Menu

Zachodny do tablicy

Futbol analitycznie, statystycznie i konkretnie - na tablicy Michała Zachodnego.

Ten przeklęty Jürgen Klopp

mzachodny

Nie ma żadnego przypadku w tym, że spośród trenerów z którymi Pep Guardiola mierzył się najczęściej, to z Jürgenem Kloppem ma najgorszy bilans. A niedzielna porażka Manchesteru City z Liverpoolem (3:4) była też idealnym przykładem na to, jak grać przeciwko drużynom hiszpańskiego szkoleniowca.

 

Nie lubię cytować swoich tekstów, ale może ten jeden raz zrobię wyjątek. W ostatnim dniu 2016 roku – i w moim ostatnim tekście na Sport.pl – podsumowywałem dwanaście miesięcy angielskiego futbolu, który w kwestiach Premier League i reprezentacji był głównie wyśmiewany. Ale na koniec zdarzyło się starcie Liverpoolu z Manchesterem City (1:0) i w nim widziałem szansę na poprawę stanu rzeczy wyspiarskich piłki.

Pisałem: „Naprawdę Anglia nie zawali się, ponieważ w głosowaniu na stu piłkarzy 2016 roku Wayne Rooney otrzymał dwa głosy i po raz pierwszy od lat w ogóle nie został sklasyfikowany. Chodzi tylko o przyjmowanie lekcji i nauki od szkoleniowców bardziej utytułowanych i otwartych, którzy wiedzą w którym kierunku zmierza współczesny futbol. W ostatnich godzinach roku odcięcia się od kontynentu – wiadomo: spodziewana formalizacja Brexitu (ha! – akt. przyp. red.) – Klopp oraz Guardiola udowodnili, dlaczego warto im zaufać.”

Dziś te słowa wybrzmiewają jeszcze mocniej, ponieważ udowadnia to dynamika ligi. Liverpool naprawdę się rozpędza – żarty o „maszynie, która ruszyła” odłóżmy na bok – wygląda po prostu „świeżo” na tle projektów dogorywających (Arsenal), na skraju załamania (Chelsea), wyhamowanych (Tottenham) czy wciąż niedoskonałych (Manchester United). Manchester City ma za to fenomenalny sezon, po prostu. Nawet styl niedzielnej porażki: przecież gole tracone na początku drugiej połowy były pewnym podobieństwem do wysokich porażek z poprzednich rozgrywek. A jednak tym razem piłkarze Guardioli podnieśli się, pewnie mając jeszcze z pięć minut więcej tego meczu skończyłoby się remisem. Takie reakcje cechują mistrzów.

Ale ten mecz oglądało się świetnie zwłaszcza przez pryzmat taktyczny – plan Kloppa versus plan Guardioli. Niemiec mówił po spotkaniu, że można oglądać City nawet kilka razy, wie się doskonale czego należy unikać, a co trzeba robić, ale wdrożyć to… „Jest to trudne, lecz możliwe. Potrzebujesz bardzo dobrej drużyny i dzięki Bogu ja taką mam!”, mówił Klopp. – Chcąc pokonać City nie masz alternatywnego rozwiązania. Może jeśli wygrasz los na loterii i oni będą sami na siebie wpadali! Będziesz bronił się głęboko w swoim polu karnym i liczył, że nic się nie stanie, co jest mało prawdopodobne. A my jesteśmy Liverpool, nie możemy tak grać. Musisz być odważny, grać piłką. Mówiąc o City wskazuje się na to, jak oni rozgrywają akcję, ale są też fenomenalnie zorganizowani. Więc przeciwko takiej drużynie musisz wykorzystywać przestrzenie przez które my graliśmy i stwarzaliśmy sytuacje, nie ma innej alternatywy - tłumaczył.

Jeszcze bardziej dosadnie przedstawił to Alex Oxlade-Chamberlain, według mnie najlepszy piłkarz niedzielnego spotkania (widzicie? Anglik potrafi!). – Lubią grać od własnej bramki i są w tym świetni. Ale my rośniemy w meczach z rywalami, którzy tak próbują. To nam pomogło. Planem było bronić na całym boisku, ganiać za nimi i wtedy stwarzać sobie sytuacje do ataków w stylu, jakim potrafimy grać – mówił strzelec pierwszego gola. Zresztą również środkowy pomocnik – Georginio Wijnaldum – dał prowadzenie i zwycięstwo Liverpoolowi w przywoływanym meczu z grudnia 2016 roku.

A Guardiola? W zasadzie styl gry jego drużyny był na Anfield identyczny, jak w każdym z poprzednich meczów tego sezonu. Z wysoko ustawionymi napastnikami przy wznowieniu z „piątki”, z pressingiem, z szukaniem prostopadłych podań z drugiej linii, z szalejącym Kevinem de Bruyne wspierającym skrzydłowych. Ale znów okazało się, że styl Kloppa to kryptonit na styl Guardioli. – Tak trudno gra się z Liverpoolem na Anfield, przy ich agresywnym, ofensywnym futbolu, ze wspierającymi ich kibicami. Chociaż całkiem nieźle kontrolowaliśmy ich kontry, to odbudowa po drugim golu nie była najlepsza – tłumaczył.

A ja znów wrócę do cytowanego tekstu, bo z niego są ciekawe słowa o „efekcie wow”, czyli pierwszym starciu obydwu szkoleniowców w meczu o Superpuchar Niemiec w 2013 roku, który Borussia wygrała 4:2 z Bayernem. – Różnimy się pod względem pomysłu na grę, ale ten jego (Niemca – red.) bardzo lubię. Może Klopp to najlepszy trener pod względem kreowania drużyn, które atakują obronę rywali ja największą liczbę piłkarzy, z każdego miejsca na murawie. Mają intensywność bez i z piłką, co jest niełatwe do osiągnięcia. Nauczyłem się tego w naszym pierwszym starciu w Niemczech – mówił przed tamtym meczem Guardiola. W kontekście jego słów można przypomnieć sobie akcję Andy’ego Robertsona, który w 75. minucie rzucił się szarżą z pressingiem niemal na każdego z obrońców City po kolei. Wyglądało to spektakularnie i nie było dalekie od sukcesu.

via GIPHY

Do meczu z 2013 roku wraca w swojej książce o piłkarskiej filozofii Kloppa analityk taktyczny Martin Rafelt i choć krótko, to wspomina, że tamten sezon był dla Niemca wyjątkowy pod względem skupienia się na momentach przejścia z obrony do ataku. Autor nazywa to „niepozorną zmianą kursu”, nowy styl pressingu (na środkowych pomocników przeciwnika) określa mianem „adoptowalnego i atrakcyjnego”. I można powiedzieć, że to również w środkowej strefie rozstrzygnęło się niedzielne spotkanie: trio Emre Can – Wijnaldum – Oxlade-Chamberlain zdominowało swoich rywali. Dość powiedzieć, że de Bruyne miał niemal tyle strat (12), ile cała trójka Liverpoolu razem wzięta (13).

Jeśli ten pressing działa, to przede wszystkim zabiera się możliwość prostopadłych podań City. Przypomnijmy porażkę Liverpoolu 0:5, co zrobił również Klopp w niedzielę. – Do czerwonej kartki Mane nasza gra wyglądała identycznie, jak dziś – powiedział po zwycięstwie. Ale wtedy po zejściu Senegalczyka zabrakło zawodnika do bardziej agresywnego, zindywidualizowanego pressingu. Liverpool zaczął bronić strefowo i nisko w 4-4-1 i… przy 1:0 Oxlade-Chamberlain nie zdążył do de Bruyne, przy drugim trafieniu Belg mógł stworzyć przewagę na skrzydle swobodnie dośrodkować, przy trzecim i czwartym kluczowe były prostopadłe podania, przy piątym Leroy Sane miał zbyt dużo miejsca na strzał z tzw. „strefy prawdy”.

A w niedzielę siły były wyrównane przez 90 minut, Liverpool mógł odpowiednio pressować, blokować linie podania i potem kontrować – tych kontr (przez InStat definiowanych jako ataki trwające mniej niż 30 sekund i poruszające się do przodu szybciej niż 2,6 metrów na sekundę) zresztą The Reds zaliczyli aż 34, najwięcej przeciwko Manchesterowi City odkąd szkoleniowcem jest Pep Guardiola. A City mieli problemy z ich przerywaniem, Klopp słusznie zauważył, że jego drużynie sprzyjała płynność gry, nie było taktycznych fauli rywali (tylko sześć przewinień, trzeci najniższy wynik w tym sezonie, średnia to dziesięć na mecz). Cała ofensywa (dwóch najbardziej wysuniętych środkowych pomocników, skrzydłowi i napastnik) Liverpoolu odzyskiwała piłkę 23 razy, ich rywale – tylko dziewięciokrotnie.

 

Zakończenie fenomenalnej serii City – bo to seria fenomenalna, przy rywalach znacznie mocniejszych niż ci, których miał Arsenal w swoim cudownym „niepokonanym” sezonie – wymagało czegoś wyjątkowego i trzeba przyznać, że ten przełom pierwszego i drugiego kwadransa po przerwie takim był. Trzy gole strzelone w tym czasie przez Liverpool to kwintesencja drużyn Kloppa. Trafienie na 2:1 to Wijnaldum i Oxlade-Chamberlain pressujący de Bruyne na własnej połowie z tym drugim szarżującym, podającym do Roberto Firmino. Gol na 3:1 – odzyskanie piłki przez przechwyt (21 na połowie City, rywale analogicznie – 8) Salaha, podanie do Mane i piękny strzał. W momencie pressingu Liverpool za linią środkową miał aż sześciu piłkarzy, City – pięciu! Trafienie na 4:1 to zebranie drugiej piłki i kapitalny przerzut Wijnalduma nad głowami Fernandinho oraz de Bruyna, prostopadłe podanie Salaha, wyjście Edersona i… naturalne zachowanie u Kloppa – pójście za piłką. Egipcjanin dał sobie szansę, po prostu. W tym kwadransie Liverpool zanotował aż 64% wygranych pojedynków nad City, miał osiem strzałów od 46. do 75. minuty, rywale tylko dwa.

golelfc

Nie ma przypadku w tym, że taki pokaz dał Liverpool, a nie którykolwiek z rywali City do tytułu mistrzowskiego w tym sezonie. Tottenham sam pozwolił się kontrować, bo nie grał tak agresywnie, ale już Chelsea, Arsenal i United oddali swoim rywalom pole. Pozwolili im grać, klepać, wbiegać w strefy i uderzać z sytuacji, które były łatwe. Jest i druga strona medalu: Guardiola mówiący o tym, że z tej porażki płynie tylko nauka. Ale jaka? Przed samym meczem najwięcej pisano o tym, jakim sposobem pokonać City, propozycji było wiele (The Times zrobił sondę pośród swoich dziennikarzy…), ale nawet gdy ktoś trafił i wskazał styl Liverpoolu, to nie widzę w Anglii zespołu, który byłby tak odważny, jak Klopp w swoim podejściu. Nawet u Mauricio Pochettino myśli w głowie są bardziej pragmatyczne, a też nie ma tak dynamicznych środkowych pomocników, co Niemiec.

Dlatego nauczką dla Guardioli nie jest szukanie sposobu na kontrę kontry – bardziej utrzymanie poziomu koncentracji, pewnej mentalności. Hiszpan miał rację powtarzając mediom, że porażka musi przyjść, że sezon bez niej City się nie zdarzy. Może nie tyle jej sobie życzył, ale był świadom jej nieuchronności i… większego wpływu pozytywnego, niż negatywnego, mając na uwadze choćby przewagę nad resztą stawki oraz klasę swoich piłkarzy. Przez pryzmat ostatnich spotkań (słabe pierwsze połowy z Burnley i Bristol City) można powiedzieć, że potrzebował bodźca – on na nich mocno opiera swój styl pracy z drużyną – który jeszcze rozwinie jego projekt w Manchesterze. Zwłaszcza w kontekście starcia z zespołem Kloppa nadaje to ich relacji, starciom wyjątkowości. Gdyby grali ze sobą częściej, cała Premier League rozwinęłaby się znacznie szybciej.

Życie na instynkcie

mzachodny

To może być najbardziej spektakularny występ napastnika w tym sezonie. W meczu z Maritimo Bas Dost zaliczył tylko 14 kontaktów z piłką – średnio jeden na sześć i pół minuty – wykonał ledwie sześć podań, w tym trzy celne, wygrał dwa pojedynki główkowe i miał jedno złe przyjęcie. No i wreszcie – Holender dla Sportingu Lizbona ustrzelił hat-tricka.

Dziwne jest życie napastnika, prawda? Zwłaszcza, że w poprzednich dwóch spotkaniach z Benfiką i Belenenses nie zdołał zaliczyć żadnego strzału. Walczył (w sumie 52 pojedynki), rozgrywał (48 podań), ale nie miał sytuacji. Wydawałoby się, że wedle statystyk to z Maritimo zrobił najmniej i… strzelił trzy gole. Dwukrotnie dokładając nogę do piłki przed (niemal) pustą bramką, raz dobijając strzał kolegi, gdy futbolówka po prostu spadła na jego głowę.

Wyczyn 28-letniego Holendra jest świetnym odzwierciedleniem losu dziewiątki w kontekście np. Alvaro Moraty. Na napastnika Chelsea spadła krytyka po meczu z Arsenalem, w którym miał i zmarnował trzy doskonałe okazje – za każdym razem sam na sam, dwukrotnie mając przewagę nad obrońcami. I w ramach „goli oczekiwanych” (xG) wypracował wynik (1.15) niemal równy temu, który osiągnęli wszyscy rywale (1.23).

Antonio Conte – w przerwach od wymiany uprzejmości z Jose Mourinho – bronił swojego napastnika. Najpierw tłumaczył, że dla napastnika najważniejsze są szanse, które Morata ma. Gdy pudłował ze Stoke, zaznaczał, że w pierwszym meczu z tym rywalem trafił trzykrotnie, więc bilans nadal ma dobry. Ostatnio przypominał, że to napastnik wciąż młody (25 lat i młody?), że ma dobre statystyki („Dziesięć goli i siedem asyst”, twierdzi Conte, choć… z trudem przychodzi doliczyć się tylu kluczowych podań w tym sezonie)… Ale przede wszystkim ma pecha.

Jak to: pecha? Gdy biegnie sam na sam z bramkarzem i źle przykłada stopę do piłki, to w przypadku napastnika należy mówić o braku szczęścia czy umiejętności? Odpowiedź wydaje się oczywista. Ale z dziewiątkami tak bywa, że wpadają w ruchome piaski: rozumiem to jako moment, w którym co by nie zrobili, to robią źle. A im więcej robią, to wykonują to gorzej, a ich kryzys się pogłębia.

No więc Morata się starał, biegał za każdą piłką, z Arsenalem miał pięć prób odbiorów, ośmiokrotnie podejmował się dryblingu, miał trzy kluczowe podania… Wszystko na nic, ocenę jego występu zdefiniują pudła. A przecież ta pierwsza sytuacja przypomina gola, którego strzelił jesienią w wyjazdowym meczu ze… Stoke – i wtedy trafił idealnie.

Może więc Morata powinien być bardziej jak Dost, gdy przyjdzie mu się mierzyć z Arsenalem już w środku tygodnia? A może musi wyłączyć myślenie, robić dalej wszystko tak, jak robił dotychczas i w końcu trafi? Bo trafić musi, prawda?

Morata trafiał wcześniej w sezonie, strzelał też w Madrycie i w Turynie, ponieważ ma coś dla napastnika kluczowego: instynkt. W tym kontekście przypomniał mi się wywiad, który ostatnio czytałem z byłym snajperem – uzbierał on 282 gole w trakcie 20-letniej kariery, jest ostatnim Anglikiem, który wygrał wyścig o „Złotego Buta”. Kevin Phillips, pamiętacie tego gościa?

„Mam wiele dyskusji o tym, czym jest instynkt – powiedział w wywiadzie dla „The Set Pieces”, który opublikował również „Guardian”. – Bardzo wierzę w to, że można się pod tym względem poprawić, ale patrząc na napastników Premier League z dawnych lat – Owena, Fowlera, Cole’a, Shearera – to każdy z nich strzelił większość ze swoich goli dzięki instynktowi. Zawodnicy tacy jak Thierry Henry mieli umiejętności, by przejąć piłkę z dala od bramki, okiwać rywali i w piękny sposób trafić do siatki, ale tamci piłkarze potrafili być w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie. Dla mnie to instynkt.”

„Większości z tego nie da się wytrenować, ale można stać się w tym lepszym. Można nauczyć zawodników wykonywania odpowiednich ruchów, biegania w konkretnych kierunkach, trzymania się linii spalonego, odpowiedniego timingu i pojawiania się we właściwych miejscach, ale czasem sam znajdowałem się w dobrej pozycji, choć tak naprawdę nie wiedziałem, jak to robiłem. Po prostu nagle tam byłem. Myślę, że z tym trzeba się urodzić.”

Philips przypomina również jeszcze jeden ważny dla jego kariery napastnika cytat: im ciężej pracujesz, tym więcej masz szczęścia. To z kolei skojarzyło mi się z rozmową Jakuba Białka z Jakubem Świerczokiem z Zagłębia Lubin na Weszlo.com. Drugi najlepszy strzelec spośród Polaków w 2017 roku podsumował te dwanaście miesięcy tak: „W przerwie zimowej rok temu nie miałem w ogóle wolnego. W pierwszej lidze przerwa była bardzo długa – trwała ponad miesiąc – ale ja w zasadzie codziennie trenowałem. Nie zrobiłem żadnej przerwy. Nie zdarzyło się ani razu, bym przez dwa dni z rzędu nie trenował. Wziąłem się za siebie. Bardzo pomógł mi Leszek Dyja, do którego zacząłem chodzić indywidualnie – tak naprawdę to on mnie przygotował fizycznie i motorycznie. Było to dla mnie kluczowe. Wcześniej brakowało mi kondycji. Bardzo się męczyłem na boisku – wiedziałem, co chcę zrobić, ale nie miałem siły, by to wykonać.”

Świerczok nie mówi dokładnie o instynkcie, ale używa zamienników: „łapać flow”, automatyzmy. I też widać po nim, że każdy gol jest efektem pracy: z psychologiem, ale też analitykami „Deductora”, którzy wskazują mu konkretne rzeczy do poprawki, czasem organizują treningi indywidualne. To napastnik, którego zawsze wyróżniał potencjał, zdecydowanie w danej sytuacji, umiejętność odnalezienia się i błyskawiczne podejmowanie decyzji. Po prostu należało to poprzeć czymś więcej niż tylko charakterem.

swierczok

W tej zbitce losów różnych napastników dorzucam jeszcze jednego, którego transfer w pierwszym tygodniu stycznia narobił przynajmniej w Polsce najwięcej hałasu: Eduardo da Silvy, który wiosną ma strzelać gole dla Legii. Zainteresowany nietypowym i ryzykownym transferem poszedłem sprawdzić na powitalną konferencję, czy zobaczymy piłkarza w wieku 34 lat już utykającego, może siwiejącego, z lekką nadwagą… Nic z tych rzeczy. Eduardo miał na badaniach medycznych zaskoczyć pracowników Legii swoją wydolnością, na spotkaniu z dziennikarzami wyglądał na może nieśmiałego, ale pewnego, że i w tym wieku może wrócić na wysoki poziom gwarantujący jemu i drużynie gole.

Bo przecież tego mistrzom Polski brakowało najbardziej: w całym 2017 roku zdobyli w lidze tyle bramek, ile Śląsk Wrocław (55), a jesienią najlepszym strzelcem był Jarosław Niezgoda z siedmioma golami. Tyle samo trafień zaliczył 34-letni Arkadiusz Piech, Adam Frączczak z ostatniej w tabeli Pogoni Szczecin, a nawet Michal Papadopulos z Piasta Gliwice, który wybitnym strzelcem nie był i nie będzie.

Legia od odejścia Nemanji Nikolicia i Aleksandara Prijovicia była pozbawiona tego instynktu. A obserwując Ekstraklasę trudno nie wysunąć wniosku, że do zrealizowania podstawowego celu większości drużyn (awans do grupy mistrzowskiej, ewentualnie: utrzymanie) wystarczy mieć skutecznego napastnika – nawet jeśli czasem po to „coś” trzeba sięgnąć do rezerw brazylijskiego pierwszoligowca, greckiej ekstraklasy czy na trzeci poziom w Hiszpanii. Tylko trzeba wiedzieć, czego się szuka.

 

Angielska sztuka sprowadzania na ziemię

mzachodny

Gdy czyta się niektóre reakcje na triumf angielskich młodzieżówek w mistrzostwach Europy i świata, to można złapać się za głowę. Zwłaszcza, gdy w podobnym, krytycznym tonie wypowiadają się selekcjoner seniorskiej reprezentacji i stały ekspert z głównego programu Premier League.

Pochwalę się: kupiłem sobie świetną książkę. Michael Calvin, jeśli chodzi o autorów piłkarskich należy do ścisłego topu i jego najnowszy tytuł "No Hunger In Paradise" do tej czołówki należy. Opowiada on o patologiach w szkoleniu w angielskim futbolu, pokazując jednak też pozytywne przykładu, wielkie akademie nie tylko wyrzucające wychowanków, ale też coraz bardziej o nich dbające. Mimo to Calvin podaje szokującą statystykę: na półtora miliona dzieci trenujących w zorganizowanych akademiach szansę na grę w Premier League ma tylko 0,012%.

Stąd oczywiście dyskusja po triumfach młodzieży, czy w ogóle któryś z talentów w przyszłości podbije rodzimą ligę i to w tych najlepszych klubach. O wątpliwościach w tym temacie napisałem - znów się pochwalę - w pierwszym tekście dla tygodnika Piłka Nożna, który od wtorku znajdziecie w kioskach. Spektrum jest bardzo szerokie, rozmowa wielowątkowa, ale postarałem się przedstawić również na czym konkretnie polegały zmiany w angielskim szkoleniu, że przyniosły takie efekty.

 

Tu jednak postanowiłem skupić się na innym wątku, który również w książce Calvina jest poruszany: szkolenie młodzieży to sport indywidualny. I oczywiście wyniki juniorskich kadr powinny cieszyć, są weryfikacją, ale... nie są wyznacznikiem przyszłości. Albo mogą być, lecz niekoniecznie w Anglii, o czym mówi ciekawie Sam Allardyce i... znów odsyłam do Piłki Nożnej.

Natomiast przyciągnęły moją uwagę komentarze najpierw Danny'ego Murphy'ego, jednego z ekspertów popularnego programu Match of the Day i selekcjonera reprezentacji Anglii, Garetha Southgate'a. - Ciesząc się z mistrzostwa wszyscy chłopcy obrócili koszulki tyłem do przodu, by na piersiach mieć swoje nazwiska, by cały świat widział kim są - dziwił się pierwszy z nich. - Taka jest natura współczesnego społeczeństwa, prawda? Zastanawiam się czemu to zrobili. Może to kwestia tej generacji, ale cieszę się, że wraz z trenerami po dyskusjach zdecydowaliśmy się na to wskazać. Nie chcemy uderzać w chłopców po ich zwycięstwie, ale pokora jest bardzo ważna - tłumaczył drugi.

 

Nie wiem jednak, czy starszyzna angielskiego futbolu - a może trenersko-ekspercka nowa fala? - nie postrzega kompletnie na opak tego typu zachowania. Owszem, jest to typowe dla tej generacji, jednak przy każdorazowym zaznaczaniu, że później młodzieży brakuje odpowiedniej mentalności do awansu na poziom seniorski... Przecież oni muszą być bardzo pewni siebie. Siebie - nie drużyny. Jako zespół przed kilkunastoma minutami pokonali w wielkim stylu Hiszpanię 5:2, choć po pierwszym fragmencie przegrywali dwiema bramkami. Wcześniej rozprawili się z Brazylią, nastrzelali ponad dwadzieścia goli... Zresztą zobaczcie jakich, bo wybrałem te wyjątkowe.

Murphy i Southgate nie dostrzegają chyba, że tak właśnie tworzą się charaktery, a też chłopcy sami wiedzą, że to możliwie ich jeden z niewielu momentów, by szeroka publiczność o nich usłyszała. Kibice też potrafią wywrzeć presję na klubach, trenerach, akademiach... Albo nie - zrobią to sami młodzieżowcy, właśnie tak przedstawiając się światu. - A w efekcie myślą o sławie na równi z byciem piłkarzem - kłóci się Murphy. - Ale fakt, że nie ma herbu Anglii na zdjęciach mówi o nich wiele - dodaje.

Z tym ostatnim się zgodzę, ale raczej świadczy to o nich dobrze. Jeszcze mają czas zrozumieć, że "ważniejszy od nazwiska na plecach jest to, co mają na piersi", lecz na razie muszą traktować się indywidualnie: nie patrzeć na innych, a na pewno nie poza meczami.

Kwestia polega na tym, że już po triumfach angielskiej młodzieży tamtejsze osobowości mają z tym tak banalny problem. Southgate i Murphy stworzyli z tego osobną dyskusję, która przykryła przez jakiś czas zwycięstwa... Wyszło to słabo, po prostu. Nawet jeśli swoje opinie starali się wyważyć, podkreślać znaczenie osiągnięć, to niesmak i tak pozostanie. Zanim w ogóle zaczęła się walka tych juniorów o wejście do pierwszych drużyn, już zostali ściągnięci od poziomu murawy. Może to strach przed odlotem następnej "złotej generacji"? Nawet jeśli, to uderzają w złym kierunku. Kiedyś, przy mniejszej liczbie obcokrajowców w klubach Premier League, to mogłoby być zasadne, ale teraz adresatem pretensji, a bardziej presji powinny być Chelsea, City, United i inni, którzy talenty produkują, ale na poziom średni, nie wyjątkowy.

Szymon Żurkowski, ostatni „box-to-box” w Ekstraklasie?

mzachodny

Kawałek już drogi pokonaliśmy, skoro czasem dyskusja o piłce może być o pozycji, roli i przyszłości piłkarza, a nie tylko o decyzjach sędziowskich. Jednak temat Szymona Żurkowskiego jest ciekawy, ponieważ dotyczy zawodnika w roli, która we współczesnym futbolu… dogasa.

Gdyby poszukać elementów w których w sobotnim meczu Górnik Zabrze zdominował Lecha i wygrał 3:1, to należałoby wspomnieć o elementach niekoniecznie technicznych. To motoryką, energią i fizycznością wyróżniali się gospodarze, wytrzymując nawet fragment największego nacisku rywali, by komfortowo dowieźć wynik do końca w ostatnich dwudziestu minutach.

gorniklech

Ten mocny finisz Górnik zawdzięcza zmianie, którą zrobił Marcin Brosz – za Łukasza Wolsztyńskiego wpuścił na boisko Macieja Ambrosiewicza. – On uporządkował środek pola po tym, jak goście zmienili ustawienie. Do tego Szymon Żurkowski i Szymon Matuszek pomogli, a końcową część meczu wygraliśmy właśnie tą strefątłumaczył po spotkaniu szkoleniowiec zabrzan.

To w tym fragmencie Żurkowski został przesunięty wyżej, na pozycję numer dziesięć, po chwili dodał asystę przy decydującym golu Igora Angulo. Zresztą dla młodzieżowego reprezentanta Polski był to wyjątkowy mecz: oprócz decydującego podania strzelił swojego pierwszego w Ekstraklasie gola, to jego pressing, przechwyt piłki niejako doprowadził do faulu na Danim Suarezie i rzutu karnego.

Wkład Żurkowskiego był oczywiście większy. Miał w tym meczu najwięcej pojedynków stoczonych (31), także wygranych (16), w Górniku tylko Wolsztyński otrzymał więcej podań (43 do 28), jednocześnie Żurkowski był najczęściej dryblującym zawodnikiem gospodarzy (10 prób), żaden z kolegów nie zaliczył więcej kluczowych podań (3).

zurkowskilech

Mecz jak cały sezon w przypadku 20-latka. W końcu sprawdzając jego statystyki (dane InStat po 14. kolejkach) na tle ligowym możemy dostrzec, że Żurkowski jest trzecim najlepiej dryblującym zawodnikiem, piątym z najwyższą liczbą wygranych pojedynków, trzecim pod względem zebranych drugich piłek na połowie przeciwnika, trzynastym najczęściej odbierającym, piętnastym najczęściej strzelającym i najczęściej faulowym zawodnikiem. Mówiąc krótko: wszędzie go pełno.

Zauważają to również selekcjonerzy – nie tylko Czesław Michniewicz, ale również Adam Nawałka. Gdyby nie trwająca walka młodzieżówki w eliminacjach, to możliwe, że Żurkowski znalazłby się w kadrze seniorów. Natomiast obydwu selekcjonerom imponuje bardziej nie fakt, że młokos może nabić 14 kilometrów w meczu, ale to, że w końcówce spotkania biega tak szybko na krótkim i długim dystansie, jak w pierwszym kwadransie. Wystarczy przypomnieć indywidualną akcję pomocnika Górnika z meczu z Pogonią w Szczecinie, a nawet wybrać sytuację, gdy mógł strzelić czwartego gola Lechowi.

Ostatnim środkowym pomocnikiem, który pojawiałby się w tak różnych – zarówno defensywnych, jak i ofensywnych – klasyfikacjach był Kamil Vacek z jego sezonu w Piaście Gliwice. Czech świetnie dryblował, wchodził często w starcia, do tego potrafił szybko i celnie zagrać do przodu i jeszcze nadążyć za akcją.

Są między nimi pewne różnice, ale pod względem dynamiki, zaangażowania pod obiema bramkami wyróżniali się spośród wielu środkowych pomocników. To także efekt tego, że coraz rzadziej widzimy piłkarzy w typie „box-to-box” w środkowej strefie, gdzie częściej występują specjaliści: dwie „szóstki” i jedna „dziesiątka”. Albo nawet jeśli znajduje się miejsce dla „ósemek”, to nie grających tak… ekspansywnie jak Żurkowski czy (dwa lata temu) Vacek. Maciej Gajos mógłby być tego typu pomocnikiem, ale ogranicza go taktyka Lecha, swoboda dawana innym (Jevticiowi, Majewskiemu). Nie był nim Vadis Odjidja-Ofoe, który przecież Legię do tytułu mistrzowskiego poprowadził po przeniesieniu go przez Jacka Magierę na „dziesiątkę”.

O tym, że pomocników w typie „box-to-box” jest coraz mniej wiemy nie od dziś. Jonathan Wilson – osoba której wiedzy i spojrzeniu możemy zaufać – pisał w 2009 roku, że kończą się czasy Lampardów, Gerrardów, czyli pomocników atletycznych, siłowych, przebojowych, pracujących na całej długości boiska, przez to też niekoniecznie zdyscyplinowanych taktycznie, potrzebujących wsparcia. Nawet Żurkowski takie wsparcie ma w osobie Matuszka, a gdy miałem okazję rozmawiać z nim i z Ambrosiewiczem, to pierwszy mówił o swoich inklinacjach ofensywnych, drugi – defensywnych.

W swoim tekście dla Guardiana Wilson wymienia także powody, które są wciąż aktualne: coraz mniej drużyn gra ustawieniem 4-4-2, które pomocników „box-to-box” wypromowało, a także… coraz bardziej liberalne podejście do zasady pozycji spalonej, które „rozciągnęło” formacje (i ograniczyło odpowiedzialność, spowodowało pojawienie się wspomnianych specjalistów w drugiej linii). Dalej idąc możemy zauważyć, że przy wzroście intensywności pressingu – to najnowszy trend w futbolu – mecze bywają otwarte, ale też… „sprasowane” na coraz mniejszej przestrzeni. W środku pola liczą się więc sprinty krótkie, nie długodystansowe.

Stąd może porównywanie Żurkowskiego do innych pomocników – nawet z ligi, z reprezentacji – jest tak trudne. Zwłaszcza, że on jest skrojony idealnie pod Górnika. Jedyny zespół tak wyraźnie grający w 4-4-2, którego kontry to w zasadzie ataki przez całe boisko, bazujący na dynamice i atletyczności. Do tego nie rozliczany z tego, co w ostatnich latach stało się jedną z naczelnych wartości w piłce: dokładności zagrania. W Ekstraklasie Górnik ma najniższe posiadanie piłki (poniżej 40%) i najniższą dokładność podań (poniżej 70%). Także Żurkowski nie podaje dokładnie: z Lechem, jak i w trzech wcześniejszych spotkaniach ligi celność była poniżej 70%, średnia w sezonie to 79%.

Ciekawsze jest więc to, co stanie się z Żurkowskim poza Górnikiem, albo jak będzie wyglądał, gdy stanie się to, przed czym od jakiegoś czasu Brosz przestrzega piłkarzy: rywal sam się cofnie i odda posiadanie piłki. Czy w kolejnych latach młody talent rozwinie się w bardziej zdyscyplinowanego zawodnika, będzie potrafił znaleźć kompromis między wykorzystaniem swojej atletyczności a potrzebami taktycznymi innych zespołów? Pozwoli przypisać się do konkretnej roli? Nabierze wraz z doświadczeniem większego zrozumienia gry, które jeszcze jego możliwość rozwinie?

To oczywiście przyjemne rozważania, bo sam fakt, że pod naszym okiem rozwija się piłkarz w pewnych względach wyjątkowy jest po prostu fajny, jak i cała historia Górnika. Żurkowski, niegdyś reprezentant Polski w baseball, teraz może wejść… wbiec na ten poziom w piłce nożnej. Dwa lata temu grał w Centralnej Lidze Juniorów w Gwarku Zabrze, jesienią ubiegłego roku częściej występował w trzecioligowych rezerwach Górnika, niż na zapleczu Ekstraklasy. Dziś rozmawiając o atutach piłkarskich Żurkowskiego z najważniejszym trenerem w kraju można dostrzec błysk w oku, który wcześniej „zaszczycił” naprawdę niewielu.

Inna Wisła, prawdziwa Legia

mzachodny

Starcie Wisły Kraków z Legią Warszawa jak zwykle było intrygujące, ale - w przeciwieństwie do bezbramkowego remisu sprzed roku - tym razem dostarczyło również zaspokajającego poziomu piłkarskiego. W drużynie gospodarzy znów za sprawą Carlosa Lopeza, w zespole gości dzięki umiejętnej grze z kontry. Oto szersze, analityczno-statystyczne spojrzenie na niedzielne spotkanie.

Wisła Kraków, czyli dodani do Carlitosa

O Hiszpanie pisałem już po poprzednim meczu Wisły ze Śląskiem we Wrocławiu (2:0), gdy jego gol oraz asysta dały zwycięstwo drużynie, ale przede wszystkim podkreśliły jej uzależnienie od Carlosa Lopeza. I z Legią nie było inaczej, choć inną role wybrał sobie ten piłkarz - już nie uniwersalnego żołnierza, ale typowej "dziesiątki", rozgrywającego. Wystarczy przywołać kilka statystyk z jego występu: choć ledwie 16 z 34 jego podań było dokładnych (to tylko 47%!), to miał aż osiem prób kluczowych zagrań, więcej niż jakikolwiek zawodnik na murawie. Do tego aż piętnaście razy podawał w pole karne Legii (siedem razy dokładnie), choć tym razem dryblował "ledwie" czterokrotnie.

Jednak wystarczy spojrzeć na jego próby kluczowych podań, by zrozumieć, że Wisła swojego atutu (w tym meczu - powtarzalnego) nie potrafiła wykorzystać. W 25. minucie dobre zagranie w pole karne źle przyjmuje Maciej Sadlok, przy dośrodkowaniu z 39. Paweł Brożek daje się wyprzedzić Michałowi Pazdanowi, nawet kilka minut przed końcem do prostopadłego podania zbyt wolno i mało ochoczo zbierają się koledzy Hiszpana. Takich momentów, gdy Carlitos ryzykownie, nawet na pamięć szuka otworzenia sytuacji innym wiślakom było sporo.

Może być to kwestia zrozumienia, albo po prostu specyfika wyzwania. Od dwóch miesięcy Wisła nie zaliczyła tak wysokiego posiadania piłki (55%), jak z Legią. Zmuszona do ataków pozycyjnych powinna polegać na ruchu bez piłki, szybkiej grze na dwa, trzy kontakty. Tymczasem kreatywność pojawiała się wyłącznie w strefach bocznych, ze środka Wiśle zaliczono tylko jedno dokładne kluczowe podanie (Jesusa Imaza z pierwszej połowy). Dobrym wejściom z drugiej linii brakowało tempa, czasem timingu lub zdecydowania, lecz to nie kwestia kreatywności: te rozwiązania się pojawiały często, lecz nie były wykorzystywane.

kpwisla

Dlatego po spotkaniu twierdziłem, że Wisła wyglądała lepiej niż w meczu ze Śląskiem. Wtedy miała miejsce i czas na przyspieszenie, Carlitos walczył z jednym rywalem, a nie pod presją trzech obrońców. Wyzwanie z Legią było większe i choć nie była to gra perfekcyjna lub piękna, to pamiętając sytuacje zespołu Kiko Ramireza można mówić o pechowej porażce. Może dlatego hiszpański szkoleniowiec próbował zrzucić odpowiedzialność, czy też zbić temat na VAR, a nie detale z występu swojej drużyny.

To dziwi, ponieważ Wisła pokazała sporo dobrych elementów. Współpraca Imaza z Carlitosem powinna dać więcej efektów, choć ten pierwszy po przerwie zgasł. Może nawet nie tyle zgasł, ile zaczął spełniać zadania innych, zwłaszcza środkowych pomocników. Wycofał się do tej strefy i tam krótkimi podaniami rozprowadzał akcje, przestając wspierać najlepszego z kolegów. W środku widzę też najwięcej do poprawy w Wiśle: Pol Llonch z Vullnetem Bashą momentami wyglądali, jakby chcieli wykonywać to samo zadanie, lecz jednemu kazano grać wyżej, co też nie wpływa pozytywnie. We dwóch zaliczyli ledwie jedno niecelne kluczowe podanie, na cztery ich próby zagrań w pole karne jedna była dokładna. Wejście Victora Pereza nie rozwiązało niczego, bo operował w tej samej strefie co wcześniej Basha.

porownanie

Co więc było dobre? Przemiana Carlitosa w rozgrywającego, gra Imaza w pierwszej połowie, zaangażowanie bocznych obrońców również, ale przede wszystkim pressing - przy Legii nastawionej na kontry przez większość meczu udawało się Wiśle zatrzymywać akcje bliżej bramki rywala niż własnej. Aż 25 z 63 zebranych drugich piłek było na połowie Legii, Wisła mimo większego posiadania zaliczyła więcej odbiorów (35 do 32), defensywnych pojedynków wygrała aż 60%. To dobre, pozytywne liczby za którymi jednak musi pójść większa kreatywność... bez piłki w ataku pozycyjnym. Tylko tak "Biała Gwiazda" zyska kolejny aspekt, zaletę w możliwościach gry drużyny Ramireza.

Legia Warszawa, czyli tylko na szybkości

Zacznijmy od tego, że Romeo Jozak miał rację. To w zawodzie trenera nowicjusz (choć ma bogate CV), ale umiejętnie zdefiniował mocne strony swojego zespołu, działa też zdecydowanie: odsunął niepokornych, postawił na sprawdzone, wyraźne atuty swojej drużyny. Zresztą można zażartować, że jest trenerem niepokornym: komentarzami po porażce w Poznaniu naraził się drużynie, podjął kilka średnio popularnych decyzji, a nawet zdecydowanie odjechał od wizji gry... właściciela klubu. Przecież zwalniając Jacka Magierę Dariusz Mioduski argumentował, że Legia nie może grać na kontrę, musi umieć dominować i narzucić rywalom swój styl, swoją jakość. Tymczasem średnie posiadanie piłki w meczach z Lechią Gdańsk i Wisłą to tylko 44%.

I wiecie co? Legia to w tym kształcie kadry zespół na kontry. Pokazała to sytuacja w drugiej połowie, gdy drużyna Jozaka bodaj po raz pierwszy starała się dłużej utrzymać przy piłce. Udało się szybko przyjąć i odegrać piłkę Tomaszowi Jodłowcowi, podobnie Krzysztofowi Mączyńskiemu, także Kasprowi Hamalainenowi, nawet Guilherme stosunkowo szybko ją oddał Michałowi Kucharczykowi, ale... skrzydłowy potrzebował czterech kontaktów w środku pola, by futbolówkę opanować, rozejrzeć się i ją stracić, bo już było trzech rywali. A najlepszym podkreśleniem cech Legii na tu i teraz są ostatnie dwa gole: Lechię Guilherme zaskoczył szybkim i długim wznowieniem rzutu wolnego, Kucharczyk strzelił, Niezgoda dobił, Wisłę Legia pokonała po rzucie wolnym, Brazylijczyk ruszył z własnej połowy po wybiciu Niezgody, Mączyński dograł do Kucharczyka, ten znów do napastnika i była bramka. Wszystko proste, efektywne i w przypadku ostatniego trafienia - efektowne.

Legia nie ma zespołu na grę pozycyjną, jeśli już to tylko jednostki. Środkowych obrońców, Mączyńskiego, także Hamalainena, połowicznie Guilherme. Ale reszta? Spójrzmy na boki obrony: przy atakach pozycyjnych to od nich powinna zależeć możliwość rozszerzenia gry, rozciągnięcia przeciwnika. Tymczasem jeszcze u Magiery te pozycje były problematyczne przez niedostosowanie się Hlouska i Jędrzejczyka do rozegrania krótkimi podaniami, wyjścia na prostopadłe zagrania. Trzymali się linii, rzadko nawet stwarzali zagrożenie dośrodkowaniami. Też nie ma przypadku w tym, że najlepsze, najbardziej efektowne mecze Legia Magiery rozgrywała, gdy kontrowała, a nie dominowała.

atakilegia

Dlatego Jozak słusznie Legię cofnął, niemal wbił we własne pole karne. Krok po kroku uczy ich piłki - w końcu przyszedł do Polski z łatką akademickiego nauczyciela. Ale powrót do podstaw jest... podstawą pracy trenerskiej. Dlatego w odbudowie najpierw liczą się czyste konto, wysiłek i zaangażowanie. To w ostatnich dwóch meczach udało się spełnić, a kryzysowa Legia jest o punkt od trzech liderów tabeli. Ma jednak też rację Chorwat mówiąc, że był to występ na ocenę maksymalnie 6,5 w dziesięciopunktowej skali.

Oczywiście, że pojawia się kwestia kolejnych kroków, nie każdy mecz ułoży się Legii tak, jak te ostatnie. Co jeśli znów trzeba będzie gonić wynik (jak z Lechem w 0:3), albo umiejętnie dozować tempo (jak z Jagiellonią w 0:1)? Czy wtedy zobaczymy coś, co ekipie Jozaka udało się wytrenować, coś poza kilkoma procentami wytrzymałości, szybkości, których różnicę teraz widzimy?

Słowo w tym meczu należy się środkowym pomocnikom. Interesująca jest rola Tomasza Jodłowca, pewnie jednego z lepszych zawodników w tym spotkaniu. Pamiętacie tego piłkarza z taktyki Stanisława Czerczesowa? To była niemal kopia planu "kopnij i biegnij" - Jodłowiec często zagrywał za linię obrony rywala i pędził, by ewentualnie zebrać drugą piłkę. A z Wisłą miał najwięcej celnych podań  Legii (46), zresztą dokładnością się wyróżniał (88%), znów przypominając atuty defensywne: odbiór (wszystkie trzy próby udane), zebranie drugich piłek (dziesięć, najwięcej w zespole) i przechwyty (cztery na połowie Wisły, znów najwięcej).

I na koniec Mączyński: dla niego ten mecz miał być wyzwaniem, lecz reprezentant Polski zaczął go bardzo spokojnie. Rzuciła się w oczy sytuacja po ostrym wślizgu Sadloka, gdy to legionista pierwszy wstał i chciał przybić piątkę z byłym kolegą z zespołu. Ale do rzeczy: Legia jego spokoju bardzo potrzebuje, jak i będzie potrzebować. Widać, że służy mu współpraca z Jodłowcem bardziej niż z (mniej zdecydowanym w defensywie) Michałem Kopczyńskim. I nawet, gdy Legia będzie grała z kontry, to jest on potrzebny - z 38 podań aż 35 miał on ofensywnych, konstruktywnych. Nikt nie wziął udziału w tak dużej liczbie kontr (12), ile Mączyński.

Zresztą do pozytywów związanych ze środkiem pola można zaliczyć również wejście Cristiana Pasquato i Armando Sadiku. Z ich niemal 20 podań tylko trzy były niecelne, w tym ostatnim okresie napastnik był też lepszym celem do długich, ratunkowych zagrań dla np. Arkadiusza Malarza, niż Niezgoda, łatwo rozbijany przez Głowackiego i Gonzaleza. Zmiany dały Legii kopa w ostatnim kwadransie: wtedy miała trzy strzały (Wisła dwa), pomimo niskiego posiadania (39%) w drugiej połowie goście zaczęli wygrywać więcej pojedynków (53%). Może to kwestia jakości na ławce, a może kolejności wykorzystania zmian, ale pod tym względem Jozak przewyższył Ramireza i pomógł drużynie wygrać mecz.

 

© Zachodny do tablicy
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci