do Polski z łatką akademickiego nauczyciela. Ale powrót do podstaw jest... podstawą pracy trenerskiej. Dlatego w odbudowie najpierw liczą się czyste konto, wysiłek i zaangażowanie. To w ostatnich dwóch meczach udało się spełnić, a kryzysowa Legia jest o punkt od trzech liderów tabeli. Ma jednak też rację Chorwat mówiąc, że był to występ na ocenę maksymalnie 6,5 w dziesięciopunktowej skali.

Oczywiście, że pojawia się kwestia kolejnych kroków, nie każdy mecz ułoży się Legii tak, jak te ostatnie. Co jeśli znów trzeba będzie gonić wynik (jak z Lechem w 0:3), albo umiejętnie dozować tempo (jak z Jagiellonią w 0:1)? Czy wtedy zobaczymy coś, co ekipie Jozaka udało się wytrenować, coś poza kilkoma procentami wytrzymałości, szybkości, których różnicę teraz widzimy?

Słowo w tym meczu należy się środkowym pomocnikom. Interesująca jest rola Tomasza Jodłowca, pewnie jednego z lepszych zawodników w tym spotkaniu. Pamiętacie tego piłkarza z taktyki Stanisława Czerczesowa? To była niemal kopia planu "kopnij i biegnij" - Jodłowiec często zagrywał za linię obrony rywala i pędził, by ewentualnie zebrać drugą piłkę. A z Wisłą miał najwięcej celnych podań  Legii (46), zresztą dokładnością się wyróżniał (88%), znów przypominając atuty defensywne: odbiór (wszystkie trzy próby udane), zebranie drugich piłek (dziesięć, najwięcej w zespole) i przechwyty (cztery na połowie Wisły, znów najwięcej).

I na koniec Mączyński: dla niego ten mecz miał być wyzwaniem, lecz reprezentant Polski zaczął go bardzo spokojnie. Rzuciła się w oczy sytuacja po ostrym wślizgu Sadloka, gdy to legionista pierwszy wstał i chciał przybić piątkę z byłym kolegą z zespołu. Ale do rzeczy: Legia jego spokoju bardzo potrzebuje, jak i będzie potrzebować. Widać, że służy mu współpraca z Jodłowcem bardziej niż z (mniej zdecydowanym w defensywie) Michałem Kopczyńskim. I nawet, gdy Legia będzie grała z kontry, to jest on potrzebny - z 38 podań aż 35 miał on ofensywnych, konstruktywnych. Nikt nie wziął udziału w tak dużej liczbie kontr (12), ile Mączyński.

Zresztą do pozytywów związanych ze środkiem pola można zaliczyć również wejście Cristiana Pasquato i Armando Sadiku. Z ich niemal 20 podań tylko trzy były niecelne, w tym ostatnim okresie napastnik był też lepszym celem do długich, ratunkowych zagrań dla np. Arkadiusza Malarza, niż Niezgoda, łatwo rozbijany przez Głowackiego i Gonzaleza. Zmiany dały Legii kopa w ostatnim kwadransie: wtedy miała trzy strzały (Wisła dwa), pomimo niskiego posiadania (39%) w drugiej połowie goście zaczęli wygrywać więcej pojedynków (53%). Może to kwestia jakości na ławce, a może kolejności wykorzystania zmian, ale pod tym względem Jozak przewyższył Ramireza i pomógł drużynie wygrać mecz.

 

Carlitos, Wisła Kraków i "One man show"

mzachodny

Niektórym kibicom Wisły Kraków może wydać się to nieprawdziwe, ktoś może dopatrzyć się braku docenienia pracy innych, ale prawda jest taka, że "Biała Gwiazda" w tym sezonie jest niesiona na barkach Carlitosa i zwycięstwo ze Śląskiem Wrocław (2:0) jest tego kolejnym przykładem.

Kolejnym, ponieważ Carlitos ma już dziewięć goli w tym sezonie, we Wrocławiu dołożył również drugą asystę. Bez jego bramek i ostatnich podań Wisła miałaby nie dwadzieścia, ale sześć punktów. Zamiast być blisko podium i w połowie drogi do celu (grupa mistrzowska), to znajdowałaby się za Cracovią.

Przeciwko Śląskowi zagrał bardzo dobrze, czuł się świetnie w tym (tak mało charakterystycznie dla naszej ligi) otwartym meczu, gdzie obie drużyny kombinacjami krótkich podań i ruchem bez piłki starały się stwarzać zagrożenie. A Carlitos stwarzał do najwięcej.

W trzeciej minucie gonił za piłką do linii bocznej, po zwrocie podrzucił ją nad rywalem i głową zgrał do kolegi. W dziewiątej niemal na siedząco ograł Michała Chrapka i Piotra Celebana, by następnie stworzyć okazję Pawłowi Brożkowi. W dwudziestej zwodem na prawą nogę i założeniem siatki Igorowi Tarasovsowi wykreował szansę sam sobie, ale strzelił prosto w Jakuba Wrąbla. Pięć minut przed przerwą przejął piłkę na własnej połowie i pięknym, kilkudziesięciometrowym prostopadłym podaniem znów dał się wykazać Brożkowi.

Po przerwie ten "One Man Show" trwał, gdy w pięćdziesiątej minucie zaliczył asystę zewnętrzną częścią stopy do Imaza. Kilkadziesiąt sekund później przy linii bocznej prostopadle zagrał... krzyżakiem. Jak często widzicie takie zagrania w Ekstraklasie? Zwłaszcza w jednym meczu, w tak krótkim odstępie czasu i u jednego zawodnika?

Kwadrans przed końcem sam ruszył na rywali z kontrą, piłkę stracił przy próbie podania piętą, ale zaraz ją odzyskał, nawinął obrońcę i tylko interwencji Wrąbla Śląsk zawdzięcza ratunek.

carlitos

W tym meczu zaliczył dziewięć prób dryblingów i każdą miał udaną, wygrał 14 z 26 pojedynków (najwięcej w sezonie), do tego pięć z sześciu kluczowych podań było dokładnych. Radził sobie i ze stoperem niskim, silnym, zwrotnym (Celebanem), i wysokim, ostro grającym (Tarasovsem). Nie ograniczał się do strefy środkowej, do tych konkretnych rywali, ale wchodził w pojedynki z siedmioma innymi zawodnikami Śląska. Otrzymał od kolegów 39 podań, zdecydowanie więcej niż drugi pod tym względem Paweł Brożek (24).

Jak na jego sylwetkę, średni wzrost i wagę (176 cm/70 kg) jest zaskakująco silny, potrafi postawić się rywalowi, odpowiednio ochronić piłkę, a następnie od obrońcy się oderwać i mu uciec. Nie ma jednego konkretnego zwodu, ale jest wyszkolony na takim poziomie, że zaskakuje różnymi rozwiązaniami: piłką prowadzoną podeszwą, przekładanką i przyspieszeniem na wolne pole, obrotem z przyklejoną futbolówką do wewnętrznej części stopy... Zresztą średnio ma więcej dryblingów (7 na mecz) czy kluczowych podań (4,2), niż strzałów.

Jednak jak na zawodnika, który w zasadzie jedynie zajmuje pozycję napastnika, a tak naprawdę ma pełną swobodę w grze i bliżej mu do "dziesiątki", to jego wykończenie akcji jest również na wysokim poziomie. Nie chodzi tylko o gole, ale w ogóle celność strzałów, często pod presją, w tłumie. Zresztą spójrzmy na statystyki: InStat za okres ostatnich trzech miesięcy podaje, że jest to poziom 61%, przy 3,5 uderzeniach na mecz. Wydaje się, że niewiele? Otóż porównując z danymi EkstraStats (sprzed kolejki) widzimy, że na podobnym poziomie są w czołówce strzelających jedynie Marcin Robak (61%) i Igor Angulo (58%). Dla porównania: celność strzałów Armando Sadiku to 20%, Krzysztofa Piątka - 32%, Jakuba Świerczoka - 45%, Marcio Paixao - 44%. Zresztą spójrzmy na poprzednie sezony: około 60% mieli Nemanja Nikolić (61% w 2015/16 i 58% w 2016/17), Kasper Hamalainen (68% w 2015/16) i Paweł Brożek (55% w 2015/16). Reszta poniżej połowy.

Warto wrócić na koniec do wyjściowego wniosku: Carlitos niesie Wisłę do zwycięstw. Oczywiście, że pomija to udział kilku zawodników, lecz żaden inny piłkarz "Białej Gwiazdy" nie prezentuje takiego poziomu, umiejętności i to tak regularnie. Zresztą: dlaczego ktoś miałby uważać, że posiadanie wybijającej się indywidualności to coś złego, powód do oburzenia? Biorąc pod uwagę przykład Wisły, Carlitos dla klubu na razie znaczy dużo więcej: jest najlepszym przykładem, argumentem na ich politykę zatrudniania obcokrajowców z niższych lig hiszpańskich, innych regionów Europy. I też pokazuje, że w Krakowie zrobiono znacznie niższym kosztem kluczową rzecz dużo lepiej niż w Poznaniu czy w Warszawie: wyszukano napastnika, lidera.

Jak na piłkarską społeczność ogarniętą manią oceniania - oceny po meczach trzeba wystawiać koniecznie, klikają się świetnie, a najlepiej same jedynki, mniejsza o ich merytoryczność, jakiekolwiek ramy, choć to temat na osobny wpis - wyróżnianie takiego piłkarza jak Carlitos, który głową i ramionami wyrasta nad kolegów powinno przychodzić z łatwością. Nie jest to "drużyna jednego zawodnika", ale już na tym konkretnym opierająca swoją grę w ataku. Patrząc na efekty bramkowe i boiskowe można Carlitosa Wiśle tylko pozazdrościć.

Trenerze, proszę nas wyróżnić!

mzachodny

Na trzech najwyższych poziom w polskiej piłce klubowej już w 33 z 52 klubów pracują trenerzy zatrudnieni w 2017 roku. Chociaż dopiero kończy się trzeci kwartał, to w niektórych miejscach to stanowisko było obsadzane nawet częściej. A ostatnie ruchy na tzw. karuzeli trenerskiej świadczą o tym, że kolejne zmiany trenerów są niczym innym, jak głośnym wołaniem o pomoc.

Nie pomoc w utrzymaniu, zażegnaniu kryzysu, wywalczeniu mistrzostwa, przemeblowaniu składu. Patrzę głównie na Piasta Gliwice, Legię Warszawa i Lechię Gdańsk – w każdym z tych klubów prezesi usprawiedliwiając zmianę trenera mówili o dopasowaniu nowego szkoleniowca do wizji, choć… tak naprawdę nikt nie może powiedzieć, jaka ta wizja jest. Może to właśnie Waldemar Fornalik, Romeo Jozak i Adam Owen mają ją kształtować, jednak czy są świadomi, że akurat w Ekstraklasie więcej się o „planach na przyszłość” mówi, niż je realizuje lub wspiera?

Ekstraklasa nie jest odpowiednim środowiskiem rozwoju czegokolwiek. Spójrzmy na najnowsze badania CIES – pod względem średniej wieku piłkarzy na boisku liga jest na siódmy miejscu (27,26); pod względem średniego czasu spędzonego w klubie zawodników z podstawowego składu na jedenastym (1,5 roku); w jej drużynach tylko 10% czasu na boisku spędzili zawodnicy tam szkoleni przez przynajmniej trzy sezonu w wieku od 15 do 21 lat (to dziewiąty najniższy wynik). I wreszcie spójrzmy na wyliczenie Rafała Steca: zapominając na chwilę o Piotrze Stokowcu (o nim za chwilę), średni czas pracy szkoleniowca w Ekstraklasie to 127 dni.

W skrócie: wszystko, co powinno wam się kojarzyć z Ekstraklasą powinno być związane z jej krótkoterminowością.

Wracając do Zagłębia Lubin i Piotra Stokowca – to jego przykład wyróżnił Robert Podoliński, były trener Dolcanu Ząbki, Cracovii i Podbeskidzia Bielsko-Biała, w najnowszym podcaście #CafeKopalnia. Rozmawialiśmy w dniu, gdy w Gdańsku „przesunięto” Piotra Nowaka do roli dyrektora sportowego, a Adamowi Owenowi przekazano stery pierwszego zespołu.

Podoliński opowiada bardzo ciekawie o specyfice pracy trenera w Polsce, o tym, że niektórzy koledzy po fachu są świadomi tymczasowości i stawiają wyłącznie na metodę „grill i piwko”, bo najdłużej utrzymać się można tylko dzięki przychylności piłkarzy. I powiedział, że w tym całym zamieszaniu kibicuje właśnie Stokowcowi, jedynie Zagłębie wyróżnił jako klub, który w pełni realizuje wizję.

Wizję, którą wprowadzał Richard Grootscholten, ekspert od tworzenia akademii z Holandii. Gdy w Lubinie budowano boiska i remontowano budynek dla młodzieży, pierwszy zespół leciał z Ekstraklasy. Po odświeżeniu składu i pozbyciu się przestarzałych oraz przepłaconych piłkarzy postawiono na zawodników młodszych i w rok Zagłębie wróciło na najwyższy poziom, a potem do europejskich pucharów. Co ważne, wciąż z tym samym trenerem.

W połowie marca 2016 roku rozmawiałem przy okazji jednej z konferencji trenerskich z Grootscholtenem i usłyszałem od niego kilka mocnych tez. „Nowa akademia i system szkolenia powinny dać Zagłębiu przynajmniej jednego zawodnika, który zostanie sprzedany za kilka milionów euro”, powiedział. „Jestem zdania, że – idąc wytyczoną ścieżką – za trzy, cztery lata możemy wygrać Ekstraklasę”, dodawał.

Wywiad opublikowałem, a po kilku tygodniach byłem w panelu dyskusyjnym po publikacji „Narodowego Modelu Gry” na konferencji PZPN. Powiem szczerze: zszedłem ze sceny spompowany, bo audiencja była dostojna, bo z publiczności moje uwagi krytykował Antoni Piechniczek („Żeby trenerem być to najpierw trzeba potrenować”, zwrócił się do mnie). I starając się zrozumieć sens tego przekazu krążyłem po kuluarach… wpadając na dwie osoby z Lubina.

- Wie pan, że mam przez pana problemy? – zagaił mnie ówczesny prezes „Miedziowych”, Tomasz Dębicki. Byłem w szoku. Ja? Dlaczego? No i się okazało: tezy Richarda Grootscholtena były dla jego (już byłych) pracodawców zbyt odważne. – My wolimy na spokojnie, powoli i cierpliwie do tego podejść. Zobaczymy co będzie, ale najważniejsze, że mamy już trenera – dodawał.

I kilka tygodni później równie ostrożnie na temat słów Grootscholtena wypowiadał się… Piotr Stokowiec w Lidze+ Extra. Prezes i trener mieli rację.

Popatrzcie na poprzedni sezon: Zagłębie grało przez większość sezonu słabo, nie było pressingu, kreatywności, szybkości… I na koniec rozgrywek zakończonych w grupie spadkowej powiedziano, że trzeba coś zmienić. Tu była największa rewolucja: nie pożegnano trenera, ale dziewięciu zawodników. Tylu również sprowadzono, co ciekawe pięciu z niższej ligi, Bartłomieja Pawłowskiego z niebytu (sześć meczów w Lechii). A Stokowiec po kilku kolejkach zmienił również system gry, dziś jego drużyna gra w ładnym stylu, ofensywnie i zaskakując rywali czymś nowym. Nowym, co nie byłoby możliwe bez wiedzy Stokowca (o zawodnikach, których miał, ich atutach i wadach, przygotowując ich kolejny rok) oraz wsparcia zarządu.

Dziś Zagłębie to druga drużyna w lidze, druga najlepsza obrona, drugi najlepszy atak, czwarty najmłodszy zespół (śr. wieku wyjściowej jedenastki), w którym aż 86,7% goli strzelili Polacy (najwięcej w Ekstraklasie).

Dziś Stokowiec ma 88 spotkań za sobą w roli trenera Zagłębia. Pomyślcie, jaki to bagaż doświadczeń, przemyśleń i ile może z tego skorzystać w porównaniu do Owena, który zadebiutuje w roli pierwszego trenera Lechii właśnie w bezpośrednim starciu w sobotę. Niezależnie od tego, czy pracuje od wczoraj, czy – jak jest faktycznie – od kilku tygodni, dla Walijczyka wszystko, co zdarzy się tego dnia będzie nowością.

Mówił o tym Romeo Jozak po swoim pierwszym spotkaniu z Cracovią (1:0), w którym Chorwat debiutował w tej roli. Wszystko to już znacie: wcześniej był znanym w światowym środowisku piłkarskim ekspertem od szkolenia młodzieży, nauczycielem trenerów w Chorwacji, prowadził wykłady, kursy… Ale nigdy nie miał okazji zarządzać szatnią pełną dorosłych piłkarzy.

Owen, podobnie jak Jozak, był wielokrotnie w pobliżu, odpowiadał za część, wyimek pracy w sztabie, ale nie za podejmowanie decyzji dotyczących całości. To ogromny przeskok, wielu asystentów się o tym przekonało idąc na swoje – nie tylko w Ekstraklasie, ale także w znacznie lepszych ligach.

Wczoraj z przymrużeniem oka przyjmowaliśmy zatrudnienie kolejnego po Jozaku doktora w Ekstraklasie – naukowców z licencjami UEFA Pro, które zdobyć jest cholernie trudno, zajmuje to wiele czasu i wymaga wszechstronnej wiedzy, determinacji. Było trochę śmiechu, ale poważnie podchodząc do tematu można zauważyć, że i w Gdańsku, i w Warszawie uznano, że… trzeba się wyróżnić. Zaryzykować. Podjąć decyzję dziwną i niepopularną. Zadziwić i rozbawić.

A może po prostu uciec od tego zaklętego kręgu o którym mówił Podoliński: najpierw trenerów od grilla i piwka, a potem od pracy. I tak w kółko. Wchodząc w nieznane robią to nie sami, ale razem z piłkarzami, którym trudniej przyjdzie ułożyć nowych, zagranicznych szkoleniowców, sterować nimi i, koniec końców, pozbyć się, gdy po 127 dniach przyjdzie pierwszy kryzys.

Podoliński zauważa wyjątkowość dwóch polskich trenerów: Stokowca i Ireneusza Mamrota, który po kilku latach ciągłej, spokojnej i bardzo dobrej pracy w Chrobrym Głogów dostał szansę w Białymstoku. Jagiellonię układa po swojemu, zmienia w porównaniu do obrazu drużyny Michała Probierza – znów, efekt stabilizacji, która znudziła się wpierw trenerowi, nie jego szefom. Ewenement! – ale powoli wszystko zaczyna funkcjonować.

Oni odnaleźli się w stabilnych warunkach, po nich widać i styl pracy, i styl gry ich drużyn. Potrafią wyprowadzić zespoły z kryzysów, spokojnie radzą sobie z problemami, nie przerasta ich ambicja. I mogą liczyć na wsparcie.

W idealnym świecie działoby się tak w większej liczbie klubów, mniejsza część wirowałaby między strategią stawiania na obcokrajowców, a potem na Polaków. Jednak to sprawiło, że chaotycznie działającym szefom drużyn trudno jest i poprzeć szkoleniowca, i… mówić o wizji. Stąd słysząc słowa o tym w Warszawie i w Gdańsku stwierdzam, że prezesi sami… odbierają sobie alibi.

Jeśli ich eksperymenty zawiodą, to znaczy, że nie Owen i Jozak nie dostali ani swobody działania, ani szansy przetrwania kryzysów, ani czasu na przygotowanie zespołu, ani okresu budowania drużyny na swój pomysł. I zwalniając ich zostaną obnażeni totalnie, spotęgowane zostaną żarty o doktorach, imponujące CV Walijczyka i Chorwata zostanie podarte i wyplute, a oni będą sami z własną wizją.

Co im wtedy przyjdzie zrobić? Tylko grilla i piwko.

© Zachodny do tablicy
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci