Menu

Zachodny do tablicy

Futbol analitycznie, statystycznie i konkretnie - na tablicy Michała Zachodnego.

Ten ostatni kwadrans, SFG i trójka kandydatów do tytułu

mzachodny

„Na podsumowania jeszcze za wcześnie”, mówią eksperci o zakończeniu fazy zasadniczej, lecz pierwsze interesujące trendy ogólne, jak i dotyczące drużyn walczących o mistrzostwo można już wskazać. Zajrzałem do raportu ligowego InStat i wyciągnąłem to, co uznałem za najciekawsze.

Czy warto spóźniać się na mecz?

Z pewnością tak mogliby pomyśleć sobie kibice w Niecieczy. Mogliby, gdyby nie fakt, że w 2018 roku ich jedyną nadzieją na korzystny rezultat są… gole strzelone w ostatnim kwadransie. Gdy wtedy piłkarze Termaliki trafiali do siatki, to punktowali.

Aż co czwarty gol w Ekstraklasie pada w ostatnim kwadransie. Może to powinno być najlepszym określeniem ligowych emocji? Spójrzmy na ostatnią multiligę – w pierwszych połowach spotkań słynny już dzwonek stacji Canal+ odzywał się dziesięciokrotnie, po przerwie znacznie częściej, a już w ostatnim kwadransie aż osiem razy.

Mistrzem końcówek jest Lech Poznań – 18 goli po 75. minucie – ale czy nie dlatego, że rzadziej w pierwszym kwadransie (dwie bramki) strzelają tylko Sandecja Nowy Sącz (jedno trafienie), czy Pogoń Szczecin (zero). Na ich mecze można się spokojnie spóźniać… Ironią jest to, że w poprzednim sezonie najskuteczniejszy zespół (Legia) strzelał najwięcej goli w ostatnim kwadransie, a obecnie Górnik Zabrze wtedy... najczęściej bramki traci.

gornikzabrze

Jedynym przypadkiem drużyny Ekstraklasy, która jest skuteczniejsza przed przerwą niż po jest Korona Kielce. Dlatego też, obok Lecha, jest jednym z dwóch zespołów, które po strzeleniu pierwszego gola jeszcze nie doznały porażki. A tylko Jagiellonia ugrała więcej punktów pomimo otwierającego trafienia rywali. Trochę mówi to o stylu gry, jaki narzucił Gino Lettieri – bezkompromisowy, podobny niezależnie od przeciwnika.

Liga stałych fragmentów gry

Gdyby szukać w statystykach największych różnic, to widać ją m.in. w proporcji goli strzelanych z gry do bramek po stałych fragmentach. W poprzednim sezonie wynosiła ona (procentowo) 64-36, w obecnym: 59-41. Ale spójrzmy szerszej: rok temu średnia strzelonych goli z gry wyniosła 33, w tym jest o niemal jedną trzecią niższa (23).

Nazwijmy to efektem Górnika Zabrze. W tym sezonie beniaminek strzelił po stałych fragmentach już 29 goli, czyli więcej niż którykolwiek z rywali w poprzednim. Najgroźniejsi są z rzutów rożnych, które świetnie wykonują Rafał Kurzawa i Damian Kądzior. Rok temu najskuteczniejszy był Górnik Łęczna, w obecnym zabrzanie już biją ich wynik (10) o sześć goli. A ta średnia ligowa byłaby wyższa, gdyby nie beznadziejna w tym elemencie Sandecja (pięć trafień).

Zdecydowanie wzrosła jakość wykonania, co najlepiej obrazuje poniższa grafika: aż sześć zespołów podniosło dokładność dośrodkowań ze stałych fragmentów na poziom powyżej 30%, w poprzednim sezonie były tylko dwie takie drużyny. Co widać, zmieniły się również strefy w które zagrywana jest piłka.

sfgklasa

Z czego to wynika? Choćby z tego, że drużyny lepiej zagęszczają środek pola, a więc zwiększył się nacisk na grę skrzydłami. Tam – poprzez próby dryblingów – jest więcej fauli: pięć zespołów ma średnią przewinień powyżej 16 na mecz, w poprzednim sezonie był tylko jeden.

Legia mniej kluczowa

Ile obrońców tytułu kosztuje brak Vadisa Odjidji-Ofoe i (kontuzjowanego przez większość sezonu) Miroslava Radovicia? Statystyki mówią wszystko: w poprzednich rozgrywkach Legia zaliczała średnio 24 próby kluczowych zagrań na mecz, wybijała się pod tym względem w lidze. Obecnie ta średnia wynosi 19. Pod względem podań w pole karne drużyna spadła z miejsca pierwszego na piąte w tej klasyfikacji ligowej – i to pomimo tego, że generalnie posiadanie piłki oraz liczba zagrań pozostały na tym samym poziomie. To nie kwestia zmiany stylu, ale brak jakości potencjalnych następców.

W efekcie Legia rzadziej strzela (ze śr. 14,1 prób na 12, z trzeciego na siódme miejsce w tej klasyfikacji), także z samego pola karnego (spadek z śr. 9,5 na 7). Sporo też mówi statystyka dryblingów w której w poprzednim sezonie mistrz Polski był najmocniejszy (32 próby), obecnie jest na poziomie ligowej średniej (27). Kogo brakuje? Spojrzenie na klasyfikację indywidualną mówi wszystko: w czołowej dwudziestce ubiegłorocznych rozgrywek legionistów było dwóch, teraz nie ma żadnego. Oczywiście tamci piłkarze to Odjidja-Ofoe i Radović.

Jagiellonia bliżej ziemi

Pisałem już w ostatnich tygodniach, jak zmieniła się Jagiellonia od czasu, gdy Michała Probierza zastąpił Ireneusz Mamrot. Ten drugi ze szkoleniowców tłumacząc swoją filozofię mówił o większej dominacji, grze podaniami. Ale Jagiellonia wiosną zaskakiwała przede wszystkim szybkością wyprowadzanych ciosów, nie tym, jak skrupulatnie je przygotowywała.

Jednak wciąż można dostrzec spore różnice między Mamrotem a Probierzem. Z dwunastej drużyny pod względem średniej liczby podań Jagiellonia stała się trzecią. Z trzeciej najczęściej zagrywającej długie podania na czwartą od końca. Z czwartej wykonującej najmniej podań niekreatywnych do czwartej mającej ich w lidze najwięcej. Z najmniejszej liczby dryblingów w lidze na pierwsze miejsce w tej klasyfikacji. Ten ostatni przeskok mówi bodaj najwięcej: z systemu do którego indywidualności muszą się dostosować Jagiellonia przeszła na taktykę, w której mogą skuteczniej, częściej się wyrażać.

Lech rozkwitł wiosną

Nikt tak często nie odzyskuje piłki na połowie przeciwnika, nikt nie robi tego tak blisko bramki, nikt nie notuje tylu przechwytów… Jakby ta kumulująca się głównie w Nenadzie Bjelicy frustracja na otoczenie przeszła na jego zawodników. Zwłaszcza w rundzie wiosennej obecnego sezonu, w efekcie zbiera więcej drugich piłek na połowie przeciwnika (w 2018 już siedmiokrotnie ponad swoją obecną średnią, jesienią tylko pięć razy).

Lech nie chce już atakować budując akcje od tyłu, ale przyspieszając już pierwszym, drugim podaniem. Teoretycznie liczba podań niekreatywnych w porównaniu do poprzedniego sezonu wzrosła, ale to efekt jesieni, gdy… „Kolejorz” miał ogromne problemy z kreowaniem sytuacji. Rywale ustawiali się na swojej połowie i patrzyli, jak Lech się męczy. Zaginął w tym wszystkim Christian Gytkjaer, brakowało innych rozwiązań niż rajd Macieja Makuszewskiego czy drybling Darko Jevticia.

Jeszcze jesienią Lech wykonywał średnio 146 podań niekreatywnych (czyli na poziomie lidera tej klasyfikacji w lidze, Legii), a już wiosną – 87, co jest piątym najniższym wynikiem Ekstraklasy. Spora różnica, prawda? Patrząc mecz po meczu na poprzedni sezon to takiego podziału między rundami nie widać, nie zmieniło się to tak znacząco nawet bezpośrednio po zatrudnieniu Bjelicy.

A ataki prowadzi głównie skrzydłami, nie pcha już akcji środkiem – co może tłumaczyć generalny spadek wpływu Radosława Majewskiego na grę Lecha w tym sezonie. Lech w poprzednim sezonie strzelił 46% goli z gry po akcjach strefą rozgrywającego, w obecnym – tylko 14%, czyli cztery bramki, drugi najniższy wynik w lidze.

Jagiellonia 3:2 Arka Gdynia. Lekcja od Leszka Ojrzyńskiego

mzachodny

Na wynik spotkania Jagiellonii z Arką można spojrzeć dwojako: z jednej strony dla białostoczan może być to kluczowy moment w wyścigu mistrzowskim, odwrócenie sytuacji w której niespodziewanie tracą punkty na własnym boisku, z drugiej – pokazanie kolejnym rywalom sposobu na to, jak zatrzymać drużynę Ireneusza Mamrota.

Gdyby próbować zdefiniować styl zespołów prowadzonych przez Leszka Ojrzyńskiego, to i tak nie zrobi się tego tak dobrze, jak sam szkoleniowiec Arki Gdynia. – W piłce nożnej nie zawsze wygrywa lepszy, tylko ten, który wie, czego chce – powiedział po dramatycznej końcówce meczu z Jagiellonią. Faktycznie, patrząc na skład Arki nie można powiedzieć, by była to personalnie drużyna, która w ubiegłym roku zdobyła dwa krajowe puchary. Jej najskuteczniejszy zawodnik dopiero dzięki dwóm bramkom zdobytym z Jagiellonią (Mateusz Szwoch) przeskoczył w ligowej klasyfikacji… Michała Helika, obrońcę Cracovii.

Jednak Arka na boisku wie, czego chce: stałych fragmentów, niedopatrzeń rywali wynikających z nerwowości, wciągnięcia przeciwników w chaos w którym reaguje najszybciej. Sporą ironią może być fakt, że jej trzecie najwyższych rozmiarów zwycięstwo w tym sezonie zostanie odniesione nad najbardziej imponującą drużyną sezonu (4:1 z Jagiellonią w październiku). Tylko wygrane z Sandecją (5:0) i Bruk-Bet Termaliką (4:0) były bardziej efektowne, co zresztą współgra ze słowami Ojrzyńskiego – w chaosie, który cechuje dwóch głównych kandydatów do spadku jego Arka odnajdywała się najlepiej.

Warto wrócić do jesiennego meczu Arki z Jagiellonią, by dostrzec, że sobotnie problemy białostoczan nie były przypadkiem. – Rzadko zdarza się stracić trzy bramki w ten sam sposób – załamywał się Ireneusz Mamrot nad tym, jak zespół bronił przy stałych fragmentach. Pierwszy i czwarty gol Arki były efektem wyrzutu z autu, drugi – długiego wykopu od bramkarza i zebrania drugiej piłki, trzeci to strzał Marcina Warcholaka z rzutu wolnego. – Do momentu pierwszej bramki graliśmy dobrze, szybko i tylko zabrakło gola – dodał szkoleniowiec Jagi.

O ironio, dokładnie w ten sam sposób wypowiedział się po wygranym meczu z Arką w sobotę. – Przy 0:0 mieliśmy dwie sytuacje i powinniśmy otworzyć wynik – stwierdził Mamrot. Oczywiście miał rację, Jagiellonia znów miała wyższe posiadanie piłki, zdecydowanie więcej kluczowych podań (28 do 2!) i naprawdę nie prezentowała się gorzej niż dwa tygodnie temu, gdy do Białegostoku przyjechała Wisła Kraków. Jednak wtedy „Biała Gwiazda” bardziej starała się grać swój mecz, niż dostosować plan pod silne strony rywala. Oczywiście w następnej kolejce udało się to Lechowi Poznań – drużynie dużo lepszej – i choć Wisła postawiła trudne warunki, to ostatecznie Jagiellonia miała mniejsze problemy, niż przeciwko Arce.

Za to należy wyróżnić Ojrzyńskiego – trenera, którego defensywna, dla wielu po prostu negatywna taktyka przynosi mocno pozytywne efekty. Zespół jest po prostu przyzwyczajony do tego, by zatrzymywać silniejszych rywali. Rzadko zdarza się też, by po zwycięstwie 4:0 szkoleniowcy dokonywali na kolejny mecz zmian w wyjściowym składzie. Ojrzyński dokonał jednej, ale istotnej: za napastnika Rubena Jurado wpuścił defensywnego pomocnika, Dawida Sołdeckiego, który grał za dwoma „ósemkami”, Michałem Nalepą i Andrijem Bogdanowem.

arkajaga

Była to zmiana kluczowa, która rozbijała rytm Jagiellonii, a przede wszystkim zamknęła na długi czas możliwość gry Martinowi Pospisilowi. W pierwszej części meczu Czech zaliczył na połowie Arki tylko dwa podania do przodu, reszta była wstecznych, czyli nie przyspieszających akcję, co zwykle cechuje rozgrywającego Jagi. O ile ustawienie Arki w pierwszym meczu tych drużyn przypominało płaskie 4-3-3, o tyle w Białymstoku było to 4-1-3-1, głównie ze względu na to, jak blisko środka pola grał Mateusz Szwoch. Warto zauważyć, że właśnie ta czwórka w środku pola – Szwoch, Sołdecki, Nalepa i Bogdanow – zaliczyła najwięcej pojedynków, choć zwłaszcza przez końcówkę meczu wydawało się, że będą to obrońcy. Interesujące, że najwięcej strzałów z Arki zaliczył ten, którego rola teoretycznie ograniczała się do bycia defensywnym ryglem.

pospisil

Arka grała w obrębie swojego planu, nie miała zbyt wielu akcji ofensywnych – Ojrzyński denerwował się na konferencji pomeczowej, gdy zapytano go o niską liczbę strzałów celnych jego drużyny – ale starała się wykorzystać swoje silne strony. Damian Zbozień niemal jedną trzecią swoich podań (12 z 39) zaliczył… wyrzucając piłkę z autu. A najczęstsza kombinacja zagrań w drużynie była nie między obrońcami, nie między bramkarzem i napastnikiem, ale środkowymi pomocnikami – Bogdanowem i Szwochem. A więc Arka też grała do przodu. Zresztą świadczy o tym zmiana w przerwie: Ojrzyński za Jankowskiego wstawił Jurado, by ten drugi lepiej utrzymywał piłkę na połowie przeciwnika i sprawiał więcej problemów obrońcom rywali.

zbozien

Oczywiście były wspólne elementy z tym, co tydzień wcześniej zrobił Lech – choćby niska liczba podań przygotowawczych (wtedy 51, dziś tylko 45 Arki) – ale samo nastawienie było zupełnie inne. „Kolejorz” starał się grać szybko i odzyskiwać piłkę na połowie przeciwnika, Arka na odwrót: odzyskiwać u siebie i szybko atakować. – Oddaliśmy inicjatywę gospodarzom, taki był zamysł. Liczyliśmy na swoje sytuacje. Luka Zarandia miał grać jeden na jednego i po takiej sytuacji mieliśmy rzut karny – zauważył po spotkaniu Ojrzyński. Także symbolem tego był drugi gol wynikający ze złego podania Romanczuka, ale defensywny pomocnik nie spodziewał się Szwocha tak wysoko ustawionego, zresztą rozgrywający już… wracał na swoją połowę.

Pomimo tego, że pierwszego gola strzelił Roman Bezjak, to Arka uwydatniła wadę Jagiellonii – drużynie Mamrota brakuje wyróżniającego się napastnika. Słoweniec oddał pięć strzałów, w tym jednego z przewrotki, ale większe zagrożenie stwarzał m.in. Romanczuk. Wynikało to z tego, że nisko broniący rywale całkiem nieźle ograniczyli wpływ dziewiątki, która najlepiej czuje się mając więcej wolnej przestrzeni. Tymczasem Arka, niemal ściskając cały zespół we własnym polu karnym, pokazała, że Bezjak jest przy takim nastawieniu zbędny. – Podjąłem ryzyko, gdy zdjąłem go i wstawiłem Jakuba Wójcickiego. Przesunąłem wyżej Karola Świderskiego, liczyłem na więcej dośrodkowań – przyznał później Mamrot. Znaczące: wycofuje silnego napastnika, by wstawić skrzydłowego, a w pole karne wrzucić jeszcze wyraźnie słabszego fizycznie rozgrywającego. Jednak jego sztuczka zdziałała cuda. – Wyciągnęliśmy z tego więcej, niż na to liczyłem – dodał szkoleniowiec Jagi.

Szalona końcówka była również efektem chaosu jaki wyniknął na boisku po 75. minucie. Nie pasował on ani Jagiellonii, ani – co zaskakujące – Arce. Najlepszym przykładem jest to, że dwukrotnie pozwolili rywalom na strzały po stałych fragmentach gry, mniejsza o stracone gole. Najlepiej ich panikę wynikającą z wyrównującego gola pokazuje to, co zdarzyło się po rozpoczęciu gry – w stylu Queens Park Rangers z Manchesterem City w ostatnim spotkaniu sezonu Premier League 2012/13, prawda? Gdynianie najpierw bezmyślnie kopnęli piłkę na połowę Jagiellonii, potem mieli szansę, by jeszcze raz ją odzyskać, ale znów oddali posiadanie rywalom. Dwa dalekie wybicia rozciągnęły formacje gości, Marcjanik w szaleńczym zrywie pogonił za Sheridanem w boczną strefę – i poza swoją strefę komfortu – dał się ograć, a Jagiellonia stworzyła ostatnią, decydującą o zwycięstwie szansę. Tak oto drużyna, która zyskiwała przewagę, gdy rywal tracił głowę, sama wpadła we własną zasadzkę.

Ironiczne jest również to, że ten szaleńczy finisz wypchnął Arkę poza górną ósemkę, a przy terminarzu – zostały jej jeszcze mecze z Legią oraz derby Trójmiasta – zminimalizował jej szansę na utrzymanie po 30. kolejkach. Najmniej wygodny dla Jagiellonii rywal w tym sezonie nie dostanie jeszcze jednej szansy na udowodnienie, że plan Ojrzyńskiego działa przeciwko taktyce Mamrota. Oczywiście inni mogą próbować zastosować to, czym dwukrotnie – a raz bardzo skutecznie – Arka zaskoczyła Jagiellonię, lecz musimy wrócić do początku. Nikt w Ekstraklasie nie gra tak, jak zespół Ojrzyńskiego, a to też sprawia, że gdynianie są elementem wyjątkowym.

A Jagiellonia? Podnieść się w takim stylu przy 1:2, po porażce 1:5 przed tygodniem... – Nie mam wątpliwości, że ten zespół ma charakter i odpowiednio zareaguje po porażce – powiedział Mamrot. Ale to jego słowa nie sprzed tygodnia, lecz z pomeczowej konferencji po jesiennej klęsce w Gdyni. Koniec końców i po niemal pięciu miesiącach znów wyszło na to, co 47-letni szkoleniowiec wie o i widzi w swojej Jagiellonii.

Lech 5:1 Jagiellonia. Jak Bjelica przyspieszył „Kolejorza”

mzachodny

Gdy Ireneusz Mamrot był zszokowany rozmiarami porażki, Nenad Bjelica mógł triumfować, bo to jego odmieniony pomysł na grę Lecha Poznań przyniósł spektakularne efekty. To był najlepszy występ „Kolejorza” w tym sezonie, do tego w najtrudniejszym momencie dla Chorwata. Jak to osiągnął?

***

Kiedyś rozmawiając z Karolem Linettym po jego pierwszym półroczu we Włoszech, zapytałem go o różnice, które on dostrzega między Ekstraklasą a Serie A. Pomocnik nie mówił o taktyce czy technice, ale wskazał na szybkość gry. – Nie ma długiego grania między obrońcami, ale jedno podanie i od razu trzeba szukać następnego do przodu – tłumaczył. To zmora Ekstraklasy, zanudzająca kibiców i świadcząca o nikłej kreatywności drużyn: sztuczne nabijanie posiadania piłki, nie prowadzące do niczego i nie dające żadnej przewagi, gdy rywale ze spokojem przesuwają się od lewej do prawej, a wrażenie statyczności spotkań rośnie.

Jednak Jagiellonia Białystok i Lech Poznań to, zwłaszcza ostatnio, przykłady drużyn grających dynamicznie, szybko i do przodu. – Nie kombinujemy, gramy prosto – mówił zaraz po ostatnim gwizdku Łukasz Trałka. „Kolejorz” wygrał 5:1 nie tylko dlatego, że wykorzystała błędy w defensywie, ale po prostu zdołała odepchnąć rywali od własnego pola karnego i po przerwie wcisnąć ich w bramkę gości.

Zaczęło się jednak od Jagiellonii, która mądrze wykorzystywała wolne przestrzenie, zwłaszcza między liniami obrony i pomocy Lecha. Tam wbiegał Martin Pospisil, tam zbiegali skrzydłowi, tam nieźle piłkę utrzymywał i zgrywał Roman Bezjak. W pierwszym kwadransie Jagiellonia zanotowała 58-procentowe posiadanie piłki, jej piłkarze wygrali 70% pojedynków, oddała pięć z 11 wszystkich swoich strzałów. Jednak to nie była kluczowa kwestia w tym spotkaniu: drogą do zwycięstwa było to, jak szybko po odzyskaniu piłki drużynom udawało się wykorzystywać swoje najmocniejsze strony.

W pierwszej kolejności udało się to Jagiellonii przy kontrze, która dała jej prowadzenie: proste wybicie, reakcja dwóch najszybszych jej zawodników, Arvydasa Novikovasa i Przemysława Frankowskiego. Ale kolejne kilka kroków zaczął wykonywać Lech Poznań, co było to zasługą trzech pomocników: Łukasza Trałki, Radosława Majewskiego i Mario Situma. Pierwszy zaczął przyspieszać akcje drużyny, drugi wykonywać ruchy, które rozciągały linię obrony Jagiellonii, a trzeci to wszystko wykorzystywał. Pierwszym sygnałem alarmowym był gol wyrównujący – ten uznany – Christiana Gytkjaera, który idealnie wbiegł między środkowych obrońców i dostał takie dośrodkowanie z jakich po prostu potrafi korzystać najlepiej. W całym spotkaniu Lech ani razu nie utrzymywał piłki powyżej 45 sekund, choćw drugiej połowie można było odnieść wrażenie totalnej dominacji... a Jagiellonia zaliczyła cztery takie ataki pozycyjne. Interesujące, prawda?

posiadanie_pojedynki

Zresztą to najważniejsza cecha tego „nowego Lecha” Bjelicy – wykorzystuje swoje atuty. Które konkretnie? Choćby to, że zawodnicy z bocznych stref potrafią świetnie dośrodkowywać. Situm miał sam tyle dośrodkowań, ile Frankowski i Novikovas razem wzięci, siedem podań w pole karne zanotował Robert Gumny, a Wołodymyr Kostewycz – dziewięć. Nieprzypadkowo w tym meczu Gytkjaer zaliczył aż siedem strzałów, czyli tyle, ile we wcześniejszych pięciu spotkaniach. W ostatnich trzech meczach ze Śląskiem (2:1), Legią (1:2) i Jagiellonią (5:1) każdorazowo Lech miał ponad 20 dokładnych podań w pole karne, wcześniej w sezonie zdarzyło się to na różnych etapach tylko cztery razy, średnia wynosi 16.

Obaj szkoleniowcy po meczu mówili o wysokim pressingu. – Graliśmy szybko, wysokim pressingiem i dobrze przechodziliśmy do szybkiego ataku. Funkcjonowało to bardzo dobrze, ale w pewnym momencie zaczęło się to wszystko psuć. Najpierw była ta nieuznana bramka po dużym zamieszaniu, potem Lech wyrównał. Straciliśmy bramkę po takiej sytuacji, nad jaką dużą pracowaliśmy, bo wiedzieliśmy, że Lech poprzez dośrodkowania z bocznych sektorów stwarza sobie dużo sytuacji – mówił Ireneusz Mamrot. – Dobrze pressowaliśmy i już w pierwszej połowie mieliśmy kilka dobrych okazji, ale zdołaliśmy tylko doprowadzić do remisu. Po przerwie jednak byliśmy bardzo optymistycznie nastawieni, a drużyna miała na boisku bardzo dobrą energię i pokazała to w drugiej połowie. Walczyła i nie dała rywalom żadnych szans do strzelenia gola – tłumaczył Nenad Bjelica.

Kluczowa była również kwestia przyspieszania akcji: dotychczas wiosną Jagiellonia była tym zespołem, który w każdej akcji parł do przodu, nie przygotowywał ich tak, jak określał to Linetty. Tymczasem w niedzielnym spotkaniu Lech robił to jeszcze lepiej. Posiadanie piłki było niemal równe (51 – 49), ale to stłamszona po przerwie Jagiellonia wykonała więcej podań (394 do 444), lecz aż dwa razy więcej miała tych przygotowawczych, czyli inaczej mówiąc: nie kreatywnych. Dilaver z Vujadinoviciem wymienili między sobą tylko siedem podań, Guti z Runje – piętnaście. Między obiema czwórkami ta różnica była już w stosunku 30 zagrań Lecha do 46 Jagiellonii. W tym sezonie Lech nie wymienił jeszcze tak niewielu podań przygotowujących (51), ale też cztery najniższe wyniki w tym względzie w obecnym sezonie zdarzyły się w ostatnich pięciu kolejkach! Średnia drużyny Bjelicy w tym sezonie nadal wynosi aż 134 zagrania nie kreatywne, czyli głównie takie, które wymienia się na własnej połowie i miedzy obrońcami. Tak przyspieszył „Kolejorz” - skupił się na sobie, nie na rywalu, czy, ekhm, arbitrach. Nawet po tym spotkaniu Bjelica powiedział, że już wie, jak działa VAR. Był to więc przełom na kilku polach.

podania_lech

Podobnie mógłbym pisać o drugich piłkach – Ekstraklasa w rosnący znaczeniu tego aspektu staje się ligą podobną do Premier League (i tylko w tym aspekcie, niestety…) – które w zasadzie zepchnęły Jagiellonię we własne pole karne. Lech od meczu z Pogonią notuje odpowiednio 46, 38, 39, 43 i 42 zebrane drugie piłki na połowie przeciwnika, gdy średnia z całego sezonu to 29. To efekt pressingu (zawodnicy szybciej reagują na przebitki, przechwyty, niedokładności…), ale też odważnej gry w defensywie – Vujadinović i Dilaver bronili znacznie wyżej, często dwóch bocznych obrońców jednocześnie ruszało do przodu. Efektem tego choćby skuteczność Bezjaka w pojedynkach (tylko cztery z 17 wygranych!), ale też to, że druga linia była ustawiona wyżej, na połowie Jagiellonii atakowała rywali. Trałka, Gajos i Situm zebrali aż 25 piłek na połowie przeciwnika, cały zespół gości – 30.

Co może być martwiące dla Ireneusza Mamrota, to sposób w jaki zapadała się jego drużyna w drugiej połowie. Sygnały ostrzegawcze z pierwszej części spotkania nic nie dały, kolejne błędy popełniali Guti, Runje i Wlazło, którzy mieli być najmocniejszą trójką – spoiwem środka defensywy – a każdy z nich zawalił przynajmniej po jednym golu. Jednak szkoleniowiec Jagiellonii słusznie odrzucił sugestię o przygotowanie motoryczne – To nie był problem motoryczny, bo graliśmy bardzo dobrze pod tym względem. Nie ma co jednak sprowadzać tego do przygotowania po 25. minutach meczu – tłumaczył i... miał rację. Jagiellonia zanotowała więcej sprintów (111 do 97), pokonała większy dystans w tym najwyższym tempie. A Mamrot zapewniał też, że zespół „wróci do tego, co graliśmy wcześniej”.

To nie będzie trudne: mało kto podejdzie do Jagiellonii przy 0:1 i takiej kontrze równie odważnie, co Lech. A z porażką 1:5 w Poznaniu będzie tak samo jak ze zwycięstwem 2:0 w Warszawie. Mamrot tłumaczył, że po tym, jak Jagiellonia zaskoczyła Legię w fazie finałowej będzie musiała zmienić podejście, bo rywal będzie bardziej świadom jakości i sposoby gry białostoczan. To samo można odnieść do kolejnego starcia z Lechem, choć dla kibiców te ostatnie trzy kolejki i bezpośrednie starcia między kandydatami do mistrzostwa są zapowiedzią naprawdę intrygującego „pucharu maja”.

Tottenham 1:2 Juventus, czyli błąd młodości

mzachodny

Mijała 50. minuta gry, a niepilnowany w środku pola Dele Alli zagrał piłkę piętą - zrobił to wybitnie, jednym dotknięciem przenosząc akcję z prawej na lewą stronę - i można było odnieść wrażenie, że dziś Tottenhamowi uda się wszystko. Londyńczycy zaczęli spotkanie z Juventusem tak, jak zakończyli to w Turynie: imponowali szybkością, zdecydowaniem w rozegraniu, wykorzystywaniem wolnych przestrzeni, ruchem bez piłki...

A piłkarze Juventusu jakby im na zbyt wiele pozwalali. Zamiast trzech kroków robili dwa, tam brakowało im metra do zablokowania podania, gdzie indziej spóźniali się w kryciu, przesadnie skupiali się na reakcjach po gwizdku sędziego. Trudno było nie uważać, że sami narażają się na pierwszy cios, a po golu Sona - na kolejne. Nie myśleli o atakowaniu, ich próby wyjścia z połowy można było policzyć na palcach jednej ręki.

Wątpię, by była to specjalna taktyka Włochów, ale ich rywale jakby pomyśleli, że... to będzie ten dzień, gdy mecz z Juventusem będzie łatwy. Od wspomnianego zagrania Dele akcje gospodarzy zaczęły być rwane, sztucznie przyspieszane, kombinacje krótkich zagrań zastąpiły długie podania. Wciąż popełniali niewiele błędów, ale te mniejsze jakby się kumulowały. Nie tracili kontroli nad sytuacją, ale ich czujność słabła. 

Aż golem odpowiedział Gonzalo Higuain, który chwilę przed golem miał najmniej kontaktów z piłką ze wszystkich zawodników (16), w tym również bramkarzy, ledwie raz dotknął ją w polu karnym Tottenhamu (czyli więcej niż Khedira, Dybala i Matuidi razem wzięci), oddał niecelny strzał, zaliczył pięć podań. A zaraz po pierwszym trafieniu przyszedł drugi cios i Juventus już miał ten mecz w garści, przeciwników sprowadzonych do desperackich dośrodkowań i stałych fragmentów gry. W tym ostatnim kwadransie im dłużej trwało oblężenie bramki Buffona, tym rosło wrażenie, że nic z tych ataków nie będzie.

higuain

Tottenham był fantastyczny, bo Juventus pozwolił mu uwierzyć, że już takim zespołem się stał. Piłkarze Pochettino nie stracili pokory, która jest jedną z ich najważniejszych cech, ale popełnili bodaj największy błąd młodości: poczuli, że coś przychodzi im łatwo. Nie uśpili się, ale nagle spojrzeli na boisko i zobaczyli, że rywale już grają inny mecz, na swoich warunkach, wedle swojego rytmu i planu.

Bo gdyby szukać przykładu na to, co dają lata zwycięstw, podnoszenia pucharów i przeżywania większych porażek niż ta w 1/8 finału, to właśnie poczucie, że nic nigdy nie przychodzi łatwo. Mistrzowie z Juventusu pierwsi by to przyznali, zwłaszcza dziś. Dlatego dla Tottenhamu to pewnie najlepsza z bolesnych lekcji z ostatnich lat.

Pięć punktów po Legia Warszawa 2:1 Lech Poznań

mzachodny

Co dało otwarcie?

Ostatnie mecze Legii z Lechem były albo jednostronne (3:0 Lecha w Poznaniu, ale też 2:0 gości prowadzonych przez Stanisława Czerczesowa), albo po prostu o słabej jakości, futbolu chaotycznym, mało płynnym. Jednak tym razem gol strzelony przez Marko Vesovicia przy sytuacji Lecha i Nenada Bjelicy (o tym niżej) musiał szybko otworzyć spotkanie. O ile Legia kontrolowała spotkanie, o tyle bardziej przez słabość rywali: skrzydłowi nie wychodzili na optymalne pozycje, Radosław Majewski połowę swoich podań zaliczył na własnej połowie, a jedyne zagrożenie – poważne, by przypomnieć świetną interwencję Arkadiusza Malarza – stwarzali ze stałych fragmentów gry.

Jednak druga część meczu była tak otwarta, jak w żadnym z meczów tych drużyn i to aż do przesady. W ostatnich trzydziestu minutach była to gra cios za cios, w ostatnich 30 minutach drużyny oddały połowę wszystkich strzałów w meczu (13 z 26). Liczba kontr, które Legia wyprowadziła, lub powinna wyprowadzić przez zaangażowanie Lecha w ofensywę tylko rosła, momentami w defensywie dochodziło do starć trzech na trzech. Gospodarzom brakowało płynności, ale też fakt, że czterech zawodników cały czas myślało o atakowaniu, swoje szanse mieli goście. Pokazała to jedna z akcji Michała Kucharczyka, który najpierw niepewnie ruszył do kontry, nie dał opcji rozegrania, a potem zamiast wrócić do formacji defensywnej… został na linii połowy, a groźną sytuację stworzył Lech, właśnie jego stroną.

leglechszal

Oczywiście, że wynikało to również z sytuacji obydwu drużyn: zarówno Romeo Jozak, jak i Bjelica potrzebowali zwycięstwa, by uargumentować swoją dotychczasową pracę. Ale też w kwestii stylu nastąpiła poprawa: pomimo tego, że pierwszy gol padł z długiego podania za linię obrony, to drużyny chorwackich szkoleniowców grały po ziemi, budowały akcje środkiem pola, skrzydłami, szukały podań w dwójkach, trójkach. Hit nie zawiódł, ale dał nadzieję, że w rundzie finałowej poziom piłkarski dorówna emocjom.

Radut vs. Jędrzejczyk

Dla Nenada Bjelicy to było kluczowe piętnaście minut w kontekście dalszej pracy w Lechu Poznań – niezależnie od tego, czy faktycznie poprowadzi drużynę przynajmniej do końca sezonu. Ale zmianami przynajmniej dał sobie szansę. Kluczowa okazała się decyzja o zamianie skrzydłowych Mario Situm powędrował na prawą stronę, a Mihai Radut na lewą. Dlaczego było to istotne, poniekąd wyjaśnił… Romeo Jozak. – Arturowi (Jędrzejczykowi) mówiłem w przerwie, by nie szukał kontaktu, interwencji. Sędzia już w pierwszej połowie mówił mu, że kolejny faul i będzie czerwona kartka – dodawał. A prawemu obrońcy łatwiej byłoby radzić sobie z rywalem, który gra przyklejony do linii bocznej (jak nieźle grający lewą nogą Situm), niż takiemu zbiegającemu do środka (jak zdecydowanie tylko prawonożny Radut).

Zresztą także Majewski grał bliżej jego strefy, przez co bez odpowiedniej asekuracji Jędrzejczyk miał więcej problemów. W pierwszej połowie Radut zaliczył osiem podań, w drugiej – 26, w tym asystę po świetnym dryblingu. Przed przerwą tylko raz podawał w „szesnastkę”, po – pięciokrotnie. Oczywiście, że Jędrzejczyk powinien lepiej się zachować, ale jego brak interwencji wynikał prawdopodobnie z zalecanej mu ostrożności. Był daleko od skrzydłowego, nie szukał kontaktu.

radut

A Bjelica pokazał, że potrafi myśleć do przodu, nie tylko być pragmatykiem. Zbyt często w tym sezonie jego Lech wyglądał na zespół patrzący, co jest za plecami. Można przywołać to do sytuacji… kibica „Kolejorza”, Jakub Krzewina z Kruszwicy, który w tym samym czasie, co trwał mecz, biegł w polskiej sztafecie na 400 metrów w finale halowych mistrzostw świata. Miał kilkadziesiąt metrów straty do prowadzącego Amerykanina i dwóch rywali za plecami: zamiast jednak interesować się bronieniem drugiej pozycji (jak często robi to Lech, usatysfakcjonowany minimalnym wynikiem, prowadzeniem czy remisem) zaatakował i w spektakularny sposób odniósł zwycięstwo z rekordem świata. Myślał wyłącznie o zwycięstwie, a Lech takie wrażenie sprawia rzadko, choć ostatnio i tak to się poprawiło po fatalnym występie w Kielcach. Rzucił wszystko na szalę przeciwko Śląskowi Wrocław w ostatnim kwadransie, z Legią nie czekał nawet tak długo. Jeśli Chorwat ma w jakiś sposób uratować swoją posadę, to tylko podejmując decyzje tak działające na jego zespół. Zwłaszcza, że po porażce w Warszawie „Kolejorz” nie ma innej opcji, jak rozpocząć mocny finisz.

Radović i doświadczenie

Interesująco Romeo Jozak wytłumaczył wprowadzenie na to spotkanie Miroslava Radovicia, który w dotychczasowym sezonie ani razu nie zaczął w podstawowym składzie, wcześniej wystąpił ledwie trzykrotnie jako zmiennik. – W czwartek wziąłem Rado na rozmowę i poprosiłem go, by odpowiedział mi na proste pytanie: czy da radę zagrać z Lechem? Poprosiłem go jednak, by odpowiedział głową, a nie sercem. Wymienialiśmy uwagi i zdecydowałem się na niego postawić, by poprowadził zespół w tym spotkaniu. Myślę, że spisał się dobrze – mówił szkoleniowiec Legii.

Radović spisał się dobrze, ale tylko w momentach, gdy Legia była przy piłce. W grze defensywnej jego wkład był niemal niezauważalny. Im dłużej trwało spotkanie, tym poważniejszy był problem gospodarzy, gdy musiała bronić, niemal w dziesiątkę, na dodatek poddając środkową strefę (o batalii w niej piszę niżej) na korzyść Lecha. Jeszcze przed przerwą miał trzy próby odbiorów, w drugiej połowie – jeden nieudany. W pierwszej części meczu wygrał 10 z 19 pojedynków, w drugiej – 2 na 10. Mało tego, o fizyczności świadczy to, ile i jak intensywnie Radović biegał: jeden sprint, przebiegł najmniej z wyjściowej jedenastki (9,70 kilometrów), choć oczywiście skończył mecz w 79. minucie.

A co dał Legii Radović? Mądrze utrzymywał piłkę w pierwszej połowie, w typowy dla siebie sposób dryblował, skupiał uwagę rywali i tworzył przestrzeń dla innych. Faktem jednak jest, że gospodarze z tego nie korzystali, nie stwarzali tak wiele sytuacji, ponieważ… każdy z zawodników ofensywnych zbyt długo przytrzymywał piłkę, brakowało przyspieszenia, gdy już tworzyło się miejsce.

Jego udział był interesujący z punktu widzenia ciekawostkowego – Legia na Lecha wystawiła zdecydowanie najstarszą jedenastkę w tym sezonie Ekstraklasy (średnia wieku 31,9). Jozak tłumaczył, że nie było to celowe, ale po porażce z Jagiellonią („okropnym występie”, mówił Chorwat) potrzebował mocnej odpowiedzi, więc zwrócił się do tych starszych zawodników. – W końcówce weszli ci młodsi i to do nich będzie należała przyszłość Legii – dodał, odnosząc się do Niezgody oraz Szymańskiego. Faktem jest, że przy dużej liczbie trzydziestolatków to ci młodsi dawali gole lub mogli je dać: najpierw Vesović i Remy, po przerwie Kucharczyk z rzutu karnego, a doskonałe szanse mieli Szymański oraz Niezgoda. A Radović nie zaliczył ani jednego kluczowego podania, nie oddał też celnego strzału i jeszcze na topową formę musi poczekać…

Remy i środkowa strefa

Od środkowych pomocników się zaczęło i na nich można by ten mecz zamknąć. Przecież już w drugiej minucie fantastyczną asystą popisał się William Remy, który tym razem został ustawiony jako defensywny pomocnik, a spotkanie golem na 2:2 mógł – przy bardziej szczęśliwym rykoszecie – zakończyć Maciej Gajos. I walka tych dwóch okazała się decydująca, przecież Remy oszukał kapitana Lecha przy akcji na 1:0, wygrał pięć z siedmiu ich pojedynków. Francuz miał w całym meczu 7 prób dryblingów, obok Vesovicia najwięcej. Ale bardzo dobrze zagrał też Krzysztof Mączyński, pewnie najlepiej na wiosnę. Wygrał 13 z 19 pojedynków, sześć z ośmiu prób odbiorów miał udanych, do tego zaliczył najwięcej przechwytów na połowie Lecha (trzy), obok Hamalainena przebiegł najwięcej (ponad 11km). Remy był niemal równie skuteczny w starciach (69%), ale za to znacznie dokładniejszy w podaniach (88% przy 71% Polaka).

W Lechu tylko Vujadinović wygrał więcej pojedynków od Trałki oraz Gajosa, zresztą im dłużej trwał mecz, tym skuteczniej ten duet utrzymywał intensywność ataków i pressingu Lecha. Pierwszy po przerwie zebrał 11 drugich piłek (sześć na połowie Legii), Gajos osiem (trzy) do tego pięć przechwytów. Problem po ich stronie był w kwestii podań – kapitan zagrywał głównie do boków, nie szukał trudniejszych rozwiązań (jedno zagranie w pole karne). Podobnie Trałka, choć z tego duetu o dziwo to on był tym bardziej zaangażowanym w ataki, miał dwa razy więcej podań do przodu (30 do 15) od swojego kolegi z drugiej linii. Ostatecznie także to okazało się różnicą w kontekście wyniku całego spotkania.

podaniatragaj

Boczni obrońcy

Jednak prawdziwymi bohaterami – i antybohaterami – tego meczu byli boczni obrońcy. Głupi faul Jędrzejczyka przed przerwą znacząco wpłynął na drogą połowę, jego brak interwencji sprezentował sytuację na 1:1 dla Lecha. Z kolei Kostewycz zaliczył bodaj najbardziej niefortunną (nie rozstrzygając tu słuszności decyzji sędziego) interwencję ręką, która dała zwycięstwo rywalom. Jednak przy pierwszym golu także Ukrainiec zachował się źle, nie kontrolował linii spalonego, a i tak zaryzykował krok w stronę środka boiska, dając Vesoviciowi przewagę, a kolegom ze środka sprawiając niemiłą niespodziankę. Adam Hlousek był równie aktywny, ale gdyby był piłkarzem wyższej klasy to w pierwszej połowie zagrałby do Eduardo przy świetnej kontrze, miał też spektakularnie niecelny strzał przed przerwą, a w drugiej części mógł asystować bodaj Hamalainenowi w jednym z szybkich wypadów Legii. Robert Gumny mógł mieć asystę, gdy jedno z jego dośrodkowań w pierwszej połowie dotarło do Raduta, którego strzał obronił Malarz. Może wpływ najmłodszego z bohaterów widowiska był w nim najmniejszy, ale nie da się ukryć, że wszyscy boczni obrońcy byli w wynik hitu Ekstraklasy najbardziej zamieszani.

© Zachodny do tablicy
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci