Menu

Zachodny do tablicy

Futbol analitycznie, statystycznie i konkretnie - na tablicy Michała Zachodnego.

Ekstraklasa. Przeszedłem przez piekło

mzachodny

…czyli obejrzałem wszystkie osiem spotkań drugiej kolejki Ekstraklasy. Tak beznadziejnego poziomu w lidze polskiej nie było od lat, choć nie winiłbym ani trenerów, ani piłkarzy. Oni po prostu popłynęli z nurtem.

Obejrzałem, więc mogę wam opowiedzieć scenariusz każdego spotkania. Zaczyna się od zdecydowanej przewagi jednej z drużyn, dominacji całkowicie nieefektywnej, z rzadkimi próbami prostopadłych podań. Boczny obrońca zagrywa do środkowego, ten do defensywnego pomocnika, następnie piłka trafia do drugiego stopera, jeszcze jedno podanie i jest po drugiej stronie. A teraz wróć i powtórz to kilkanaście razy.

Kontry? Rzadko, a jeśli już, to były sygnałem do powrotu dziesięciu zawodników za linię piłki, do popełnienia przewinienia byle szybciej i zmuszenia przeciwnika do rozegrania podobnego schematu jak ten opisany wyżej.

Może nie powinienem być w takim razie zszokowany, gdy w Lidze+ Extra Grzegorz Mielcarski analizował spotkanie Wisły Płock z Lechem Poznań, chwaląc gospodarzy za kilkanaście podań z rzędu na własnej połowie, bez pressingu rywala. W dwóch sytuacjach doprowadziło ich to do sytuacji strzeleckich, ale wciąż bardziej jestem przekonany, że np. gol Dominika Furmana to moment „Eureki!” – eksplozji w głowie piłkarza, dzięki której wpadł na pomysł indywidualnej szarży, czym zaskoczył wszystkich, łącznie ze swoimi kolegami.

Jego trafienie było wyjątkowe, ponieważ oparte na czymś co można nazwać zalążkiem akcji, podobnie jak gole Michała Kucharczyka i Łukasza Kosakiewicza. Jednak z marnych dwunastu zdobytych bramek aż sześć było efektem zagrań po stałych fragmentach – nie twierdzę, że sztuce łatwiejszej do wykonania, ale wymagającej mniejszej kreatywności w panowaniu nad piłką. Świerczok, Novikovas, Sekulski, Papadopulos, Rudol, Helik – wszyscy trafiali po rzutach wolnych, rożnych lub karnych. A przecież gole Formelli i Brleka to efekt kontr po stałych fragmentach rywali, bramka Angulo padła po przypadkowym wybiciu wynikającym z chaosu po wrzutce piłki w środek pola zza linii bocznej.

Szokujące są zbiorcze statystyki z tej rundy spotkań, ale też z dwóch dotychczasowych kolejek ligowych. W końcu w aż dwunastu z szesnastu meczów gole strzelano dopiero w drugiej połowie. Jedynie Angulo trafił przed upływem godziny gry. Osiem z dwunastu bramek zostało zdobytych w ostatnim kwadransie meczów. Czy to oznacza emocje? Może, ale kto po wcześniejszych 75 minutach totalnej mierności i bierności był w stanie dotrwać do końcówki meczu?

Nie jestem miernością zaskoczony. W pierwszej kolejności ostrzegał przed tym Jacek Magiera z którym rozmawiałem przed Superpucharem Polski. Spotkanie z Arką Gdynia następowało po zaledwie 33 dniach od zakończenia poprzedniego sezonu – a więc w nieco ponad miesiąc jego piłkarze musieli się nacieszyć mistrzostwem, zresetować, wypocząć i jeszcze przygotować do sezonu. Niemożliwe?

„Zrobiliśmy tak, by pierwszy tydzień mieli całkowicie wolny, by nawet nudzili się, ale spędzili czas z rodzinami, odpoczęli. Natomiast w drugim dostali zalecenia jednostek treningowych wprowadzających do pierwszego cyklu przygotowań. By można było ruszyć z wyższego pułapu. Ale czy wypoczęli? Na pewno nie do końca. Tak to w ostatnich latach w Polsce jest: dyskutujemy, co trzeba zrobić, by piłkarze mieli więcej czasu na regenerację. Uważam, że okres powinien być dłuższy, zwłaszcza, że gramy we wczesnych rundach eliminacji pucharów europejskich. Czas na to można znaleźć, np. w fazie finałowej grać co trzy dni i skończyć sezon wcześniej. A tak może na pierwszym etapie ten wcześniejszy start nie będzie odczuwalny, ale w dalszej części pojawią się kontuzje, zmęczenie. Nie ma co marudzić, ale trzeba wspólnie – jako trenerzy, Ekstraklasa i PZPN – porozmawiać, by rozwiązać. Inna strona jest taka, że część szkoleniowców twierdzi, że nie potrafimy grać co trzy dni. To wprowadźmy i nauczmy się tego, a reakcja zawodników będzie zupełnie inna. Mniej narzekania i więcej działania.”

Nie jestem zaskoczony drugą kolejką, ponieważ już tydzień po cytowanej rozmowie na start ligi pisałem o drużynach, które do gry wracają w stanie kapitalnego remontu. Rozkopane, rozdłubane, rozsprzedane i dopiero naprędce klejone. „Chociaż okienko transferowe otwarte jest dopiero od dwóch tygodni, to w klubach ekstraklasy zatrudniono – definitywnie lub czasowo – już ponad 90 nowych piłkarzy. Co ciekawe, ponad trzy czwarte z nich to zawodnicy sprowadzani spoza ekstraklasy, w tym połowa z zagranicy. Jest to powiew świeżości, ale i niepewności. Zwłaszcza, że działy skautingu nie wszędzie są rozwinięte na tyle, by w pełni świadomie oceniać i rekomendować piłkarzy np. z Hiszpanii lub Chorwacji”pisałem w zapowiedzi sezonu.

I dalej, już przed ostatnią serią spotkań zastanawiałem się, czy w ogóle można mówić, by którakolwiek z drużyn złapała rytm. Jednym w pierwszej kolejce wyszło to lepiej, innym gorzej, ale… „Efektów pragnie cała liga. Pośrednim efektem krótkiego okresu przygotowawczego były i niespodzianki, i fakt, że z ośmiu gospodarzy wygrać na swoim terenie zdołały wyłącznie Arka Gdynia i Górnik Zabrze – drużyny, które swój plan opierały wyłącznie na kontrach, choć zwykle nie tego oczekuje się grając „u siebie”. Druga kolejka może dać szczątkowe odpowiedzi na pytania o skuteczność pracy oraz transferów, ale pewniejsze jest, że pojawi się jeszcze więcej pytań.”

Nie lubię teorii spiskowych, ale zauważyłem, że szkoleniowcy jak nigdy przemawiają jednym głosem. Zwykle to środowisko jest podzielone, ktoś się wyłamuje lub odgradza od zdania większości – nie tym razem. Przed meczami i po spotkaniach wszędzie można dostrzec niemal identyczny przekaz o przygotowaniach i tak wczesnym etapie sezonu.

- Mocno cierpieliśmy na boisku, zwłaszcza w pierwszej połowie – mówił Ireneusz Mamrot.Mamy młody zespół, który się rozwija. Z czasem nabierzemy doświadczenia i będziemy inaczej to rozgrywali – tłumaczył Marcin Brosz. – Takie mecze będą. To boli, że tak doświadczony zespół jak Legia traci gola po kontrze pięć minut przed końcem. Jest już jednak po meczu i liczy się to, co przed nami – powiedział Jacek Magiera. - Myślę, że na początku sezonu, gdy forma nie jest optymalna nie należy przeciążać głów problemami. Wraz z jej optimum grać nam się będzie na pewno lepiej – dodawał Kiko Ramirez. - Nadal poszukujemy optymalnego ustawienia. Powinniśmy podejmować lepsze decyzje. Z tymi dobrymi decyzjami będzie najłatwiej, z dnia na dzień będziemy coraz mocniejsi – to Mariusz Rumak. - Jeszcze dużo pracy przed zespołem, żeby to wszystko dobrze działało. Czas będzie pracować na naszą korzyść, będziemy zbierać doświadczenie – wypowiedział się Radosław Mroczkowski. - Czeka nas dalej wiele pracy. To zwycięstwo z Lechią to dobry prognostyk i wierzę, że krok po kroku ta drużyna czynić będzie postępy – nie mogło zabraknąć Michała Probierza. – Czeka nas jednak sporo pracy – powiedział po zwycięskim meczu Maciej Skorża. - Trzeba mocno pracować, żeby w następnych meczach być gotowym fizycznie i mentalnie – stwierdził Dariusz Wdowczyk.

Praca. Krok po kroku. Jeszcze dużo przed zespołem. Forma nie jest optymalna. Rozwijamy się. Uczymy się. Będzie lepiej, łatwiej. Poszukujemy. Czas działa na naszą korzyść.

A przekładając język trenerów na przekaz wprost do zawodników pewnie wychodzi inna zbitka: nie wychylajcie się. Nie ryzykujcie. Podania pewne i do najbliższego. Poznawajcie się. Nie kiwajcie, nie traćcie. Szybko przerywajcie akcje. Wracajcie jak najszybciej. Spójnie i bezpiecznie. Wystarczy jedna sytuacja. Czekajcie cierpliwie.

Jak więc można oczekiwać jakości i emocji? Po dwóch kolejkach nie widziałem drużyny, która próbowałaby grać wysokim pressingiem – i rozumiem to, bo byłoby to samobójstwem, w bliższej lub dalszej perspektywie. Średnio na mecz obecnego sezonu przypada 29,5 fauli, zresztą przewinień było w sumie 472 zaledwie o jedno mniej niż kluczowych podań (473).

Warto powiedzieć wprost: obecny start rozgrywek to absolutne dno. W poprzednich czterech sezonach po dwóch kolejkach strzelano przynajmniej 42 gole, teraz jest ich aż 15 mniej. To ogromna różnica.

17/18: 27

16/17: 46

15/16: 42

14/15: 45

13/14: 46

Gdy więc słyszę, że jeden czy drugi trener już jest bliski zwolnienia, wzywany na dywanik lub do dymisji, to aż krew mi się gotuje bardziej niż w jakimkolwiek momencie minionych kolejek. Bo takie podejście to absolutne niezrozumienie specyfiki ich pracy w ostatnim miesiącu. Oni nawet nie są saperami, ponieważ prędzej czy później każdy z nich popełni błąd – lub po prostu przegra. Okaże się słabszy, nie będzie w stanie zareagować na kryzys. I tyczy się to również drużyn, które dwa pierwsze spotkania wygrały, Jagiellonii oraz Wisły Kraków. Zresztą jeśli ktoś powie, że te zespoły w swoich meczach przekonywały i pokazywały dobry futbol, będę pierwszym do zaprzeczenia. Po prostu miały więcej szczęścia: czy do decyzji sędziowskich (Jagiellonia strzeliła wszystkie gole z rzutów karnych), czy sytuacji (kontra Wisły w końcówce).

lato 2013: 47 dni

lato 2014: 47 dni

lato 2015: 40 dni

lato 2016: 60 dni (EURO 2016)

lato 2017: 40 dni

Przerwa w rozgrywkach to pod tak wieloma względami kluczowy moment dla każdej drużyny w Polsce – zwłaszcza w Polsce, gdzie wszędzie dochodzi do ogromnych zmian – że klejenie zespołów w niecałe sześć tygodni graniczy z cudem. I naprawdę trzy kolejki mniej (ESA34?) lub start trzy weekendy później (skrócona faza finałowa w ESA37?) jestem przekonany, że zrobiłyby ogromną różnicę. Oczywiście, że nikt nie nauczy tych piłkarzy lepiej grać w tak krótkim czasie, nie sprawi, że od razu zespół złapie filozofię trenera, ale przynajmniej realnie będzie można oceniać ich przygotowania. I warto się nad tym problemem pochylić tu i teraz, a nie przekładać to na wrzesień, gdy problem po pierwszej przerwie na reprezentację może zniknąć. 

Dziś na dobrą sprawę nie wiemy niczego. Odpuścić drużynie dwa dni, a może przez ten okres zrobić po dwie sesje treningowe? Dokręcić czy poluzować? Badania krwi, GPS… Ale już słychać w klubach, że w tak newralgicznym momencie nawet przy odpowiedniej kontroli trenerzy działają po omacku – po prostu nikt nie chce się do tego przyznać. Lepiej ten dramatyczny moment przeczekać. Zagrać do najbliższego. Bezpiecznie. Nie wychylać się. Jak nie zawalisz wyraźnie to nikt nie zauważy. Przykryje się, kibic zapomni. A może już w ogóle na stadion nie przyjdzie.

David Moyes: doświadczenie, inspiracja i Twitter

mzachodny

Piłkarzem tylko próbuję być i to z przeciętnymi efektami na poziomie amatorskim, nie mam okazji poczuć presji ze strony kilkudziesięciu tysięcy fanów na wielkim stadionie, nie wiem, jak to jest grać o utrzymanie oznaczające byt danego klubu. Dlatego za doświadczenie imitujące mecz na takim poziomie musi wystarczyć mi 90-minutowa sesja pytań oraz dzień spędzony z Davidem Moyesem przy okazji Ogólnopolskiej Konferencji Trenerów.

moyes

W Internecie wyśmiewanie przychodzi łatwo, ponieważ jakikolwiek przyszły kontakt, rozmowa wydają się nieprawdopodobne. A więc wrzuca się memy, gify, vine’y i żarty bez żadnego poczucia konsekwencji. Bo o ile przypadki zetknięcia hejtera ze swoją ofiarą – większą, silniejszą, bezpośrednią – są głośne, o tyle jest ich po prostu znikoma liczba przypadków.

Z Davidem Moyesem było inaczej choćby dlatego, że on sam mediów społecznościowych – co dopiero polskich, podrzędnych – nie przegląda. Uważa je za jedną z największych przeszkód we współczesnej pracy szkoleniowej: bo zawodnicy zachowują się nieodpowiedzialnie, bo łatwiej o kryzys w drużynie, bo skala krytyki może dotknąć każdego.

Również ja się z Moyesa śmiałem: z ponad 80 dośrodkowań jego Manchesteru United w meczu z Fulham, jego dziwnych min i śmiesznych zdjęć, niepowodzeń w Hiszpanii, ostatniego sezonu w Sunderlandzie, z tego, że przez pracowników klubu został nazwany „wampirem wysycającym z ludzi energię”

…i o tym wszystkim przypominam sobie, gdy siedzę obok Szkota na trybunie stadionu Legii, obserwując treningi prowadzone przez Adama Łopatko (Pogoń Siedlce) i Dariusza Dźwigałę (reprezentacja U19), swobodnie rozmawiam o tym, co widzimy, o konferencji, która się odbyła wcześniej, o jego wcześniejszych wyzwaniach i tym, co planuje dalej. Widzę, że jest bardzo skupiony patrząc na biegających po murawie pierwszoligowców, pewnie bardziej od większości z trenerów z licencjami UEFA A i PRO, którzy wybrali się w weekend do Warszawy, że więcej od nich notuje. W końcu jak sam wcześniej zauważył, „jeśli uda mi się zabrać z tej konferencji jedną rzecz: ćwiczenie, opinię, ideę, to znaczy, że było warto”.

Kto często ogląda różne konferencje prasowe trenerów lub w nich uczestniczy – co bardzo lubię – ten mógł zauważyć, że Moyes do największych, najbardziej inspirujących mówców nie należy. „Najprostsze środki” – tak można opisać jego styl, ale w sumie pasuje to do wielu innych szkoleniowców. Coraz większa część mówi dużo, by jednocześnie powiedzieć jak najmniej i to z nich żartuje się najłatwiej. Wiem, bo sam tak robię. Robiłem.

Zauważyłem, że podejście wielu trenerów – co najciekawsze, wcale nie z tego najwyższego szczebla – do takich konferencji i osobowości jest takie, by w każdym zdaniu słyszeć uniwersalną prawdę dotyczącą szkolenia, metodologii, zarządzania, taktyki. Tymczasem Moyes jest inny: przysłuchując mu się w niemal godzinnej rozmowie przed publicznością dostrzegłem, że nawet te doświadczenia z najwyższego szczebla nie muszą być wyjątkowe, by być intrygujące lub zmuszające do zastanowienia się. A nawet, gdy wcześniej miało się podobne przemyślenia, to słysząc je od osoby przez dwie dekady utrzymującej się w środowisku Premier League czuje się pewniej, lepiej z takim potwierdzeniem.

Nie będę cytował – to konferencja dla trenerów i materiały należą do nich – ale Moyes mówił szeroko o różnicach w byciu liderem kilkanaście lat temu i dziś. O intensywności oraz charakterze szkockich menedżerów, wyjątkowości szkolenia trenerów w tym kraju, które wyraża się przez np. wymóg poprowadzenia zajęć w innym języku niż angielski. Opowiadał o bogatych doświadczeniach z pracy w Hiszpanii, choć przecież jego misja w San Sebastian skończyła się niepowodzeniem. Pytał polskich trenerów – na bazie doświadczenia z innej konferencji w Stanach Zjednoczonych – czy obecnie kluczowy zawodnik drużyny jest ważniejszy od jej szkoleniowca?

Mówiąc o wyzwaniach, zmieniającej się charakterystyce pracy, skautingu, analizie, taktyce nie sprawiał wrażenie wszystko wiedzącego, ale osoby zaangażowanej w dzielenie się swoim doświadczeniem. Kilkanaście minut przed naszą sesją pytań i odpowiedzi siedzący w pierwszym rzędzie Moyes odwrócił się do mnie i spytał, czy sam może się przedstawić. Po co? 54-latek chciał przypomnieć wszystkim, że jego fascynacja rolą trenera zaczęła się od uczestnictwa w takich konferencjach: nie w roli trenera, ale zawodnika, który służył do demonstracji ćwiczeń. Moyes był wtedy nastolatkiem, zaraz po dwudziestym roku życia zrobił pierwszą licencję, potem stopniowo kolejne, a pierwszą samodzielną pracę w Preston rozpoczął mając 35 lat. – A teraz znalazłem się w sytuacji i miejscu, że chciałbym część ze swoich doświadczeń odebranych od najlepszych nauczycieli oddać innym. Pokazać, jak istotne są takie konferencje, gdy wiesz czego szukać – mówił.

 

Nie było ani lekceważenia pytań w sesji – w końcu zadawali mu je Jacek Gmoch, Roman Kosecki, Bogdan Zając i Andrzej Dawidziuk – ani później w korytarzach, gdy inni trenerzy podchodzili zagadać, wymienić kilka uwag i czasem zrobić sobie zdjęcie. Moyes odpowiadał cierpliwie i konkretnie. A potem na kolacji długo wymieniał się uwagami o przygotowaniu motorycznym z Remigiuszem Rzepką, czyli trenerem w sztabie Adama Nawałki. Selekcjoner również był na konferencji obecny, siedział w pierwszym rzędzie i przez całe wykłady – gdyby tylko taką cierpliwość i chęć słuchania wykazali ci spędzający więcej czasu na kawie w kuluarach…

Konferencja spędzona z Moyesem – wystąpienie, rozmowy w trakcie treningów i jeszcze wieczorem – pozwoliły nie tylko inaczej spojrzeć na Szkota, ale też na jemu podobnych. Bo przecież tych przegranych – co z uśmiechem przyznał on sam – jest w samej Premier League co sezon kilkunastu, jeśli nie kilkudziesięciu. – Sukces musi przyjść szybko i jest krótkoterminowy. Liczy się tylko najbliższe spotkanie i zwycięstwo. Nikt nie patrzy na poprzedni sezon, nie pamięta dobrej serii, nie zwraca uwagi nawet na kontekst momentu w jakim jest twoja drużyna – dodawał.

Tego typu doświadczenia mogą wydawać się banalne, ale pochodzą od osoby, która na czołowej posadzie utrzymała się jedenaście lat, aż zasłużyła na szansę objęcia posady managera Manchesteru United po sir Aleksie Fergusonie. – A wiesz, że zawsze dostaję pytanie o to, co zrobiłbym wtedy inaczej? – zagadał sam od siebie przed konferencją Moyes. – I teraz też na pewno tak będzie – dodał. Odpowiedź była z pozoru zaskakująca: nic lub niewiele. Z prostej przyczyny: jako manager na analizowaniu drużyny, jej sytuacji, prowadząc piłkarzy, tworząc treningi i analizując rywali spędzał dziennie po kilkanaście godzin. To nie jest zajęcie na ćwierć etatu, ale pochłaniające w całości. Każdej decyzji poświęcał wiele namysłu, analizował dokładnie warianty na kilka ruchów do przodu. Nie zagrało, ale w danym momencie i przy konkretnej decyzji Moyes jest pewien, że wybierał opcję najlepszą dla drużyny. Oczywiście pytanie na konferencji o jego dziesięć miesięcy na Old Trafford się pojawiło.

Czy jako trener Moyes jest tak dobry, jak jego jedenaście lat w Evertonie, czy tak słaby, jak trzy nieudane sezonu w Manchesterze, San Sebastian i Sunderlandzie? O niepowodzeniu w tym ostatnim klubie Szkot mówił, że wzięło się z jego niechęci do pozostania na bezrobociu – kilka tygodni wcześniej miał naprawdę ciekawe oferty, które nie wypaliły – z fatalnej atmosfery w całym klubie, ze skrajnie podzielonej szatni, fatalnej i niespójnej rekrutacji oraz „kultury porażki”, którą zastał i nie był w stanie odmienić. A przyszłość? – Najchętniej w Niemczech – mówił zdecydowanie zapalony na samą myśl o takiej możliwości. Ale to też podkreślało jego stanowisko, że rok w Hiszpanii otworzył mu oczy i kolejny klub zagraniczny spojrzenie na futbol by jeszcze poszerzył. Nawet jeśli okres w La Realu uznany został za porażkę, a on sam o największym sukcesie – wygrana 1:0 z Barceloną, która przez wielu została użyta jako kolejny powód, by wyśmiać Moyesa – mówił, że zawdzięcza go szczęściu, nie dobremu prowadzeniu drużyny.

Był to inspirujący dzień nie tylko dla mnie, ale mam nadzieję, że także dla innych trenerów. Najciekawiej w towarzystwie Moyesa było w trakcie sesji praktycznych, gdy uważnie przyglądając się ćwiczeniom pierwszoligowców z Siedlec podpytywał, o czym mówią Łopatko i Dźwigała, na co zwracają uwagę. Sam wynotował sobie kilka schematów ćwiczeń – znalazł to po co przyjechał? – ale w pamięć zapadnie mi moment przerwy w treningach.

Mając chwilę chciałem sprawdzić, czy na Twitterze są jakiekolwiek reakcje po tej części konferencji z Moyesem – wpisałem jego nazwisko do wyszukiwarki, ale oprócz kilku zdjęć więcej było… hejtu na Szkota z powodu Wahbiego Khazriego. Tunezyjczyk strzelił gola w sparingu Sunderlandu z Hibernianem, a zdaniem kibiców byłego klubu Moyesa to wystarczający dowód na to, że manager mylił się nie dając skrzydłowemu zbyt wielu szans (15 występów, jeden gol). Dla mnie – nic ciekawego czy zaskakującego. Zdziwiłem się dopiero, gdy spojrzałem, że siedzący obok Moyes również sprawdza coś na telefonie, choć w innej aplikacji: właśnie to, jak poszło Sunderlandowi, kto zagrał i kto strzelił gola. Wieści o utracie dwubramkowego prowadzenia przez jego były zespół w nic nie znaczącym sparingu przyjął z kwaśną miną.

Mistrzostwo Jacka Magiery

mzachodny

Jeśli wszyscy spodziewali się, że w ostatniej kolejce nastąpi apogeum emocji, to przez dziewięćdziesiąt minut ich w zasadzie nie było. Za jedyny moment kulminujący można uznać wyłącznie czerwoną kartkę dla Sławomira Peszki, a więcej stresu kosztowały kibiców nowego-starego mistrza Polski te minuty po zakończeniu spotkania. Czekano na wieści z Białegostoku i czekano tak niecierpliwie, że część piłkarzy Legii jeszcze oglądała mecz na monitorze w korytarzu przed tunelem, a kilku już biegało rozradowanych po murawie.

Ale potem, gdy tytuł dla Legii został potwierdzony, anticlimax trwał – przez kilkanaście minut zamiast oglądać piłkarzy kibice na murawie widzieli innych fanów, pilnujących reszty przed wbiegnięciem na boisko. Sceny były iście absurdalne, gdy jeden z nich najpierw próbował podjąć się samotnej szarży – na szczęście tylko słownej – na sektor gości, a potem przed żyletą kopiąc wielką piłkę sponsora do bramki jednocześnie wślizgiem wyciął pilnującą „zabawy” kobietę.

Anticlimax czy nie, jest to może właściwe zakończenie najdziwniejszego sezonu Legii we współczesnej historii. Tego, w którym wydarzeń było tak wiele, że w sumie samo świętowanie wydaje się być tylko jednym z kolejnych, ale na pewno nie podniosłym podsumowaniem. Zmiany trenerów, gęstniejąca atmosfera w szatni, konflikt właścicielski, problemy na trybunach, Liga Mistrzów, Liga Europy, dziwne zimowe transfery, oddanie najlepszych piłkarzy…

I tak było świętowanie awansu do europejskiej elity przy gromkim „Legia grać, ku… mać”, tak celebracja tytułu była na siedząco. Wtedy, po szczęśliwym remisie z Dundalk na sektorach VIP z nerwów i wściekłości na nieudolność drużyny Besnika Hasiego tłuczono szklanki, a w tę ostatnią niedzielę wychodzili usiąść i popatrzeć na niemrawe widowisko z talerzami jedzenia, drinkami i piwem. Nawet nie wszystkim chciało się czekać do wręczenia troefum.

Może dla Legii to dobrze – robota została wykonana i nic więcej. Dla całego klubu, przy przewadze finansowej, możliwościach, otoczce to było obowiązkiem. Pewnym etapem, który musi prowadzić do dalszych zmian latem. Taka Legia nie powalczy o kolejny awans, bez napastnika i ze skrzydłowymi, których dryblingi prowadzą donikąd, bez wymiernego efektu, sytuacji, kluczowych podań. W finałowym meczu z Lechią wyglądało to tak, jakby Vadis Odjidja-Ofoe po prostu nie miał z kim grać.

Nie ma wątpliwości, że Jacek Magiera jest człowiekiem odpowiednim do tej przebudowy – jego spokój, rozsądek i normalność były powiewem świeżego powietrza nie tylko w szatni Legii, ale w całym klubie. Dlatego to nazwisko szkoleniowca skandowano najdłużej i tuż przed podniesieniem trofeum za mistrzostwo. – Bądźmy sobą – powtarzał odkąd przejął zespół i trafiał tym do drużyny, której relacja z poprzednim trenerem zabrnęła w tak złą stronę, że każdy gest, każde słowo było traktowane z kpiną, zarzutem lub nieufnością. – Trzeba być sobą – powiedział również po decydującym meczu.

Pamiętam porażkę z Zagłębiem Lubin, gdy Legia była naprawdę na dnie, a Michał Pazdan i Arkadiusz Malarz wychodzili porozmawiać do strefy wywiadów jakby chcieli zrzucić z siebie ciężar wszystkich złych emocji. – Tak nie może być, nie może – kręcił głową obrońca, a bramkarz Legii tłumił mocniejsze słowa, które cisnęły mu się w obliczu kryzysu. W szatni właściciele ogłaszali, że Besnik Hasi jest zwolniony, a Albańczyk w sali konferencyjnej mówił, że o wyrzuceniu nic nie wie, wciąż poczuwa się do swojej roli. 

W szatni piłkarze niby siedzieli obok siebie, ale każdego dzieliło coraz więcej. Dopiero Magiera i - wcześniej obserwujący to z niemocą i bez możliwości interwencji - Aleksandar Vuković ten dystans zmniejszyli. Pokazali cel, drogę do celu i utwierdzili piłkarzy w przekonaniu, że tylko trzymając się razem osiągną to, co chcą. Popchnęli ich w stronę tego legendarnego już wózka na sprzęt, skupili wokół jednej pieśni i nic dziwnego, że po koronacji Miroslav Radović zaintonował właśnie ją: „Nie poddawaj się”. To stało się nową mantrą Legii.

Wróćmy do Magiery dla którego obecny sezon miał być pierwszym testem na szczeblu centralnym, a okazał się rzuceniem na głęboką wodę już po trzech miesiącach. Łatwo dziś przychodzi niektórym mówienie, że w Sosnowcu przygotowano mu odpowiednie warunki do rozwoju i przygotowania do tej roli, gdy tak naprawdę nikt nie wiedział, co wyjdzie. Wszystkie najlepsze dla Legii decyzje wzięły się z potrzeby chwili: Bogusław Leśnodorski zadzwonił do Sosnowca i po prostu obwieścił, że Magierę zabiera do Warszawy. Ten kilkadziesiąt godzin później poznawał zespół w samolocie do Lizbony. W drugiej połowie meczu LM ze Sportingiem trener sprawdził na „dziesiątce” Vadisa Odjidję-Ofoe i tak w skrócie Legia obroniła mistrzostwo.

To tam w Portugalii zaczęło się zbliżanie drużyny do Legii – zamiast odprawy taktycznej była odprawa z tożsamości, historii i znaczenia klubu. – Zakodowaliśmy sobie, że walczymy o mistrzostwo i myślimy o tym pozytywnie – powiedział o niej trener i przyznawał, że właśnie w samolocie, w autokarze przechodził przyspieszony kurs nauki, tam odrabiał lekcje z zarządzania, szukał inspiracji i przeglądał notatki z lat bycia asystentem. – Nie znam drugiego takiego trenera, który w jednym sezonie debiutowałby w pięciu różnych rozgrywkach – śmiał się Magiera. Od pierwszej ligi, Pucharu Polski do Ligi Mistrzów, Ligi Europy, mistrzostwa kraju. I jeszcze raz podkreślał oderwanie jego drużyny od reszty krajowej stawki, walce z Realem Madryt i Ajaksem Amsterdam, czyli finalistami dwóch pucharów, a potem przejściu na lokalne starcia.

I na ten tytuł on najbardziej zasłużył. Raz, że zgodził się skoczyć w ten wir. Dwa, że nie dał mu się porwać, ale podjął z nim walkę. Trzy, że wypłynął i wyciągnął za sobą cały klub na spokojne wody. Nie ma większego bohatera i można nawet nie ma większego skarbu Legia – także biorąc pod uwagę pewnego Belga. Vadisa może już na nowy sezon nie być, a Magiera zostanie i dalej będzie zespół ogarniał. Po mistrzostwie wywalczonym w szaleństwie i wewnętrznym chaosie wypada trenerowi życzyć, by doczekał czasu, gdy zarządzanie o którym mówił po spotkaniu nie będzie wyłącznie kryzysowe.

[LIVE] Finisz sezonu: analitycznie, statystycznie i o mistrzostwo

mzachodny

17:00 Z kolei Piotr Nowak podtrzymał trend trenerskich głosów przed finałową kolejką - również mówił wyłącznie o swojej drużynie. Każdy z trenerów skupiał się na własnym zespole i jest w pewnym sensie oddanie cześci piłkarzom za dotrwanie w tej wyczerpującej rywalizacji do samego końca. W Lechię najbardziej wątpiono: pisano, że jest tam zbyt wielu piłkarzy przereklamowanych, że średnia wieku drużyny jest zbyt wysoka, że sam Nowak nie poświęca wystarczająco czasu na kwestie taktyczne. Tymczasem te sześć spotkań fazy finałowej to w wykonaniu Lechii niemal majstersztyk. Nawet bezbarwny, defensywny mecz w Poznaniu, gdzie gdańszczanie nie oddali ani jednego celnego strzału. Ale oni udowodnili, że doskonale wiedzą kiedy i co zagrać - jak z Jagiellonią, doskakując, oddając cztery strzały i cofając się w oczekiwaniu na ruch przeciwnika. Tak proste, a jednocześnie ukazujące inną Lechię niż przez większość sezonu. Dostosowującą się do rywali, biorącą ich pod uwagę, a nie grającą swoje. Wreszcie w wypowiedziach Nowaka pojawiały się słowa "plan". - Mamy go na to spotkanie. W naszych ostatnich meczach pokazaliśmy, że znaleźliśmy właściwy bilans między piłką nastawioną tylko na ofensywą, a tą skupiającą się na defensywie. I to przyniosło nam dobre wyniki. Postaramy się zachować to także w naszej grze w niedzielę w Warszawie - mówił w piątek szkoleniowiec Lechii. Równie interesujące było jego podejście do zawodników w kolejnym momencie stresu. - Każdy z piłkarzy już pewnie poukładał sobie to wszystko w głowie, każdy z nich zna najlepiej swoje emocje i moje słowa niewiele tu pomogą. Czasem lepiej jest powiedzieć mniej, niż za dużo - tłumaczył. Zachował się zupełnie inaczej, niż jesienią, gdy Lechia jechała do Warszawy nabuzowana pewnością siebie i w drugiej połowie została mocno poturbowana przez lepszych rywali. Teraz nie ma klasyfikowania wartości tego meczu w głowach piłkarzy, oni muszą poukładać to sami, a przecież w Lechii jest już kilku mistrzów, którzy takie warunki znają. To też w wykonaniu Nowaka sztuka: tak jak Bjelica zacisnął pięść wokół drużyny, tak on jeszcze raz uścisk poluźnił.

16:50 O ile Bjelica mówi, że dąży do konfrontacji, o tyle Jacek Magiera zespół prowadzi w inny sposób. Można prowokować reakcje krzykiem, ostrymi decyzjami, a można ciszą i spojrzeniem. Próbę milczenia na pewnym etapie tego sezonu musiał przejść Michał Kucharczyk i gdy ją przetrwał, to dał zwycięstwo Legii w Gdańsku, później zaliczył dobre mecze z Pogonią oraz Lechem. Ale kto nie chciałby mieć trenera, który otwarcie mówi każdemu, by "był sobą"? Tak prosty przekaz w przypadku Legii daje wielkie efekty, oczywiście w połączeniu z całą pracą Aleksandara Vukovicia, który jest bliżej piłkarzy, można jego rolę nazwać łącznikiem. Właśnie zarządzanie ludźmi w tak trudnym, skomplikowanym sezonie Legii najlepiej charakteryzuje Magierę jako trenera. Wcale nie taktyczne zmiany, wcale nie nadanie drużynie wyjątkowego stylu gry - bardziej konsekwencja, umiejętne prowadzenie poszczególnych ogniw i zespołu jako całości. - Nigdy nie mogliśmy sobie pozwolić na to, żeby być pod formą.  W niedzielę najważniejsze będzie to, by być sobą. Jeżeli każdy piłkarz będzie grał tak, jak potrafi najlepiej, będą zadowolony - powiedział Magiera. Jednocześnie dał drużynie pełne zaufanie ze swojej strony, a z drugiej - w momencie próby ograniczył oczekiwania do stopnia, który jego piłkarzom może wydać się mniej skomplikowany do zrealizowania. Słynący z bezpośredniości i sprawiedliwego podejścia Magiera nie mówi o wielkich nagrodach, wielkim znaczeniu dla całego klubu, europejskich pucharach, pieniądzach, karierach... Nie ma potrzeby budować napięcia, zwłaszcza w sezonie tak wielu trudnych chwil. 

15:50 Trochę współczuję Bjelicy tej sytuacji, a trochę widzę w tym kryzysie relacji z częścią drużyny doskonałą szansę na letnie wietrzenie. Gdyby bez większych tarć i zdecydowanych decyzji dotrwali do lata, jakoś by się ta lokomotywa dalej toczyła w podobnym stanie osobowym. Tymczasem "wyczerpanie się pewnej formuły" w tym momencie może Lecha kosztować mistrzostwo i europejskie puchary, ale efektem wstrząsu latem. Może to pomoże Chorwatowi w zbudowaniu zespołu tak, by odpowiadał jego mentalności i wizji. Z kolei wymiana części drużyny - mówi się nawet o siedmiu transferach - pomogłaby Lechowi w radzeniu sobie z sytuacjami, gdy konieczny jest plan B. Był to problem dwóch poprzednich szkoleniowców, również Bjelica się z tym zmaga, choć potencjał widzi w Lechu spory mówiąc, że może z "Kolejorzem" awansować do Ligi Mistrzów. - To lepsza drużyna niż Austria Wiedeń, z którą zakwalifikowałem się do fazy grupowej - wyrokował Bjelica, choć ja bym tak definitywnych tez jeszcze nie stawiał: zwłaszcza, że Lech może skończyć sezon na czwartym miejscu i całkowicie obejść się smakiem. Dlatego jestem ciekaw, jak inna wypowiedź wpłynie na jego zespół. - Konfrontacje są bardzo ważne. Nie jestem osobą, która ich unika. Z drużyną, z moją żoną, z każdym. Taki jest mój styl pracy - mówił Bjelica. I właśnie taki będzie ten ostatni mecz sezonu, zwłaszcza z Jagiellonią: pełen konfrontacji, prowokacji i klinczów. Czy sprowokowany i nieco podzielony Lech będzie w stanie przetrwać tę próbę? Utrzymać swoją tożsamość z tych najlepszych wiosennych meczów? Połączyć ostatni zryw młodych przed zagranicznym transferem ze złością starszyzny przeznaczonej na odejście? Tak jak finał PP był dla Lecha mentalnym testem (oblanym!) Lecha 2014-17, tak dziś pewien wizerunek może albo potwierdzić konieczność całkowitego wyburzenia, albo zafundować kibicom ostatni, efektowny zryw i pozwolić na zapomnienie o tym, co było.

15:20 Interesujące, że nawet przed ostatnim meczem swoją opinią z kibicami nie podzielił się Michał Probierz, ale zrobił to jego asystent, Krzysztof Brede. Dziwię się szkoleniowcowi Jagiellonii, ponieważ - pomimo narzuconej sobie ciszy medialnej - dla niego to też jest wyjątkowa chwila. Cały sezon powtarza historię o kopciuszku, a powinien być dumny z tego spotkania, które może podsumować jego historię w Białymstoku. Naprawdę kapitalną pracę, włącznie z przetrwaniem kryzysu, przepychankach, odbudową składu, kapitalnymi transferami i po prostu codzienną pracą szkoleniową. A tym bardziej mi szkoda, że w takiej sytuacji nawet od jego asystenta, zamiast miłego podsumowania tych ponad trzech lat w Jagiellonii, słyszymy o... krzywdzie. - Ciekawe, czy w końcu dopisze nam odrobina szczęścia, bo dotąd głównie ono od nas uciekało i w wielu sytuacjach byliśmy pokrzywdzeni, co wynikało głównie z pomyłek sędziowskich.  Chcielibyśmy, żeby los nam to w ostatniej kolejce zwrócił, ale nie zamierzamy liczyć tylko na szczęście. Musimy zawierzyć naszym umiejętnościom, wygrać, a dopiero wtedy czekać na odrobinę szczęścia - powiedział Brede. O ile rozumiem, że praca trenerska to ciągły stres, zwłaszcza na takim etapie takiego sezonu, ale jednak budowana w ten sposób narracja wcale Jagiellonii nie pomaga. Raz jeszcze: zamiast skupiać się na szkodzie, moze warto byłoby budować pewność siebie drużyny? To nie kwestia szczęścia, że Jagiellonia jest w tym miejscu przed ostatnią kolejką, to nie kwestia decyzji sędziowskich, że jeszcze nie ma mistrzostwa Polski. Dlatego jestem zawiedziony i widzę to jako zmarnowaną szansę na piękniejsze pożegnanie - zwłaszcza, jeśli nie wszystko potoczy się dziś po myśli Jagiellonii.

14:55 Po pierwszej części rundy wiosennej, gdy gra Lecha naprawdę była przyjemna do oglądania, a zespół wnosił coś nowego do ligi, wybór najlepszego piłkarza byłby miłym wyzwaniem. Dużo było tych bohaterów: Marcin Robak, Łukasz Trałka, Darko Jevtić, Matus Putnocky... Dwóch pierwszych pochłonęła jednak walka o siłę, trzeciego dopadły kontuzje, czwarty ma więcej pracy przez spadek formy reszty zespołu... Na ostatnią kolejkę wypadł też Maciej Gajos, któremu zabrakło dwóch minut do przekroczenia w całym sezonie granicy 50 godzin na boisku. To z kolei udało się Radosławowi Majewskiemu, dziś wydaje mi się, że największej - ostatniej? - nadziei Lecha na mistrzostwo. On też nie miał świetnego startu, wręcz przeciwnie: po przyjściu z Grecji w pierwszych pięnastu ligowych występach zaliczył tylko jednego gola i jedną asystę. Ale szukał swojego miejsca, jeszcze wtedy wiodącą postacią był Szymon Pawłowski, którego podobny styl gry sprawiał, że Majewski miał dla siebie tej piłki mniej. Aż przyszedł mecz w Warszawie, który Lech przegrał pechowo. Ale to był moment zmian - w kolejnych trzech spotkaniach Pawłowski wchodził tylko z ławki, a za napastnikiem grali Jevtić, Makuszewski i właśnie Majewski. I od drugiej połowy października do teraz Pawłowski w pierwszym składzie zagrał siedem meczów, mniej niż przed porażką z Legią. W Warszawie Majewski wszedł z ławki, tylko raz w dalszej części sezonu na niej usiadł - w Niecieczy, by po godzinie gry zmienić Pawłowskiego i strzelić gola. Trafień w ekstraklasie ma już siedem, powinien był także rozstrzygnąć finał Pucharu Polski. Jest ogniwem bardziej pasującym do tego, co Bjelica chce budować na kolejny sezon: zawodnikiem dobrze odnajdującym się w dynamicznym stylu gry, a do tego z podejściem pasującym Chorwatowi. Nie patrzy krzywo na decyzje trenera, nie uważa, że jego pozycja w klubie jest mocniejsza od szkoleniowca. I wciąż 30-latek może grać lepiej - przez kontuzje w ostatnich sezonach jego przebieg jest mniejszy, niż sugerowałby to wiek oraz staż. Do tego widać, że na boisku się uspokoił: kiedyś wulkan energii, często robiący za dużo rzeczy naraz, teraz zrobi sprint, by miejsce dostał kolega. Nie tworzy z siebie na siłę centrum gry Lecha, jak to było w przypadku Pawłowskiego. Korzystają na tym napastnicy, korzysta (jeśli jest zdrowy) Jevtić, dobrze współpracuje z Makuszewskim oraz Gajosem. To też najlepiej zbierająca drugie piłki "dziesiątka" w ekstraklasie. A więc wracając do wyjściowego pytania: z Lecha na najlepszego piłkarza sezonu wybrałbym właśnie Majewskiego. Jednak nie jest to wybór, który broni się w sposób oczywisty, potrzeba było więcej dłubania i obserwowania. A dla Lecha byłoby lepiej, by ta rywalizacja zwłaszcza na finiszu była bardziej zacięta.

14:20 Wreszcie przejdźmy do Lecha. I mogę powiedzieć to wprost - jestem mocno zawiedziony. Według mnie "Kolejorz" w fazie finałowej się ślizga: ledwo przetrwał ataki Wisły Kraków, niby był lepszy od Lechii, ale bez konkretów, poddał się Legii w Warszawie, Koronę pokonał choć był gorszy, a ze zwycięstw nad Niecieczą i Pogonią nie można nic wyciągnąć, bo te zespoły w tej rundzie są dostarczycielami punktów. Od finału Pucharu Polski nie oglądam zespołu, który rozbudził nadzieję, że pod względem intensywności, pressingu i dynamiki gry nawiąże do wyższych europejskich standardów. Zamiast tego znów widzę zespół przestraszony, albo inaczej: grający bezpiecznie. Może to efekt porażki z Arką Gdynia - według mnie największej sensacji XXI wieku w polskim futbolu. Przy tak skutecznej grze defensywnej naprawdę Lecha stać na więcej - czy to kwestia skuteczności strzałów (lider pod względem średniej (15,1), poniżej średniej w celności (35%)), może fakt, że tylko Piast Gliwice częściej traci piłki? Albo po prostu - to kwestia mentalna, rzecz nie do wykazania w statystykach. Na domiar złego na samym finiszu drużyna uwikłana jest w wewnętrzny konflikt, tarcia słychać w całym kraju i nawet Łukasz Trałka z Marcinem Robakiem temu nie zaprzeczą. A ten zespół ma wszystko, by wygrać mistrzostwo: najlepszą defensywę, jest najskuteczniejszy ze stałych fragmentów gry, przeprowadza najwięcej ataków, potrafi łączyć grę długim podaniem z akcjami kombinacyjnymi, średnią liczbą odbiorów ustępuje tylko Jagiellonii, pod względem wprowadzenia piłki w pole karne rywali gorszy jest jedynie od Legii. Dlatego jestem zawiedziony - bo tak grający Lech zwolnił, zaciął się i teraz z dziewięciu wariantów na finałowy dzień walki tylko w jednym wypadku wygrywa mistrzostwo. 

13:55 Nie będzie to popularna teoria, ale według mnie indywidualnie występ Jacka Góralskiego przeciwko Odjidji-Ofoe - czy w tej lidze naprawdę wszystko sprowadza się do niego? - należał do jednych z najlepszych w całym sezonie. Po pierwsze, zdecydowana większość z jego interwencji była czysta, pełna sprytu i dokładności. Po drugie, jego nieustępliwość mogła imponować, zwłaszcza, że po stronie Belga jest przewaga fizyczna. Po trzecie, był po prostu skuteczny, wyłączył z gry najlepszego rywala. Oczywiście trudno to docenić: bo to popis defensywny, wślizgów, a nie podań, czarna magia odrzucająca dla piłkarskich purystów. Jednak na przestrzeni sezonu warto dostrzec ewolucję Góralskiego. Bo czy ktoś dziś pamięta, że na początku września defensywny pomocnik uczestniczył w najwyższej porażce Jagiellonii? Nie, nie tego pierwszego zespołu, ale rezerw, które oberwały od Finishparkietu Drwęca Nowe Miast Lubawskie aż 0:6. I osiem dni później po tym wstydliwym rezultacie Góralski wyszedł na mecz ekstraklasy z Wisłą Kraków, by zrobić swoje - 85% dokładnych podań, 69% wygranych pojedynków, 80% udanych odbiorów. Do rezerw już nie wrócił, z korzyścią dla Jagiellonii. Według InStat Index to siódmy piłkarz ligi (262), dziesiąty pod względem pojedynków i drugi w liczbie tych wygranych. Wiecie komu tylko ustępuje w tej klasyfikacji? Tarasowi Romanchukowi, kolejnemu piłkarzowi, którego można by wskazać jako zawodników pod profil "moneyball", gdzie liczby pokażą jeszcze wyższą klasę. Ale też fakt, że Romanchuk przejął do Góralskiego część tej ciężkiej pracy wpłynął na to, że reprezentant Polski już nie rzuca się na pierwszą lepszą ofiarę. Nie, on próbuje o jedną czwartą mniej odbiorów (spadek ze śr. 12 do 9), ale jest o kilka procent skuteczniejszy (wzrost do 64%). Dość powiedzieć, że Góralski ma 154 udane odbiory, o 45 więcej, niż drugi w tej klasyfikacji Grzelak z Korony Kielce, ponad dwa razy więcej niż trzeci Kubicki z Zagłębia Lubin. Spryt widać po tym, że Góralski jest... częściej faulowany, niż sam fauluje (69 do 82) - w poprzednim sezonei proporcje były zupełnie inne (76 do 60). To na pewno nie piłkarz w typie Thibaulta Moulina, nie gra też tak odważnie do przodu, jak w tym sezonie zdarzało się to Łukaszowi Trałce, ale w roli, którą dał mu Probierz w Jagiellonii 24-latek odnajduje się coraz lepiej. I rozwija się, choć pytanie o to, gdzie dla Góralskiego znajduje się sufit możliwości jest najciekawsze: czy będzie ewoluował w kierunku lepiej czytającego grę (już nieznacznie lepiej zbiera drugie piłki), czy też przez kolejnych kilka lat będzie dalej "piranią" ekstraklasy? I najważniejsze: czy w systemie taktycznym, który obierze następca Probierza dalej będzie miejsce dla takiego zadaniowca?

12:12 Ogłaszam godzinną przerwę, ale nie zostawiam Was z niczym: zapraszam na "Łączy Nas Piłka" i tekst o tym, że ekscytujący finisz to w zasadzie pochwała różnorodności czterech zainteresowanych mistrzostwem drużyn. <<KLIK, KLIK>>

12:00 Chociaż wiosną Cillian Sheridan strzelił już osiem goli, to wciąż wydaje mi się, że jest niedoceniany. Dla przykładu, jego InStat Index - 285 - jest wyższy od tego, który jesienią nabił Nikolić (271), w całym sezonie osiągnął Marco Paixao (255) i drugi z liderów klasyfikacji strzelców, Marcin Robak (244). Oczywiście transferem sezonu pozostanie Odjidja-Ofoe (zwłaszcza, jeśli wygra Legii mistrzostwo), ale Sheridan byłby pewniakiem za wybór z zimowego okienka. Po meczu Jagiellonii z Legią komplementował go, choć krótko, Michał Pazdan, mówiąć, że trudno wygrać z nim pojedynek, a jego koledzy czują się komfortowo grając do niego długie podania i wiedząc, że on w sporej części wypadków piłkę im zgra. Średnio Sheridan bierze udział w 16 pojedynkach główkowych w meczu, wygrywa 50% z nich - nie dość, że jest to wynik, który przebija jedynie Adam Buksa (śr. 18 starć w powietrzu), ale nikt się do niego nie zbliża pod względem skuteczności. Marcin Robak - 41%, Adam Frączczak - 41%, Marco Paixao - 32%, Kamil Biliński - 39%. Sheridan jest dla Jagiellonii taką kartą "wyjście z więzienia", jeśli są wśród czytających gracze w Monopoly. Ale też jest kolejny wyróżniający go aspekt - kluczowe podania i ich dokładność. Pod względem średniej (u Sheridana - 3 na mecz) równał mu się jedynie Nikolić, ale nikt nie ma przy tym zbliżonej do niego skuteczności - śr. 1,6 dociera do kolegów Irlandczyka. Jak na swój wzrost i fizyczność biega naprawdę dużo, wspiera rozegranie przez środek pola, wybiera proste rozwiązania: gdy ma utrzymać piłkę, to to robi, gdy powinien zgrać na raz - jest podanie z pierwszej piłki. Owszem, często wybiera bardziej skomplikowane rozwiązania, ponieważ stara się wprowadzić skrzydłowych za linię obrony, szybko obrócić z piłką i ze strefy przed polem karnym szukać prostopadłych podań. Cierpi na tym jego dokładność podań w ogóle (63%), nie cierpi na tym gra Jagiellonii. Bo dla drużyny Probierza liczy się szybkość rozwiązań w ataku, niezależnie od tego, czy zagrożenie przyjdzie z powietrza, czy jak w meczu w Niecieczy - po kombinacyjnej akcji skrzydłem i podniesieniu tempa rozegrania.

11:30 Jednak nawet jeśli Wolski minie Kopczyńskiego, to przed nim do pokonania będzie jeszcze mur. A konkretnie Arkadiusz Malarz, Adam Hlousek, Michał Pazdan, Maciej Dąbrowski i Artur Jędrzejczyk. Zresztą - jak wspomniałem wcześniej - Lechia rekordem defensywnym może poszczycić się nawet lepszym w rundzie finałowej, bo gola jeszcze nie straciła. Legia tylko jednego, autorem Petar Brlek z Wisły Kraków, choć to było sześć kolejek temu. Gorzej z Lechem i Jagiellonią, choć warto napomnieć, że poza meczem w Warszawie "Kolejorz" tracił gole w spotkaniach wygranych, a Jagiellonia cztery z sześciu bramek straciła przeciwko Lechii. Zresztą postawa Lecha na wiosnę (11 czystych kont), a Jagiellonii w całym sezonie pokazuje, że czterech trenerów ma jedną cechę wspólną - wierzą, że ofensywa wygrywa mecze, a defensywa tytuły. Zresztą porównajcie jakość gry obronnej tej czwórki z resztą ligi: między Lechem (27 goli straconych) a Jagiellonią (37) jest 10 trafień różnicy, tymczasem dalej jest Zagłębie (45), czyli ostatni z pięciu zespołów z dodatnim bilansem bramkowym. Reszta jest na minusie, przynajmniej 52 wpuszczone gole (Cracovia) do 63 (Górnik Łęczna). Patrzmy dalej: liderująca czwórka jest w topie pod względem dystansu z jakiego traci się gole - najbliżej, ponieważ rywale muszą stworzyć naprawdę dogodną okazję, by wepchnąć piłkę do ich siatki. Stracili najmniej goli z gry (Legia 10, Lech 17, Jagiellonia i Lechia po 22, reszta powyżej 29), sąznacznie poniżej średniego dystansu do bramki rywala z odbiorem piłki (74,9 do 75,1, śr. ligowa - 75,9). Legia jest najskuteczniejsza w pojedynkach (53% wygranych), Lech w tych defensywnych (53 z 93), Lechia ma najwyższy wskaźnik nasycenia akcji defensywnych (10,5 na minutę posiadania piłki przez przeciwnika), Jagiellonia to lider pod względem odbiorów - 59% skuteczność w śr. 37 próbach. Ta czwórka zdominowała ligę jakościowo (1,92 punkta na mecz, reszta - 1,20), ale też pod względem gry defensywnej.

dystans

11:00 Kto może okazać się decydującym piłkarzem Lechii? Wolski. Rafał Wolski. Ten, który w Lechii jest jednym z młodszych. W międzynarodowym towarzystwie piłkarzy z których większość na różnym etapie odbijała się od lepszych lig, on prawdopodobnie najbardziej czuje na sobie łatkę tego niespełnionego. I w Gdańsku zaczyna się spełniać, stopniowo i powoli. Ale w fazie finałowej już jest liderem pełną gębą - brakuje mu tylko liczb, choć dwie asysty z ostatniego meczu mogą mówić coś innego. Wciąż w drużynie tylko Sławomir Peszko miał udział w większej liczbie ataków bramkowych (37%) od (już!) 25-latka (30%).  Ale to on w drużynie jest tym łączącym i szybkość, i drybling. Czternaście zwodów z Lechem w Poznaniu, gdy reszta zespołu nie miała w głowie atakowania. A dziewięć prób z Jagiellonią Białystok, to kolejny sygnał, że w najważniejszych starciach presji stawia się coraz lepiej. Służy mu swoboda, którą dał mu Nowak. Tak jak pisałem: w Lechii w fazie finałowej są obrońcy, jest duet Sławczew-Borysiuk, jest jeszcze Krasić i wreszcie Wolski. Wymienność pozycji jest w Lechii kluczem, ale zbyt często tempo ich akcji jest jednostajne, brakuje przyspieszenia. I od tego jest Wolski: w Lechii drugi w oddanych strzałach (28 celnych z 65), najlepszy w kluczowych podaniach (108 prób, 58 udanych), w dryblingach (142 udanych na 226 prób). W tej ostatniej klasyfikacji ustępuje Odjidji-Ofoe o dziesięć prób, skuteczność ma niższą o 10 pp., ale jest w nich pewne podobieństwo. Nie w sile, lecz inteligencji ustawiania się, szukania miejsca, lekkości w prowadzeniu piłki, przebojowości. Jego zadaniem będzie nie tylko robienie różnicy tym elementem, ale też wyciąganie ze swojej strefy Michała Kopczyńskiego lub Tomasza Jodłowca. Z tym pierwszym zna się doskonale, to ten sam rocznik, grali razem w Legii, choć Rafał od etapu juniora był o krok do przodu. - Nie można go atakować bez głowy, na raz, bo szybko kiwnie i ucieknie. Trzeba go atakować rozsądnie - mówi Kopczyński o Wolskim. Ten drugi zapowiada zachowawczą grę z obu stron, ale w kontekście drużynowym. Na szczęście jego stylu nie można tak opisać.

10:30 Ale co w takim razie zrobi Lechia? Zagra jak Jagiellonia, z "plastrem" i fizycznością postara się wkurzyć najgroźniejszego z rywali? We wspomniany meczu z jesieni Simeon Sławczew zagrał w zasadzie sam - bardzo słabo spisał się Michał Chrapek, dopiero po godzinie gry na boisku pojawił się Rafał Wolski, choć wcale nie dał Milosowi Krasiciowi odpowiedniego wsparcia. Ale znów: zwłaszcza w fazie finałowej to inna Lechia niż wtedy. Mówił o tym ostatnio Piotr Nowak - kluczową różnicą w tej rundzie jest bardziej stabilna defensywa. Lechia w grupie mistrzowskiej jeszcze nie straciła gola, ale chwalić za to nie należy tylko obrońców czy Duszana Kuciaka. Ariel Borysiuk i Sławczew zagrali obok siebie w czterech z sześciu tych meczów. To dwóch podobnych do siebie defensywnych pomocników, ich parametry odbiorów są zbliżone (śr. cztery na mecz), podobnie pojedynków (60% skuteczności), przechwytów (6), zebranych drugich piłek (8). Ale też niewiele dają w ofensywie: Borysiuk strzelił jednego gola, Sławczew ma trzy asysty, a w sumie rozegrali prawie 2700 minut. Zresztą, co ciekawe, spoglądając na poprzednie trzy mecze Lechii to drużyna Nowaka wcale nie gra rewelacyjnie w ataku. Jest po prostu bardzo skuteczna: z mocno osłabioną Pogonią Szczecin miała tyle samo strzałów celnych (po sześć) i mniej w ogóle (dziewięć do 15), w Poznaniu uzbierali ledwie trzy próby i żadnej w bramkę, z Jagiellonią wygrali 4:0, choć w sumie uderzeń mieli pięć. Ale spójrzmy na to, jako atut Lechii: Nowak może w pełni zaufać tej dwójce w ich opiece nad Vadisem, gdy za atak odpowiadać będą inni.

10:00 Skupiając się na razie na tym warszawskim spotkaniu z dwóch dziś najważniejszych... Pamiętacie jesienne spotkanie tych drużyn, gdy Legia coraz pewniej czujących się rywali rozbiła 3:0 po świetnej drugiej połowie? To był pierwszy ligowy mecz Jacka Magiery i drugi raz, gdy ustawił Vadisa za napastnikiem. Nie od początku spotkania, ale w drugiej połowie, po zejściu Hamalainena i wprowadzeniu Moulina - po czterech minutach większej swobody Belg asystował przy drugim golu. "Odjidja-Ofoe tym meczem pokazał, że może stać się kluczową postacią Legii - teraz wystarczy powtarzać takie występy co kolejkę, prawda?" - pisałem wtedy na blogu. Wcześniej Besnik Hasi - "dla mnie nie istnieją defensywni pomocnicy" - ustawiał Belga na pozycji tego najbliżej obrony, co nie pozwalało mu rozwinąć swoich skrzydeł. Grał bezpieczniej, rzadziej imponował rajdami (choć ten raz w Dublinie...) i też nie spełniał się w defensywie. Oczywiście zmiana Magiery była też reakcją na przejście Lechii na 3-5-2 (Kuświk zmienił Nunesa), ale to przejęcie przez Vadisa na stałe roli "dziesiątki" (wcześniej na tę pozycję wszedł w Lizbonie) może okazać się najważniejszą decyzją szkoleniową w tym sezonie ekstraklasy.

09:30 Gdzie zacząć? Może od tego, który jest na szczycie? Najlepszym piłkarzem ligi jest Vadis Odjidja-Ofoe. Według InStat Index jedynym, który przekroczył granicę 300 punktów, czyli wedle algorytmu tej firmy statystycznej porządnego poziomu europejskiego. Najlepszy w poprzednim sezonie był Nemanja Nikolić - Index 245, choć cała ekstraklasa została w tym sezonie dowartościowana. Ale Belg ma najwięcej asyst (12), najwięcej kluczowych podań (184, w tym 91 dokładnych). W poprzednim sezonie liderem był Konstantin Vassiljev (118/65)), jest czwarty pod względem pojedynków w ogóle (736, 50% wygranych), trzecim najczęściej dryblującym (236 prób), ale zdecydowanie w tej sztuce najskuteczniejszym (173 udanych, o 20 więcej od następnego w klasyfikacji Grzegorza Bonina). Belg już jest skuteczniejszy od zeszłorocznego triumfatora, Szymona Pawłowskiego. Odjidja-Ofoe mógłby mieć nawet te liczby bardziej imponujące, zwłaszcza goli i asyst, ale to generalnego poglądu nie zmienia: spośród wszystkich piłkarzy ekstraklasy on najlepiej i najbardziej wyraziście wpływa na grę swojego zespołu. Wcale nie świadczą o tym mecze w których błyszczał, ale spotkanie w Białymstoku, gdy został przez Jacka Góralskiego z gry wyłączony. Wtedy Legia cierpiała na brak innych opcji, koledzy nie zbliżyli się poziomem do potencjału Belga na tyle, by choćby stworzyć klarowną okazję. Jednak wtedy zobaczyliśmy też drugą stronę medalu za powstrzymanie Vadisa: chociaż jest to krok pierwszy w zatrzymaniu i pokonaniu Legii, to kosztuje tak wiele - sił, zaangażowanych zawodników - że trudno samemu coś w ofensywie stworzyć. 

indexesa

09:00 Czy nie będąc kibicem warszawskiej Legii, gdańskiej Lechii, poznańskiego Lecha lub Jagiellonii z Białegostoku można ekscytować się takim finiszem ekstraklasy? To może inaczej: od momentu, gdy podzielono tabelę oraz punkty i stworzono terminarz rundy finałowej ligi, na ten moment, ten dzień czekałem. Poprzednie kolejki były mniej lub bardziej interesujące, ale w całym opisywaniu futbolu to właśnie sprowadzenie trwającego dziesięć miesięcy wysiłku do 90 minut ekscytuje najbardziej. Jest to w jakimś sensie niewyobrażalne: w czterdziestu czterech głowach grających w dwóch kluczowych meczach kłębić się będzie jedna myśl: jak cienka jest granica między zwycięstwem i porażką. Jak niewiele - jeden strzał, jedno podanie, jeden błąd rywali - może dać sukces lub go odebrać. W podobieństwie walki o tytuł z 2012 rokiem i po triumfie Śląska Wrocław wiem, jakie to emocje ze strony kibica, ale tych, które przeżywać będą piłkarze wyobrazić sobie nie potrafię. O czym się wtedy myśli, albo jak od tych myśli się odcina, "czyści głowę"? Jak łapie się luz, jak kontroluje się samego siebie? Jasne, Legia ma wszystko w swoich rękach, ale czy to nie sprawia, że presja jest nawet większa? Zależność pozostałej trójki od drużyny broniącej mistrzostwa jest równie intrygująca: czy napędza piłkarzy, czy ich paraliżuje? Co naprawdę stoi za oklepanym "po prostu robimy swoje"? Nie na te pytania będę szukał odpowiedzi. Jeszcze dwanaście godzin sezonu, wystarczająco dużo czasu, by zająć się tym, co widać na boisku i co opisać można. W odniesieniu do dwóch finałowych meczów poszukam bohaterów, opiszę ich zalety i wady, przedstawię najciekawsze kwestie taktyczne, a potem wszystko podsumuję. Będę pisał od dziewiątej do tego momentu, gdy uznam, że temat finiszu ekstraklasy wyczerpałem - po prostu dlatego, że będąc pasjonatem futbolu na właśnie taki dzień długo czekałem. 

Czy można zatrzymać Vadisa Odjidję-Ofoe?

mzachodny

- Vadis Odjidja-Ofoe. Po prostu Vadis Odjidja-Ofoe. On nie pasuje do tej ligi - powiedział lekko podłamany Nenad Bjelica. Jego zespół bezdyskusyjnie przegrał spotkanie, które Jacek Magiera określił mianem kluczowego w walce o mistrzostwo. Tym bardziej zaskakujące było kolejne jego wyznanie dotyczące belgijskiego pomocnika: - Nie wiedzieliśmy, jak przeciwko niemu grać.

Jakość Belga nie jest żadnym zaskoczeniem. Jak mówi Magiera, Odjidja-Ofoe to "motor napędowy Legii. Nie musi strzelać goli, ale i tak tworzy bramki. Daje wiele jakości, inni piłkarze uczą się od niego w szatni i na boisku". Dlatego ostatnie tygodnie to męczące pytania i dywagacje na temat tego, czy rozgrywający odejdzie z Legii, czy jeszcze na przynajmniej kilka miesięcy zostanie.

Jego wpływ na grę oraz wyniki zespołu jest łatwo zauważalny. I tak jak w ostatnich tygodniach forma Legii rośnie, to rośnie wraz z jego dyspozycją. Jednak jedną kwestią jest zaakceptowanie jego statusu - tak, jak zrobił to po meczu Bjelica - a zupełnie inną postaranie się przez rywali Legii, by w pojedynczym spotkaniu znaczenie Vadisa było jak najmniejsze.

Jak więc zatrzymać Vadisa? W pierwszej kolejności warto przeanalizować, jak i gdzie Odjidja-Ofoe gra. Wczorajsze spotkanie z Lechem Poznań było świetnym materiałem, ponieważ - co zauważył sam Bjelica - Belg na boisku robił co tylko chciał. Dryblował (15 razy, 60% skuteczności), podawał (50 zagrań, 92% dokładnych, w tym 5 kluczowych), strzelał (gol z dwóch prób) i walczył (32 pojedynki, 47% wygranych).

To nic nowego. Patrząc na mapę jego kontaktów z piłką i akcji w kilkunastu ostatnich spotkaniach można dostrzec, że Belg jest wszędzie. Na połowie rywala wbiega praktycznie w każdą strefę, cieszy się wolną rolą i wymiennością pozycji, która jest charakterystyczna dla taktyki Jacka Magiery. Jego sposób rozgrywania można podzielić według stref: w tej środkowej gra szybko, na jeden lub dwa kontakty, krótkimi podaniami tworzy miejsce sobie lub kolegom. Pod polem karnym przeciwnika to się zmienia, jest więcej prób dryblingu, wbiegnięcia z piłką w pustą przestrzeń (asysta przy golu Radovicia w meczu z Niecieczą), przebicia się lub ewentualnie prostopadłego podania na wbiegającego za linię obrony kolegę.
vadis1

Dlatego najgorszą dla przeciwnika opcją jest widok Vadisa przy piłce właśnie w strefie ataku, na wprost bramki. Odjidja-Ofoe jest wtedy w stanie zrobić najwięcej w ekstraklasie: dryblować, strzelać, asystować… Dlatego oglądając i analizując mecz Legii z Lechem staje się jasne, że sposobem na ograniczenie zagrożenia z jego strony jest zmuszenie go do szukania sobie miejsca na bokach. Tam, gdzie nie jest tak skuteczny w pojedynkach – w środę w środku pola wygrał ich pięć z ośmiu, a na bokach trzy z jedenastu.

vadis2

Skoro już wiemy gdzie przeciwnik powinien chcieć wygonić Belga, to zastanówmy się jak może to zrobić. Odpowiedź jest prosta: grając zupełnie inaczej niż Lech. Słowa Bjelicy można interpretować dwojako: albo jego zespół nie nastawiał się specjalnie na Odjidję-Ofoe, albo jeśli to zrobił, to zawiódł kompletnie. Patrząc raz jeszcze na to spotkanie naprawdę trudno dostrzec jakikolwiek plan poza zrzuceniem całej odpowiedzialności za najgroźniejszego zawodnika Legii na Łukasza Trałkę.

Faktem jest, że Trałka wygrał z Vadisem siedem z dziesięciu pojedynków. Jednak reszta zespołu była mniej skuteczna, zwłaszcza brakowało wsparcia Macieja Gajosa i Radosława Majewskiego, którzy z czterech starć z Belgiem ani razu nie wychodzili zwycięsko. Może dlatego dwie pierwsze zmiany Bjelicy polegały na zastąpieniu tych piłkarzy?

Krótko mówiąc: Legia rozjechała Lecha środkiem pola. Grając i bezpośrednimi podaniami za linię obrony przy zerowym pressingu na przeciwnika (ani Dąbrowski, ani Jodłowiec nie mieli problemu z posłaniem prostopadłych zagrań), podając między liniami, ograniczając miejsce we wspomnianej rotacji ofensywnych zawodników. Średnie pozycje zawodników Lecha ujawniają wszystko, przepaść między Trałką a dwoma jego kolegami ze środka pola.

legialech1

Efekt był taki, że do Vadisa zagrano najwięcej podań (54), wszystkie kluczowe zagrania były wykonane ze strefy środkowej, Lech w całym meczu na własnej połowie miał w tej przestrzeni tylko cztery udane odbiory. W drugiej połowie Odjidja-Ofoe miał trzy udane dryblingi tuż przed polem karnym gości.

lechslabo

Czysto teoretycznie dyskutując, najbardziej oczywistym rozwiązaniem gry przeciwko Belgowi jest ustawienie dwóch defensywnych pomocników. Co można również zauważyć w całym sezonie i co nie jest łatwe w realizacji, to po prostu ostrzejsze traktowanie Odjidji-Ofoe – wtedy zaczyna się on frustrować, bardziej koncentrować na tych indywidualnych starciach niż rozwiązaniach korzystnych dla zespołu. Jest więcej pretensji i machania rękoma niż konkretnej gry.

Oczywiście to wciąż nie znaczy, że Vadisa tak się zatrzyma. Natomiast jest to danie sobie szansy, a nie – jak to zrobił Lech w środę – stworzeniu rozgrywającemu takich warunków, w których odnajduje się znakomicie.

podanialegia

© Zachodny do tablicy
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci