Menu

Zachodny do tablicy

Futbol analitycznie, statystycznie i konkretnie - na tablicy Michała Zachodnego.

Czy można zatrzymać Vadisa Odjidję-Ofoe?

mzachodny

- Vadis Odjidja-Ofoe. Po prostu Vadis Odjidja-Ofoe. On nie pasuje do tej ligi - powiedział lekko podłamany Nenad Bjelica. Jego zespół bezdyskusyjnie przegrał spotkanie, które Jacek Magiera określił mianem kluczowego w walce o mistrzostwo. Tym bardziej zaskakujące było kolejne jego wyznanie dotyczące belgijskiego pomocnika: - Nie wiedzieliśmy, jak przeciwko niemu grać.

Jakość Belga nie jest żadnym zaskoczeniem. Jak mówi Magiera, Odjidja-Ofoe to "motor napędowy Legii. Nie musi strzelać goli, ale i tak tworzy bramki. Daje wiele jakości, inni piłkarze uczą się od niego w szatni i na boisku". Dlatego ostatnie tygodnie to męczące pytania i dywagacje na temat tego, czy rozgrywający odejdzie z Legii, czy jeszcze na przynajmniej kilka miesięcy zostanie.

Jego wpływ na grę oraz wyniki zespołu jest łatwo zauważalny. I tak jak w ostatnich tygodniach forma Legii rośnie, to rośnie wraz z jego dyspozycją. Jednak jedną kwestią jest zaakceptowanie jego statusu - tak, jak zrobił to po meczu Bjelica - a zupełnie inną postaranie się przez rywali Legii, by w pojedynczym spotkaniu znaczenie Vadisa było jak najmniejsze.

Jak więc zatrzymać Vadisa? W pierwszej kolejności warto przeanalizować, jak i gdzie Odjidja-Ofoe gra. Wczorajsze spotkanie z Lechem Poznań było świetnym materiałem, ponieważ - co zauważył sam Bjelica - Belg na boisku robił co tylko chciał. Dryblował (15 razy, 60% skuteczności), podawał (50 zagrań, 92% dokładnych, w tym 5 kluczowych), strzelał (gol z dwóch prób) i walczył (32 pojedynki, 47% wygranych).

To nic nowego. Patrząc na mapę jego kontaktów z piłką i akcji w kilkunastu ostatnich spotkaniach można dostrzec, że Belg jest wszędzie. Na połowie rywala wbiega praktycznie w każdą strefę, cieszy się wolną rolą i wymiennością pozycji, która jest charakterystyczna dla taktyki Jacka Magiery. Jego sposób rozgrywania można podzielić według stref: w tej środkowej gra szybko, na jeden lub dwa kontakty, krótkimi podaniami tworzy miejsce sobie lub kolegom. Pod polem karnym przeciwnika to się zmienia, jest więcej prób dryblingu, wbiegnięcia z piłką w pustą przestrzeń (asysta przy golu Radovicia w meczu z Niecieczą), przebicia się lub ewentualnie prostopadłego podania na wbiegającego za linię obrony kolegę.
vadis1

Dlatego najgorszą dla przeciwnika opcją jest widok Vadisa przy piłce właśnie w strefie ataku, na wprost bramki. Odjidja-Ofoe jest wtedy w stanie zrobić najwięcej w ekstraklasie: dryblować, strzelać, asystować… Dlatego oglądając i analizując mecz Legii z Lechem staje się jasne, że sposobem na ograniczenie zagrożenia z jego strony jest zmuszenie go do szukania sobie miejsca na bokach. Tam, gdzie nie jest tak skuteczny w pojedynkach – w środę w środku pola wygrał ich pięć z ośmiu, a na bokach trzy z jedenastu.

vadis2

Skoro już wiemy gdzie przeciwnik powinien chcieć wygonić Belga, to zastanówmy się jak może to zrobić. Odpowiedź jest prosta: grając zupełnie inaczej niż Lech. Słowa Bjelicy można interpretować dwojako: albo jego zespół nie nastawiał się specjalnie na Odjidję-Ofoe, albo jeśli to zrobił, to zawiódł kompletnie. Patrząc raz jeszcze na to spotkanie naprawdę trudno dostrzec jakikolwiek plan poza zrzuceniem całej odpowiedzialności za najgroźniejszego zawodnika Legii na Łukasza Trałkę.

Faktem jest, że Trałka wygrał z Vadisem siedem z dziesięciu pojedynków. Jednak reszta zespołu była mniej skuteczna, zwłaszcza brakowało wsparcia Macieja Gajosa i Radosława Majewskiego, którzy z czterech starć z Belgiem ani razu nie wychodzili zwycięsko. Może dlatego dwie pierwsze zmiany Bjelicy polegały na zastąpieniu tych piłkarzy?

Krótko mówiąc: Legia rozjechała Lecha środkiem pola. Grając i bezpośrednimi podaniami za linię obrony przy zerowym pressingu na przeciwnika (ani Dąbrowski, ani Jodłowiec nie mieli problemu z posłaniem prostopadłych zagrań), podając między liniami, ograniczając miejsce we wspomnianej rotacji ofensywnych zawodników. Średnie pozycje zawodników Lecha ujawniają wszystko, przepaść między Trałką a dwoma jego kolegami ze środka pola.

legialech1

Efekt był taki, że do Vadisa zagrano najwięcej podań (54), wszystkie kluczowe zagrania były wykonane ze strefy środkowej, Lech w całym meczu na własnej połowie miał w tej przestrzeni tylko cztery udane odbiory. W drugiej połowie Odjidja-Ofoe miał trzy udane dryblingi tuż przed polem karnym gości.

lechslabo

Czysto teoretycznie dyskutując, najbardziej oczywistym rozwiązaniem gry przeciwko Belgowi jest ustawienie dwóch defensywnych pomocników. Co można również zauważyć w całym sezonie i co nie jest łatwe w realizacji, to po prostu ostrzejsze traktowanie Odjidji-Ofoe – wtedy zaczyna się on frustrować, bardziej koncentrować na tych indywidualnych starciach niż rozwiązaniach korzystnych dla zespołu. Jest więcej pretensji i machania rękoma niż konkretnej gry.

Oczywiście to wciąż nie znaczy, że Vadisa tak się zatrzyma. Natomiast jest to danie sobie szansy, a nie – jak to zrobił Lech w środę – stworzeniu rozgrywającemu takich warunków, w których odnajduje się znakomicie.

podanialegia

Najlepiej wydane 125 funtów w tym sezonie

mzachodny

Z dużą dozą prawdopodobieństwa można powiedzieć, że imponujące zwycięstwo Bournemouth z Middlesbrough (4:0) pierwszym zapewniło utrzymanie w lidze, a drugich zepchnęło do Championship. Ale znacznie bardziej interesujące były przyczyny tak nieoczekiwanej skuteczności drużyny Eddie'ego Howe'a.

Wyobraźcie to sobie: pędzicie z piłką na bramkę, przeszkadza wam obrońca, na przeciw wam wychodzi golkiper i macie ułamek sekundy, by spojrzeć, gdzie uderzacie... Ale podnosicie wzrok i wszystko jest zlane w ciemno-czerwonych barwach. Pudłujecie, a wasza drużyna spada w tabeli.

To był problem Bournemouth: skuteczność w meczach u siebie, rozumiana zarówno jako liczba strzelonych goli, ale też zdobytych punktów. Do początku marca w trzynastu meczach ligowych na Dean Court wygrali tylko pięć razy, równie często bramki zdobywając, co tracąc. Chociaż nie była to najgorsza forma w lidze, to połączona z przeciętnym dorobkiem wyjazdowym (osiem punktów) przewaga własnego terenu powinna być dla Bournemouth kluczowym aspektem w walce o utrzymanie. W końcu jak mówił Artur Boruc w wywiadzie dla TVP Sport, atmosfera na najmniejszym stadionie Premier League jest specyficzna, choć doświadczenie grania tam co drugi tydzień i wynikająca z tego przewaga jego drużyny nie była dotąd zauważalna. A może piłkarze Bournemouth mieli po prostu problem z zauważeniem bramki.

- Nie mogę przypisać sobie za to żadnych zasług - powiedział po meczu Eddie Howe. - To Jason Tindall (jego asystent - red.) uważał, że czarno-czerwone siatki nie pomagają napastnikom w strzelaniu goli. Z ich perspektywy, gdy potrzeba szybkiego spojrzenia na bramkę przed strzałem, znacznie łatwiej dostrzec białą siatkę w przeciwieństwie do tych, które zlewały się z otoczeniem. Nigdy nie będziemy wiedzieć, czy to nam naprawdę pomogło, ale wydaje się, że zmiana działa. Szacunek dla Jasona za obserwację. To tylko pokazuje, jak małe rzeczy czasem mogą zrobić olbrzymią różnicę - dodał.

Co zrobił Tindall oprócz swojej obserwacji? Za 125 funtów zamówił komplet białych siatek i od marca Bournemouth wygrało na swoim stadionie trzy z czterech meczów, strzelając w sumie dziesięć goli West Hamowi, Swansea, Chelsea i Middlesbrough.

bournemouth

Tindall i Bournemouth nie są jednak pierwszymi, którzy dokonali takiej zmiany. We wrześniu przed pierwszym "domowym" meczem sezonu Liverpool odbywał na Anfield trening, który miał przyzwyczaić piłkarzy do stadionu z powiększoną główną trybuną. Jednak Jürgen Klopp ze swoim sztabem dostrzegli coś zupełnie innego: poprzedni czerwony zestaw siatek o który poprosił latem 2012 roku poprosił Brendan Rodgers nie pomagał napastnikom.

Efekt? W pierwszym meczu z Leicester gospodarze strzelili cztery gole. Mało tego, na Anfield w tym sezonie Premier League pada najwięcej bramek - już 60, czyli o pięć więcej niż rok temu i dziesięć więcej niż na koniec rozgrywek 2014/15. Rodgers ze swoją zmianą - oprócz tego na Anfield wróciły trójkątne chorągiewki narożne - chciał nawiązać do lat sukcesów Liverpoolu i kultury klubu, którą wykształcił Bill Shankly. Częściowo się udało, przecież trzy lata temu pięknie i ofensywnie grający "The Reds" niemal zdobyli mistrzostwo. Choć z drugiej strony... Może taki Luis Suarez (w tamtym sezonie strzelił 17 goli w 16 meczach na Anfield) nie potrzebuje pomocy w "odnalezieniu drogi do bramki", gdy dla napastnika słabszego nawet kolor siatki ma ogromne znaczenie.

PS. Z historii futbolu: siatki na bramki wymyślił inżynier Jogn Alexander Brodie z Liverpoolu w 1891 roku.

Arsenal, czyli długa droga w dół

mzachodny

Patrząc na to, jak Arsenal rozpada się na kawałki w trakcie poniedziałkowego meczu z Crystal Palace (0:3) w głowie siedziała mi jedna kwestia: czy ich zapaść w obecnym sezonie jest w jakikolwiek sposób odzwierciedlona w statystykach? A gdy już sprawdziłem, to nie mogłem uwierzyć, że aż tak.

Ciągle słyszymy, że na szczycie futbolu o wyniku spotkań decydują marginalne różnice. Ułamek sekundy spóźnienia kosztuje dwa metry straty, chwila zawahania i piłka jest rywali, brak zdecydowania i przegrywasz pojedynek z napastnikiem. Wkład 98-procentowy jest zdecydowanie niższy niż stuprocentowe poświęcenie każdemu zagraniu. I myślę, że w obecnym sezonie Premier League najbardziej widać to po dwóch drużynach: pogodzonym ze spadkiem Sunderlandzie i pogodzonym z zakończeniem pewnego etapu w historii Arsenalem. Choć z tego drugiego może jeszcze główny bohater - Arsene Wenger - nie zdaje sobie sprawy.

Zresztą efekt jego decyzji (ich braku), nieumiejętności dostosowania się i dotarcia do piłkarzy, podniesienia ich i odbudowania pozycji klubu został już szeroko opisany. Jednak po porażce z Crystal Palace uderzyła mnie jedna rzecz w reakcjach dziennikarzy i kibiców: otóż bodaj po raz pierwszy w tym sezonie od fanów bardziej oberwało się tym na boisku, niż temu przy linii bocznej. W końcu to oni w drugiej połowie i goniąc niekorzystny wynik nie byli w stanie oddać ani jednego celnego strzału.

Najbardziej uderzająca była sytuacja z rzutem karnym - nie dlatego, że kontrowersyjna (Andros Townsend wykorzystał interwencję bramkarza i pod "faul" się podłożył), ale wtedy najlepiej było widać to, o czym mówił np. w sposób zabawny, zdecydowany i słuszny Jamie Carragher w "Monday Night Football". Tyczy się to również tego, o czym napisałem wyżej. W momencie zagrania piłki w pole karne skrzydłowy Palace jest tyłem do akcji, ma metr straty do obrońcy, nawet bramkarz już ruszył, by się rzucić. I wtedy zadecydowały procenty: jeden z nich chciał tej piłki bardziej, depnął mocniej, włożył więcej siły i sprytu. Każdy procent w tych kategoriach ma ogromne znaczenie i decyduje o wyniku spotkania, spotkań, kształtu całego sezonu.

Skoro już jesteśmy przy defensywie, to spójrzcie sami na statystyki. Z ostatnich pięciu sezonów to w obecnym Arsenal ma najniższą średnią udanych odbiorów na mecz (13.23) i najwyższą akcji nieskutecznych (20.60), jest najmniej skuteczny w pojedynkach (50,10%). Porównując z poprzednim sezonem średnia zablokowanych strzałów spadła o równo jeden (z 3.37 do 2.27), spadła również liczba piłek wybitych (o 1.40). Może dlatego różnica w strzałach obronionych na wpuszczonego gola wynosi ponad 30% na niekorzyść obecnych rozgrywek. To wartość niższa od sezonu 2013/14, gdy Arsenal w Premier League stracił 41 goli. Warto dodać, że drużyna Wengera jest na najlepszej drodze do pobicia "rekordu" straconych goli w lidze, gdy w sezonie 2011/12 wpuścili ich aż 49.

arsenal

Te liczby nie są kolejnym argumentem bijącym w Wengera, ale przyczynkiem do podpięcia rozmowy o Francuzie, ale też o pracy menedżerów z trzeciego odcinka podcastu Cafe Kopalnia. Tam argument statystyczny się nie pojawia, jednak problemy Arsenalu wraz z Piotrem Żelaznym ("Rzeczpospolita") i Michałem Szadkowskim ("Gazeta Wyborcza") analizujemy z innych punktów widzenia. Na tyle ciekawych, by naszą rozmowę gorąco wam polecić.

 

Ekstraklasa wreszcie z Top 4?

mzachodny

 - Zdecydowanymi faworytami są Legia, Lech i Lechia. My z naszym budżetem 18 milionów złotych jesteśmy w tym towarzystwie kopciuszkiem – mówił „Rzeczpospolitej” trener lidera ekstraklasy Michał Probierz. W typowy dla siebie sposób przerzuca presję na innych, przy okazji konferencji PZPN na Stadionie Narodowym gratulował prezesowi Lecha, Karolowi Klimczakowi zdobycia podwójnej korony. Ale szkoleniowiec Jagiellonii i tak powinien być zadowolony: gdy już liga przestała być zrównoważona, to do ścisłej czołówki jego drużyna akurat się załapała.

Do myślenia dał mi poniedziałkowy wpis „CIES Football Observatory” - zespołu analityków badających fenomen piłki nożnej od różnych stron. W tym tygodniu zajęli się równowagą rozgrywek europejskich: policzyli oraz pokazali w których ligach procent meczów wygranych przynajmniej różnicą trzech goli jest najwyższy. I, uwaga, polska ekstraklasa znalazła się na piątym miejscu (19,9%), wyprzedzona jedynie przez Szwajcarię, Ligę Mistrzów, Austrię i Cypr.

cies

Interesujące są obserwacje analityków. "Pięć najlepszych lig europejskich jest również w górnej połowie klasyfikacji najbardziej niezrównoważonych rozgrywek. Nasze badanie zapewne pokazuje rosnącą różnicę finansową pomiędzy rywalizującymi drużynami. Jedynym rozwiązaniem, by przywrócić im balans byłoby poprawienie dystrybucji pieniędzy z praw TV oraz zasoby ludzkie (wpływy z rynku transferowego) na poziomie krajowym oraz międzynarodowym" - podsumowuje CIES.

Pierwsza wątpliwość dotyczy samej różnicy bramkowej: badacze wybrali taką, która wyrażałaby zdecydowaną przewagę jednego zespołu. Jednak wszyscy wiemy, jak trudne jest to do zdefiniowania: czasem w zwycięstwie jednobramkowym dominacja jest większa niż przy 3:0. Identycznie można założyć, że drużyna A strzela trzy gole i trzyma mecz pod całkowitą kontrolą aż do jednej, ostatniej akcji, gdy traci bramkę i… już tego spotkania CIES by nie liczył. Jednak przy takich wątpliwościach trzeba uszanować metodę badawczą, zwłaszcza, że są sytuacje odwrotne (np. poniedziałkowy mecz Crystal Palace 3:0 Arsenal). Chociaż w pewnych sytuacjach można uznać, że generalizują, to założenie jest słuszne.

Wróćmy jednak do ekstraklasy, ponieważ to jest dla nas najciekawsze. Wyniki badań CIES dały mi do myślenia, ponieważ byłem przekonany, że mamy do czynienia z czymś wyjątkowym. Sprawdziłem poprzednie cztery sezony (rundę zasadniczą) i wyniki są zaskakujące.

Procent przynajmniej trzybramkowych zwycięstw w rundzie zasadniczej ekstraklasy:

2016/17 – 19,73%

2015/16 – 12,5%

2014/15 – 12,91%

2013/14 – 13,33%

Nie tylko nie było tendencji wzrostowej, ale wręcz delikatnie spadkowa. Te wyniki w najnowszym podsumowaniu CIES byłyby na odpowiednio 27. i dwukrotnie na 25. miejscu. To sprawiało, że obrońcy systemu ESA37 coraz głośniej mówili o wyrównaniu rozgrywek, argumentowali, że „każdy może wygrać z każdym”, a niezróżnicowany poziom wpływa na większe emocje. Po drugiej stronie stawiali mocne ligi, w których między czołówką a resztą jest przepaść: angielską Premier League (obecnie w CIES na 9. pozycji – 17,7%) i hiszpańską Primera Division (10., 17,6%). Tymczasem okazuje się, że polskie kluby leją się w przynajmniej trzybramkowym wymiarze częściej, niż z innymi klubami robią to Barcelona, Real Madryt, Chelsea, Manchester City i tak dalej…

W Polsce to głównie zasługa czołówki, czyli Jagiellonii, Legii, Lechii i Lecha – w tym sezonie odpowiadają za 24 z 44 wyników, zdecydowanie najwięcej w porównaniu do trzech poprzednich sezonów. A przecież zostały jeszcze dwie kolejki i mecze takie jak: Lechii z Arką, Legii z Koroną, Lecha z Ruchem i Jagiellonii z Cracovią. Wymieniłem tylko spotkania czołówki na własnych stadionach, ponieważ pod tym względem od czterech sezonów zespoły z miejsc 1-4 ani razu nie uległy słabszemu rywalowi różnicą trzech goli. Trzy przegrane na wyjazdach z niżej rozstawionymi drużynami to standard podobny do poprzednich lat (tzw. „wypadek przy pracy”), za to już na tym etapie sezonu najwięcej jest takich zwycięstw (osiem). Interesujące jest również to, że między czołową czwórką doszło już do trzech takich wyników – tylu, ilu w trzech poprzednich sezonach razem wziętych.

Z ciekawości sprawdziłem również, czy wrażenie odcięcia się czwórki liderów od reszty nie jest fałszywe. I znów: różnica jest wyraźna, także w porównaniu do ostatniego sezonu bez podziału tabeli i punktów. Patrząc dodatkowo na samą grupę mistrzowską i jej wyniki z ostatnich trzech lat możemy zauważyć, że o ile różnica między pierwszą a czwartą drużyną malała (z trzynastu do siedmiu punktów), o tyle między czwartą a piątą malała, a w poprzednim sezonie ósmy Ruch Chorzów do Top 4 stracił… 15 punktów. Oczywiście można by stwierdzić, że było to niejako przygotowanie do tak wyraźnego wyklarowania się czołówki, gdyby nie fakt, że rok temu z obecnych liderów była tam tylko Legia, a wcześniej zaglądał m.in. Ruch Chorzów. Kto by dziś powiedział, że Lechia – jeśli utrzyma swoją pozycję – to zrówna się w liczbie finiszów w Top 4 w ramach ESA37 ze Śląskiem Wrocław?

kolejki

Wróćmy do przyczyn takiej sytuacji. Oczywisty, przywołany na wstępie powód to różnice finansowe: tabelę otwierają cztery czołowe drużyny rankingu finansowego sporządzonego przez EY oraz Ekstraklasę S.A., to również kluby o najwyższych przychodach w badaniu z 2016 roku. W Legii dzięki Lidze Mistrzów się one podwoiły, Lech dąży do osiągnięcia 100 milionów złotych, Lechia krąży w okolicach połowy tej sumy, a Jagiellonii bliżej do ligowej średniej. Jednak wyróżnia te kluby jeszcze jedna rzecz: jasno zdefiniowany sens istnienia. Nie stawiając wobec żadnych drużyn zarzutu, można określić ten czynnik następująco: Legia jakość piłkarską kupuje, Lech chce ją produkować, Lechia nią obracać, Jagiellonia łączyć obrotność na rynku transferowym z wprowadzaniem młodzieży.

A pozostałe kluby? Nawet stawianie na młodzież przez Ruch czy Wisłę Kraków (jedyne dwa polskie kluby wymienione przez CIES w rankingu stu klubów europejskich z najwyższym procentem minut gry młodzieżowców) wynika z ich biedy, w części klubów od lat „trwają prace” nad taką definicją funkcjonowania, część nawet nie ukrywa, że w systemie ESA37 wyłącznie stara się za wszelką cenę przetrwać.

Czy zaistniała i nowa dla polskiej ligi sytuacja jest dobra? Z jednej strony tak, ponieważ gwarantuje emocje w wyścigu mistrzowskim o wyższej temperaturze niż w obrębie dwóch drużyn, jak to zwykle miało miejsce. To również pokazuje reszcie drużyn, jak istotny jest wspomniany plan na funkcjonowanie swojego klubu. Dodatkowo, taka wewnętrzna rywalizacja sprawia, że rozwijają się i coraz mocniej starają wszystkie cztery zespoły. Z tym można się jednak kłócić, biorąc pod uwagę np. fakt, że Legia w starciach pomiędzy Top 4 ugrała 16 punktów, a Lech tylko trzy. Broniąca mistrzostwa Polski drużyna częściej traci punkty ze średniakami niż bezpośrednimi rywalami, a to uniemożliwia jej piłkarskie, a nie tylko finansowe odjechanie reszcie stawki. Jednak nikt nie ukryje faktu, że napędza to te drużyny i zainteresowanie kibiców – efektem czego jest rosnąca frekwencja po typowo jesienno-zimowym znużeniu. A silniejsza czwórka to silniejsza reprezentacja w europejskich pucharach, większe szanse na punkty w rankingu…

Oczywiście system ESA37 utrzymaniu Top 4 nie sprzyja. Probierz argumentuje, że można mieć świetny sezon zasadniczy, a następnie stracić dwóch kluczowych piłkarzy (kartki, kontuzje), przegrać dwa mecze i przy podzielonych punktach już spada się w tabeli. Zwłaszcza, że połowa spotkań w fazie finałowej to rywalizacja pomiędzy tymi drużynami, a więc większa możliwość remisów, straty punktów… Uciekajmy jednak od tego typu gdybania, choć warto zaznaczyć, że wciąż może być to tylko ciekawostka na tym etapie sezonu, a nie trend lub coś, co się rozwinie w stałą ekstraklasową grupę trzymającą władzę.

Na pewno nawet w tej czołówce rankingu CIES ekstraklasa jest wyjątkowa. W końcu wyżej notowane ligi z Austrii, Cypru i Szwajcarii są mniejsze i… słabsza jest rywalizacja. W Bundeslidze o wyścigu mistrzowskim nie ma mowy, Red Bull Salzburg ma 12 punktów przewagi. W Superlidze dominacja Bazylei jest jeszcze bardziej wyraźna (17 pkt), w 1. Dywizji trójka APOEL, AEK i Apollon przed podziałem tabeli prowadziła wyrównaną walkę (pięć punktów różnicy, obecnie już dziewięć).

Odwróćmy pytanie: czy zaistniała i nowa dla polskiej ligi sytuacja jest zła? Tylko w sytuacji, gdyby ten trend był dłuższy, albo doprowadził do znaczącej dominacji czterech drużyn również na polu finansowym. Na razie można powiedzieć, że te cztery zespoły dopiero pokazują pierwsze efekty tej (zróżnicowanej) przewagi. Jeśli to im by się udało, skupowaliby najlepszych piłkarzy z innych klubów, oddzieliłyby się w tabeli, gażach… Znów: to musiałoby zająć kilka lat, choć oczywiście bardziej w przypadku Jagiellonii niż Legii.

Ale czy istnieją kolejne wady? Czy raczej warto kibicować tej czwórce, by rozwijała się szybciej i jak najmocniej? Może nawet stwarzając im warunki do gonienia Europy – poprzez normalny system rozgrywek – a nie równania do średnich ligowców w dwudziestej lidze Europy?

Lech - Legia. Reakcja na miarę mistrza?

mzachodny

Więcej było chaosu, kopaniny i emocji niż chłodnych głów. Ale może z tym starciem Lecha Poznań z Legią Warszawa - innym od poprzednich - wreszcie coś się w hitach ekstraklasy ruszy. Bo tym razem o większości wydarzeń decydowali piłkarze od rozegania, a nie destrukcji.

Spójrzcie na ostatnie sześć spotkań Lecha z Legią w lidze i Pucharze Polski - poznaniacy strzelili w nich pięć goli, w tym trzy po stałych fragmentach (rzut karny, rzut wolny i rzut rożny), jednego po indywidualnym rajdzie Karola Linettego, tylko trafienie Kaspera Hamalainena z października 2015 roku było efektem prostopadłego podania (i błędu Jakuba Rzeźniczaka). W nich zaliczyli w sumie 50 kluczowych podań, a średnia (8,33) jest dwukrotnie niższa od tej z obecnego sezonu "Kolejorza" (17). To oczywiste, że Lech ma problem z kreatywnością w meczach z Legią.

Kto uważnie oglądał niedzielne spotkanie, ten mógł odnieść zupełnie inne wrażenie. Już w pierwszych akcjach Dawid Kownacki był bliski dojścia i wykończenia akcji w dwóch przypadkach, na skrzydła dynamicznie zbiegał Radosław Majewski, a w odwrotnym kierunku atakował Darko Jevtić i też zmusił Arkadiusza Malarza do interwencji. W pierwszym kwadransie gospodarze oddali piłkę gościom niemal specjalnie, wpędzali ich w fałszywe poczucie bezpieczeństwa, następnie gonili z pressingiem i po przejęciu atakowali.

Zwłaszcza Majewski był świetny: idealnie wykorzystywał wolną przestrzeń, Michał Kopczyński kompletnie nie potrafił go odnaleźć w wielu sytuacjach, nie wiedział, jak ma się ustawiać, czy ma gonić za nim do boków. A piłkarz Lecha imponował luzem, odwagą w podejmowaniu trudnych decyzji i nie unikaniu pojedynków fizycznych z rosłymi obrońcami Legii.

Jak na mecze Lecha z Legią w tym otwarciu miejsca było zaskakująco dużo, ale korzystali z tego nie tylko gospodarze. Bo przecież Jacek Magiera w swoim składzie również ma zawodnika, który w takich warunkach kwitnie. I pozbawiony krycia Vadis Odjidja-Ofoe szarżował: kiwał Jana Bednarka, prostopadle zagrywał do Michała Kucharczyka. Także dlatego po spotkaniu Nenad Bjelica mówił, że w pierwszej połowie jego Lech stracił na dziesięć minut kontrolę - przejął ją Belg z Legii.dyszkiA później się zaczęło: Łukasz Trałka i Maciej Gajos cofnęli się bliżej obrony, piłkę częściej miał Lech, a Legia swoje kontry rozgrywała zaskakująco wolno. Dominowali gospodarze, których kluczem była wymienność w trójce za napastnikiem - Pawłowski do środka, Majewski do prawej strony, Jevtić na skrzydle robił miejsce Kędziorze. Jednak bez elementu zaskoczenia - poza rzutem wolnym i strzałem Gajosa - klarownych sytuacji brakowało.

Po przerwie wróciła gra szarpana, którą już dobrze z tego hitu znamy. Akcje składające się maksymalnie z czterech podań, rykoszety, przebitki, faule, przepychanki. Zniknął Radosław Majewski, który musiał się cofnąć i wykonywać więcej pracy defensywnej, jego skrzydłowi rzadko mieli okazję, by cokolwiek stworzyć. Pawłowski w dwadzieścia minut do zejścia z boiska zaliczył cztery podania. Jevtić w drugiej części miał tylko dwa pojedynki w ofensywie, w pierwszej - jedenaście. A mimo to Lech objął prowadzenie po jego dośrokowaniu z rzutu wolnego i strzale głową Kędziory.

To był punkt zwrotny, ale nie taki, jakiego oczekiwali gospodarze. Wcześniej nieco przygaszony, także pozbawiony miejsca i podający niedokładnie Odjidja-Ofoe (celność zagrań w meczu poniżej 60%!) przebudził się. Już od wznowienia ze środka zrobił szarżę, faulował go Trałka i obejrzał żółtą kartkę. Kilka minut później znów ogrywa defensywnego pomocnika Lecha, później ucieka jemu oraz Nielsenowi, akcję przed decydującym trafieniem stara się przebić prawym skrzydłem. Ale po golu Kędziory zalicza pięć ze wszystkich jedenastu swoich prób dryblingów.

I to też drybling "dziesiątki" zadecydował o wyniku, choć nie Majewskiego, nie Odjidji-Ofoe, ale Hamalainena, który wykorzystał zaangażowanie rywali w ostatni (czy też przedostatni) atak i świetnie zachował się w kontrze. - Popełniliśmy błąd. To znaczy moja obrona popełniła błąd, bo ja nie mówiłem nikomu, że ma biec do ataku i walczyć o kolejnego gola. No cóż, zespół sam podejmuje takie decyzje na boisku i ja to respektuję - mówił później Bjelica.

Z kolei Marcin Robak stwierdził, że ta wygrana da Legii przewagę mentalną. - Straciliśmy głupie gole, przegraliśmy wygrany mecz - narzekał napastnik Lecha. Jednak to reakcja po golu Kędziory pokazała przewagę Legii w tej sferze. Gdy Lech był przekonany, że już ma trzy punkty i cofnął się by ostatnie dziesięć minut bronić, gości pociągnął Odjidja-Ofoe. I nawet ta ostatnia akcja Lecha, zaangażowanie dwóch środkowych obrońców, pozostawienie tylko Tetteha oraz Kostewycza w obronie świadczy niejako o panice, zwłaszcza w kontekście tego, co powiedział Bjelica. - Przecież byliśmy uczulani na to, że Legia lubi tak atakować - narzekał na drugiego gola Robak.

Bjelica ma rację, że z gry Lecha może być zadowolony on i kibice drużyny. Zwłaszcza pierwsza połowa pokazała, ile zmieniło się w mentalności drużyny, jak poprawiła się ich gra oraz fakt, że mogą się równać Legii pod względem intensywności. Jednak przed finiszem sezonu przewaga jest po stronie drużyny broniącej mistrzostwa. Nie tyle punktowa, ile mentalna. Z ostatnich dziesięciu goli aż sześć legioniści strzelili po 75. minucie. Może daleko im do pełni swobody i ekspresji w ataku, ale na ten moment ważniejsze jest to, jak swoje mecze kończą.

© Zachodny do tablicy
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci