Menu

Zachodny do tablicy

Futbol analitycznie, statystycznie i konkretnie - na tablicy Michała Zachodnego.

Mundial napastników w roli służebnej

mzachodny

Dlaczego wszyscy uczepili się właśnie Oliviera Giroud? Bo ani razu nie trafił w bramkę? Nie ma bardziej wyśmiewanej postaci z drużyny mistrzów świata. Zupełnie niezasłużenie.

Sześć strzałów z Belgią: pierwszy to ledwo dosięgnięta piłka przy kilkudziesięciometrowym podaniu, drugi to główka z odchylenia i po słabym dośrodkowaniu, trzeci oddał lewą nogą na wślizgu, przy czwartym zablokował go Vincent Kompany, piąty to efekt świetnej asysty Mbappe i... równie dobrego wślizgu Dembele, a wreszcie szósty był próbą zza pola karnego, zza stojącego blisko rywala. Owszem, w tym meczu Francuz mógł dwukrotnie zachować się lepiej, zareagować szybciej, ale nie był to występ katastrofalny. Bardziej na miarę tego, jakim 31-latek napastnikiem jest. W Premier League tylko siedmiokrotnie wystąpił w podstawowym składzie Arsenalu i Chelsea, trafiał do siatki siedmiorotnie z... piętnastu celnyh strzałów na 48 w sumie.

Co więcej, z Peru to jego strzał z bliska dobił Mbappe i zapewnił drużynie zwycięstwo. W dwóch z siedmiu występów Giroud nie zanotował żadnej próby, oprócz szans przeciwko Belgii najbardziej klarowna była ta zakończona asystą i jeszcze jedna przeciwko Argentynie, choć wtedy uderzał z ostrego kąta. Ale nie było tak, by Giroud spisywał się beznadziejnie.

Zewsząd słychać jego porównania do Stéphane'a Guivarc’ha, ale dlaczego nie porównuje się do poprzedniej "dziewiątki", która miała zapewniać Francji gole w mundialu? Zwłaszcza, że Karim Benzema miał bez porównania łatwiej od Giroud - w 2014 roku oddał aż 31 strzałów, aż 15 celnych (to były najwyższe wyniki w turnieju), lecz do siatki trafił tylko trzykrotnie. A i Francji nie pomógł w osiągnięciu półfinału, przeciwko reprezentacji Niemiec miał siedem okazji i to przynajmniej dwie naprawdę doskonałe.

Gdy na Twitterze ktoś zapytał mnie, co w zasadzie Giroud dla Francji robi, odpowiedziałem: absorbuje. Dokładnie takiego piłkarza Deschamps potrzebował, by rozwijać się mogli inni. By Antoine Griezmann grał nieco niżej, operował w zasadzie w roli rozgrywającego, który w pole karne wpada z lekkim opóźnieniem, ale większą swobodą. By Mbappe nie był podwajany przez jednego ze stoperów, których przyciągał do siebie Giroud. On miał w drużynie najwięcej pojedynków główkowycch (43, z czego 23 wygrane), czwarty wynik kluczowych podań (siedem) i ciężko pracował w defensywie (miał dwa razy więcej prób odbiorów od Mbappe, najczęściej też faulował).

Był dla Deschampsa typowym zadaniowcem, może najlepszym na jakiego Francję było stać. Kimś takim, jak Blaise Matuidi, środkowy pomocnik w roli lewego skrzydłowego, który w odpowiednich momentach wspierał drugą linię, w zasadzie robił to częściej, niż zabiegał do ataku. Ale jego funkcjonalności nikt nie kwestionuje, to napastnik jest twarzą pragmatycznej drużyny, bo przecież nie strzelił żadnego gola, nie oddał celnego strzału.

A może wreszcie uznamy, że nie był to turniej żadnego napastnika? Gdy widzę jedenastki turnieju z Romelu Lukaku lub Harrym Kane'em to lekko się uśmiecham. Owszem, Belg miał świetne momenty, ale sprowadźmy je do konkretu: najlepsza jego akcja to cofnięcie się na własną połowę, wygranie pojedynku, drybling i prostopadłe podanie. Drugą wyjątkową akcją była decyzja o przepuszczeniu piłki do Nacera Chadliego, a więc zrezygnowanie z tego, czego się od niego wymaga dla dobra drużyny. Turniej kończył rozczarowany, schodząc z boiska przeciwko Anglii poszedł od razu do szatni. Może wkurzony na Roberto Martineza, że odebrał mu szansę walki o koronę króla strzelców, a może zdenerwowany nieskutecznością, która trwała w tym mundialu już szóstą godzinę. Ostatni raz trafił z Tunezją dwukrotnie, wcześniej dwa razy strzelił z Panamą - możecie się kłócić, ale były to jednej z kilku najgorzej grających w defensywie drużyn w turnieju.

Po drugiej stronie dreptał Harry Kane i może z zadowoleniem patrzył na zejście przeciwnika, choć on sam również cierpiał. Jedyne strzały w meczu o trzecie miejsce oddawał przewracając się, co nie świadczy o komforcie pozycji. On zdobył bramkę w fazie pucharowej - z Kolumbią z karnego - ale do końca przerwa od strzelania trwała nawet więcej niż w przypadku Lukaku, bo kilka minut ponad sześć godzin. Kane oddał o jeden strzał więcej od Giroud (14), w jego drużynie częściej uderzał Jesse Lingard (17), aż 11 razy próbował Harry Maguire. Nie będe dobijał Anglika, ale przecież oprócz bramki z jedenastki z Kolumbią dwukrotnie tak pokonywał bramkarza Panamy, raz piłka się po prostu od niego odbiła. Może myślał, że turniej będzie tak fajny, jak pierwszy mecz, gdy dwa gole strzelił dobijając uderzenia kolegów z rzutów rożnych?

Napastnicy w Rosji przyjęli rolę służebną. Harry Kane stanowił straszak przy stałych fragmentach, bo przecież z gry Anglia niemal nie zagrażała rywalom. Lukaku siłą stwarzał miejsce innym, choćby Hazardowi (17 strzałów, najlepszy wynik z Belgów) i Kevinowi De Bruyne (13 prób, na równi z napastnikiem). W równie ofensywnie grającej Brazylii Gabriel Jesus miał niemal trzy razy mniej uderzeń od Neymara (9 przy 26 skrzydłowego) i daleko mu było do Coutinho (23). W Hiszpanii Diego Costa miał jedną próbę więcej od Sergio Ramosa (10 do 9), Mario Mandżukić w 609 minut oddał 12 strzałów, a wLuka Modrić grając nieco dłużej miał ich 11, zresztą najgroźniejsi byli oczywiście Rakitić, Rebić (po 15) i Perisić (22). Najlepszym strzelcem Kolumbijczyków nie byli Falcao ani James Rodriguez, ale Yerry Mina o którym w ferworze walki przy stałych fragmentach niemal zapominano.

mundial9

A więc szukając tego przyczyn zajrzałem w raporty z ostatnich dwóch mundiali i je porównałem. Najbardziej interesujące napastników liczby spadły: wszystkie, oprócz tych dotyczących stałych fragmentów. Średnia liczba akcji ofensywnych ogółem spadła z 95 do 87. Szczegółowo mniej jest ataków pozycyjnych (z 68 na 63), podobnie kontr (z 17 na 14). Mniej jest też ofsajdów (z 2,2 na 1,3), co może oznaczać, że jest mniej miejsca za liniami obrony, a więc grają one bliżej własnej bramki i nie ma nawet tylu prób prostopadłych podań czy ruchu na wolne pole. Średnie strzałów też spadły (z 12,7 na 11,7), za to wzrosły wyniki odbiorów (z 27 na 35 na zespół) i przechwytów (z 34 na 45). I tort do podziału dla napastników się zmniejszył, i dostawca coraz częściej jest zatrzymywany lub w ogóle nie próbuje dostarczyć w pole karne najważniejszej przesyłki. A najczęściej po prostu nie do dziewiątek piłka bywała zaadresowana.

Francja 4:2 Chorwacja. Paul Pogba i zmiany

mzachodny

Do przerwy cierpiał, po półtorej godziny tańczył, krzyczał i... wykonywał typową dla siebie cieszynkę. Ale zanim Paul Pogba mógł podnieść puchar świata, musiał jeszcze podnieść siebie i swój zespół, gdy pomimo prowadzenia nie grali dobrze, ani nie mieli kontroli.

Jeszcze w 47. minucie Pogba przepuścił Ivana Rakiticia, a Chorwaci dzięki temu dostali szansę i strzał Ante Rebicia musiał odbić Hugo Lloris. Kilkadziesiąt sekund później zaryzykował z podaniem do Kyliana Mbappe, ale przechwycił je rywal. Ale chwilę przed kluczową dla losów meczu zmianą prostopadłe zagranie na wolne pole do skrzydłowego wreszcie było bardzo dobre, Mbappe niemal uciekł Domagojowi Vidzie i zmusił Danijela Subasicia do interwencji.

I wtedy pojawił się na boisku Steven N'Zonzi. Przy słabszym spotkaniu N'Golo Kante reprezentacja Francji nie wyglądała dobrze w środku pola. Przewaga fizyczna była po stronie Chorwatów (w pierwszej połowie wygrali 55% pojedynków, w drugim jej kwadransie aż 74%), a akcje faworytów po prostu się nie kleiły. Pogba wykonał tylko osiem podań, wraz z Kante mieli skuteczność w grze na niskim poziomie 63-65%. Z kolei Antoine Griezmann miał tylko cztery pojedynki, Kylian Mbappe wykonał tylko trzy dokładne zagrania, Olivier Giroud zaliczył 10 strat.

Jednak Francja prowadziła i oznaczało to komfort Didiera Deschampsa przy zmianach. Nie musiał wprowadzać zawodnika ofensywnego, ale mógł w inny sposób przywrócić swojej drużynie równowagę. Sam fakt, że tak szybko zdecydował się na zmianę w kluczowej strefie - kluczowej ze względu na jakość piłkarzy tam nagromadzonych - świadczy, że dostrzegał jak poważne jest to zagrożenie dla jego drużyny.

Wejście N'Zonziego uspokoiło Francję. 15 z 16 jego podań było dokładnych, w krótszym okresie zaliczył ich więcej od Kante. Ale najbardziej skorzystał na tym Pogba. Pięć minut po zmianie zagrał to fenomenalne podanie do Mbappe, a potem pognał kilkadziesiąt metrów i na dwa razy wykończył akcję. Słabszą nogą, w idealnie wybrany punkt, przeciw temu, jak ustawiał się Subasić.

pogba2

To było kilkadziesiąt sekund, które przecież Pogbę zdefiniuje. Zawodnika, który dotychczas głównie grywał (i w klubie, i w kadrze) tak, jakby sam powstrzymywał się przed wykorzystaniem stu procent swojego potencjału. Czasem gra na niższym poziomie wystarczała, by i tak się wyróżniać, a częściej bywał frustrującym geniuszem. A przecież, słowami Zinedine'a Zidane'a, "on ma wszystko". Tylko tego pełnego pakietu nie wykorzytywał. Także na mundialu zaczął od przeciętnego występu z Australią, nieco skuteczniej grając z Peru, by w fazie pucharowej rosnąć jeszcze szybciej.

Pomimo zagubienia w pierwszej połowie także w finale pokazał już znacznie więcej, właśnie w tej jednej akcji. Inteligencję, te prostopadłe podania na wolne pole, atletycyzm, technikę wykonania... Następnych dziesięć minut było jednym z lepszych w wykonaniu Francji, aż do błędu Llorisa. Pogba był też tym, który rozegrał akcję do lewej strony przed świetnym rajdem Lucasa Hernandeza i czwartym golem.

Do końca meczu Pogba był we właściwych miejscach i o właściwej porze. I w drugiej połowie jego skuteczność akcji z 65% wzrosła do 83%. Zamiast ośmiu dokładnych podań, miał ich trzy razy więcej. Wygrał większość pojedynków (6 z 11), trzy z czterech prób dryblingów było udanych. Pięciokrotnie przechwytywał podania i tyle samo razy zbierał drugie piłki.

W mundialu oglądaliśmy innego Pogbę, niż w Manchesterze United. Rzadziej zaangażowanego w ofensywę (średnia strzałów z 2,8 spadła 1,2, a dryblingów z 2,8 na 1,3), ale za to ciężej pracującego w defensywie. Miał więcej odbiorów (z 1,2 na 2,2), przechwytów (z 0,8 na 1,0) oraz wybić (z 0,9 na 2,0). Może też obserwatorom dłużej zajęło zrozumienie, że ta zmiana zachodzi i z czym się ona wiąże. Bo przecież klub i reprezentacja grały głównie stylem pragmatycznym, a jednak czuło się, że to inny Pogba. Czy będzie to zmiana dłuższa?

pogba1

Uspokajające były też kolejne zmiany Deschampsa. Corentin Tolisso podawał dokładnie, a Nabil Fekir dodał zagrożenie w grze jeden na jednego (trzy próby dryblingów w kwadrans), gdy było już więcej miejsca na boisku. To również symbolizuje Francję pod wodzą Deschampsa: właściwe wybory we właściwych momentach. Nie było przyspieszania od pierwszego meczu, a raczej budowanie momentum, które przyszło na drugą połowę finału. Pewnie: finału dla nich szczęśliwego w pierwszej połowie, lecz w drugiej podkreślającego przewagę jakościową. Z jakością pozwalającą na wychodzenie z tarapatów, uspokajanie nerwów, odrzucanie prób rywali i samemu zadawanie ciosów. Nie jest to ekipa idealna, ale nie było na mistrzostwach lepszej drużyny.

Chorwacja 2:1 Anglia. O utracie i odzyskaniu kontroli

mzachodny

Czy zmęczenie może być widoczne na początku meczu, a nie w jego dogrywce? Bo takie wrażenie można było odnieść patrząc na Chorwatów: powolnych, zdezorganizowanych i goniących za Anglikami przez pierwsze pół godziny półfinału. Może dali się zaskoczyć, może nie spodziewali się takiej huśtawki w wykonaniu rywali, ale problem z opanowaniem i odzyskaniem kontroli był ogromny.

Pokazują to statystyki tego, który jak nikt inny odpowiadał za to, by po stronie chorwackiej wszystko toczyło się wedle ich myśli. Otóż po pierwszej połowie sześciu zawodników Chorwacji miało więcej kontaktów z piłką od Luki Modricia, pięciu – więcej podań. Poza końcówką pierwszej połowy rozgrywający nie mógł złapać ani rytmu, ani podporządkować sobie spotkania.

Chorwacja cierpiała, ponieważ w walce o środek pola trzech na trzech to Anglicy byli szybsi do drugich piłek, wykorzystywali rozciągnięcie wszystkich formacji i zwłaszcza Lingard (cztery zebrane drugie piłki na połowie rywala) z Allim (10 przechwytów) włączali się do ataków. – Powinniśmy przypieczętować zwycięstwo przed przerwą, mieliśmy kolejne okazje – powiedział po spotkaniu Harry Kane. Pewnie w kontekście braku awansu najbardziej będą oni żałowali właśnie tego, co działo się do przerwy, a nie desperackiego gonienia wyniku w dogrywce.

Kane zauważył jeszcze jedną kluczową zmianę: Chorwacja po przerwie podniosła pressing. Dzięki temu, że wszystkie formacje zaczęły grać bliżej siebie, mniej miejsca i czasu było na prostopadłe podania do Sterlinga, który wcześniej odpychał ich od drugiej linii. Później próbował to robić Rashford, jeszcze w ostatnim kwadransie zaliczył dwa udane dryblingi, ale w dogrywce tylko jedną skuteczną próbę na sześć podjętych. A zwłaszcza Alli zagubił się w drugiej połowie, miał tylko dwa pojedynki, zaliczył dwa razy mniej akcji.

alli

Wtedy do akcji wkroczyła druga linia Chorwatów. Ivan Perisić w pierwszej połowie wygrał jeden z pięciu pojedynków, w dalszej części spotkania wygrał już osiem z jedenastu. Luka Modrić zamiast 24 podań przy 83-proc. dokładności wszedł na poziom 39 zagrań (92-proc. dokładność) po przerwie i do dogrywki. W dogrywce mały rozgrywający wygrał cztery z pięciu pojedynków. Z kolei Ivan Rakitić zaczął zdobywać dla drużyny piłkę: przed przerwą miał trzy zebrane drugie piłki, po przerwie – osiem, w tym pięć na połowie przeciwnika, trzy dołożył w dogrywce. Pojedynki drugiego z pomocników? Przed przerwą jeden w defensywie, po – pięć.

modric

Nazwijcie to determinacją, weźcie to za podniesienie tempa, ale tak naprawdę wszystko utrzymuje się w odzyskaniu kontroli nad spotkaniem. To ewidentna przewaga drużyny, która w tym turnieju dojrzewa do swojego szczytu i to pomimo problemów wewnątrz kadry, z powrotem w kraju i osobistych spraw niektórych liderów. Patrzenie, jak rośnie Chorwacja, musi w trzech meczach fazy pucharowej odrabiać straty, a wcześniej w profesjonalny i pewny sposób rozbija Argentynę jest jedną z największych przyjemności tego mundialu.

Dla mundialowych malkontentów

mzachodny

Im bliżej końca mistrzostw świata, tym więcej niezadowolonych z jego poziomu. Bo stałe fragmenty, bo Rosja w ćwierćfinale, bo Niemcy i Hiszpanie od dwóch tygodni w domu, bo nikt się nie wybija. Jak bardzo można nie lubić futbolu?

Albo samych mistrzostw świata? Dyskusję nad poziomem moglibyśmy zacząć od totalnych podstaw: do Rosji wcale nie przyjechały 32 najsilniejsze drużyny, zabrakło też wielu piłkarzy z czołowych lig, klubów oraz pozycji. Ale nie po to jest mundial, by robić z niego drugą Ligę Mistrzów. Nie po to jest mundial, by z niechęcią machać na niego ręką.

 

Mundiale nie dają już drużyn wybitnych, przynajmniej nie w czasach współczesnych. Może na sali są osoby lepiej pamiętające starsze mistrzostwa, lecz ze wszystkich turniejów, które mam w głowie nie jestem w stanie wymienić jednej naprawdę genialnej drużyny. Ostatnich kilku zwycięzców to przecież albo drużyny, które rosły z meczu na mecz, albo takie, którym zdarzył się jeden wybitny występ (np. Niemcy 7:1 Brazylia w 2014, Francja 3:0 Brazylia w 1998)… Jedna z lepiej i bardziej atrakcyjnie grających drużyn, to zresztą ta Niemców z 2010 roku, która zwłaszcza w fazie pucharowej dawała popis za popisem, ale skończyła na trzecim miejscu.

Ale czy był to zespół wybitny? Przepraszam, zadam inne pytanie: czy mundial w ogóle potrzebuje zespołów wybitnych?

Nie, nie potrzebuje. Najlepiej w ostatnich dniach ujął to Gareth Southgate, którego wypowiedzi są idealnym lekiem na mundialowych malkontentów. – Po prostu cieszymy się przygodą. Wszystko, co do tej pory osiągnęliśmy opiera się na radości. Jak daleko możemy zajść? Po prostu przesuwajmy granice, twórzmy własną historię. Wiemy, gdzie jesteśmy, wiemy, że nie jesteśmy dziełem skończonym i nie sądzę, byśmy mieli wielu piłkarzy o klasie światowej. Są od nas w tym turnieju zespoły lepsze, z lepszym zbiorem indywidualności, ale my stanowimy drużynę. Mamy świetnych zawodników, nie da się zaprzeczyć, lecz to siła kolektywu była kluczowa – mówi selekcjoner półfinalistów.

Mundial nie jest dla drużyn, które są skończonymi dziełami, ale dla tych, które potrafią pomimo obciążeń oraz rosnącej rywalizacji do tego dążyć. W każdym z poprzednich mistrzów można było dostrzec skazę, zresztą nie trzeba było szukać, bo na drodze do tytułu te problemy uwydatniały się same.

Doskonale rozumiem, że tak samo pewnie było – albo ktoś odniósł podobne wrażenie – cztery lata temu, w 2010, 2006, 2002, 1998 i tak dalej. Nie ma problemu: teraz może skala narzekania tylko rośnie, bo i przekaźniki tego malkontenctwa stają się coraz bardziej popularne, a skoro dziś Rosja znów broni się od pierwszej do sto dwudziestej minuty to dam like lub nawet podam ćwierknięcie dalej.

(Nawiasem mówiąc: nie wkraczam w ogóle na pole dyskusji o tym, ile futbol w wydaniu międzynarodowym stracił na rzecz klubowego w ostatnich latach, jak różne są wyzwania selekcjonerów w porównaniu do trenerów i dlaczego znów pragmatyzm wygrywa z ideą, jak to ładnie napisał Kuba Żywko na Twitterze. Nie ma sensu, to powinien wiedzieć każdy zorientowany i chcący marudzić nad poziomem.)

Mam jednak wrażenie, że przez rosnącą chęć przekrojowego podsumowania turnieju w 280 znakach niektórzy zabijają w swojej piłkarskiej świadomości to, co (każdorazowo co cztery lata) stanowi o wyjątkowości mundialu. Skoro, słowami Southgate’a, mistrzostwa to przygoda, to w niej najlepsze są chwile zebrane w jej trakcie, nie finisz i krótkie pożegnanie. Może to kwestia przeżywania turnieju z nosem w telefonie? Ale przecież jako nałogowy użytkownik mediów społecznościowych sam wiem, że właśnie tam najczęściej wyciągane i najlepiej eksponowane są nawet najmniejsze chwile. Jak gromadka dzieci z urugwajskiego przedszkola, która oglądała mecz z Egiptem. Jak te wszystkie nagrania z barów i latającego piwa nad głowami świrujących fanów, gdy Anglia strzela gola, a futbol zdaje się być na najlepszej drodze do domu.

Nawet ze swojej pozycji – gościa przyklejonego do statystyk, szukającego trendów i wyjątków od reguły – mogę powiedzieć, że czasem widzę, jak poszukiwanie liczby definiującej mecz, występ czy turniej może zabrać frajdę z tego, co się ogląda. Miałem takie wrażenie po wybitnym (tak, tak) popisie Edena Hazarda z Brazylią, który Belg zakończył bez asysty, bez gola. Oglądało się go fantastycznie, jak kręci dryblingami swoich rywali, jak biedny Fagner gubi krok, gdy skrzydłowy znów robi ten swój charakterystyczny start-stop-start, z piłką przyklejoną do nogi. A jednak wydawało mi się, że doceniono go dopiero, gdy okazało się, że Hazard tych kiwek miał w historii mundialu rekordowo dużo. Jakby potrzeba było liczby na potwierdzenie tego, co się właśnie zobaczyło.

A i tak był to mecz kosmiczny, odbiegający od pozostałych w mundialu i… niech to nie będzie powodem, by narzekać na poziom turnieju. Bo turniej do wpisania się w historię tego poziomu w ogóle nie potrzebuje. Potrzebuje chwil emocji: załamań i radości, wzniosłości i kompletnego ogłupienia. Im bardziej uśredniony, tym więcej szans na to, by ktoś popełnił błąd (a to, skoro już kogoś kusi na podsumowanie, był mundial błędów obrońców) i coś się zdarzy (to dla znudzonych), ale i im bardziej uśredniony, tym łatwiej się wyróżnić, jak Kylian Mbappe swoim rajdem przez Argentyńczyków. A takich chwil w Rosji naprawdę było i jest sporo, wystarczy spytać Denisa Czeryszewa.

W skrócie: mundial im. Harry’ego Maguire'a nie musi oznaczać, że jest to gorszy turniej, niż ten im. Cristiano Ronaldo (nawet jeśli takiego jeszcze nie było i już nie będzie). Mundial nie jest dla wybitnych, ale dla wytrwałych i potrafiących się przy tym całym szaleństwie dobrze bawić. Jak Chorwaci skaczący na krzesłach po wyczerpującym fizycznie i emocjonalnie ćwierćfinale. Kusząca byłaby myśl, że w połowie śpiewów Luka Modrić zatrzymał się, by skrytykować poziom gry swojej drużyny, ale nie wydaje mi się, by był wtedy zawiedziony.

Może to nie obsesja, ale coś jest na rzeczy, gdy panuje coraz większa potrzeba zdefiniowania wszystkich rozgrywek wedle ich poziomu. Natomiast jeśli komuś poprzednie cztery tygodnie nie sprawiły frajdy, to już żaden Kane, Lukaku, Modrić, czy Griezmann nie pomogą. A jeśli ktoś potrzebuje wysokiego poziomu, by z futbolem w wydaniu mundialowym dobrze się bawić, odnajdywać w nim bohaterów i poznawać ich historie, to wypada tylko współczuć, jak bardzo współczesna piłka jego/ją rozpuściła.

Brazylia 1:2 Belgia. Rewolucja Roberto Martineza

mzachodny

Czy Brazylia mogła się tego spodziewać? Czy Tite mógł zareagować wcześniej, lepiej? Czy to w ogóle istotne?
- Nigdy nie przegrałem meczu na tablicy taktycznej. To wykonanie taktyki się liczy, a dziś było ono znakomite. Zmieniłem ją, dałem piłkarzom nowe rozwiązania, a oni je zaakceptowali - powiedział uradowany Roberto Martinez w pomeczowym wywiadzie. Jego Belgia właśnie pokonała Brazylię w ćwierćfinale mistrzostw świata i dokonała tego w prawdopodobnie najbardziej imponujący sposób, jaki mogliśmy w Rosji oglądać. Ale po kolei.

1) Romelu Lukaku
Już kiedyś Martinez ustawił napastnika na prawym skrzydle i jego Everton rozszarpał Arsenal. Ale z Brazylią powodów do takiego ustawienia Lukaku mogło być więcej. Gdy wszyscy trenerzy rywali widzą w Marcelo zagrożenie, Hiszpan dostrzegł okazję. Po pierwsze, by wykorzystać przestrzeń, którą lewy obrońca zostawia biegnąc do ataku. Po drugie, wyciągają w tę strefę środkowego obrońcę, Mirandę. Po trzecie, wykorzystując niepewność jaka musiała wkraść się do głów Brazylijczyków.
Lukaku w tej roli spisywał się świetnie. Co prawda częściej faulował niż był faulowany, wygrał siedem z 17 pojedynków i tylko dwa z ośmiu jego dryblingów było udanych, lecz cała akcja bramkowa (na 2:0) była jego autorstwa i pokazała inteligencję tego zawodnika.

2) Nacer Chadli
Gdy Martinez mówi o nowym systemie, to nie było w nim ważniejszego zawodnika od Chadliego. On w posiadaniu piłki spełniał rolę wahadłowego, a gdy rozgrywała Brazylia, to zamieniał się w środkowego pomocnika. Krótko mówiąc, Belgia atakowała w 3-4-3, ale broniła się 4-3-3. Pomyślcie: ile wymaga to inteligencji taktycznej u piłkarzy (i wiary trenera w nią) oraz zdolności do adaptacji do nowych warunków! Udało się to właśnie za sprawą dyscypliny Chadliego, który pokonywał kilometry w fazach przejściowych, by wspomóc Witsela oraz Fellainiego, a następnie pędzić na skrzydło, by dać opcję rozegrania. I dlatego ta obserwacja jest ważniejsza od jego statystyk (połowa z ośmiu pojedynków wygranych, dwie próby odbioru, pięć przechwytów, ale też trzeci wynik podań w tercję ataku), a on sam sprawił, że system wymyślony przez Martineza tak długo był skuteczny.

3) Kevin De Bruyne
Myślę, że gdyby zapytać o zawodnika, który zebrał w drużynie Belgii najwięcej drugich piłek, to większość osób oglądających mecz wskazałaby właśnie na De Bruyne. Wynikało to z jego roli "fałszywej dziewiątki", czy nawet "dziesiątki", gdy w drugiej połowie wspomagał środkowych pomocników. Ale przez rosnące zaangażowanie rozgrywających rywali w atak oraz niechęć Thiago Silvy do wychodzenia z linii (tylko osiem pojedynków w meczu, ledwie jeden wygrany!) miał on przestrzeń, by przejąć piłkę (10 razy, czterokrotnie na połowie Brazylii) i przyspieszać ataki. Ponad połowa jego podań była skierowana w tercję ataku (22 z 41), miał aż siedem prób kluczowych zagrań i choć nie był szczególnie przydatny w defensywie (zero wygranych pojedynków!), to jego wpływ polegał właśnie na szukaniu przestrzeni oraz dostrzegania możliwości przy piłce. Wystarczy przy drugim golu śledzić, jak znajduje się na prawym skrzydle i jak zaskoczeni są jego rywale...

4) Defensywa Belgów
Zmiany, które zaproponował na ten mecz Martinez musiały wprowadzić pewne zamieszanie i kilka okazji Brazylijczyków w pierwszych 30 minutach (7 do 3 w strzałach na ich korzyść) o tym świadczyło. Ale Belgowie wytrzymali presję i problemy dzięki indywidualnej jakości. Vincent Kompany wygrał wszystkie trzy pojedynki z Gabrielem Jesusem (choć jeden powinien zakończyć się rzutem karnym), Thomas Meunier może poszczycić się wynikiem 6 do 2 w starciach z Neymarem, a Jan Vertonghen schował zmienionego szybko Williana (4 do 0). Nic dziwnego, że jedynego gola strzelił środkowy pomocnik, który w pole karne wbiegł z drugiej linii, co przy tak doskonałym podaniu Coutinho zawsze jest problemem dla obrony. Brazylijczycy zaliczyli najmniej prób dryblingów w trakcie mundialu (35), wygrali aż o 15 pp. pojedynków mniej, niż w spotkaniu z Meksykiem.
W tym wszystkim jest jeszcze dwóch bohaterów: Witsel oraz Fellaini, którzy w defensywie wygrali więcej pojedynków (27), niż trzech podstawowych pomocników Brazylii.

5) Zmiany Tite
Interesujące z punktu widzenia Brazylii i systemu Belgów były zmiany, których dokonywał Tite. Zacznijmy od personalnych, ponieważ one nie wpływały na ustawienie jego drużyny: nawet przy wejściu Firmino za Williana, to Jesus przeniósł się na skrzydło. Były to zmiany dobre: Firmino co prawda nie potrafił ani razu z trzech prób strzelić celnie, ale już Douglas Costa zaliczył cztery wygrane dryblingi z sześciu prób, czyli był znacznie skuteczniejszy od Jesusa (1 na 4). Miał też pecha, bo z czterech jego strzałów żaden nie zakończył się golem. Tym, który dał pierwszego gola Brazylii i pewnie był bardzo bliski wyrównania był Renato Augusto - jego trafienie było kapitalne, ale on w przeciwieństwie do Paulinho czy (co zrozumiałe) Fernandinho potrafił odnajdywać wolne miejsce pod polem karnym Belgów, omijając przy tym Fellainiego i Witsela. Także przez jego wprowadzenie w końcówce na 5-4-1 przeszedł Martinez.

6) Eden Hazard
Wreszcie on. Nikt nie wygrał tylu pojedynków, co Eden Hazard - 19 z 30. To fantastyczny wynik, biorąc również pod uwagę, że był siedmiokrotnie faulowany, a aż 11 z 12 jego dryblingów było udanych. To on utrzymywał piłkę w ataku, gdy Belgia potrzebowała oddechu. Nawet tych 16 strat nie powinno zmieniać jego oceny, zwłaszcza, że miał również 16 dokładnych podań w tercji ataku, a do tego dołożył dwa udane odbiory. Mecz zakończył bez gola i bez asysty, lecz nie dostrzec jego klasy byłoby największym błędem. Zwłaszcza, że w drugiej połowie Belgowie oddali tylko jeden niecelny strzał (właśnie Hazarda), więc bez konkretnych akcji i też z mniejszym zaangażowaniem innych piłkarzy kluczem było nie podwyższenie wyniku, lecz utrzymanie piłki, wybicie z rytmu Brazylijczyków. Bez Hazarda nie udałoby się tego zrobić.

© Zachodny do tablicy
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci