Menu

Zachodny do tablicy

Futbol analitycznie, statystycznie i konkretnie - na tablicy Michała Zachodnego.

Proces nauki, czyli śledzenie kadry Adama Nawałki

mzachodny

– A dobrze oglądał pan mecz? To proszę jeszcze raz zobaczyć zapis wideo – dosyć ostro odpowiedział Adam Nawałka. Minęło kilkadziesiąt minut od momentu, gdy Robert Lewandowski na wślizgu wbił piłkę do bramki Szkotów i tłum śpiewających Szkotów zamilkł, a wybuchli kibice z Polski. Uratowany remis oznaczał, że biało-czerwoni kontrolują sytuację na finiszu eliminacji EURO 2016, a rywale odpadają z tego wyścigu. Chwile przed Nawałką w tym samym miejscu siedział blady jak ściana i wściekły Gordon Strachan, widać było również po polskim selekcjonerze, że emocje jeszcze go trzymają.

Odpowiadał właśnie na moje pytanie – dość zagmatwane, bo wypowiadane pod wpływem tego, co się wydarzyło na Hampden – i był to jedyny raz, gdy widziałem go autentycznie zezłoszczonego na poruszoną kwestię. Zresztą po chwili sytuacja była opanowana, selekcjoner wyjaśnił sobie z rzecznikiem Jakubem Kwiatkowskim o co chodziło, porozumiewawcze spojrzenie z autorem pytania również zakończyło sprawę. Ale swoich nerwów po tamtej reakcji trenera nie zapomnę nigdy.

W ostatnich dniach wiele powiedziano i napisano o warsztacie Nawałki, jego podejściu do piłkarzy oraz mediów. Większość z tego była albo teoriami do bólu naciąganymi, albo po prostu nieprawdziwymi. Tak zresztą jest wokół wielkich turniejów, że zainteresowanie kadrą szczytuje, a wraz z tym rośnie liczba opisujących, także od nowa, bez wcześniejszego wglądu.

Nie wiem, którą konferencją Adama Nawałki na jakiej się zjawiłem była ta pożegnalna, ale było ich sporo, pewnie około stu lub więcej. Od tej pierwszej pomeczowej po klęsce we Wrocławiu ze Słowacją, która nastrojem przypominała pożegnanie Franciszka Smudy w tym samym miejscu. Oczywiście, że wiele było podobnych, mało konkretnych, ze słabymi pytaniami i wymijającymi, okrągłymi odpowiedziami. Lecz sam finisz Nawałka miał mocny.

A z czasem ważniejsze od tego, co było w trakcie konferencji stawały się dogrywki po wyłączeniu kamer. Tradycją stało się, że po wystąpieniu na początek każdego zgrupowania selekcjoner wychodził i czekał na dziennikarzy, by tam jeszcze dyskutować. I wtedy widać było takiego Adama Nawałkę, jakiego znali również piłkarze: pełnego energii, mówiącego zdecydowanie, krótkimi zdaniami, często ich równoważnikami. Tam tworzyły się pomysły na teksty i pisały się całe zdania jego słowami, choć bez cytatów. Kto dziś twierdzi, że fatalnie współpracował z mediami pewnie nigdy nie pomyślał, by przyjść na konferencję, poczekać na jej koniec i może spróbować porozmawiać. A wtedy żadne pytanie nie zostawało bez konkretnej odpowiedzi.

W dogrywkach też było widać energię, którą przekazywał wszędzie i każdemu. Nawet, gdy bywał wściekły – jak w przerwie meczu w Kopenhadze, wtedy miał osiągnąć maksimum – to właśnie po to, by pobudzić, postawić na nogi, sprowokować do czegoś lepszego.

Energia ta była przytłaczająca i to dosłownie. Także w spotkaniach na korytarzach w biurze, gdzie spędzał ze sztabem większą część tygodnia, często do późnego wieczora. „Jak forma?” – to można było usłyszeć od niego najczęściej, w każdych okolicznościach i wobec wszystkich. Ta aura się utrzymała i w dniu pożegnania z reprezentacją, choćby na krótkim i naprędce zorganizowanym spotkaniu z pracownikami biura.

W czasie tego opisywania kadry zmieniała się moja rola – z tego będącego na zewnątrz (w barwach Sport.pl), do osoby przypisanej do pierwszej reprezentacji w departamencie PZPN. Wcale zgoda na obserwowanie treningów nie była oczywista, dostałem ją dopiero na ostatnie zajęcia przed meczem w Podgoricy. Ustawiony z boku, by nie rzucać się w oczy, ale obserwujący z fascynacją, jak Nawałka zarządza grupą i swoim sztabem, jakie daje komendy, jak zwraca się do piłkarzy. Nigdy przezwiskiem, nazwiskiem, ale zawsze imieniem, czasem tylko zdrobnionym.

W Arłamowie obserwowałem dokładność i zdecydowanie z jaką prowadzi zajęcia taktyczne, ucząc zawodników przesuwania się w ustawieniu z trójką środkowych obrońców. Co do centymetra, z dbałością o asekuracje, w wielokrotnych powtórzeniach. Samemu rozgrywając piłkę, swoim ruchem wymuszając automatyczną reakcję defensorów. Nie robił tego, jak osoba wątpiąca w obrót spraw w mundialu, ale przekonany o słuszności swojego działania i poziomu, jaki będzie wymagany w trakcie turnieju.

Był ostatni trening przed ogłoszeniem składu na mistrzostwa świata, gdy to się stało. Początkowo nikt nie sądził, że uraz Kamila Glika będzie poważny, aż do momentu, gdy załamany piłkarz schodził z boiska. Już wtedy był zorganizowany transport do szpitala, trener podszedł i wyjaśnił obrońcy co go czeka. A gdy Glik odjechał, wtedy wziął na bok Marcina Kamińskiego i poprosił go o pozostanie z kadrą pomimo tego, że w kadrze na MŚ się nie znalazł. Wszystko w ciągu kilku minut, takie mikro zarządzanie kryzysem.

I także po tym treningu prosił jeszcze kilku piłkarzy, by wyjaśnić im powody swojej decyzji. Za każdym razem odbywało się to tak, jakby ostatecznie zawodnik dziękował trenerowi za szansę, rozpatrzenie go i miłe słowa o „rezerwach”, „potencjale”, „pracy” i „drzwiach szeroko otwartych”.

Teraz wszyscy powtarzają, jak bardzo Nawałka skupiał się na detalach, ale wiedzieć to z relacji piłkarzy a widzieć w treningu to dwie różne sprawy. Pozostanie mi w głowie to, jak na ostatnich zajęciach przed wylotem do Moskwy na mecz z Senegalem, skądinąd bardzo jakościowych, pełnych skupienia i nie zapowiadających tego, co się wydarzyło w starcie w mundialu, trener podszedł do Thiago Cionka i wyjaśniał mu, jak ma wprowadzać piłkę: by nie poprawiał jej kilkukrotnie podeszwą przed zagraniem. By nie robił tak, jak później w spotkaniu mu się zdarzyło…

Dlatego uważam, że najbardziej ocenę pracy szkoleniowca w trakcie mundialu determinowały błędy indywidualne jego piłkarzy – które on później wziął na siebie, przypisując je swoim złym wyborem składów. A może to fakt, że jego przekaz już tak mocno nie trafiał do piłkarzy? W końcu sam Nawałka mówił, że wycisnął z zespołu maksimum i by zdołać wycisnąć coś więcej reprezentacja potrzebuje kogoś innego.

Może to zmęczenie? Pamiętam, gdy po meczu z Czarnogórą – po jego świetnym początku i dramatycznej końcówce – który dał awans na mistrzostwa świata szedłem za selekcjonerem na konferencję prasową. Pamiętam ten moment przez zmęczenie trenera każdym krokiem, zmęczenie wynikające z emocji, ale też po całej drodze na mundial. Jak przyznawał na pożegnalnej konferencji, to wtedy dostrzegł, że zespół potrzebuje nowych impulsów, bo ma problemy z utrzymaniem wysokiego poziomu i kontroli na boisku. Teraz tamten powolny spacer od szatni do sali rozumiem jeszcze lepiej. Ale wraz z wejściem przed kamery selekcjoner znów był pełen energii i zdecydowania.

Kolejny taki spacer miał miejsce po meczu z Litwą. – Gratulacje trenerze – powiedziałem po zwycięstwie 4:0, zupełnie z braku pomysłu na to, jak się przywitać. Ale mina trenera była kwaśna. – Jeszcze nie ma za co – odpowiedział spokojnie.

Nie mam problemu z przyznaniem, że im mocniej interesowałem się – z zawodowego punktu widzenia – reprezentacją, im bliżej niej byłem, tym bardziej ten styl pracy mi imponował i… trochę mnie przerażał. W pierwszym względzie przez wspomniane skupienie na detalach, co zresztą rzutowało na to, jak pisałem o kadrze, na jakich aspektach się skupiałem. Byłem pod wrażeniem organizacji i nacisku na to, by była jak najlepsza. Był to również proces nauki o tym, ile rzeczy decyduje o końcowym wyniku i jak pomimo dbania o wszystko wciąż trzeba mieć szczęście. Choćby w wyborach piłkarzy w ich karierach, przy kontuzjach, zadecydowaniu, kto ma danego dnia zagrać.

A przerażał ze względu na to, ile energii musiało to kosztować, ile ten styl pracy wymagał poświęceń ze strony trenera i jego sztabu. Łatwo powiedzieć: za to przecież mu płacono. Ale często odnosiło się wrażenie, że robione jest więcej, niż ktokolwiek zakładał. Choćby w wyjazdach członków sztabu na wszystkie mecze Ekstraklasy, choćby w tym, jak dbał o piłkarzy nawet z dalszych miejsc w rankingu, szukając sposobów, by stworzyć im warunki do dodatkowego treningu, konsultacji medycznych, czy fizycznych.

Jest jeszcze wiele elementów o których wypadałoby wspomnieć: o wszystkich nietypowych, ale fachowych słówkach Adama Nawałki, o tym, jak minuty po ostatnim meczu spotykał się ze sztabem i krótko omawiał, jak i co powiedzieć dziennikarzom, utrzymując spójny przekaz z piłkarzami. Obszernie należałoby opisać, dlaczego jego konferencje wcale nie były tak nudne i bezproduktywne, jak wielu się wydaje (bo trzeba było czytać między wierszami, jak na czterech ostatnich spotkaniach). I dodać, jak chętnie Nawałka pomagał nie tylko swoim piłkarzom – co w chwili problemów ze zdrowiem sam mogłem odczuć.

Byłem na 41 z 50 meczów reprezentacji Polski pod wodzą Adama Nawałki. Widziałem te największe triumfy, ale też najpoważniejsze porażki. Gol Arkadiusza Milika przeciwko Niemcom był pierwszym, jakiego doświadczyłem oglądając na żywo drużynę narodową – choć był to już bodaj mój piąty lub szósty mecz kadry. A to, co wcześniej przed rolą dziennikarza wiązało się dla mnie z fałszywą nadzieją i rozczarowaniem, stało się już w jej trakcie fascynacją związaną z detalami piłkarskiej pracy i właśnie za sprawą kadry Nawałki przeszło w inspirację, by dążyć do bycia częścią podobnego zespołu.

A gdy za sprawą kadry U-20 i propozycji Jacka Magiery mi się to udało, charakterystycznie energiczny sposób powiedział: „No brawo!”.

Dlaczego Lech Poznań chce Tomasza Cywkę

mzachodny

Czyżby to już był najciekawszy transfer lata, choć przecież wciąż trwa sezon Ekstraklasy? Tomasz Cywka ma odejść za darmo z Wisły Kraków i przejść do Lecha Poznań. Można powiedzieć: krok do przodu, z szansą na grę w europejskich pucharach i w stabilniejszym otoczeniu. Ale to tak, jakby o transferze 29-letniego piłkarza napisać tylko połowę prawdy.

– Jestem zachwycony, że Cywka został naszym zawodnikiem. Ma zdolności, żeby zostać bardzo dobrym graczem: przegląd pola, szybkość, kontrolę nad piłką – mówił trener polskiego zawodnika. Nie był to jednak Nenad Bjelica, nie są to słowa Kazimierza Moskala, który przyjmował go do Wisły Kraków latem 2015 roku. Talentem zachwycał się Paul Jewell, który ściągnął 18-latka do Wigan Athletic kilkanaście lat temu.

Sen polskiego nastolatka o podbiciu Anglii się nie ziścił – jeśli już, to dopadła go rzeczywistość i zamiast realizować marzenia o grze w Premier League, szukał swojego miejsca na drugim i trzecim poziomie rozgrywkowym. Można powiedzieć, że ponad sto meczów w Championship i do tego piętnaście zdobytych bramek to przyzwoity rezultat, ale niewspółmierny do reputacji, jaką cieszył się nastolatek.

Wtedy Cywka był rozgrywającym, piłkarzem bazującym na technice. Dziś nawet po pokazywaniu się przez dwa i pół roku w Ekstraklasie nikt by tak go nie określił. W debiucie w Wiśle co prawda zaliczył asystę, ale na kolejną musiał czekać… niemal dwanaście miesięcy. Jego dorobek w tym czasie nie powala: dołożył jeszcze cztery ostatnie podania, ale nadal nie strzelił gola. – Ja chcę się cieszyć piłką, futbol to musi być spektakl i zabawa – mówił „Gazecie Wyborczej” przed wyjazdem do Anglii. Czyżby więc futbol zaczął Tomasza Cywkę smucić?

Bardziej jego umiejętności zaczęły przydawać się trenerom w innym celu. Spójrzmy: Moskal najpierw próbował Cywkę na tych najbardziej pasujących mu pozycjach – na skrzydle i jako bardziej ofensywnego pomocnika. U Tadeusza Pawłowskiego zaczął już występować w roli szóstki, Dariusz Wdowczyk następnie przesunął go na lewą, a potem również na prawą obronę, a zdarzyło się, że był jednym z trzech środkowych stoperów! Na początku 2017 roku przyszedł Kiko Ramirez i na stałe przejął miejsce bocznego defensora. U Joana Carrillo jest jednak głównie „szóstką”.

cywka

Dwa i pół roku: sześć pozycji. Mogłoby się zakręcić w głowie, prawda? Oczywiście to również jeden z powodów dla których Nenad Bjelica i Lech Poznań zainteresowali się tym zawodnikiem. Uniwersalność jest w cenie, zwłaszcza jeśli piłkarz – a tak jest w przypadku Cywki – szybko adaptuje się do danej roli i to w różnych systemach (bo i Wisła w czasie jego gry się zmieniała). Jednak tego zamieszania nie byłoby, gdyby 29-latek prezentował się na tych pozycjach słabo lub poniżej przeciętnej. Ale kluczem do obserwacji Cywki jest inne słowo: solidność.

W powszechnej opinii kibiców Lecha (i Wisły), do Poznania Cywka udaje się pełnić rolę rezerwowego. Tymczasem w obecnym sezonie piłkarz ani razu w tej roli nie wystąpił. Nie zagrał we wszystkich spotkaniach, ale za każdym razem, gdy wychodził na boisko to w podstawowej jedenastce. Nawet teraz, gdy przyszłość Cywki wydaje się jasna, Carrillo mówi wprost: kontrakt zawodnika kończy się w czerwcu, więc może grać. I niech nikogo nie zdziwi, gdy w środę będzie on znów w pierwszym składzie. Trzynaście meczów od przerwy zimowej, trzynaście razy trener go wybierał, od dziewięciu spotkań nie schodzi z boiska.

Oczywiście, że obserwatorzy będą mieli rację mówiąc, że Cywka się w tych najlepszych wiosennych meczach Wisły nie wyróżniał. Z Koroną w Kielcach (3:0) był po prostu jednym z kilku dobrze funkcjonujących ogniw, ale jego InStatIndex był najniższy z wyjściowej jedenastki. Przeciwko Legii w Warszawie (2:0) także był poniżej średniej drużyny w tej klasyfikacji. W Białymstoku z Jagiellonią (1:0) już był drugim najlepszym, lecz głównie za sprawą gry defensywnej. Jedyny przebłysk tego, co kiedyś widział w nim Jewell przypadł na mecz ze Śląskiem Wrocław (3:1), gdy asystował po indywidualnym rajdzie. Trudno jednak w tej akcji nie zwrócić uwagi na niefrasobliwość oraz bierność obrony rywali, która pozwoliła mu z łatwością wbiec w pole karne ze środka pola.

Mniejsza z tym, przejdźmy do rzeczy. Otóż Tomasz Cywka w tym wszystkim na naprawdę przyzwoite liczby. Oczywiście w golach daleko mu do Carlitosa (bo nawet nie zaczął strzelać), liczbą asyst też nie może się chwalić, zaliczył dotychczas tylko trzy celne strzały, w dokładnych kluczowych podaniach jest na równi z Zoranem Arseniciem. Ale zespół piłkarski nie składa się z samych liderów, potrzebuje też zawodników, których największym atutem jest to, że umiejętnie łączą inne ogniwa, lub pozwalają tym lepszym cieszyć się większą swobodą, wypełniać swoje role.

Lech z jakiegoś powodu Tomasza Cywkę u siebie chce. Może poznańscy skauci więc wiedzą, że 29-latek jest trzecim najczęściej podającym zawodnikiem Wisły (i z jedną z najwyższych dokładności), drugim pod względem podań rozwijających (z najwyższą dokładnością), piątym w klasyfikacji pojedynków (z ich skutecznością na równi z Polem Llonchem), czwartym w rankingu dryblingów (tych udanych ma 70%), czwartym również w odbiorach (skuteczność na poziomie Vullneta Bashy), z największą liczbą odzyskanych piłek na połowie przeciwnika, drugim w klasyfikacji zebranych drugich piłek.

Całkiem tego sporo, jak na zawodnika nieprzydatnego lub po prostu zastępującego tych kontuzjowanych. Można również odnieść wrażenie, że poprzez te statystyki Cywka znacznie bardziej pasuje do stylu Lecha Poznań – agresywny pressing, walka o drugie piłki, szybkie rozegranie do przodu – niż do wycofanej na swoją połowę Wisły Kraków.

Oczywiście nie twierdzę, że jesienią Cywka będzie grał zamiast Roberta Gumnego, Macieja Gajosa czy Łukasza Trałkę… Chodzi bardziej o to, co może Lechowi dać – dokładnie to, czego w obecnym sezonie ligowcom najbardziej brakuje: stałą solidną formę. Bez wahań co trzy kolejki, czyli od występów świetnych do całkowitego dramatu. Nie, Tomasz Cywka taki nie jest. Ale to nie znaczy, że ktoś powinien się tego transferu wstydzić, lub z niego śmiać.

Ten ostatni kwadrans, SFG i trójka kandydatów do tytułu

mzachodny

„Na podsumowania jeszcze za wcześnie”, mówią eksperci o zakończeniu fazy zasadniczej, lecz pierwsze interesujące trendy ogólne, jak i dotyczące drużyn walczących o mistrzostwo można już wskazać. Zajrzałem do raportu ligowego InStat i wyciągnąłem to, co uznałem za najciekawsze.

Czy warto spóźniać się na mecz?

Z pewnością tak mogliby pomyśleć sobie kibice w Niecieczy. Mogliby, gdyby nie fakt, że w 2018 roku ich jedyną nadzieją na korzystny rezultat są… gole strzelone w ostatnim kwadransie. Gdy wtedy piłkarze Termaliki trafiali do siatki, to punktowali.

Aż co czwarty gol w Ekstraklasie pada w ostatnim kwadransie. Może to powinno być najlepszym określeniem ligowych emocji? Spójrzmy na ostatnią multiligę – w pierwszych połowach spotkań słynny już dzwonek stacji Canal+ odzywał się dziesięciokrotnie, po przerwie znacznie częściej, a już w ostatnim kwadransie aż osiem razy.

Mistrzem końcówek jest Lech Poznań – 18 goli po 75. minucie – ale czy nie dlatego, że rzadziej w pierwszym kwadransie (dwie bramki) strzelają tylko Sandecja Nowy Sącz (jedno trafienie), czy Pogoń Szczecin (zero). Na ich mecze można się spokojnie spóźniać… Ironią jest to, że w poprzednim sezonie najskuteczniejszy zespół (Legia) strzelał najwięcej goli w ostatnim kwadransie, a obecnie Górnik Zabrze wtedy... najczęściej bramki traci.

gornikzabrze

Jedynym przypadkiem drużyny Ekstraklasy, która jest skuteczniejsza przed przerwą niż po jest Korona Kielce. Dlatego też, obok Lecha, jest jednym z dwóch zespołów, które po strzeleniu pierwszego gola jeszcze nie doznały porażki. A tylko Jagiellonia ugrała więcej punktów pomimo otwierającego trafienia rywali. Trochę mówi to o stylu gry, jaki narzucił Gino Lettieri – bezkompromisowy, podobny niezależnie od przeciwnika.

Liga stałych fragmentów gry

Gdyby szukać w statystykach największych różnic, to widać ją m.in. w proporcji goli strzelanych z gry do bramek po stałych fragmentach. W poprzednim sezonie wynosiła ona (procentowo) 64-36, w obecnym: 59-41. Ale spójrzmy szerszej: rok temu średnia strzelonych goli z gry wyniosła 33, w tym jest o niemal jedną trzecią niższa (23).

Nazwijmy to efektem Górnika Zabrze. W tym sezonie beniaminek strzelił po stałych fragmentach już 29 goli, czyli więcej niż którykolwiek z rywali w poprzednim. Najgroźniejsi są z rzutów rożnych, które świetnie wykonują Rafał Kurzawa i Damian Kądzior. Rok temu najskuteczniejszy był Górnik Łęczna, w obecnym zabrzanie już biją ich wynik (10) o sześć goli. A ta średnia ligowa byłaby wyższa, gdyby nie beznadziejna w tym elemencie Sandecja (pięć trafień).

Zdecydowanie wzrosła jakość wykonania, co najlepiej obrazuje poniższa grafika: aż sześć zespołów podniosło dokładność dośrodkowań ze stałych fragmentów na poziom powyżej 30%, w poprzednim sezonie były tylko dwie takie drużyny. Co widać, zmieniły się również strefy w które zagrywana jest piłka.

sfgklasa

Z czego to wynika? Choćby z tego, że drużyny lepiej zagęszczają środek pola, a więc zwiększył się nacisk na grę skrzydłami. Tam – poprzez próby dryblingów – jest więcej fauli: pięć zespołów ma średnią przewinień powyżej 16 na mecz, w poprzednim sezonie był tylko jeden.

Legia mniej kluczowa

Ile obrońców tytułu kosztuje brak Vadisa Odjidji-Ofoe i (kontuzjowanego przez większość sezonu) Miroslava Radovicia? Statystyki mówią wszystko: w poprzednich rozgrywkach Legia zaliczała średnio 24 próby kluczowych zagrań na mecz, wybijała się pod tym względem w lidze. Obecnie ta średnia wynosi 19. Pod względem podań w pole karne drużyna spadła z miejsca pierwszego na piąte w tej klasyfikacji ligowej – i to pomimo tego, że generalnie posiadanie piłki oraz liczba zagrań pozostały na tym samym poziomie. To nie kwestia zmiany stylu, ale brak jakości potencjalnych następców.

W efekcie Legia rzadziej strzela (ze śr. 14,1 prób na 12, z trzeciego na siódme miejsce w tej klasyfikacji), także z samego pola karnego (spadek z śr. 9,5 na 7). Sporo też mówi statystyka dryblingów w której w poprzednim sezonie mistrz Polski był najmocniejszy (32 próby), obecnie jest na poziomie ligowej średniej (27). Kogo brakuje? Spojrzenie na klasyfikację indywidualną mówi wszystko: w czołowej dwudziestce ubiegłorocznych rozgrywek legionistów było dwóch, teraz nie ma żadnego. Oczywiście tamci piłkarze to Odjidja-Ofoe i Radović.

Jagiellonia bliżej ziemi

Pisałem już w ostatnich tygodniach, jak zmieniła się Jagiellonia od czasu, gdy Michała Probierza zastąpił Ireneusz Mamrot. Ten drugi ze szkoleniowców tłumacząc swoją filozofię mówił o większej dominacji, grze podaniami. Ale Jagiellonia wiosną zaskakiwała przede wszystkim szybkością wyprowadzanych ciosów, nie tym, jak skrupulatnie je przygotowywała.

Jednak wciąż można dostrzec spore różnice między Mamrotem a Probierzem. Z dwunastej drużyny pod względem średniej liczby podań Jagiellonia stała się trzecią. Z trzeciej najczęściej zagrywającej długie podania na czwartą od końca. Z czwartej wykonującej najmniej podań niekreatywnych do czwartej mającej ich w lidze najwięcej. Z najmniejszej liczby dryblingów w lidze na pierwsze miejsce w tej klasyfikacji. Ten ostatni przeskok mówi bodaj najwięcej: z systemu do którego indywidualności muszą się dostosować Jagiellonia przeszła na taktykę, w której mogą skuteczniej, częściej się wyrażać.

Lech rozkwitł wiosną

Nikt tak często nie odzyskuje piłki na połowie przeciwnika, nikt nie robi tego tak blisko bramki, nikt nie notuje tylu przechwytów… Jakby ta kumulująca się głównie w Nenadzie Bjelicy frustracja na otoczenie przeszła na jego zawodników. Zwłaszcza w rundzie wiosennej obecnego sezonu, w efekcie zbiera więcej drugich piłek na połowie przeciwnika (w 2018 już siedmiokrotnie ponad swoją obecną średnią, jesienią tylko pięć razy).

Lech nie chce już atakować budując akcje od tyłu, ale przyspieszając już pierwszym, drugim podaniem. Teoretycznie liczba podań niekreatywnych w porównaniu do poprzedniego sezonu wzrosła, ale to efekt jesieni, gdy… „Kolejorz” miał ogromne problemy z kreowaniem sytuacji. Rywale ustawiali się na swojej połowie i patrzyli, jak Lech się męczy. Zaginął w tym wszystkim Christian Gytkjaer, brakowało innych rozwiązań niż rajd Macieja Makuszewskiego czy drybling Darko Jevticia.

Jeszcze jesienią Lech wykonywał średnio 146 podań niekreatywnych (czyli na poziomie lidera tej klasyfikacji w lidze, Legii), a już wiosną – 87, co jest piątym najniższym wynikiem Ekstraklasy. Spora różnica, prawda? Patrząc mecz po meczu na poprzedni sezon to takiego podziału między rundami nie widać, nie zmieniło się to tak znacząco nawet bezpośrednio po zatrudnieniu Bjelicy.

A ataki prowadzi głównie skrzydłami, nie pcha już akcji środkiem – co może tłumaczyć generalny spadek wpływu Radosława Majewskiego na grę Lecha w tym sezonie. Lech w poprzednim sezonie strzelił 46% goli z gry po akcjach strefą rozgrywającego, w obecnym – tylko 14%, czyli cztery bramki, drugi najniższy wynik w lidze.

Jagiellonia 3:2 Arka Gdynia. Lekcja od Leszka Ojrzyńskiego

mzachodny

Na wynik spotkania Jagiellonii z Arką można spojrzeć dwojako: z jednej strony dla białostoczan może być to kluczowy moment w wyścigu mistrzowskim, odwrócenie sytuacji w której niespodziewanie tracą punkty na własnym boisku, z drugiej – pokazanie kolejnym rywalom sposobu na to, jak zatrzymać drużynę Ireneusza Mamrota.

Gdyby próbować zdefiniować styl zespołów prowadzonych przez Leszka Ojrzyńskiego, to i tak nie zrobi się tego tak dobrze, jak sam szkoleniowiec Arki Gdynia. – W piłce nożnej nie zawsze wygrywa lepszy, tylko ten, który wie, czego chce – powiedział po dramatycznej końcówce meczu z Jagiellonią. Faktycznie, patrząc na skład Arki nie można powiedzieć, by była to personalnie drużyna, która w ubiegłym roku zdobyła dwa krajowe puchary. Jej najskuteczniejszy zawodnik dopiero dzięki dwóm bramkom zdobytym z Jagiellonią (Mateusz Szwoch) przeskoczył w ligowej klasyfikacji… Michała Helika, obrońcę Cracovii.

Jednak Arka na boisku wie, czego chce: stałych fragmentów, niedopatrzeń rywali wynikających z nerwowości, wciągnięcia przeciwników w chaos w którym reaguje najszybciej. Sporą ironią może być fakt, że jej trzecie najwyższych rozmiarów zwycięstwo w tym sezonie zostanie odniesione nad najbardziej imponującą drużyną sezonu (4:1 z Jagiellonią w październiku). Tylko wygrane z Sandecją (5:0) i Bruk-Bet Termaliką (4:0) były bardziej efektowne, co zresztą współgra ze słowami Ojrzyńskiego – w chaosie, który cechuje dwóch głównych kandydatów do spadku jego Arka odnajdywała się najlepiej.

Warto wrócić do jesiennego meczu Arki z Jagiellonią, by dostrzec, że sobotnie problemy białostoczan nie były przypadkiem. – Rzadko zdarza się stracić trzy bramki w ten sam sposób – załamywał się Ireneusz Mamrot nad tym, jak zespół bronił przy stałych fragmentach. Pierwszy i czwarty gol Arki były efektem wyrzutu z autu, drugi – długiego wykopu od bramkarza i zebrania drugiej piłki, trzeci to strzał Marcina Warcholaka z rzutu wolnego. – Do momentu pierwszej bramki graliśmy dobrze, szybko i tylko zabrakło gola – dodał szkoleniowiec Jagi.

O ironio, dokładnie w ten sam sposób wypowiedział się po wygranym meczu z Arką w sobotę. – Przy 0:0 mieliśmy dwie sytuacje i powinniśmy otworzyć wynik – stwierdził Mamrot. Oczywiście miał rację, Jagiellonia znów miała wyższe posiadanie piłki, zdecydowanie więcej kluczowych podań (28 do 2!) i naprawdę nie prezentowała się gorzej niż dwa tygodnie temu, gdy do Białegostoku przyjechała Wisła Kraków. Jednak wtedy „Biała Gwiazda” bardziej starała się grać swój mecz, niż dostosować plan pod silne strony rywala. Oczywiście w następnej kolejce udało się to Lechowi Poznań – drużynie dużo lepszej – i choć Wisła postawiła trudne warunki, to ostatecznie Jagiellonia miała mniejsze problemy, niż przeciwko Arce.

Za to należy wyróżnić Ojrzyńskiego – trenera, którego defensywna, dla wielu po prostu negatywna taktyka przynosi mocno pozytywne efekty. Zespół jest po prostu przyzwyczajony do tego, by zatrzymywać silniejszych rywali. Rzadko zdarza się też, by po zwycięstwie 4:0 szkoleniowcy dokonywali na kolejny mecz zmian w wyjściowym składzie. Ojrzyński dokonał jednej, ale istotnej: za napastnika Rubena Jurado wpuścił defensywnego pomocnika, Dawida Sołdeckiego, który grał za dwoma „ósemkami”, Michałem Nalepą i Andrijem Bogdanowem.

arkajaga

Była to zmiana kluczowa, która rozbijała rytm Jagiellonii, a przede wszystkim zamknęła na długi czas możliwość gry Martinowi Pospisilowi. W pierwszej części meczu Czech zaliczył na połowie Arki tylko dwa podania do przodu, reszta była wstecznych, czyli nie przyspieszających akcję, co zwykle cechuje rozgrywającego Jagi. O ile ustawienie Arki w pierwszym meczu tych drużyn przypominało płaskie 4-3-3, o tyle w Białymstoku było to 4-1-3-1, głównie ze względu na to, jak blisko środka pola grał Mateusz Szwoch. Warto zauważyć, że właśnie ta czwórka w środku pola – Szwoch, Sołdecki, Nalepa i Bogdanow – zaliczyła najwięcej pojedynków, choć zwłaszcza przez końcówkę meczu wydawało się, że będą to obrońcy. Interesujące, że najwięcej strzałów z Arki zaliczył ten, którego rola teoretycznie ograniczała się do bycia defensywnym ryglem.

pospisil

Arka grała w obrębie swojego planu, nie miała zbyt wielu akcji ofensywnych – Ojrzyński denerwował się na konferencji pomeczowej, gdy zapytano go o niską liczbę strzałów celnych jego drużyny – ale starała się wykorzystać swoje silne strony. Damian Zbozień niemal jedną trzecią swoich podań (12 z 39) zaliczył… wyrzucając piłkę z autu. A najczęstsza kombinacja zagrań w drużynie była nie między obrońcami, nie między bramkarzem i napastnikiem, ale środkowymi pomocnikami – Bogdanowem i Szwochem. A więc Arka też grała do przodu. Zresztą świadczy o tym zmiana w przerwie: Ojrzyński za Jankowskiego wstawił Jurado, by ten drugi lepiej utrzymywał piłkę na połowie przeciwnika i sprawiał więcej problemów obrońcom rywali.

zbozien

Oczywiście były wspólne elementy z tym, co tydzień wcześniej zrobił Lech – choćby niska liczba podań przygotowawczych (wtedy 51, dziś tylko 45 Arki) – ale samo nastawienie było zupełnie inne. „Kolejorz” starał się grać szybko i odzyskiwać piłkę na połowie przeciwnika, Arka na odwrót: odzyskiwać u siebie i szybko atakować. – Oddaliśmy inicjatywę gospodarzom, taki był zamysł. Liczyliśmy na swoje sytuacje. Luka Zarandia miał grać jeden na jednego i po takiej sytuacji mieliśmy rzut karny – zauważył po spotkaniu Ojrzyński. Także symbolem tego był drugi gol wynikający ze złego podania Romanczuka, ale defensywny pomocnik nie spodziewał się Szwocha tak wysoko ustawionego, zresztą rozgrywający już… wracał na swoją połowę.

Pomimo tego, że pierwszego gola strzelił Roman Bezjak, to Arka uwydatniła wadę Jagiellonii – drużynie Mamrota brakuje wyróżniającego się napastnika. Słoweniec oddał pięć strzałów, w tym jednego z przewrotki, ale większe zagrożenie stwarzał m.in. Romanczuk. Wynikało to z tego, że nisko broniący rywale całkiem nieźle ograniczyli wpływ dziewiątki, która najlepiej czuje się mając więcej wolnej przestrzeni. Tymczasem Arka, niemal ściskając cały zespół we własnym polu karnym, pokazała, że Bezjak jest przy takim nastawieniu zbędny. – Podjąłem ryzyko, gdy zdjąłem go i wstawiłem Jakuba Wójcickiego. Przesunąłem wyżej Karola Świderskiego, liczyłem na więcej dośrodkowań – przyznał później Mamrot. Znaczące: wycofuje silnego napastnika, by wstawić skrzydłowego, a w pole karne wrzucić jeszcze wyraźnie słabszego fizycznie rozgrywającego. Jednak jego sztuczka zdziałała cuda. – Wyciągnęliśmy z tego więcej, niż na to liczyłem – dodał szkoleniowiec Jagi.

Szalona końcówka była również efektem chaosu jaki wyniknął na boisku po 75. minucie. Nie pasował on ani Jagiellonii, ani – co zaskakujące – Arce. Najlepszym przykładem jest to, że dwukrotnie pozwolili rywalom na strzały po stałych fragmentach gry, mniejsza o stracone gole. Najlepiej ich panikę wynikającą z wyrównującego gola pokazuje to, co zdarzyło się po rozpoczęciu gry – w stylu Queens Park Rangers z Manchesterem City w ostatnim spotkaniu sezonu Premier League 2012/13, prawda? Gdynianie najpierw bezmyślnie kopnęli piłkę na połowę Jagiellonii, potem mieli szansę, by jeszcze raz ją odzyskać, ale znów oddali posiadanie rywalom. Dwa dalekie wybicia rozciągnęły formacje gości, Marcjanik w szaleńczym zrywie pogonił za Sheridanem w boczną strefę – i poza swoją strefę komfortu – dał się ograć, a Jagiellonia stworzyła ostatnią, decydującą o zwycięstwie szansę. Tak oto drużyna, która zyskiwała przewagę, gdy rywal tracił głowę, sama wpadła we własną zasadzkę.

Ironiczne jest również to, że ten szaleńczy finisz wypchnął Arkę poza górną ósemkę, a przy terminarzu – zostały jej jeszcze mecze z Legią oraz derby Trójmiasta – zminimalizował jej szansę na utrzymanie po 30. kolejkach. Najmniej wygodny dla Jagiellonii rywal w tym sezonie nie dostanie jeszcze jednej szansy na udowodnienie, że plan Ojrzyńskiego działa przeciwko taktyce Mamrota. Oczywiście inni mogą próbować zastosować to, czym dwukrotnie – a raz bardzo skutecznie – Arka zaskoczyła Jagiellonię, lecz musimy wrócić do początku. Nikt w Ekstraklasie nie gra tak, jak zespół Ojrzyńskiego, a to też sprawia, że gdynianie są elementem wyjątkowym.

A Jagiellonia? Podnieść się w takim stylu przy 1:2, po porażce 1:5 przed tygodniem... – Nie mam wątpliwości, że ten zespół ma charakter i odpowiednio zareaguje po porażce – powiedział Mamrot. Ale to jego słowa nie sprzed tygodnia, lecz z pomeczowej konferencji po jesiennej klęsce w Gdyni. Koniec końców i po niemal pięciu miesiącach znów wyszło na to, co 47-letni szkoleniowiec wie o i widzi w swojej Jagiellonii.

Lech 5:1 Jagiellonia. Jak Bjelica przyspieszył „Kolejorza”

mzachodny

Gdy Ireneusz Mamrot był zszokowany rozmiarami porażki, Nenad Bjelica mógł triumfować, bo to jego odmieniony pomysł na grę Lecha Poznań przyniósł spektakularne efekty. To był najlepszy występ „Kolejorza” w tym sezonie, do tego w najtrudniejszym momencie dla Chorwata. Jak to osiągnął?

***

Kiedyś rozmawiając z Karolem Linettym po jego pierwszym półroczu we Włoszech, zapytałem go o różnice, które on dostrzega między Ekstraklasą a Serie A. Pomocnik nie mówił o taktyce czy technice, ale wskazał na szybkość gry. – Nie ma długiego grania między obrońcami, ale jedno podanie i od razu trzeba szukać następnego do przodu – tłumaczył. To zmora Ekstraklasy, zanudzająca kibiców i świadcząca o nikłej kreatywności drużyn: sztuczne nabijanie posiadania piłki, nie prowadzące do niczego i nie dające żadnej przewagi, gdy rywale ze spokojem przesuwają się od lewej do prawej, a wrażenie statyczności spotkań rośnie.

Jednak Jagiellonia Białystok i Lech Poznań to, zwłaszcza ostatnio, przykłady drużyn grających dynamicznie, szybko i do przodu. – Nie kombinujemy, gramy prosto – mówił zaraz po ostatnim gwizdku Łukasz Trałka. „Kolejorz” wygrał 5:1 nie tylko dlatego, że wykorzystała błędy w defensywie, ale po prostu zdołała odepchnąć rywali od własnego pola karnego i po przerwie wcisnąć ich w bramkę gości.

Zaczęło się jednak od Jagiellonii, która mądrze wykorzystywała wolne przestrzenie, zwłaszcza między liniami obrony i pomocy Lecha. Tam wbiegał Martin Pospisil, tam zbiegali skrzydłowi, tam nieźle piłkę utrzymywał i zgrywał Roman Bezjak. W pierwszym kwadransie Jagiellonia zanotowała 58-procentowe posiadanie piłki, jej piłkarze wygrali 70% pojedynków, oddała pięć z 11 wszystkich swoich strzałów. Jednak to nie była kluczowa kwestia w tym spotkaniu: drogą do zwycięstwa było to, jak szybko po odzyskaniu piłki drużynom udawało się wykorzystywać swoje najmocniejsze strony.

W pierwszej kolejności udało się to Jagiellonii przy kontrze, która dała jej prowadzenie: proste wybicie, reakcja dwóch najszybszych jej zawodników, Arvydasa Novikovasa i Przemysława Frankowskiego. Ale kolejne kilka kroków zaczął wykonywać Lech Poznań, co było to zasługą trzech pomocników: Łukasza Trałki, Radosława Majewskiego i Mario Situma. Pierwszy zaczął przyspieszać akcje drużyny, drugi wykonywać ruchy, które rozciągały linię obrony Jagiellonii, a trzeci to wszystko wykorzystywał. Pierwszym sygnałem alarmowym był gol wyrównujący – ten uznany – Christiana Gytkjaera, który idealnie wbiegł między środkowych obrońców i dostał takie dośrodkowanie z jakich po prostu potrafi korzystać najlepiej. W całym spotkaniu Lech ani razu nie utrzymywał piłki powyżej 45 sekund, choćw drugiej połowie można było odnieść wrażenie totalnej dominacji... a Jagiellonia zaliczyła cztery takie ataki pozycyjne. Interesujące, prawda?

posiadanie_pojedynki

Zresztą to najważniejsza cecha tego „nowego Lecha” Bjelicy – wykorzystuje swoje atuty. Które konkretnie? Choćby to, że zawodnicy z bocznych stref potrafią świetnie dośrodkowywać. Situm miał sam tyle dośrodkowań, ile Frankowski i Novikovas razem wzięci, siedem podań w pole karne zanotował Robert Gumny, a Wołodymyr Kostewycz – dziewięć. Nieprzypadkowo w tym meczu Gytkjaer zaliczył aż siedem strzałów, czyli tyle, ile we wcześniejszych pięciu spotkaniach. W ostatnich trzech meczach ze Śląskiem (2:1), Legią (1:2) i Jagiellonią (5:1) każdorazowo Lech miał ponad 20 dokładnych podań w pole karne, wcześniej w sezonie zdarzyło się to na różnych etapach tylko cztery razy, średnia wynosi 16.

Obaj szkoleniowcy po meczu mówili o wysokim pressingu. – Graliśmy szybko, wysokim pressingiem i dobrze przechodziliśmy do szybkiego ataku. Funkcjonowało to bardzo dobrze, ale w pewnym momencie zaczęło się to wszystko psuć. Najpierw była ta nieuznana bramka po dużym zamieszaniu, potem Lech wyrównał. Straciliśmy bramkę po takiej sytuacji, nad jaką dużą pracowaliśmy, bo wiedzieliśmy, że Lech poprzez dośrodkowania z bocznych sektorów stwarza sobie dużo sytuacji – mówił Ireneusz Mamrot. – Dobrze pressowaliśmy i już w pierwszej połowie mieliśmy kilka dobrych okazji, ale zdołaliśmy tylko doprowadzić do remisu. Po przerwie jednak byliśmy bardzo optymistycznie nastawieni, a drużyna miała na boisku bardzo dobrą energię i pokazała to w drugiej połowie. Walczyła i nie dała rywalom żadnych szans do strzelenia gola – tłumaczył Nenad Bjelica.

Kluczowa była również kwestia przyspieszania akcji: dotychczas wiosną Jagiellonia była tym zespołem, który w każdej akcji parł do przodu, nie przygotowywał ich tak, jak określał to Linetty. Tymczasem w niedzielnym spotkaniu Lech robił to jeszcze lepiej. Posiadanie piłki było niemal równe (51 – 49), ale to stłamszona po przerwie Jagiellonia wykonała więcej podań (394 do 444), lecz aż dwa razy więcej miała tych przygotowawczych, czyli inaczej mówiąc: nie kreatywnych. Dilaver z Vujadinoviciem wymienili między sobą tylko siedem podań, Guti z Runje – piętnaście. Między obiema czwórkami ta różnica była już w stosunku 30 zagrań Lecha do 46 Jagiellonii. W tym sezonie Lech nie wymienił jeszcze tak niewielu podań przygotowujących (51), ale też cztery najniższe wyniki w tym względzie w obecnym sezonie zdarzyły się w ostatnich pięciu kolejkach! Średnia drużyny Bjelicy w tym sezonie nadal wynosi aż 134 zagrania nie kreatywne, czyli głównie takie, które wymienia się na własnej połowie i miedzy obrońcami. Tak przyspieszył „Kolejorz” - skupił się na sobie, nie na rywalu, czy, ekhm, arbitrach. Nawet po tym spotkaniu Bjelica powiedział, że już wie, jak działa VAR. Był to więc przełom na kilku polach.

podania_lech

Podobnie mógłbym pisać o drugich piłkach – Ekstraklasa w rosnący znaczeniu tego aspektu staje się ligą podobną do Premier League (i tylko w tym aspekcie, niestety…) – które w zasadzie zepchnęły Jagiellonię we własne pole karne. Lech od meczu z Pogonią notuje odpowiednio 46, 38, 39, 43 i 42 zebrane drugie piłki na połowie przeciwnika, gdy średnia z całego sezonu to 29. To efekt pressingu (zawodnicy szybciej reagują na przebitki, przechwyty, niedokładności…), ale też odważnej gry w defensywie – Vujadinović i Dilaver bronili znacznie wyżej, często dwóch bocznych obrońców jednocześnie ruszało do przodu. Efektem tego choćby skuteczność Bezjaka w pojedynkach (tylko cztery z 17 wygranych!), ale też to, że druga linia była ustawiona wyżej, na połowie Jagiellonii atakowała rywali. Trałka, Gajos i Situm zebrali aż 25 piłek na połowie przeciwnika, cały zespół gości – 30.

Co może być martwiące dla Ireneusza Mamrota, to sposób w jaki zapadała się jego drużyna w drugiej połowie. Sygnały ostrzegawcze z pierwszej części spotkania nic nie dały, kolejne błędy popełniali Guti, Runje i Wlazło, którzy mieli być najmocniejszą trójką – spoiwem środka defensywy – a każdy z nich zawalił przynajmniej po jednym golu. Jednak szkoleniowiec Jagiellonii słusznie odrzucił sugestię o przygotowanie motoryczne – To nie był problem motoryczny, bo graliśmy bardzo dobrze pod tym względem. Nie ma co jednak sprowadzać tego do przygotowania po 25. minutach meczu – tłumaczył i... miał rację. Jagiellonia zanotowała więcej sprintów (111 do 97), pokonała większy dystans w tym najwyższym tempie. A Mamrot zapewniał też, że zespół „wróci do tego, co graliśmy wcześniej”.

To nie będzie trudne: mało kto podejdzie do Jagiellonii przy 0:1 i takiej kontrze równie odważnie, co Lech. A z porażką 1:5 w Poznaniu będzie tak samo jak ze zwycięstwem 2:0 w Warszawie. Mamrot tłumaczył, że po tym, jak Jagiellonia zaskoczyła Legię w fazie finałowej będzie musiała zmienić podejście, bo rywal będzie bardziej świadom jakości i sposoby gry białostoczan. To samo można odnieść do kolejnego starcia z Lechem, choć dla kibiców te ostatnie trzy kolejki i bezpośrednie starcia między kandydatami do mistrzostwa są zapowiedzią naprawdę intrygującego „pucharu maja”.

© Zachodny do tablicy
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci