Menu

Zachodny do tablicy

Futbol analitycznie, statystycznie i konkretnie - na tablicy dziennikarza Sport.pl, Michała Zachodnego.

Zostań skautem: Aubameyang i Nikolić

mzachodny

Na początku byłem w szoku, a potem po prostu się śmiałem. Później zacząłem kombinować - co mogło sprawić, że w pojedynku snajperów Nemanji Nikolicia i Pierre-Emericka Aubameyanga ten drugi w zasadzie ma nad piłkarzem Legii przewagę wyłącznie w szybkości i zwrotności. Czy faktycznie to sprawia, że pierwszy gra w Polsce, a drugi w Niemczech? Może to moja opinia tego porównania jest zbyt ostra lub mało konkretna? Postanowiłem to sprawdzić.

porownanieeeeeAubameyang to jeden z najlepszych napastników na świecie. Według rankingu dziennikarzy i ekspertów "Guardiana" - tych cenię za fachowość, choć wiem, że i im zdarzyły się wpadki - Gabończyk znalazł się na 27 miejscu w roku 2015. Nikolicia nie sklasyfikowano. A mimo to różnia między dwoma napastnikami w rankingu wynosi ledwie osiem punktów rankingowych, czyli pięć procent. Wydaje się, że tak nikły dystans powinien dać Węgrowi miejsce w pierwszej setce "Guardiana", tymczasem zestawienie zamykali m.in. Francesco Totti (96) czy Rhiyad Mahrez (97).
Zresztą 94 punkty przyznane Aubameyangowi to ledwie 67% wszystkich możliwych - niewiele, jak na zawodnika, którego "Guardian" ocenił na minimalnie lepszego od Antoine'a Griezmanna (28), Davida Silvy (30) czy Luki Modricia (31). Niemal połowa (sześć) z ocen przyznanych napastnikowi Borussii jest na poziomie średnim (przedział 4-6), tylko szybkość wyróżniono na poziom światowy (9-10). Co ciekawe, Nikolić dostał tyle samo "siódemek" co Aubameyang, ledwie jedną mniej "ósemkę". Sytuacja staje się coraz bardziej interesująca.
Zwłaszcza dla kogoś, kto od lat na takie rankingi się gapi, często musiał je wypełniać w mniej lub bardziej sensownych raportach skautingowych. Może ma to coś wspólnego z "Football Managerem" i na tym opierała się osoba tworząca porównanie? Wolę nawet nie sprawdzać, zresztą ostatnio gdy patrzyłem, to między czołowymi piłkarzami Bundesligi i Ekstraklasy była przepaść. Dlatego wziąłem się za sprawdzanie.
InStat to idealne narzędzie, które umożliwia porównanie obu piłkarzy. Ale nie chciałem tego robić wyłącznie po statystykach. Spróbowałem inaczej: najpierw szukając odpowiedzi w średnich osiągnięciach na próbie od pierwszego lipca 2015 roku do dziś, a potem dodając obserwacje. W końcu nie wszystkie rubryki z pojedynku snajperów w programie meczowym Legii z Borussią da się określić statystykami.


Porównanie statystyczne jest... zaskakująco wyrównane, prawda? Może ja i kilkaset osób, które szydziły z tego pojedynku nie miały racji? A może osoba tworząca sugerowała się tymi statystykami i dlatego Nikoliciowi tak blisko do Aubameyanga?
Problem w tym, że mówimy o piłkarzach z dwóch różnych światów. - Dortmund nie ma słabszych stron. Gra szybko, może wręcz za szybko na Legię - tłumaczy Andrzej Juskowiak w rozmowie z Przemysławem Zychem przed dzisiejszym meczem w Lidze Mistrzów. - W ostatnim meczu z Niecieczą Legia była przy piłce przez 68 proc. czasu, wymieniła aż 707 podań. Nic z tego nie wychodziło, bo grała za wolno - mówi były napastnik.
Pisałem o tym, że Legia w Niecieczy grała na stojąco i tu zauważam największą różnicę. Ekstraklasa i Bundesliga to dwa światy, a statystyki i ranking programu meczowego jest skrojony jakby obaj poruszali się w tej samej rzeczywistości. Tymczasem Borussia gra co tydzień na innym, dużo wyższym poziomie. Wystarczyło porównać oba przegrane mecze, by to zrozumieć - Borussia w Lipsku zderzyła się ze ścianą agresywnego, wysokiego pressingu, grała w tempie niespotykanym w Polsce. Tym bardziej w Niecieczy, gdzie wyglądało to tak, jak opisuje to Juskowiak - Legia na stojąco wymieniała piłkę, Termalica przyglądała się i nawet niespecjalnie musiała przeszkadzać.
Dlatego InStat stworzył swój własny Index - wskaźnik obliczany za pomocą statystyk, jakie dany zawodnik osiąga, ale biorący również pod uwagę m.in. poziom rozgrywek. Tu różnica jest większa, niż w przypadku pojedynku z programu: Nikolić za ostatni rok ma Index równy 240, Aubameyang - 306. Biorąc pod uwagę, że Lionel Messi - najwyżej oceniany piłkarz wspomnianego na wstępie rankingu "Guardiana" - ma wskaźnik na wysokości 433 punktów, różnica między Węgrem a Gabończykiem wynosi więcej niż 5%.

nikoyangTo wszystko tylko zabawa i nawet jeśli ranking stworzony przez redaktorów Legii odbiega od rzeczywistości (odbiega - np. warunki fizyczne Nikolić ma lepsze od Aubameyanga, choć ten jest według tego samego porównania szybszy i bardziej zwrotny. Do tego jest wyższy, choć w grze głową na niższym poziomie), to dziś warto spojrzeć na mecz mistrzów Polski z Borussią Dortmund i samemu dokonać porównania. Wystarczy kartka papieru, nawet te same rubryk wykorzystane w programie i zachowanie czujności przez 90 minut. Nie wszystko da się wynotować na podstawie przekazu telewizyjnego, ale eksperyment może być ciekawy.
Nie tylko ciekawy, ale i pomocny. Na kursach skautingowych, które obserwowałem w różnych rolach, często przewijało się na koniec pytanie: co dalej? Otóż właśnie to - ciągłe obserwacje, porównywanie, skupienie na szczegółach i tworzenie raportu. Można się śmiać, gdy ktoś twierdzi, że Nikoliciowi blisko do Aubameyanga, ale znacznie trudniej w ogóle podjąć wyzwanie, by obu rzeczowo porównać, prawda?

Derby Manchesteru, czyli wcale nie kwestia duszy

mzachodny

- You've got no soul! - krzyknął kibic United do fanów City, a w reakcji usłyszał śmiech z obu stron. Była 89 minuta "mini derbów" w przededniu "mega meczu" - to określenia prosto z angielskiej prasy, nie mój wymysł. Na Etihad słabe widowisko dwóch rezerwowych drużyn z Manchesteru oglądało kilka tysięcy kibiców. Pierwszego stewardzi wyprosili już w dziesiątej minucie, gdy w odpowiedzi na zaczepne przyśpiewki gości rzucił w stronę ich sektora "you Munich cunts". Pozwólcie, że każdy sam sobie to przetłumaczy.
Nad boiskiem, na pierwszym piętrze stromych trybun, już od kilku lat wisi hasło: "Manchester dziękuje ci, szejku Mansour". Całe miasto, a nie tylko klub dziękuje swojemu ratownikowi - gdyby się nad tym głębiej zastanowić, to pewnie też fani United są wdzięczni za hałaśliwego sąsiada. Po strąceniu Liverpoolu z ich "pieprzonego tronu" (to słynne słowa sir Aleksa Fergusona) przyszedł czas na kolejnego wroga do zaognionej rywalizacji. Już nie na argumenty typu "kto wydaje więcej", nie po takich letnich wydatkach United. Wydatkach na Old Trafford wyczekiwanych od lat. Transferach, które mają przywrócić mentalność zwycięzców na miarę tej wszczepionej poprzednim generacjom przez słynnego Szkota.
Nawet neutralnym kibicom trudno określić się po konkretnej stronie. United mają wielkie tradycje, "duszę", ale i krewkiego Mourinho oraz bezdusznych finansistów z USA za swoimi plecami. Nie to, że właściciele City są lepsi - David Conn, kibic błękitnych kiedyś powiedział, że o rodzinie Glazerów przynajmniej wiadomo skąd są i skąd mają pieniądze. Inwestycje ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich są znacznie bardziej zagmatwane i pozasłaniane. Ale za to na Etihad mają Guardiolę, szkoleniowca reprezentującego piłkarski odpowiednik "dobrego stylu". Nawet w piątek mówił, że dla niego wygrywanie nie jest tak ważne, jak sposób w jakim osiąga się cel.
Ten brak jednoznaczności i wielowymiarowość starcia United z City przyciągnął do miasta tłumy turystów. Dziś to mnie Anglicy w koszulkach "Czerwonych Diabłów" zaczepiali na Picadilly Gardens, którą linią Metrolink dojadą na Old Trafford. A pod Etihad robiłem zdjęcie uradowanym turystom z Azji, którzy do Manchesteru przyjechali ze specjalną flagą z datą derbowego meczu i dedykacją w ich języku.
Rozmowy o meczu słyszysz wszędzie, choć na dobrą sprawę w ostatnich dniach barwy nie przebijały się tak mocno. Ale dyskusje o roli Wayne'a Rooneya, kwesti zastąpienia Sergio Aguero, mocnym wejściu Marcusa Rashforda i udanym miesiącu Raheema Sterlinga pojawiają się i przy regałach w Tesco, i przy stolikach w kawiarni Waterstones. Od derbów nie da się uciec.
Bo i po co uciekać? Starcie dwóch piłkarskich firm przyciąga niemal tak bardzo, jak kolejny etap wojny Mourinho z Guardiolą. Wojny obecnie prowadzonej przez media i na potrzeby mediów. - Macie teraz idealną sytuację: na całym świecie chcą czytać setki analiz i artykułów o derbach - uśmiechał się Guardiola. - Jeśli szukacie bójki, to musicie poczekać na galę bokserską, która odbędzie się w sobotę wieczorem - dodawał Mourinho. A gdy Hiszpana zapytano o porównanie ich dwóch do wielkich rywalizacji z innych dyscyplin - np. Aliego i Fraziera - ten wzdrygnął się i powiedział, że przecież mowa o sportowcach, nie trenerach. - W sobotę na Old Trafford nikt nie przyjdzie patrzeć na mnie czy Mourinho. Ludzie będa oglądać piłkarzy - odpowiadał. I oby było co oglądać.

Teksty zapowiedziowe, które przygotowałem w ostatnich dniach pobytu w Manchesterze:
- o Raheemie Sterlingu, czyli ofiarze hejtu angielskiego pokolenia.
- o podtekstach, napięciu i szaleństwie wokół batalii Mourinho z Guardiolą.
- o wizycie na kampusie Etihad i konferencji Guardioli przed meczem z United.

Dodatkowo polecam "do tablicy" nagrane przed wyjazdem, właśnie o derbach Manchesteru.

 

Dundalk - Legia. Kim będzie Odjidja-Ofoe?

mzachodny

Po dwubramkowym zwycięstwie w Dublinie Legia Warszawa zapewne do Ligi Mistrzów dotruchta. Trzymając się analogii do igrzysk: mistrz Polski wykorzystał to, że trafił do najsłabiej obstawionego biegu eliminacyjnego. Nie musi bić rekordu życiowego, wejście do finału zapewni utrzymanie takiego tempa, jakie z Dundalk preferował Vadis Odjidja-Ofoe.
Przy tak słabej grze, jaką prezentowała Legia w pierwszej połowie meczu z półzawodowym Dundalk łatwo było o wybranie kozła ofiarnego i konsekwentne uderzanie przy kolejnych nieudanych czy przeciętnych zagraniach. Kandydatów było wielu: słabo spisywali się boczni obrońcy, Thibault Moulin nie potrafił urwać się spod indywidualnego krycia, Michał Kucharczyk oraz Steveen Langil męczyli prostymi stratami w nielicznych sytuacjach. Jednak nawet ciągle uciekająca Tomaszowi Jodłowcowi piłka nie irytowała tak, jak powolne tempo najnowszego nabytku Legii, Vadisa Odjidji-Ofoe.
Jego wybrać było najłatwiej. Belgijskiemu pomocnikowi brakuje solidnie przepracowanego okresu przygotowawczego, wejście do drużyny miał kiepskie, bo jego przeciętną formę obnażyli piłkarze pierwszoligowego Górnika Zabrze, a w meczu ligowym w Lublinie nie potrafił w ciągu 20 minut pomóc ratującej wynik Legii. Tym bardziej dziwiła decyzja Besnika Hasiego, by Odjidjiego-Ofoe wystawić w Dublinie.
Po zwycięskim dwumeczu z Trenczynem Albańczyk powiedział, że Legii daleko do jego pomysłu na grę, że teraz ważniejsze są wyniki i wejście do Ligi Mistrzów, a nie kształtowanie stylu. Hasi mówił, że jest "realistycznie", choć po występie w Dublinie można użyć określenia "minimalistycznie". Ograniczając straty, nie marnując sił, wykorzystując minimum z potencjału i kreatywności zespołu. Dochodząc do odpowiedniej formy meczami a nie treningami.
Jestem pewien, że Hasiemu takie występy jego drużyny podobają się jeszcze mniej niż kibicom. On cierpi, bo do bycia trenerem reaktywnym/minimalistycznym/pragmatycznym nie przywykł pracując w Anderlechcie, klubie promującym ofensywny styl gry już od najniższego stopnia akademii. W Legii na razie to on musi się dostosować zanim zacznie wprowadzać swoje pomysły. Na razie musi iść na kompromisy - ustawia zespół w 4-3-3, ale wcale nie gra ofensywnie, nie dominuje. Nie wybiera ani jednego typowego defensywnego pomocnika, ale za to robi coś, czego nie lubi, czyli wystawia dwóch szybkich, grających niemal wyłącznie przy linii bocznej skrzydłowych.
Pierwsze dwadzieścia, trzydzieści minut było dramatycznym widowiskiem. Zwłaszcza, gdy patrzyło się na Odjidję-Ofoego, który nie potrafi wyprzedzić przeciwnika, odnaleźc się przy agresywnym kryciu i znaleźć sobie miejsce w środku pola, by otrzymać podanie. W tym okresie spotkania zaliczył ledwie kilka dobrych zagrań, w tym rajd, który skończył się rzutem wolnym i żółtą kartką dla rywala. Ogólnie nie tyle wpisywał się w mierność gry Legii, ile ją definiował.
Ale w drugiej połowie wszystko się zmieniło: Odjidja-Ofoe stał się liderem Legii, niemal każde jego zagranie było pozytywne. On rozpoczął akcję, która przyniosła rzut karny. Pokazał, że ma potencjał na zostanie piłkarzem idealnie skrojonym do roli jaką dla środkowego pomocnika widzi Hasi.

 

- Dla mnie nie istnieją defensywni pomocnicy, określani "szóstkami". W topowych zespołach nie ma miejsca na takich. Dla mnie są środkowi pomocnicy, chcę mieć "ósemki", potrafiące rozegrać piłki, przy tym zdolnych do odebrania piłki. To najważniejsze miejsce na boisku. Pomocnicy mają być trenerami na boisku - tłumaczył na początku swojej pracy Albańczyk.

Belg pewnie nie zna jeszcze nawet kilku słów w języku polskim, ale w trakcie meczu przynajmniej gestami pokazywał kolegom, by uspokoili grę, wybrali konkretny kierunek, ustawili się do obrony. Jego statystyki również mówią trochę inną historię niż pełen przekrój występu: 90 proc. podań dokładnych (ale było ich w sumie tylko 31), 82 proc. wygranych pojedynków (z 17), dziewięć prób odbiorów, tylko jedna stracona piłka i trzy odzyskane*. Przebiegł dziewięć kilometrów w 75 minut - dwa mniej od grającego całe spotkanie Tomasza Jodłowca**.
Nie była to nawet połowa z maksimum możliwości Odjidjego-Ofoe - po prawdzie, piłkarz o takim CV powinien dominować technicznie i inteligencją nad rywalami pokroju Dundalk nawet, gdy brakuje mu wytrzymałości, szybkości i zwrotności. Przynajmniej pokazał przebłyski zagrań dla których Hasi zdecydował się wystawić go w takim spotkaniu (Kopczyński nie zrobiłby takiej akcji z piłką, jak Belg przy pierwszym golu), ale też powody by sądzić, że gdy zacznie się poważne granie, Odjidje-Ofoe stanie się dla Legii punktem odniesienia, może nawet boiskowym "trenerem".

*- dane InStat
**- dane UEFA.com

Euro do tablicy: Zemsta kujonów

mzachodny

Czy słyszeliście już o ostatnim sporze w niemieckim futbolu? Chociaż od półfinału w którym mistrzowie świata zagrają z Francją dzieli nas mniej niż czterdzieści osiem godzin, Joachim Loew wciąż musi zmagać się z krytyką Mehmeta Scholla.

Pozwólcie, że w skrócie powiem o co chodzi. Gdy Niemcy w sobotę przed północą cieszyli się z pokonania ich odwiecznego problemu - Włochów - w ARD szalał wściekły Mehmet Scholl. - Urs Siegenthaler powinien rano zostać w łóżku, skupić się na swojej robocie, a innym pozostawić opracowanie treningu i nie podsuwać żadnych własnych pomysłów. Nie wierzę, że Joachim Loew obudził się nagle i wmawiał wszystkim, że trójka obrońców jest dobrym rozwiązaniem - mówił były pomocnik Bayernu Monachium. Chodziło mu o to, że analityk i mentor selekcjonera narzucił mu dostosowanie swojego ustawienia pod słabszą drużynę Włoch. Skoro Antonio Conte wybrał trzyosobową formację obrony, to Loew nie powinien tego powtarzać. W końcu z rywalami o mniejszej jakości nie wypada.

Sztab szkoleniowy niemieckiej drużyny potraktował to jako obelgę. - Przed tysiącem lat niektórzy wciąż uważali, że ziemia jest płaska - odpowiedział Siegenthaler. - Tak, słyszałem jakiś szum medialny. Można się różnić, to gra opinii. Ale krytyka staje się negatywna, gdy wchodzi na poziom osobisty, zwłaszcza atakując osoby ze mną pracujące - dosyć dyplomatycznie tłumaczył to Loew. - Niewiarygodne, że Mehmet tak się zachował. Przecież nie ma pojęcia, jak wygląda proces decyzyjny w naszym sztabie. Strasznie nas to irytuje. Kto zna Joachima, ten wie, że jest wielkim taktykiem, że lubi także konsultować się z osobami, które z nim współpracują - odpowiadał dyrektor kadry mistrzów świata Oliver Bierhoff.

Reagowali nie tylko niemieccy trenerzy. Christof Kneer z "Sueddeutsche Zeitung" tak skomentował całe zamieszanie: - Loew wyprzedził o krok swoich krytyków. To była decyzja trenera świadomego jakości swojego składu, wzięcie odpowiedzialności za wynik i kogoś, kto wie, że musi wysłać niedoświadczonego zawodnika (Joshuę Kimmicha) na poważną misję.

Michael Horeni z "Frankfurter Allgemeine Zeitung": - Jedno jest pewne: była to ryzykowna, choć defensywna zmiana. I do niespodziewanej okazji dla Włochów (błąd Jerome'a Boatenga i rzut karny - przyp.red.) z 78 minuty wszystko szło według planu. (...) Ale, po raz pierwszy przeciwko reprezentacji Włoch, Niemcy odnaleźli odpowiedź na futbol nieprzewidywalny, do tej pory ani razu nie było to tak ekscytujące.

***

Dygresja. Chociaż trudno cokolwiek zarzucić reprezentacji Adama Nawałki, to w dniach po porażce w rzutach karnych brakowało mi jednego: dyskusji o tym, co selekcjoner mógł zrobić lepiej. Nie chodzi o to, by zachowywać się jak Scholl - niestety jeden z ekspertów próbował w stosunku do niektórych piłkarzy i wyszło równie słabo - ale konkretnej rozmowy. Zwłaszcza, że jej ton nadać mogły wypowiedzi polskich piłkarzy. Po meczu z Portugalią pod szatniami słyszałem od Roberta Lewandowskiego i Grzegorza Krychowiaka (dwóch najbardziej rozpoznawalnych na świecie reprezentantów) konkretne słowa o tym, czego do sukcesu mogło zabraknąć.

Do tej pory, gdy piłkarze rozmawiali po spotkaniach z dziennikarzami, trafiał do nas przekaz prosto od selekcjonera. Jeszcze w trakcie mistrzostw, gdy chodziło o drugie piłki, które są (słusznie) obsesją Nawałki. Ale po ćwierćfinale słyszałem powtarzane słowa nie selekcjonera, lecz Zbigniewa Bońka. - Zabrakło szaleństwa, ryzyka - mówił Krychowiak. - Mogliśmy pójść po zwycięstwo przed rzutami karnymi - to Lewandowski. A tak jeszcze przed wcześniejszą rundą braki Polaków opisywał Boniek.

To czy mają rację jest kwestią sporną, mi bardziej chodzi o to, co dalej. Jak sprawić, by za dwa lata w Rosji nikt o braku szaleństwa nie mówił? Albo: co takie ryzyko mogłoby dla zespołu oznaczać w każdej chwili meczu? To nie spekulacje czy krytyka, ale normalna debata taktyczna. O ile byłaby podparta konkretnymi argumentami, materiałem wideo. Nie wierzę, że jest to niewykonalne dla ekip zatrudniających fachowców i mających dostęp do każdego momentu pięciu meczów Polaków. Po prostu temat nie został podjęty, bo (zakładam, że) dla widza stałoby się to materiałem mało atrakcyjnym, albo zbyt czasochłonnym. A akurat trzeba puścić reklamy.

***

W Niemczech mieli podobne problemy. Gdy pod koniec lat 90. w telewizji pojawił się w okularach Ralf Rangnick i tłumaczył widzom, na czym polega gra czwórką obrońców w jednej linii, ówczesny szkoleniowiec Ulm musiał walczyć z mocną krytyką. Wyzywano go od profesora, praktyka, okularnika - i śmiano się ze stylu w jakim tłumaczy taktyczne zawiłości. Dziwiono się, że w ogóle ośmielił się zmierzyć z mocno stojącą niemiecką myślą szkoleniową. Tą, którą dopiero czekała brutalna weryfikacja. Czas pokazał, że to Rangnick miał rację, a nie jego krytycy.

Wszystko to piszę nie po to, by włączyć się do niemieckiej debaty, ale pokazać jej dalszy ciąg. We wtorek otrzymałem od niemieckiej federacji e-mail o interesującym tytule: "Trzy czy czteroosobowy blok obronny: najbardziej elastyczne systemy gry". Pracownicy DFB nawiązując bezpośrednio do rozgorzałej debaty o ustawieniu zastosowanym przez Joachima Loewa rozpisali artykuł i wysłali do subskrybentów ich strony - dziennikarzy, trenerów, piłkarzy, działaczy, kibiców... Zgaduję, że do kilkuset tysięcy - wiadomość stanowiącą ważny wkład w dyskusję i edukację środowiska piłkarskiego. Coś, czego pomimo dynamicznie rozwijających się starań PZPN, wciąż w Polsce mi brakuje.

- Wszyscy jesteśmy zgodni: różnorodność w futbolu jest wskazana. Drużyny, które nie potrafią odpowiadać na ustawienie rywala mają spore problemu. Dlaczego więc nie myśleć o zmianie ustawienia? W końcu drużyny, które trzymają się sztywno jednego systemu gry są łatwiejsze do rozpracowania - piszą autorzy DFB. - Na poziomie juniorskim różnorodność pomaga w rozwoju piłkarzy. Grając z trzyosobową linią obrony juniorzy dostają szansę szerszego spojrzenia na boisko. A starsi rozwijają swoje spojrzenie na futbol.

- A rozwiązanie z trzema obrońcami pozostaje alternatywą, która na najwyższym poziomie pojawia się coraz częściej od czasu mundialu w 2014 roku. I analitycy reprezentacji Niemiec podkreślali to w swoim raporcie dwa lata temu. Drużyny z Ameryki Południowej dzięki temu imponowały, a elastyczność się im opłacała: Chile wygrało tegoroczną edycję Copa America w końcu grając czwórką z tyłu. Więc nie musicie wyłącznie polegać na opinii ekspertów, ale samemu starając się zrozumieć wartość różnych systemów - kończą i polecają lektury tekstów, które mogą również pomóc w... przygotowaniu rozwiązania na półfinał z Francją, w którym Loew nie będzie mógł skorzystać z kilku piłkarzy środka pola. Taka zemsta kujonów: nie dosyć, że rozłożyli Scholla na deski, to jeszcze stali nad nim krzycząc, by się podniósł do dalszej walki. Walki na ich warunkach

***

Na tym polega dyskusja, nawet jeśli rozpoczęta niesprawiedliwym zarzutem. A nawet nie tyle dyskusja, ile edukacja. Każda okazja jest dobra, nawet jeśli przed Niemcami niezwykle trudny półfinał z Francją, to warto ukierunkować środowisko piłkarskie na konkretny temat. Nie np. premii dla piłkarzy, czy jakikolwiek inny mało istotny, plotkarski, ale typowo futbolowy.

"To Siegenthaler wymyślił porównanie, że kopnięcie piłki jest formą rozmowy między grającymi. Wymiana podań - dyskusją. I gra Niemiec ma być rozmową rzeczową i zaplanowaną, a nie jakimś przekrzykiwaniem się", pisał Paweł Wilkowicz dwa lata temu, jeszcze przed zwycięstwem Polski nad Niemcami i dynamicznym rozwojem reprezentacji, którą mamy teraz pełne prawo nazywać poważną siłą w europejskim futbolu. W dużej mierze dzięki piłkarzom, ale i taktyce obieranej przez Adama Nawałkę. Chcielibyście ryzyka? Fajnie, ale trzeba pamiętać, że biało-czerwoni na Euro przez ani minutę turnieju nie przegrywali. To imponująca statystyka.

Niech to będzie temat na inną rozmowę. Oby w ogóle zdarzyła się okazja do takiej wymiany podań. Na razie widzę, że jest trudno, gdy nawet do Francji docierają mnie głosy, że krytykuje się tych dwóch największych pracusiów polskiej kadry, Arkadiusza Milika i Roberta Lewandowskiego. W tej kwestii też warto mieć przygotowaną kontrę...

Euro do tablicy: Zatrzymać duet Portugalii

mzachodny

Z takim wyzwaniem Michał Pazdan i Kamil Glik jeszcze się nie mierzyli. Odnowiony i niezwykle groźny atak reprezentacji Portugalii ma atuty, których brakowało dotychczasowym rywalom Polaków. Czy biało-czerwona ściana zatrzyma Cristiano Ronaldo i Naniego?
"Mobilność, mobilność i mobilność" - to słyszymy pytając Portugalczyków o największy atut ich ofensywy. Nie umiejętności techniczne Cristiano Ronaldo, nie jego strzały z dystansu, nie drybling Naniego i nie nieprzewidywalne uderzenia Ricardo Quaresmy. To ruchliwość dwóch napastników Fernando Santosa może spowodować problemy drugiej najskuteczniejszej defensywy na mistrzostwach Europy.
To nie jest duet marzeń. To nie jest też oczywisty duet napastników. Fernando Santo po prostu uznał, że nie ma sensu szukać napastnika, który grałby między ustawionymi na skrzydłach Ronaldo i Nanim. Zbliżył ich do siebie, zyskał miejsce na kolejnego środkowego pomocnika. Tego typu decyzje - odważne, ale proste - tworzą różnicę w wynikach zespołów i odbiorze trenerów.
Przez lata panowała opinia, że Nani to mniej udana kopia Cristiano Ronaldo: nie tak skuteczny, nie tak poświęcony karierze i nie tak błyskotliwy w dryblingu. Jednak ten, który zabrał obu ze Sportingu Lizbona i wypromował w Manchesterze United widzi zdecydowaną różnicę. - Cristiano Ronaldo ma wszystko - powtarza od lat sir Alex Ferguson. - Może strzelić prawą i lewą nogą, świetnie gra głową, jest odważny jak lew i ciągle chce być lepszy - tłumaczy.
- Naniego obserwowaliśmy niemal tak długo, jak Cristiano. Jest innym typem zawodnika, bo może grać na każdym skrzydle, ale też w środku pola. Jest szybki, ma wiele energii i jest bardzo uniwersalny - określa drugiego z nich Szkot.
Do tej pory ustawianie Ronaldo samego w roli "dziewiątki" nie przynosiło oczekiwanych rezultatów, bo on nie lubi tej pozycji. Między obrońcami panuje ścisk, trudniej przyjąć piłkę, obrócić się i znaleźć miejsce na strzał. Ale też podania rzadziej docierają do napastników, a jeśli już, to są utrudnione - górne, zbyt mocne, niecelne. Na pewno nie takie, z których Cristiano Ronaldo mógłby żyć.

nanicr7W grze Portugalii nie chodziło wyłącznie o to, by dostosować style Ronaldo i Naniego tak, by każdy z nich odniósł korzyść. Oni też musieli od siebie coś dać, by cały zespół funkcjonował lepiej. Najbardziej otwarty mecz Portugalczyków nastąpił przeciwko Węgrom, gdy Ronaldo asystował przy golu Naniego, a kolejne trafienie było po rozegraniu drugiego z bocznym pomocnikiem. Ten wrzucił, a nabieg kapitana drużyny dał mu przewagę nad obrońcą i ułatwił strzelenie gola.
Właśnie, nabieg. Zarówno Ronaldo, jak i Nani świetnie wyczuwają sytuację w polu karnym. Łatwo to określić, trudniej wcielić w życie - a oni instynktownie odczytują tor lotu piłki jeszcze przed pierwszym ruchem. Robią dwa kroki w jednym kierunku, by następnie przyspieszyć w odwrotnym, gubiąc rywala i wyskakując do piłki bez krycia. Co ciekawe, w statystyce strzałów głową lepszy jest Nani - oddał aż dziewięć strzałów w porównaniu do pięciu Ronaldo. Bo to na kapitanie koncentrują się obrońcy, gdy współpracujący z nim napastnik ma więcej miejsca.
To cecha wiodąca obu tych piłkarzy: umiejętny nabieg, wyczucie dośrodkowania, wyprzedzenie obrońcy. Dlatego tym bardziej istotny będzie Kamil Glik, lider Euro 2016 pod względem wybić (40). Jeśli on i Pazdan nie pozwolą, by Ronaldo lub Nani wygrywali pojedynki w powietrzu w polu karnym Polaków, to Portugalczycy stracą istotny atut. Ale nie tylko słynne już "łapanie głębi" okaże się kluczowe: gdy jeden z dwóch napastników Portugalii wychodzi z pola karnego, drugi szuka wolnej przestrzeni przez niego tworzonej. Ich współpraca nie jest oczywista, nie jest oparta na wymianie podań, ale bardziej miejsca.
To największy sukces Santosa, choć selekcjoner Portugalii wie, że ich współpracy daleko jest od perfekcji. Łatwiej ją zaburzyć, niż nadać jej sensu. Przecież zarówno Islandczycy, Austriacy i Chorwaci zachowywali się w defensywie odpowiedzialnie i to wystarczyło. Do momentu kontry, błędu w obronie lub wyjątkowo dobrego dośrodkowania.
Jest to test dla Glika i Pazdana, ponieważ nie mogą pozwolić sobie na stworzenie rywalom takich okazji, jakie marnowali Mario Goetze czy Eren Derdiyok. Jeśli nie dopuszczą do stuprocentowych sytuacji, Portugalia będzie się denerwować. Jak udowodniły wcześniejsze spotkania, to moment irytacji i dekoncentracji jest najlepszą chwilą na przeprowadzenie skutecznego ataku. Tak jak w meczu ze Szwajcarią dla Polaków obrona zaczynała się od ataku, tak teraz atak zaczyna się od obrony.

© Zachodny do tablicy
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci