Menu

Zachodny do tablicy

Futbol analitycznie, statystycznie i konkretnie - na tablicy Michała Zachodnego.

Ekstraklasa, czyli pięć minut mniej piłki

mzachodny

Macie wrażenie, że czasem w Ekstraklasie wam czegoś brakuje, czegoś, co widzicie w spotkaniach np. Ligi Mistrzów? Kiedyś pewien mądry trener powiedział mi, że trudno jest oglądać jednocześnie mecz ligi polskiej i rozgrywek zagranicznych. Ma się po prostu wrażenie, że na krajowych boiskach wszystko dzieje się dwa razy wolniej.

Miałem to samo wrażenie w ubiegłym tygodniu, gdy niemal każde spotkanie dziesiątej kolejki Ekstraklasy było typowym "meczem walki", gdzie w aż czterech z nich było przynajmniej 30 fauli. Bardziej adekwatne wydawało się porównanie Ekstraklasy do NFL, gdyż gra toczyła się na zasadzie "start - stop", jakby zespoły starały się zdobyć kilkanaście metrów, stały fragment i od nowa zbliżać się do bramki przeciwnika.

A w środku tygodnia oglądałem Ligę Mistrzów i tempo zdarzeń, ich płynność była na nieporównywalnie wyższym poziomie. Ale to przecież każdy z nas wie, różnica klas nie jest niczym nowym. Zastanowiłem się jednak, ile faktycznie z gry traci widz Ekstraklasy.
Porównałem ostatnią kolejkę ligi polskiej z wtorkowymi meczami LM. Co się okazuje? Otóż tylko dwa spotkania Ekstraklasy pod względem efektywnego czasu gry są ponad średnią z europejskiego pucharu. Ani jeden mecz z LM nie jest poniżej średniej z ligi polskiej...

Spójrzcie: średnia ESA to 53:36, a LM to 58:22. A więc na jednym meczu kibic ogląda pięć minut piłki nożnej mniej, w całej kolejce na przyglądaniu się przygotowaniom do wyrzutu autu czy kopnięcia ze stałego fragmentu już jest 40 minut. Niemal cała jedna połowa gry...

I to jakiej gry. Oczywiście, że średnia fauli też jest wyższa w Ekstraklasie (28,6 do 24,4), ale największa różnica na badanej kolejce - o tym zaraz - wyszła w pojedynkach powietrznych (54,4 do 32,9). Bo wiecie, że to one wpływają na płynność zdarzeń. Zagranicą bardzo rzadko zdarzą się sekwencje trzech, czterech starć o górną piłkę z rzędu, w Ekstraklasie - niemal w każdym meczu. To efekt długich podań, wielu stałych fragmentów, czy po prostu wznowień, które krótko rozprowadza ledwie kilka drużyn w lidze polskiej. A w LM już nawet Ajax grając w Monachium tak robi, bo po prostu taki ma styl. Też tego, że częściej piłkarz w Ekstraklasie wybiera w pierwszym kontakcie wybicie, a nie sprowadzenie piłki do poziomu murawy. To, co wydaje się bezpieczniejszym rozwiązaniem ("wyczyść", "wybij", "uspokój" to często słyszane komendy na boiskach ligowych) w istocie jest sprawieniem, że gra jest bardzo rwana, szarpana i chaotyczna. A przez to trudna do śledzenia, gdy przy każdym gwizdku sędziego lub dalekim wykopie wzrok ucieka z boiska, z telewizora na np. telefon, by sprawdzić inne wyniki lub przeczytać coś na Twitterze.

Owszem, to mała próbka w wyliczeniach - może na przestrzeni całego sezonu Ekstraklasa wypada lepiej i w tych średnich jest jej bliżej do Europy, niż mi się wydaje. Ale... szczerze wątpię. Dlatego jeśli już szukać pozytywów w Ekstraklasie, to może przez pryzmat drużyn, które naprawdę chcą grać w piłkę. Miedź Legnica, Lechia Gdańsk, Wisła Kraków... czasem też inne zespoły. Tylko tego jest za mało. Niby pięć minut w każdym meczu, ale czuje się, jakby była to przepaść. Za mało piłki w naszej piłce.

Zdenek Ondrasek: mniej walki, więcej piłki

mzachodny

Po meczu Wisły Kraków z Lechią Gdańsk (5:2) chciałoby się napisać znacznie więcej, niż tylko kilka akapitów i to w kontekście jednego zawodnika. Jednak i tak odmiana, jaką w swojej grze i w nowym stylu drużyny „Białej Gwiazdy” przeszedł Zdenek Ondrasek jest wątkiem wiodącym w nowym sezonie, takim nie do przeoczenia. Mowa przecież o napastniku, który w 47 meczach ligowych w poprzednich latach strzelił dziewięć goli, a w tych rozgrywkach ma już tych trafień siedem.

Coś musiało się zmienić, prawda? W realiach ekstraklasy trudno uwierzyć, by 29-letni piłkarz nagle odkrył swoje nowe talenty, zredefiniował się i uwierzył, że z typowego napastnika „Biegnij-Walcz” może być też znacznie bardziej uniwersalny… Ale przecież dokładnie to się stało.

Co jest najciekawsze? Ondrasek wcale nie oddaje więcej strzałów niż w swoim ostatnim pełnym sezonie w Wiśle (2016/17) – nadal wychodzi jedno uderzenie na 38 minut gry. Ma przy tym lepszą celność – wzrost z 41% na 58% – lecz wynika to z jakości stwarzanych mu okazji. Wisła strzeliła tylko jednego gola zza pola karnego, średni dystans do bramki to 7,7 metra – ponad dwa metry bliżej niż przed dwoma laty (9,8).

Ważniejsze jest jednak to, co Ondrasek robi przy piłce i… czego unika. Otóż uważanemu za fizycznie grającego napastnika spadła znacząco średnia pojedynków w meczu – z 31 na 25 – a zwłaszcza tych w ataku – z 26 na 20 – i w powietrzu (z 16 na 11). Co z tego wynika? Cóż, każdy widzi, że Wisła w tym sezonie gra więcej po murawie niż górą, a przede wszystkim podaje w przestrzeń, nie na pojedynek, odegranie. Także dlatego Ondrasek wymienia mniej podań (spadek z 29 na 25), ale za to w ważniejszej strefie i to o wyższym znaczeniu. Jego średnia kluczowych podań skoczyła ze znikomej (0,2) na imponującą, jak dla napastnika (1,6). Przez to, że pressing „Białej Gwiazdy” jest lepiej skoordynowany, ale też funkcjonuje w nim cała drużyna, on ma mniej odbiorów, przechwytów czy zebranych drugich piłek.

A porównując Wisłę sprzed dwóch lat do obecnej warto zauważyć, że zespół oddaje więcej strzałów (z 11,5 na 15,4), do bramki dąży większą liczbą podań (tych w akcji bramkowej jest średnio 7,5, gdy było 4,5) oraz toczy mniej pojedynków (ze 178 na 158), choć przy większej ich intensywności (śr. akcji defensywnych było 9,6 i jest 10,2).

I w tym jest kluczowy wniosek dotyczący gry Wisły oraz Ondraska: to zespół i zawodnik, który obecnie wie, kiedy i jak się zachować. Stąd nie musi być walki o każdą piłkę, co cechuje fizyczne dziewiątki w naszej lidze, ale mądre ustawianie się i tworzenie miejsca innym swoim ruchem. Jak przy pierwszym golu z Lechią, gdy Ondrasek przepuścił podanie, by potem piłkę dostać na wprost bramki, kończąc całą kombinację. Dwa lata temu Czech by starał się ją opanować, tyłem do bramki poszarpałby się z obrońcą i z trudem odegrał do nadbiegającego kolegi. A teraz? Nic tylko przyklasnąć.  

Mundial napastników w roli służebnej

mzachodny

Dlaczego wszyscy uczepili się właśnie Oliviera Giroud? Bo ani razu nie trafił w bramkę? Nie ma bardziej wyśmiewanej postaci z drużyny mistrzów świata. Zupełnie niezasłużenie.

Sześć strzałów z Belgią: pierwszy to ledwo dosięgnięta piłka przy kilkudziesięciometrowym podaniu, drugi to główka z odchylenia i po słabym dośrodkowaniu, trzeci oddał lewą nogą na wślizgu, przy czwartym zablokował go Vincent Kompany, piąty to efekt świetnej asysty Mbappe i... równie dobrego wślizgu Dembele, a wreszcie szósty był próbą zza pola karnego, zza stojącego blisko rywala. Owszem, w tym meczu Francuz mógł dwukrotnie zachować się lepiej, zareagować szybciej, ale nie był to występ katastrofalny. Bardziej na miarę tego, jakim 31-latek napastnikiem jest. W Premier League tylko siedmiokrotnie wystąpił w podstawowym składzie Arsenalu i Chelsea, trafiał do siatki siedmiorotnie z... piętnastu celnyh strzałów na 48 w sumie.

Co więcej, z Peru to jego strzał z bliska dobił Mbappe i zapewnił drużynie zwycięstwo. W dwóch z siedmiu występów Giroud nie zanotował żadnej próby, oprócz szans przeciwko Belgii najbardziej klarowna była ta zakończona asystą i jeszcze jedna przeciwko Argentynie, choć wtedy uderzał z ostrego kąta. Ale nie było tak, by Giroud spisywał się beznadziejnie.

Zewsząd słychać jego porównania do Stéphane'a Guivarc’ha, ale dlaczego nie porównuje się do poprzedniej "dziewiątki", która miała zapewniać Francji gole w mundialu? Zwłaszcza, że Karim Benzema miał bez porównania łatwiej od Giroud - w 2014 roku oddał aż 31 strzałów, aż 15 celnych (to były najwyższe wyniki w turnieju), lecz do siatki trafił tylko trzykrotnie. A i Francji nie pomógł w osiągnięciu półfinału, przeciwko reprezentacji Niemiec miał siedem okazji i to przynajmniej dwie naprawdę doskonałe.

Gdy na Twitterze ktoś zapytał mnie, co w zasadzie Giroud dla Francji robi, odpowiedziałem: absorbuje. Dokładnie takiego piłkarza Deschamps potrzebował, by rozwijać się mogli inni. By Antoine Griezmann grał nieco niżej, operował w zasadzie w roli rozgrywającego, który w pole karne wpada z lekkim opóźnieniem, ale większą swobodą. By Mbappe nie był podwajany przez jednego ze stoperów, których przyciągał do siebie Giroud. On miał w drużynie najwięcej pojedynków główkowycch (43, z czego 23 wygrane), czwarty wynik kluczowych podań (siedem) i ciężko pracował w defensywie (miał dwa razy więcej prób odbiorów od Mbappe, najczęściej też faulował).

Był dla Deschampsa typowym zadaniowcem, może najlepszym na jakiego Francję było stać. Kimś takim, jak Blaise Matuidi, środkowy pomocnik w roli lewego skrzydłowego, który w odpowiednich momentach wspierał drugą linię, w zasadzie robił to częściej, niż zabiegał do ataku. Ale jego funkcjonalności nikt nie kwestionuje, to napastnik jest twarzą pragmatycznej drużyny, bo przecież nie strzelił żadnego gola, nie oddał celnego strzału.

A może wreszcie uznamy, że nie był to turniej żadnego napastnika? Gdy widzę jedenastki turnieju z Romelu Lukaku lub Harrym Kane'em to lekko się uśmiecham. Owszem, Belg miał świetne momenty, ale sprowadźmy je do konkretu: najlepsza jego akcja to cofnięcie się na własną połowę, wygranie pojedynku, drybling i prostopadłe podanie. Drugą wyjątkową akcją była decyzja o przepuszczeniu piłki do Nacera Chadliego, a więc zrezygnowanie z tego, czego się od niego wymaga dla dobra drużyny. Turniej kończył rozczarowany, schodząc z boiska przeciwko Anglii poszedł od razu do szatni. Może wkurzony na Roberto Martineza, że odebrał mu szansę walki o koronę króla strzelców, a może zdenerwowany nieskutecznością, która trwała w tym mundialu już szóstą godzinę. Ostatni raz trafił z Tunezją dwukrotnie, wcześniej dwa razy strzelił z Panamą - możecie się kłócić, ale były to jednej z kilku najgorzej grających w defensywie drużyn w turnieju.

Po drugiej stronie dreptał Harry Kane i może z zadowoleniem patrzył na zejście przeciwnika, choć on sam również cierpiał. Jedyne strzały w meczu o trzecie miejsce oddawał przewracając się, co nie świadczy o komforcie pozycji. On zdobył bramkę w fazie pucharowej - z Kolumbią z karnego - ale do końca przerwa od strzelania trwała nawet więcej niż w przypadku Lukaku, bo kilka minut ponad sześć godzin. Kane oddał o jeden strzał więcej od Giroud (14), w jego drużynie częściej uderzał Jesse Lingard (17), aż 11 razy próbował Harry Maguire. Nie będe dobijał Anglika, ale przecież oprócz bramki z jedenastki z Kolumbią dwukrotnie tak pokonywał bramkarza Panamy, raz piłka się po prostu od niego odbiła. Może myślał, że turniej będzie tak fajny, jak pierwszy mecz, gdy dwa gole strzelił dobijając uderzenia kolegów z rzutów rożnych?

Napastnicy w Rosji przyjęli rolę służebną. Harry Kane stanowił straszak przy stałych fragmentach, bo przecież z gry Anglia niemal nie zagrażała rywalom. Lukaku siłą stwarzał miejsce innym, choćby Hazardowi (17 strzałów, najlepszy wynik z Belgów) i Kevinowi De Bruyne (13 prób, na równi z napastnikiem). W równie ofensywnie grającej Brazylii Gabriel Jesus miał niemal trzy razy mniej uderzeń od Neymara (9 przy 26 skrzydłowego) i daleko mu było do Coutinho (23). W Hiszpanii Diego Costa miał jedną próbę więcej od Sergio Ramosa (10 do 9), Mario Mandżukić w 609 minut oddał 12 strzałów, a wLuka Modrić grając nieco dłużej miał ich 11, zresztą najgroźniejsi byli oczywiście Rakitić, Rebić (po 15) i Perisić (22). Najlepszym strzelcem Kolumbijczyków nie byli Falcao ani James Rodriguez, ale Yerry Mina o którym w ferworze walki przy stałych fragmentach niemal zapominano.

mundial9

A więc szukając tego przyczyn zajrzałem w raporty z ostatnich dwóch mundiali i je porównałem. Najbardziej interesujące napastników liczby spadły: wszystkie, oprócz tych dotyczących stałych fragmentów. Średnia liczba akcji ofensywnych ogółem spadła z 95 do 87. Szczegółowo mniej jest ataków pozycyjnych (z 68 na 63), podobnie kontr (z 17 na 14). Mniej jest też ofsajdów (z 2,2 na 1,3), co może oznaczać, że jest mniej miejsca za liniami obrony, a więc grają one bliżej własnej bramki i nie ma nawet tylu prób prostopadłych podań czy ruchu na wolne pole. Średnie strzałów też spadły (z 12,7 na 11,7), za to wzrosły wyniki odbiorów (z 27 na 35 na zespół) i przechwytów (z 34 na 45). I tort do podziału dla napastników się zmniejszył, i dostawca coraz częściej jest zatrzymywany lub w ogóle nie próbuje dostarczyć w pole karne najważniejszej przesyłki. A najczęściej po prostu nie do dziewiątek piłka bywała zaadresowana.

Francja 4:2 Chorwacja. Paul Pogba i zmiany

mzachodny

Do przerwy cierpiał, po półtorej godziny tańczył, krzyczał i... wykonywał typową dla siebie cieszynkę. Ale zanim Paul Pogba mógł podnieść puchar świata, musiał jeszcze podnieść siebie i swój zespół, gdy pomimo prowadzenia nie grali dobrze, ani nie mieli kontroli.

Jeszcze w 47. minucie Pogba przepuścił Ivana Rakiticia, a Chorwaci dzięki temu dostali szansę i strzał Ante Rebicia musiał odbić Hugo Lloris. Kilkadziesiąt sekund później zaryzykował z podaniem do Kyliana Mbappe, ale przechwycił je rywal. Ale chwilę przed kluczową dla losów meczu zmianą prostopadłe zagranie na wolne pole do skrzydłowego wreszcie było bardzo dobre, Mbappe niemal uciekł Domagojowi Vidzie i zmusił Danijela Subasicia do interwencji.

I wtedy pojawił się na boisku Steven N'Zonzi. Przy słabszym spotkaniu N'Golo Kante reprezentacja Francji nie wyglądała dobrze w środku pola. Przewaga fizyczna była po stronie Chorwatów (w pierwszej połowie wygrali 55% pojedynków, w drugim jej kwadransie aż 74%), a akcje faworytów po prostu się nie kleiły. Pogba wykonał tylko osiem podań, wraz z Kante mieli skuteczność w grze na niskim poziomie 63-65%. Z kolei Antoine Griezmann miał tylko cztery pojedynki, Kylian Mbappe wykonał tylko trzy dokładne zagrania, Olivier Giroud zaliczył 10 strat.

Jednak Francja prowadziła i oznaczało to komfort Didiera Deschampsa przy zmianach. Nie musiał wprowadzać zawodnika ofensywnego, ale mógł w inny sposób przywrócić swojej drużynie równowagę. Sam fakt, że tak szybko zdecydował się na zmianę w kluczowej strefie - kluczowej ze względu na jakość piłkarzy tam nagromadzonych - świadczy, że dostrzegał jak poważne jest to zagrożenie dla jego drużyny.

Wejście N'Zonziego uspokoiło Francję. 15 z 16 jego podań było dokładnych, w krótszym okresie zaliczył ich więcej od Kante. Ale najbardziej skorzystał na tym Pogba. Pięć minut po zmianie zagrał to fenomenalne podanie do Mbappe, a potem pognał kilkadziesiąt metrów i na dwa razy wykończył akcję. Słabszą nogą, w idealnie wybrany punkt, przeciw temu, jak ustawiał się Subasić.

pogba2

To było kilkadziesiąt sekund, które przecież Pogbę zdefiniuje. Zawodnika, który dotychczas głównie grywał (i w klubie, i w kadrze) tak, jakby sam powstrzymywał się przed wykorzystaniem stu procent swojego potencjału. Czasem gra na niższym poziomie wystarczała, by i tak się wyróżniać, a częściej bywał frustrującym geniuszem. A przecież, słowami Zinedine'a Zidane'a, "on ma wszystko". Tylko tego pełnego pakietu nie wykorzytywał. Także na mundialu zaczął od przeciętnego występu z Australią, nieco skuteczniej grając z Peru, by w fazie pucharowej rosnąć jeszcze szybciej.

Pomimo zagubienia w pierwszej połowie także w finale pokazał już znacznie więcej, właśnie w tej jednej akcji. Inteligencję, te prostopadłe podania na wolne pole, atletycyzm, technikę wykonania... Następnych dziesięć minut było jednym z lepszych w wykonaniu Francji, aż do błędu Llorisa. Pogba był też tym, który rozegrał akcję do lewej strony przed świetnym rajdem Lucasa Hernandeza i czwartym golem.

Do końca meczu Pogba był we właściwych miejscach i o właściwej porze. I w drugiej połowie jego skuteczność akcji z 65% wzrosła do 83%. Zamiast ośmiu dokładnych podań, miał ich trzy razy więcej. Wygrał większość pojedynków (6 z 11), trzy z czterech prób dryblingów było udanych. Pięciokrotnie przechwytywał podania i tyle samo razy zbierał drugie piłki.

W mundialu oglądaliśmy innego Pogbę, niż w Manchesterze United. Rzadziej zaangażowanego w ofensywę (średnia strzałów z 2,8 spadła 1,2, a dryblingów z 2,8 na 1,3), ale za to ciężej pracującego w defensywie. Miał więcej odbiorów (z 1,2 na 2,2), przechwytów (z 0,8 na 1,0) oraz wybić (z 0,9 na 2,0). Może też obserwatorom dłużej zajęło zrozumienie, że ta zmiana zachodzi i z czym się ona wiąże. Bo przecież klub i reprezentacja grały głównie stylem pragmatycznym, a jednak czuło się, że to inny Pogba. Czy będzie to zmiana dłuższa?

pogba1

Uspokajające były też kolejne zmiany Deschampsa. Corentin Tolisso podawał dokładnie, a Nabil Fekir dodał zagrożenie w grze jeden na jednego (trzy próby dryblingów w kwadrans), gdy było już więcej miejsca na boisku. To również symbolizuje Francję pod wodzą Deschampsa: właściwe wybory we właściwych momentach. Nie było przyspieszania od pierwszego meczu, a raczej budowanie momentum, które przyszło na drugą połowę finału. Pewnie: finału dla nich szczęśliwego w pierwszej połowie, lecz w drugiej podkreślającego przewagę jakościową. Z jakością pozwalającą na wychodzenie z tarapatów, uspokajanie nerwów, odrzucanie prób rywali i samemu zadawanie ciosów. Nie jest to ekipa idealna, ale nie było na mistrzostwach lepszej drużyny.

Chorwacja 2:1 Anglia. O utracie i odzyskaniu kontroli

mzachodny

Czy zmęczenie może być widoczne na początku meczu, a nie w jego dogrywce? Bo takie wrażenie można było odnieść patrząc na Chorwatów: powolnych, zdezorganizowanych i goniących za Anglikami przez pierwsze pół godziny półfinału. Może dali się zaskoczyć, może nie spodziewali się takiej huśtawki w wykonaniu rywali, ale problem z opanowaniem i odzyskaniem kontroli był ogromny.

Pokazują to statystyki tego, który jak nikt inny odpowiadał za to, by po stronie chorwackiej wszystko toczyło się wedle ich myśli. Otóż po pierwszej połowie sześciu zawodników Chorwacji miało więcej kontaktów z piłką od Luki Modricia, pięciu – więcej podań. Poza końcówką pierwszej połowy rozgrywający nie mógł złapać ani rytmu, ani podporządkować sobie spotkania.

Chorwacja cierpiała, ponieważ w walce o środek pola trzech na trzech to Anglicy byli szybsi do drugich piłek, wykorzystywali rozciągnięcie wszystkich formacji i zwłaszcza Lingard (cztery zebrane drugie piłki na połowie rywala) z Allim (10 przechwytów) włączali się do ataków. – Powinniśmy przypieczętować zwycięstwo przed przerwą, mieliśmy kolejne okazje – powiedział po spotkaniu Harry Kane. Pewnie w kontekście braku awansu najbardziej będą oni żałowali właśnie tego, co działo się do przerwy, a nie desperackiego gonienia wyniku w dogrywce.

Kane zauważył jeszcze jedną kluczową zmianę: Chorwacja po przerwie podniosła pressing. Dzięki temu, że wszystkie formacje zaczęły grać bliżej siebie, mniej miejsca i czasu było na prostopadłe podania do Sterlinga, który wcześniej odpychał ich od drugiej linii. Później próbował to robić Rashford, jeszcze w ostatnim kwadransie zaliczył dwa udane dryblingi, ale w dogrywce tylko jedną skuteczną próbę na sześć podjętych. A zwłaszcza Alli zagubił się w drugiej połowie, miał tylko dwa pojedynki, zaliczył dwa razy mniej akcji.

alli

Wtedy do akcji wkroczyła druga linia Chorwatów. Ivan Perisić w pierwszej połowie wygrał jeden z pięciu pojedynków, w dalszej części spotkania wygrał już osiem z jedenastu. Luka Modrić zamiast 24 podań przy 83-proc. dokładności wszedł na poziom 39 zagrań (92-proc. dokładność) po przerwie i do dogrywki. W dogrywce mały rozgrywający wygrał cztery z pięciu pojedynków. Z kolei Ivan Rakitić zaczął zdobywać dla drużyny piłkę: przed przerwą miał trzy zebrane drugie piłki, po przerwie – osiem, w tym pięć na połowie przeciwnika, trzy dołożył w dogrywce. Pojedynki drugiego z pomocników? Przed przerwą jeden w defensywie, po – pięć.

modric

Nazwijcie to determinacją, weźcie to za podniesienie tempa, ale tak naprawdę wszystko utrzymuje się w odzyskaniu kontroli nad spotkaniem. To ewidentna przewaga drużyny, która w tym turnieju dojrzewa do swojego szczytu i to pomimo problemów wewnątrz kadry, z powrotem w kraju i osobistych spraw niektórych liderów. Patrzenie, jak rośnie Chorwacja, musi w trzech meczach fazy pucharowej odrabiać straty, a wcześniej w profesjonalny i pewny sposób rozbija Argentynę jest jedną z największych przyjemności tego mundialu.

© Zachodny do tablicy
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci