Menu

Zachodny do tablicy

Futbol analitycznie, statystycznie i konkretnie - na tablicy Michała Zachodnego.

Kryzysowa jesień w Paryżu

mzachodny

Gdy Unai Emery i Grzegorz Krychowiak latem zamieniali Sevillę na Paris Saint-Germain, naprawdę trudno było im się dziwić takiego ruchu. Trener i jego piłkarz przychodzili, by z drużyny dominującej w kraju wznieść ją na poziom najlepszych drużyn w Europie - przy okazji samemu robiąc ten skok.

Reputację mieli zasłużoną: polski pomocnik według m.in. dziennikarzy Guardiana był najlepszym piłkarzem na swojej pozycji w mistrzostwach Europy, hiszpański trener właśnie po raz trzeci z rzędu podbił Ligę Europy. W poprzednim klubie osiągnęli maksimum i potrzebowali kroku w przód. Kto się nie rozwija, ten się zwija.

Po pierwszym półroczu wiemy już, że wygląda to zupełnie inaczej. Gra Paryżan jest jednostajna i mało kreatywna, brakuje szybkości oraz jakości, a trzecie miejsce w lidze jest uznawane za porażkę. Do tego stopnia, że Emery miał już mieć postawione pierwsze ultimatum, grał o swoją posadę, a Krychowiakowi nawet koledzy zarzucają brak odpowiedniego poziomu wyszkolenia technicznego, by grać dla PSG. Wystarczy przejrzeć L'Equipe z ostatniego tygodnia, by dostrzec powagę sytuacji: trenera już wymieniają, piłkarza uznają za jednego z najbardziej zawodzących w Ligue 1.

Łatwo powiedzieć: żaden z nich nie pasuje do nowego klubu. Trudniej jest to jednak wytłumaczyć. Spójrzmy w pierwszej kolejności na porównanie Sevilli (sezon 2014/15) z dwiema drużynami PSG: tą z poprzednich rozgrywek i obecnych. W pierwszym przypadku i nie wchodząc w szczegóły widać różnicę stylu, nastawienia, sposobu bronienia i atakowania... Rok temu zespół Emery'ego przebywał przez 30% czasu gry w tercji defensywnej, nikt w lidze hiszpańskiej nie miał wyższego wyniku. Z kolei Paryżanie pod tym względem w poprzednich rozgrywkach byli na przeciwległym biegunie we własnej lidze (25%).

emeryJednak warto również dostrzec, że to Emery próbuje się dostosować, a nie dopasować drużynę do swojej wizji futbolu. Tylko cztery razy PSG miało posiadanie niższe niż 60%, gdy w całym poprzednim sezonie Sevilla wyznaczony pułap - można go uznać za ten wyróżniający drużyny skierowane na dominację w tym elemencie - osiągnęła tylko ośmiokrotnie. Dla Hiszpana to wielki przeskok - ze średniego poziomu 49,9% (Sevilla 2015/16) na 61,6% (PSG 2016/17), zmieniający całkowicie postrzeganie wydarzeń na boisku, rozwiązań taktycznych, podejścia do treningu, ujęcia analitycznego... Zresztą nawet w Paryżu najlepszy mecz jego zespół rozegrał w Superpucharze Francji, pokonując wysoko Olympique Lyon (4:1) przy zaledwie 40% posiadania, atakując po dynamicznych, bezpośrednich kontrach. Grając jak Sevilla, nie PSG.

W świecie trenerów takie przemiany są niezwykle rzadkie. Nic dziwnego, że w przypadku Emery'ego na razie wychodzi to słabo. O ponad 20% spadła średnia zdobycz na mecz punktów (z 2,53 do 2,05) oraz strzelonych goli (z 2,68 do 2). Interesujące jest to, że wyniki PSG z obecnego sezonu są... najlepszymi w szkoleniowej karierze Emery'ego. Hiszpan wygrał prawie 63% meczów, gdy w Sevilli osiągnął w niezwykle udane trzy i pół roku 52%. Ironia losu, prawda?

W przypadku piłkarzy jest łatwiej: każdy jest tylko (i aż) jednym z jedenastu elementów stanowiących całość. Ich role oraz umiejętności muszą się uzupełniać wedle pomysłu trenera. Krychowiak był piłkarzem idealnym do strategii Emery'ego - ale w poprzednim klubie. W obecnym gra w innym ustawieniu, z inaczej grającymi partnerami. Musi stać się elementem w taktyce przeciwko której często się mierzył w Hiszpanii, przeciwko której najlepiej się sprawdzał.

Kolejna ironia: Krychowiak wcale nie ma gorszych statystyk wiodących dla swojej pozycji. Celniej podaje piłkę, średnio tyle samo razy zagrywa piłkę na dłuższy dystans, rzadziej traci posiadanie... Z profilu wynika, że nie ma większej różnicy między jego grą w Hiszpanii i we Francji. Właśnie na tym polega problem: Krychowiak również nie potrafi się przestawić.

grzegorz1516

Trudniej jednak wskazać, co powinien robić inaczej, lepiej. Gdy Polak przechodził do PSG, twierdzono, że ma zastąpić Blaise'a Matuidiego lub Thiago Mottę. Pierwszy z nich jest piłkarzem o innym profilu. Gdy o Krychowiaku mówimy, że najlepiej czuje się zabezpieczając linię obrony, Francuz znacznie więcej biega do przodu. Polaka w tej wersji widywaliśmy rzadko i do tego niemal wyłącznie w reprezentacji - do tej jesieni, gdy więcej pewności w swojej grze pokazuje Piotr Zieliński, który przejął kierowanie ofensywą zespołu. Z korzyścią dla drużyny.
matuidi1516

Bliżej jest mu do Motty, ale tu wychodzi przewaga Brazylijczyka: w znajomości drużyny, zrozumieniu taktyki i wymagań kolegów. Przy budowaniu akcji od tyłu i krótkimi podaniami każdy ułamek sekundy zawahania zabiera możliwość rozegrania do przodu. Przyspieszenia akcji, a nie po prostu rozegrania do boku. Chodzi o powtarzalność, której Krychowiak nie ma, którą dopiero stara się przyswoić. W wywiadzie z Pawłem Wilkowiczem mówił, że specjalnie w celu poprawienia rozegrania zostaje po treningach lub przyjeżdża do ośrodka PSG w dniu wolnym.

krymotta

Jednak ćwiczenie na boisku treningowym, a powtórzenie tego samego w sytuacji meczowej to dwie różne rzeczy. Potencjał Polak ma, na pewno może się rozwinąć i starać wpasować w PSG. Pytanie do jakiego stopnia mu się to uda? Czy nie stanie się szybciej elementem zbędnym w Paryżu, ale wciąż atrakcyjnym dla drużyny grającej w stylu bardziej mu pasującym? Identyczne wątpliwości dotyczą Emery'ego.

 

Duet z Sevilli podjął się trudnego wyzwania, ale całkowicie zrozumiałego. Druga taka szansa mogła się nie powtórzyć, piłkarze oraz trenerzy są szybko i łatwo szufladkowani. Ten krok był im potrzebny, by sprawdzić się na innym poziomie, zdobyć większe uznanie i pozycję. Jeszcze z niego nie spadli, jeszcze się trzymają. Determinacji, by się tam utrzymać na pewno im nie zabraknie.

PS. Radary statystyczne stworzył Artur Davtyan.

PS2. Dane statystyczne pochodziły z WhoScored oraz Squawka.com

Statystyczna XI rundy jesiennej ekstraklasy

mzachodny

Matus Putnocky (Lech Poznań)

85% obronionych strzałów
87% udanych przechwytów
9 goli wpuszczonych

Jarosław Jach (Zagłębie Lubin)
190 przechwytów
180 odzyskanych piłek
69% wygranych pojedynków w powietrzu
87% dokładnych podań

Paulus Arajuuri (Lech Poznań)
11 popełnionych fauli
8 czystych kont w 12 meczach
74% wygranych pojedynków w defensywie
77% udanych odbiorów

Hebert (Piast Gliwice)
218 przechwytów
168 wygranych drugich piłek
186 odzyskanych drugich piłek
212 wygranych pojedynków w defensywie

Adam Frączczak (Pogoń Szczecin)
7 goli
41 kluczowych podań
422 pojedynki, 48% wygranych
46 razy faulowany

Taras Romanczuk (Jagiellonia Białystok)
4 gole
5 asyst
518 pojedynków, 55% wygranych
96 prób odbiorów, 51% udanych

Thibault Moulin (Legia Warszawa)
4 asysty
1314 podań, 85% dokładnych
41 kluczowych podań
śr. 4 odbiory i 5 przechwytów na mecz

Piotr Tomasik (Jagiellonia Białystok)
7 asyst
81 prób odbiorów, 57% udanych
131 podań w pole karne, 58% dokładnych
130 wygranych pojedynków w defensywie

Miroslav Radović (Legia Warszawa)
7 goli
6 asyst
47 dokładnych kluczowych podań
74 prób dryblingu, 72% udanych

Konstantin Vassiljev (Jagiellonia Białystok)
9 goli
10 asyst
73 kluczowe podania, 59% dokładnych
43 strzały, 21 celnych
61% udziału w akcjach bramkowych drużyny

Nemanja Nikolić (Legia Warszawa)
12 goli
48 strzałów, 65% celnych
21 dokładnych kluczowych podań
17 razy złapany na spalonym

xistaty

 

Legia 1:0 Sporting. Hołd dla Vadisa

mzachodny

Nikt nie zgadnie, dlaczego UEFA piłkarzem meczu ze Sportingiem (1:0) wybrała Aleksandara Prijovicia, a nie Vadisa Odjidję-Ofoe. Chociaż szwajcarski napastnik zaliczył asystę, to wszystko co dobre w grze Legii Warszawa brało się od belgijskiego rozgrywającego.

Przyznał to po spotkaniu nawet sam Prijović. - On odciska piętno na naszej grze, z meczu na mecz imponuje coraz bardziej - chwalił kolegę. - Ma takie umiejętności techniczne, że nie odstaje nawet na tle rywali z poziomu LM. Grać z nim to przyjemność - dodawał Michał Kopczyński.

Oczywiście Odjidja-Ofoe grał już w Legii mecze bardzo dobre - choćby ten z Realem Madryt, gdy strzelił pięknego gola - ale dopiero ze Sportingiem jego występ był świetny na wielu różnych poziomach. W Dortmundzie asystował przy golu, próbował pięciu kluczowych podań, miał cztery dryblingi, ale w defensywie odstawał: żadna z pięciu prób odbiorów nie była udana, wygrał ledwie 35 proc. pojedynków, w tym żadnego w obronie. Tymczasem w środę w Warszawie było zupełnie inaczej.

Bo inaczej zagrała cała Legia. Jacek Magiera mówił o wyrachowaniu, jego piłkarze pod szatnią o znaczeniu gry kolektywnej. W defensywie był to zespół spójny, razem ciężko pracujący, podwajający przeciwnika, szybszy i bardziej zdecydowany. W środku pola najlepiej o przewadze w tych aspektach świadczą zebrane "drugie piłki" - kto je przejmuje, ten wchodzi w kluczową fazę przejścia z obrony do ataku, ma możliwość zaskoczenia rywala w najtrudniejszym dla niego momencie: dezorganizacji. Odjidja-Ofoe zebrał tych drugich piłek aż 13, czyli dokładnie co piątą swojego zespołu. I dokonywał tego na 30-40 metrze od własnej bramki, i na połowie przeciwnika.

odjidjapilkiZresztą 27-letni Belg wyróżniał się również w kontakcie z przeciwnikiem: odbierając piłkarzom Sportingu piłkę czterokrotnie, do tego tyle razy będąc również faulowanym. Z racji pozycji jego bezpośrednim rywalem był William Carvalho, przecież defensywny pomocnik wysokiej klasy, pierwszoplanowa postać mistrzów Europy z tego roku. A jednak kilka razy mógł tylko przyglądać się, jak Odjidja-Ofoe nim kręci, zmienia kierunek prowadzenia piłki, ucieka po dryblingu. I Carvalho nie tylko nie zaliczył żadnego odbioru (jego jedyny faul na pomocniku Legii skończył się drugą żółtą kartką), ale też razem z Adrienem Silvą zebrali mniej drugich piłek od Belga (12).

odjidjaodbioryTo, że Odjidja-Ofoe potrafi dryblować każdy już wie. Zresztą spytajcie wspomnianego Carvalho. Jednak wiele o jego grze mówi to, gdzie próbował mijać rywali. Nie tylko w swojej nominalnej strefie, ale także na skrzydłach. Jest to istotne ze względu na wymienność pozycji ofensywnej trójki Legii, ale również wspieranie skrzydłowych, tworzenie przewagi w bocznych strefach. Do tego pokazuje, że z fizycznością Belg nie ma już najmniejszych problemów, bo gra na całej długości oraz szerokości boiska wymaga odpowiedniego przygotowania, wytrzymałości i szybkości. Belg może żałować, że ta jesień tak naprawdę zaraz się kończy.

odjidjadryblingiJeśli ktoś zarzuci Legii, że w meczu ze Sportingiem postawiła na własnym polu autobus i nie była zainteresowana grą do przodu, to Odjidja-Ofoe będzie świetnym kontrargumentem. To Belg miał najwięcej w drużynie kontaktów z piłką (78) i najwięcej wykonanych podań (47), do niego najczęściej kierowali piłkę koledzy (wszyscy: po osiem razy Radović i Moulin, pięciokrotnie Prijović, równo po cztery obaj boczni obrońcy, trzykrotnie Hamalainen, który wszedł na ostatnie kilka minut). Dla Legii Odjidja-Ofoe był w tym meczu jak sejf, tak bezpieczna była przy jego nogach piłka. Także dokładność podań miał najwyższą ze swojej drużyny - 91,5 proc.

odjidjawgrzeOczywiście Odjidja-Ofoe nie grał wyłącznie na utrzymanie. Prawie 70 proc. jego podań była skierowana do przodu (32), a dokładność tych zagrań niemal na identycznie wysokim poziomie (87,5 proc.). Wypada powtórzyć fragment o skali wykonanej przez niego pracy: na poniższej grafice widać, że współpracuje z zawodnikami na obu skrzydłach, a także przez środek pola. Legioniści szybko zauważyli, że Sporting gra na wysokim ryzyku, ustawiając linię obrony daleko od własnej bramki, zostawiając sporo wolnej przestrzeni.
odjidjapodania2

Jednak podania w tę strefę nie były zagrywane już od obrońców, zdecydowana większość akcji przechodziła przez rozgrywającego, który najskuteczniej szukał dziur w defensywie rywali, umiejętnie wprowadzając nabiegających kolegów. To najprostsza w piłce zasada - podanie i ruch - ale on był przykładem, że nawet najłatwiejsza metoda może dawać takie efekty.

Rumunia 0:3 Polska. Cztery klucze do zwycięstwa

mzachodny

Trudno o osobę, która po piątkowym zwycięstwie Polaków nad Rumunami (3:0) nie chwaliłaby piłkarzy i selekcjonera reprezentacji za to spotkanie. Dla skrytych malkontentów przygotowałem krótką, czteropunktową analizę pokazującą dominację i plan drużyny Adama Nawałki.

1. Poznajcie nowego Krychowiaka?

A może to nie była tylko zachęta dla Piotra Zielińskiego, by zagrał tak dobrze, że Grzegorz Krychowiak będzie musiał oddać mu koszulkę z nr 10? Może defensywny pomocnik PSG już wie, że jego młodszy kolega nadrobił dystans i jeszcze wyszedł na zdecydowane prowadzenie pod względem luzu i jakości w rozegraniu? Dla dobra zespołu oddaje Zielińskiemu coś w czym sam chciał przewodzić w reprezentacji? Raz jeszcze przypomina się mecz z Islandią (4:2) od którego zaczęła się ich współpraca: przez 45 z ponad godziny ich gry w środku pola to Krychowiak szarżował do ataku, rolę kolegi ograniczając do asekuracji i prostych podań.

Na razie to tylko domysły, bo głównym powodem lepszej gry Zielińskiego i słabszej postawy Krychowiaka jest sytuacja w klubie tego drugiego. 26-latek przyznaje, że dopiero uczy się stylu gry krótkimi podaniami, spędza na specjalnych treningach nawet dni wolne i jest zdeterminowany, by się zaadaptować w PSG. Z kolei 22-letni Zieliński czuje się w małej grze naturalnie, szuka jej i jest w niej głównym kreatorem.

Spójrzcie na statystyki Krychowiaka: miał obok Michała Pazdana najmniej pojedynków (7), nie miał żadnej próby odbioru. Z drugiej strony zaliczył o 16 podań więcej od następnego Polaka w tej klasyfikacji, zebrał najwięcej drugich piłek (12), do tego aż sześć razy przechwytywał zagrania rywali. Co to oznacza? W defensywie jego gra nie jest - jak była wcześniej - oparta na kontakcie fizycznym i dominacji w bezpośrednim starciu, ale na grze pozycyjnej. Od pressingu ma przed sobą pięciu piłkarzy (Błaszczykowskiego, Linettego, Zielińskiego, Grosickiego, Lewandowskiego), on często zbiera tego owoce. A to, że podaje najczęściej podkreśla jego rolę w łańcuchu ataków reprezentacji: on przejmuje podania od obrońców i wprowadza piłkę wyżej (osiem razy do Zielińskiego, dziewięć do schodzącego do środka Błaszczykowskiego).

Czasem jeszcze przebija się u Krychowiaka chęć wyprowadzenia ataków, odegrania w nich głównej roli, ale za każdym razem ma kogoś do asekuracji. A więc tłumaczymy nie tylko "słaby" występ jednego defensywnego pomocnika, ale też "przeciętność" drugiego - Linettego. Piłkarz Sampdorii popełnił więcej błędów, ale w wymienianiu się rolami i pressingu także spełniał swoje zadanie. A Krychowiak niech powoli w kadrze rozstaje się z "dziesiątką", skoro coraz bardziej przypomina klasyczną "szóstkę".

2. Niech żyje pressing

To powtarzający się schemat w strategii Adama Nawałki: wysoki pressing z jakim podchodzą jego piłkarze w pierwszej połowie. Tak samo było w Bukareszcie. Przed przerwą Rumuni stracili na własnej połowie aż 13 piłek (Polacy w całym meczu - 11), aż siedem razy biało-czerwoni zbierali je i rozgrywali ataki. Zmuszali gospodarzy do mało przystającej do nich gry długimi podaniami: z ośmiu niecelnych wykopów Tatarusanu aż siedem było w pierwszej części spotkania. Agresywne podejście zdawało egzamin: aż 10 z 11 prób odbiorów było udanych (tylko 6 na 16 Rumunów), Polacy wygrali 20 pojedynków więcej. Przed przerwą biało-czerwoni faulowali pięć razy na połowie gospodarzy, po - tylko raz na pięć przewinień.

Nie ma drużyny na świecie, która potrafiłaby utrzymać intensywność pressingu na najwyższym poziomie przez 90 minut - a tym bardziej na poziomie międzynarodowym, gdy treningów jest mniej, a każdy piłkarz przyzwyczajony jest do innego systemu, taktyki. Nawałka stawia mocniejszy akcent na pierwszą część meczu, ponieważ liczy, że uda się wypracować przewagę: jak z Kazachstanem (2:0 do przerwy) i Danią (także 2:0), jak powinno to być ze Szwajcarią w Euro 2016 (wiele sytuacji wynikających bezpośrednio z sytuacji, ale tylko jednobramkowe prowadzenie).

Klarownych szans w Bukareszcie Polacy nie mieli zbyt wiele, momentami po przejęciu piłki i doprowadzeniu jej pod pole karne gospodarzy brakowało przyspieszenia lub ostatniego podania. Jednak rywale zostali całkowicie zdominowani. Tak, Rumuni mieli lepszy fragment meczu zaraz po przerwie, ale w przeciwieństwie do przywołanych przykładów drużyna Nawałki nie tylko wytrzymała ataki przeciwników, ale też sytuację na boisku uspokoiła. Biało-czerwoni wynik meczu ustalili po kontrach, czyli używając swojej najmocniejszej broni, przed którą ostrzegał gospodarzy Christoph Daum. A przestrzeń do szybkich ataków trzeba sobie wypracować, w przypadku Polaków sposobem na to jest wysoki pressing.

3. Co stało się po przerwie?

Mimo pochwał: poziom gry polskiej drużyny się obniżył. W pierwszych 30 minutach po przerwie piłkarze Nawałki nie oddali celnego strzału. A jednak pod względem dokładności podań, skuteczności akcji byli lepsi od Rumunów. Po przerwie także zebrali 13 drugich piłek na połowie rywali, ale tyle samo pozwalali być szybszym przeciwnikom.

Gdyby szukać głównego powodu obniżenia się tej jakości warto byłoby spojrzeć na... indywidualności. W pierwszej połowie Polacy próbowali 13 dryblingów i aż 10 było udanych. W drugiej - tylko trzy z siedmiu prób. Z jednej strony może być to zmęczenie, gra znacznie niżej ustawioną defensywą (im bliżej własnej bramki tym mniej podejmuje się ryzyka), a nawet swego rodzaju blokada, ale z drugiej - założenie trenera. Jak widać po średnich pozycjach piłkarzy Błaszczykowski grał znacznie bliżej środka pola, gdzie stał się dodatkową opcją do rozegrania - a to otworzyło "autostradę" Łukaszowi Piszczkowi, który po przerwie zaliczył trzy dokładne kluczowe podania, w tym to przyspieszające akcję przy drugim golu.

ustawienie

Właśnie: rozegranie, ale nie przyspieszanie dryblingiem. Polacy mieli przewagę w tej strefie, choć nie potrafili tego wykorzystać. Wręcz częściej stawiali na dłuższe prowadzenie akcji przy wyniku 1:0, niż dążąc do wykończenia ataku. - Może było aż za dużo tej pewności siebie przy takim prowadzeniu - zastanawiał się po meczu Robert Lewandowski, gdy spytałem go o akcję składającą się z kilkudziesięciu podań, tak wielu, aż polscy kibice zaczęli krzyczeć "Ole" przy kolejnych zagraniach. A może po prostu przygotowywali grunt pod zaplanowane zmiany Nawałki?

4. Mączyński i Teodorczyk

O ile wejście Krzysztofa Mączyńskiego za Karola Linettego było w pełni zrozumiałe, o tyle wprowadzenie Łukasza Teodorczyka za bardzo dobrze grającego Piotra Zielińskiego mogło zdziwić. Jak to - prowadząc na trudnym terenie i broniąc się Nawałka wpuszcza na murawę kolejnego napastnika? Tymczasem okazało się, że selekcjoner wyczuł oba momenty idealnie, a jego drużyna tylko na zmianach zyskała.

Zacznijmy od Mączyńskiego: jego wejście było podyktowane wyłącznie tym, by lepiej utrzymywał piłkę od Linettego. Pomocnik Wisły w 26 minut gry zaliczył tylko jeden pojedynek (przegrany), jedną próbę odbioru (nieudaną), ale za to wszystkie jego piętnaście podań było dokładnych. Jego młodszy kolega miał trzecią najniższą celność zagrań w drużynie (76 proc.), zaliczył aż 10 strat - Mączyński żadnej. Nawałka po prostu wybrał zawodnika, który nie pęknie pod presją okoliczności - przecież grał w ćwierćfinale Euro, prawda? Do tego Mączyński zebrał cztery drugie piłki, zaliczył też jeden przechwyt.

To teraz Łukasz Teodorczyk. Zieliński w 81 minut gry zaliczył tylko cztery pojedynki główkowe, nie wygrał żadnego. A napastnik Anderlechtu w te kilkanaście minut w powietrzu walczył sześciokrotnie, dwa razy skutecznie, co przełożyło się na akcje przy kolejnych golach reprezentacji. Interesujące, że Teodorczyk nie zastąpił Zielińskiego, ale... Lewandowskiego. Kapitan dzięki tej zmianie mógł zagrać niżej, bliżej środka pola, między liniami obrony i pomocy rywali (pierwszy gol), ale też wbiegać na przebitki drugiego napastnika (akcja na rzut karny). W kwadrans meczu w Bukareszcie udało się Nawałce stworzyć zdecydowanie lepszą i skuteczniejszą współpracę Lewandowskiego z Teodorczykiem w porównaniu do tej ze spotkania z Armenią.

Legia uczy się towarzystwa

mzachodny

Jeszcze długo Legia Warszawa będzie chwalona za emocjonujący remis z Realem Madryt (3:3), ale już warto zastanowić się, czego efektem był tak dobry występ mistrzów Polski. Przecież Jacek Magiera stwierdził, że przed rewanżowym spotkaniem z obrońcą tytułu wystarczyło mu dziesięć minut poświęcone na dwie odprawy.

Bodaj największy komplement Legii sprzedał Jorge Valdano, były dyrektor Realu Madryt, obecny w Warszawie i komentujący mecz dla hiszpańskiej telewizji. - Legia zrobiła postępy przez te dwa tygodnie. Miała więcej energii, odwagi, a potem nabierała coraz więcej pewności siebie, widząc jak mecz się rozwija. Stanęli na wysokości zadania - powiedział Argentyńczyk.

Jacek Magiera daje się poznać jako ekspert od postępu. W sześć tygodni nie tyle poskładał zespół, ile wprowadził Legię na inny poziom. Przede wszystkim spójności, a zaraz za tym jakości i intensywności. - Ja Realu nie zatrzymałem, zawodnicy to zrobili. Ja im tylko pomogłem - powiedział na pomeczowej konferencji. Wyraźnie zawstydzony, gdy kilka chwil wcześniej powitały go brawa od kilku osób z sali.

Koniec ze skromnością, bo jest czym się chwalić. Porównuję Legię Magiery nie z nieudolną sklejką Besnika Hasiego, ale zdobywcami pucharu i mistrzostwa Polski Stanisława Czerczesowa. Drużyna Rosjanina miała kontrolować wydarzenia na boisku przez skuteczniejsze odnajdywanie się w chaosie pressingu, szybkich i długich zagrań do przodu. Zespół Polaka chce wykorzystywać i piłkę, i przestrzeń, ale nie tracąc na intensywności.

A przecież to intensywność jest największym wrogiem Legii w Lidze Mistrzów. Brutalnie przekonali się o tym w starciu z Borussią Dortmund, także Sporting potrafił odjechać mistrzom Polski, w środę Realowi wystarczyło 55 sekund mocniejszego tempa. Magiera był tego świadom. - W Europie o wszystkich aspektach decydują detale: czy spóźnimy się o sekundę i zostaniemy pięć metrów za rywalem, czy nie - tłumaczył.

Wypisywałem sobie te momenty w pierwszej połowie: gol Bale'a, Morata uciekający Pazdanowi w 19 minucie, Cristiano Ronaldo dwukrotnie przeskakujący Bartosza Bereszyńskiego, o pół sekundy spóźnione prostopadłe podanie do Nikolicia, bramka Benzemy, gdy nikt nie odczytał zamiarów Realu, wreszcie Nacho łatwo wyprzedzający napastnika Legii i Hlousek przyjmujący podanie na trzy kontakty...

Dlatego po meczu zapytałem trenera Legii o to, jak jego piłkarzom udało się zniwelować przewagę szybkości myślenia. - Dalej twierdzę, że dominacja jest. Jednak różnica między pierwszym meczem a rewanżem polegała na tym, że przewidywaliśmy, co zrobi przeciwnik. Nie prowadziliśmy zbyt długo piłki, graliśmy na dwa, trzy kontakty. Wczoraj mieliśmy trzyminutową odprawę o Realu i dzisiaj siedmiominutową o tym, jak graliśmy w Madrycie, jak wykorzystać luki między formacjami. Mieliśmy wszystko zakodowane i to zdało egzamin. Brawo dla drużyny za wyciągnięcie wniosków z pierwszego meczu - wytłumaczył. Spójrzcie na Michała Pazdana, który zaliczył 14 przechwytów i wygrał siedem z dziewięciu pojedynków.

Inne statystyki udowadniają, że to Legia równała do Realu. Zaliczyła podobną liczbę zebranych drugich (niczyich) piłek (54 do 57), miała 55 przechwytów, szybciej od Realu wymieniała podania (średnio 17,6 na minutę, Real - 16,3), choć tych wcale tak dużo więcej "Królewscy" nie mieli (180). Zresztą tak często w LM jeszcze Legia nie zagrywała (507). Dzięki temu drużyna Magiery wyprzedziła pod względem średniej podań (392) np. Leicester City (373), CSKA Moskwa (362) i FK Rostów (335). Jeśli utrzyma ten styl, to może zbliży się do PSV (407) i Bazylei (419). Warto choćby pod tym względem sięgać wyżej.

- Coraz lepiej poznajemy się. Nasz tydzień wygląda tak, że jest mecz, rozruch, podróż i wiele rozmów. Wykonaliśmy bardzo dużo pracy taktycznej, które wskazywałaby, jak mamy grać - mówi o odprawach Magiera. To nie tylko te dziesięć minut przed Realem pozwoliło odmienić myślenie Legii o przestrzeni na boisku. Do tej pory liczyła się głównie ta strefa pod własną bramką: co zrobić, by tam ograniczyć rywalom miejsce, jak ich tam nie wpuścić... A teraz? - Tak ofensywne ustawienie Realu było dla nas sygnałem, że będzie jeszcze więcej przestrzeni za ich skrzydłowymi. I to wykorzystaliśmy: jeden z dwójki środkowych pomocników tam zbiegał, tam budowaliśmy akcje - stwierdził trener Legii.

Legii zostały cztery godziny lekcyjne nauki na najwyższym poziomie. Na początek roku szkolnego uczeń przyszedł nie tylko nieprzygotowany, ale też nieskoncentrowany, niechlujnie ubrany. Pierwsza sesja wyjazdowa dała nadzieję, że może ruszyły procesy myślowe, kolejna to dobre momenty przeplatane oblewaniem szybkich pytań od znacznie bardziej doświadczonego nauczyciela. Ale już siódma oraz ósma lekcja pokazały, że uczeń wymaga koncentracji i uwagi także od profesorów. Następny wykładowca ostrożniej podejdzie do zajęć, nie odpuści i znów wezwie Legię do tablicy.

Nieważne jednak na jaką ocenę mistrz Polski zaliczy jesień w LM, nieważne czy przebije się na semestr wiosenny. Istotnym jest, by nie tylko Legia poczuła się częścią towarzystwa, ale jak najwięcej od niego dla siebie zabrała. Po czwartym meczu wreszcie nikt nie ma co do powodzenia w tym ostatnim aspekcie żadnych wątpliwości.

© Zachodny do tablicy
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci