Menu

Zachodny do tablicy

Futbol analitycznie, statystycznie i konkretnie - na tablicy Michała Zachodnego.

Carlitos, Wisła Kraków i "One man show"

mzachodny

Niektórym kibicom Wisły Kraków może wydać się to nieprawdziwe, ktoś może dopatrzyć się braku docenienia pracy innych, ale prawda jest taka, że "Biała Gwiazda" w tym sezonie jest niesiona na barkach Carlitosa i zwycięstwo ze Śląskiem Wrocław (2:0) jest tego kolejnym przykładem.

Kolejnym, ponieważ Carlitos ma już dziewięć goli w tym sezonie, we Wrocławiu dołożył również drugą asystę. Bez jego bramek i ostatnich podań Wisła miałaby nie dwadzieścia, ale sześć punktów. Zamiast być blisko podium i w połowie drogi do celu (grupa mistrzowska), to znajdowałaby się za Cracovią.

Przeciwko Śląskowi zagrał bardzo dobrze, czuł się świetnie w tym (tak mało charakterystycznie dla naszej ligi) otwartym meczu, gdzie obie drużyny kombinacjami krótkich podań i ruchem bez piłki starały się stwarzać zagrożenie. A Carlitos stwarzał do najwięcej.

W trzeciej minucie gonił za piłką do linii bocznej, po zwrocie podrzucił ją nad rywalem i głową zgrał do kolegi. W dziewiątej niemal na siedząco ograł Michała Chrapka i Piotra Celebana, by następnie stworzyć okazję Pawłowi Brożkowi. W dwudziestej zwodem na prawą nogę i założeniem siatki Igorowi Tarasovsowi wykreował szansę sam sobie, ale strzelił prosto w Jakuba Wrąbla. Pięć minut przed przerwą przejął piłkę na własnej połowie i pięknym, kilkudziesięciometrowym prostopadłym podaniem znów dał się wykazać Brożkowi.

Po przerwie ten "One Man Show" trwał, gdy w pięćdziesiątej minucie zaliczył asystę zewnętrzną częścią stopy do Imaza. Kilkadziesiąt sekund później przy linii bocznej prostopadle zagrał... krzyżakiem. Jak często widzicie takie zagrania w Ekstraklasie? Zwłaszcza w jednym meczu, w tak krótkim odstępie czasu i u jednego zawodnika?

Kwadrans przed końcem sam ruszył na rywali z kontrą, piłkę stracił przy próbie podania piętą, ale zaraz ją odzyskał, nawinął obrońcę i tylko interwencji Wrąbla Śląsk zawdzięcza ratunek.

carlitos

W tym meczu zaliczył dziewięć prób dryblingów i każdą miał udaną, wygrał 14 z 26 pojedynków (najwięcej w sezonie), do tego pięć z sześciu kluczowych podań było dokładnych. Radził sobie i ze stoperem niskim, silnym, zwrotnym (Celebanem), i wysokim, ostro grającym (Tarasovsem). Nie ograniczał się do strefy środkowej, do tych konkretnych rywali, ale wchodził w pojedynki z siedmioma innymi zawodnikami Śląska. Otrzymał od kolegów 39 podań, zdecydowanie więcej niż drugi pod tym względem Paweł Brożek (24).

Jak na jego sylwetkę, średni wzrost i wagę (176 cm/70 kg) jest zaskakująco silny, potrafi postawić się rywalowi, odpowiednio ochronić piłkę, a następnie od obrońcy się oderwać i mu uciec. Nie ma jednego konkretnego zwodu, ale jest wyszkolony na takim poziomie, że zaskakuje różnymi rozwiązaniami: piłką prowadzoną podeszwą, przekładanką i przyspieszeniem na wolne pole, obrotem z przyklejoną futbolówką do wewnętrznej części stopy... Zresztą średnio ma więcej dryblingów (7 na mecz) czy kluczowych podań (4,2), niż strzałów.

Jednak jak na zawodnika, który w zasadzie jedynie zajmuje pozycję napastnika, a tak naprawdę ma pełną swobodę w grze i bliżej mu do "dziesiątki", to jego wykończenie akcji jest również na wysokim poziomie. Nie chodzi tylko o gole, ale w ogóle celność strzałów, często pod presją, w tłumie. Zresztą spójrzmy na statystyki: InStat za okres ostatnich trzech miesięcy podaje, że jest to poziom 61%, przy 3,5 uderzeniach na mecz. Wydaje się, że niewiele? Otóż porównując z danymi EkstraStats (sprzed kolejki) widzimy, że na podobnym poziomie są w czołówce strzelających jedynie Marcin Robak (61%) i Igor Angulo (58%). Dla porównania: celność strzałów Armando Sadiku to 20%, Krzysztofa Piątka - 32%, Jakuba Świerczoka - 45%, Marcio Paixao - 44%. Zresztą spójrzmy na poprzednie sezony: około 60% mieli Nemanja Nikolić (61% w 2015/16 i 58% w 2016/17), Kasper Hamalainen (68% w 2015/16) i Paweł Brożek (55% w 2015/16). Reszta poniżej połowy.

Warto wrócić na koniec do wyjściowego wniosku: Carlitos niesie Wisłę do zwycięstw. Oczywiście, że pomija to udział kilku zawodników, lecz żaden inny piłkarz "Białej Gwiazdy" nie prezentuje takiego poziomu, umiejętności i to tak regularnie. Zresztą: dlaczego ktoś miałby uważać, że posiadanie wybijającej się indywidualności to coś złego, powód do oburzenia? Biorąc pod uwagę przykład Wisły, Carlitos dla klubu na razie znaczy dużo więcej: jest najlepszym przykładem, argumentem na ich politykę zatrudniania obcokrajowców z niższych lig hiszpańskich, innych regionów Europy. I też pokazuje, że w Krakowie zrobiono znacznie niższym kosztem kluczową rzecz dużo lepiej niż w Poznaniu czy w Warszawie: wyszukano napastnika, lidera.

Jak na piłkarską społeczność ogarniętą manią oceniania - oceny po meczach trzeba wystawiać koniecznie, klikają się świetnie, a najlepiej same jedynki, mniejsza o ich merytoryczność, jakiekolwiek ramy, choć to temat na osobny wpis - wyróżnianie takiego piłkarza jak Carlitos, który głową i ramionami wyrasta nad kolegów powinno przychodzić z łatwością. Nie jest to "drużyna jednego zawodnika", ale już na tym konkretnym opierająca swoją grę w ataku. Patrząc na efekty bramkowe i boiskowe można Carlitosa Wiśle tylko pozazdrościć.

Trenerze, proszę nas wyróżnić!

mzachodny

Na trzech najwyższych poziom w polskiej piłce klubowej już w 33 z 52 klubów pracują trenerzy zatrudnieni w 2017 roku. Chociaż dopiero kończy się trzeci kwartał, to w niektórych miejscach to stanowisko było obsadzane nawet częściej. A ostatnie ruchy na tzw. karuzeli trenerskiej świadczą o tym, że kolejne zmiany trenerów są niczym innym, jak głośnym wołaniem o pomoc.

Nie pomoc w utrzymaniu, zażegnaniu kryzysu, wywalczeniu mistrzostwa, przemeblowaniu składu. Patrzę głównie na Piasta Gliwice, Legię Warszawa i Lechię Gdańsk – w każdym z tych klubów prezesi usprawiedliwiając zmianę trenera mówili o dopasowaniu nowego szkoleniowca do wizji, choć… tak naprawdę nikt nie może powiedzieć, jaka ta wizja jest. Może to właśnie Waldemar Fornalik, Romeo Jozak i Adam Owen mają ją kształtować, jednak czy są świadomi, że akurat w Ekstraklasie więcej się o „planach na przyszłość” mówi, niż je realizuje lub wspiera?

Ekstraklasa nie jest odpowiednim środowiskiem rozwoju czegokolwiek. Spójrzmy na najnowsze badania CIES – pod względem średniej wieku piłkarzy na boisku liga jest na siódmy miejscu (27,26); pod względem średniego czasu spędzonego w klubie zawodników z podstawowego składu na jedenastym (1,5 roku); w jej drużynach tylko 10% czasu na boisku spędzili zawodnicy tam szkoleni przez przynajmniej trzy sezonu w wieku od 15 do 21 lat (to dziewiąty najniższy wynik). I wreszcie spójrzmy na wyliczenie Rafała Steca: zapominając na chwilę o Piotrze Stokowcu (o nim za chwilę), średni czas pracy szkoleniowca w Ekstraklasie to 127 dni.

W skrócie: wszystko, co powinno wam się kojarzyć z Ekstraklasą powinno być związane z jej krótkoterminowością.

Wracając do Zagłębia Lubin i Piotra Stokowca – to jego przykład wyróżnił Robert Podoliński, były trener Dolcanu Ząbki, Cracovii i Podbeskidzia Bielsko-Biała, w najnowszym podcaście #CafeKopalnia. Rozmawialiśmy w dniu, gdy w Gdańsku „przesunięto” Piotra Nowaka do roli dyrektora sportowego, a Adamowi Owenowi przekazano stery pierwszego zespołu.

Podoliński opowiada bardzo ciekawie o specyfice pracy trenera w Polsce, o tym, że niektórzy koledzy po fachu są świadomi tymczasowości i stawiają wyłącznie na metodę „grill i piwko”, bo najdłużej utrzymać się można tylko dzięki przychylności piłkarzy. I powiedział, że w tym całym zamieszaniu kibicuje właśnie Stokowcowi, jedynie Zagłębie wyróżnił jako klub, który w pełni realizuje wizję.

Wizję, którą wprowadzał Richard Grootscholten, ekspert od tworzenia akademii z Holandii. Gdy w Lubinie budowano boiska i remontowano budynek dla młodzieży, pierwszy zespół leciał z Ekstraklasy. Po odświeżeniu składu i pozbyciu się przestarzałych oraz przepłaconych piłkarzy postawiono na zawodników młodszych i w rok Zagłębie wróciło na najwyższy poziom, a potem do europejskich pucharów. Co ważne, wciąż z tym samym trenerem.

W połowie marca 2016 roku rozmawiałem przy okazji jednej z konferencji trenerskich z Grootscholtenem i usłyszałem od niego kilka mocnych tez. „Nowa akademia i system szkolenia powinny dać Zagłębiu przynajmniej jednego zawodnika, który zostanie sprzedany za kilka milionów euro”, powiedział. „Jestem zdania, że – idąc wytyczoną ścieżką – za trzy, cztery lata możemy wygrać Ekstraklasę”, dodawał.

Wywiad opublikowałem, a po kilku tygodniach byłem w panelu dyskusyjnym po publikacji „Narodowego Modelu Gry” na konferencji PZPN. Powiem szczerze: zszedłem ze sceny spompowany, bo audiencja była dostojna, bo z publiczności moje uwagi krytykował Antoni Piechniczek („Żeby trenerem być to najpierw trzeba potrenować”, zwrócił się do mnie). I starając się zrozumieć sens tego przekazu krążyłem po kuluarach… wpadając na dwie osoby z Lubina.

- Wie pan, że mam przez pana problemy? – zagaił mnie ówczesny prezes „Miedziowych”, Tomasz Dębicki. Byłem w szoku. Ja? Dlaczego? No i się okazało: tezy Richarda Grootscholtena były dla jego (już byłych) pracodawców zbyt odważne. – My wolimy na spokojnie, powoli i cierpliwie do tego podejść. Zobaczymy co będzie, ale najważniejsze, że mamy już trenera – dodawał.

I kilka tygodni później równie ostrożnie na temat słów Grootscholtena wypowiadał się… Piotr Stokowiec w Lidze+ Extra. Prezes i trener mieli rację.

Popatrzcie na poprzedni sezon: Zagłębie grało przez większość sezonu słabo, nie było pressingu, kreatywności, szybkości… I na koniec rozgrywek zakończonych w grupie spadkowej powiedziano, że trzeba coś zmienić. Tu była największa rewolucja: nie pożegnano trenera, ale dziewięciu zawodników. Tylu również sprowadzono, co ciekawe pięciu z niższej ligi, Bartłomieja Pawłowskiego z niebytu (sześć meczów w Lechii). A Stokowiec po kilku kolejkach zmienił również system gry, dziś jego drużyna gra w ładnym stylu, ofensywnie i zaskakując rywali czymś nowym. Nowym, co nie byłoby możliwe bez wiedzy Stokowca (o zawodnikach, których miał, ich atutach i wadach, przygotowując ich kolejny rok) oraz wsparcia zarządu.

Dziś Zagłębie to druga drużyna w lidze, druga najlepsza obrona, drugi najlepszy atak, czwarty najmłodszy zespół (śr. wieku wyjściowej jedenastki), w którym aż 86,7% goli strzelili Polacy (najwięcej w Ekstraklasie).

Dziś Stokowiec ma 88 spotkań za sobą w roli trenera Zagłębia. Pomyślcie, jaki to bagaż doświadczeń, przemyśleń i ile może z tego skorzystać w porównaniu do Owena, który zadebiutuje w roli pierwszego trenera Lechii właśnie w bezpośrednim starciu w sobotę. Niezależnie od tego, czy pracuje od wczoraj, czy – jak jest faktycznie – od kilku tygodni, dla Walijczyka wszystko, co zdarzy się tego dnia będzie nowością.

Mówił o tym Romeo Jozak po swoim pierwszym spotkaniu z Cracovią (1:0), w którym Chorwat debiutował w tej roli. Wszystko to już znacie: wcześniej był znanym w światowym środowisku piłkarskim ekspertem od szkolenia młodzieży, nauczycielem trenerów w Chorwacji, prowadził wykłady, kursy… Ale nigdy nie miał okazji zarządzać szatnią pełną dorosłych piłkarzy.

Owen, podobnie jak Jozak, był wielokrotnie w pobliżu, odpowiadał za część, wyimek pracy w sztabie, ale nie za podejmowanie decyzji dotyczących całości. To ogromny przeskok, wielu asystentów się o tym przekonało idąc na swoje – nie tylko w Ekstraklasie, ale także w znacznie lepszych ligach.

Wczoraj z przymrużeniem oka przyjmowaliśmy zatrudnienie kolejnego po Jozaku doktora w Ekstraklasie – naukowców z licencjami UEFA Pro, które zdobyć jest cholernie trudno, zajmuje to wiele czasu i wymaga wszechstronnej wiedzy, determinacji. Było trochę śmiechu, ale poważnie podchodząc do tematu można zauważyć, że i w Gdańsku, i w Warszawie uznano, że… trzeba się wyróżnić. Zaryzykować. Podjąć decyzję dziwną i niepopularną. Zadziwić i rozbawić.

A może po prostu uciec od tego zaklętego kręgu o którym mówił Podoliński: najpierw trenerów od grilla i piwka, a potem od pracy. I tak w kółko. Wchodząc w nieznane robią to nie sami, ale razem z piłkarzami, którym trudniej przyjdzie ułożyć nowych, zagranicznych szkoleniowców, sterować nimi i, koniec końców, pozbyć się, gdy po 127 dniach przyjdzie pierwszy kryzys.

Podoliński zauważa wyjątkowość dwóch polskich trenerów: Stokowca i Ireneusza Mamrota, który po kilku latach ciągłej, spokojnej i bardzo dobrej pracy w Chrobrym Głogów dostał szansę w Białymstoku. Jagiellonię układa po swojemu, zmienia w porównaniu do obrazu drużyny Michała Probierza – znów, efekt stabilizacji, która znudziła się wpierw trenerowi, nie jego szefom. Ewenement! – ale powoli wszystko zaczyna funkcjonować.

Oni odnaleźli się w stabilnych warunkach, po nich widać i styl pracy, i styl gry ich drużyn. Potrafią wyprowadzić zespoły z kryzysów, spokojnie radzą sobie z problemami, nie przerasta ich ambicja. I mogą liczyć na wsparcie.

W idealnym świecie działoby się tak w większej liczbie klubów, mniejsza część wirowałaby między strategią stawiania na obcokrajowców, a potem na Polaków. Jednak to sprawiło, że chaotycznie działającym szefom drużyn trudno jest i poprzeć szkoleniowca, i… mówić o wizji. Stąd słysząc słowa o tym w Warszawie i w Gdańsku stwierdzam, że prezesi sami… odbierają sobie alibi.

Jeśli ich eksperymenty zawiodą, to znaczy, że nie Owen i Jozak nie dostali ani swobody działania, ani szansy przetrwania kryzysów, ani czasu na przygotowanie zespołu, ani okresu budowania drużyny na swój pomysł. I zwalniając ich zostaną obnażeni totalnie, spotęgowane zostaną żarty o doktorach, imponujące CV Walijczyka i Chorwata zostanie podarte i wyplute, a oni będą sami z własną wizją.

Co im wtedy przyjdzie zrobić? Tylko grilla i piwko.

Legii i ligi "dzień zero"

mzachodny

Rekord pobity. Tak wcześniej polskie kluby w całości jeszcze nie odpadły z europejskich pucharów. Po tym, co w Tyraspolu zaprezentował mistrz kraju, Legia Warszawa naprawdę można zastanowić się, jak głębokie powinny być zmiany u mistrza Polski, ale i w całej lidze.

I będzie to w pełni zrozumiałe, choćby w wypadku Legii. Po nerwowej, nieprzespanej nocy przyjdzie czas liczenia strat – będą to kwoty idące w kilkanaście, kilkadziesiąt milionów złotych, dla większości polskich klubów oznaczające roczne przychody lub po prostu cały budżet na sezon. Krótko mówiąc: suma abstrakcyjna wszędzie poza Warszawą i Poznaniem.

Rewanżowe spotkanie z Sheriffem było jeszcze gorsze, ale wcale nie przez czerwoną kartkę dla Michała Pazdana. Legioniści sami utrudniali sobie życie i to w najbardziej podstawowy w piłkarskim rozumieniu sposób: niedokładnie podając, źle przyjmując piłkę, kopiąc i szarpiąc zamiast grać. Po szansie Kaspra Hamalainena z początku drugiej połowy kolejną najlepszą okazją przyjezdnych był centrostrzał Artura Jędrzejczyka z kilkudziesięciu metrów, spod linii bocznej. Nawet chaotyczne wykopy lądowały daleko od napastników.

Było to tak złe, że można tym meczem zakwestionować wszystko. Począwszy od założeń trenera, przez prowadzone przez niego letnie przygotowania, politykę transferową, kadrową, młodzieżową, finansową… I uwierzcie, że głosów o „zaoraniu wszystkiego” będzie po odpadnięciu z Sheriffem najwięcej, będą najgłośniejsze i zbiorą najwięcej „lajków”.

***

Nie jest to, o czym Dariusz Mioduski marzył, gdy przejmował panowanie nad całym klubem po wielomiesięcznej szamotaninie z Bogusławem Leśnodorskim i Maciejem Wandzlem. Szamotaninie, która przypominała mecz z Sheriffem i w zasadzie jej konsekwencje są w klubie oraz jego „okolicach” odczuwane do dziś. Kto sprowadzał *tego* piłkarza, gdzie podziały się *te* pieniądze, co robiono w *tym* obszarze działania klubu…

Wątpliwe, by Mioduski w dzisiejszym meczu dostrzegł szansę – szansę na reset w kontekście pierwszej drużyny. Zwłaszcza, że na drastyczne zmiany już za późno, a Legia zamiast kupować w ostatnim tygodniu okienka transferowego będzie raczej sprzedawać. Ale nadal właściciel klubu może potraktować to jako reset, moment w którym wszystkie argumenty z poprzedniego, nie w pełni jego sezonu zostały całkowicie spalone.

***

Tego typu resety w futbolu nie są częste, ale kluby przez nie przechodzą. Manchester City po wykupie przez szejków, Barcelona po przejęciu sterów drużyny przez Pepa Guardiolę, Borussia Dortmund potrzebowała wsparcia Bayernu, by się odbudować, losy Chelsea odmieniła inwestycja Romana Abramowicza… Ale możemy dostrzec je na własnym podwórku. Górnik Zabrze miał jeden procent szans na awans do Ekstraklasy, gdy Marcin Brosz zdecydował się pożegnać starszych piłkarzy i jeszcze mocniej postawić na młodzież. Dziś patrzymy na beniaminka – przynajmniej ja patrzę – jako najciekawszą historię sezonu, z piłkarzami na przyszłość, jasnym planem szkoleniowca oraz obudową (rozumianą przez analizy statystyczne, fizjologiczne) drużyny.

Jest też Zagłębie Lubin z którym zmierzy się Legia w niedzielę, gdy pewnie będą piłkarze z Warszawy wysłuchiwać pretensji od własnych kibiców. Ale „Miedziowi” również pokazują, że po obraniu kompletnie błędnego kierunku – zatrudnianie zagranicznych piłkarzy na wysokich kontraktach – i spadku udało im się odbudować. W poniedziałek Zagłębie pokonało ponoć imponującą Wisłę Kraków 3:0, grając szybko, konkretnie, w wysokim pressingu, w nietypowym ustawieniu, jak na Ekstraklasę (3-4-1-2) i – zauważcie powiązanie! – z jedną z młodszych drużyn w lidze (śr. wieku 25,3 lat), z trzynastoma Polakami w trakcie spotkania na boisku.

Można powiedzieć, że po sprzedaniu wszystkich utalentowanych i wypromowanych młodych Polaków – teraz więcej szans dostają Gumny i Jóźwiak - na podobny reset zdecydował się Lech Poznań, choć też zapłacił za to cenę i duet Karol Klimczak-Piotr Rutkowski po bezprecedensowym transferowym lecie brnie w nieznanym dla siebie i klubu kierunku. I można się kłócić o dotychczasowe efekty pucharowe, ale w lidze Lech dąży do mistrzostwa. Na razie tylko Górnik strzelił więcej goli, tylko Zagłębie straciło mniej, w tabeli za rok 2017 Lech jest tam, gdzie Legia. Zdobędzie je poprawiając jeden element: wygrywając mecze z bezpośrednimi rywalami. I kto dziś powie, że takiej Legii równie skompromitowany, zweryfikowany w Europie „Kolejorz” by nie pokonał?

***

Argumentów, które porażka z Sheriffem wytrąciła całej Legii jest sporo. Ten o tym, że Legię stać na rokroczne występy w Lidze Mistrzów skasowano już w starciu z Astaną. O sprowadzaniu zagranicznych piłkarzy, by „doprowadzić ich do stanu używalności” upadł, bo wypaliło to wyłącznie w osobie Odjidji-Ofoe, zawodników na których Jacek Magiera wciąż czeka jest więcej. Belg powinien być wyjątkiem potwierdzającym regułę, którą roboczo nazwijmy „regułą Chukwu”.

Idąc dalej: szukanie wielu zastępstw za jednego lidera też nie wypaliło, ponieważ w trudnych momentach okazuje się, że nie ma nikogo, kto – mówiąc kolokwialnie – wziąłby grę na siebie. Miał być bohater zbiorowy zamiast indywidualnego, jest klapa całości i rzewne wspomnienie za tym jedynym.

Kolejnym punktem jest doświadczenie piłkarzy na które ponoć w Warszawie stawiano. Zresztą widać to było właśnie w Tiraspolu, gdzie pierwsza jedenastka miała średnią wieku ocierającą się o „trzydziestkę” i tylko dwóch zawodników urodzonych w latach 90. Efekt był taki, że gdy w 85. minucie na boisku pojawił się najmłodszy w Legii Sebastian Szymański, to właśnie jego wysłano do wykonania stałego fragmentu gry.

Jackowi Magierze wypadł argument braku czasu – bez gry w europejskich pucharach ma tyle samo czasu, ile inni trenerzy ligowi, a jakością jego skład teoretycznie bije znakomitą większość. Wreszcie będzie mógł swoich zawodników trenować, wdrażać swój plan, którego Legii desperacko brakuje. Kto jest w stanie dziś odpowiedzieć, jak konkretnie ma grać mistrz Polski przed meczem lub po meczu? To zespół, który teraz cechuje… brak jakiejkolwiek charakterystyki. Dlatego też kolejne ligowe zwycięstwa również nie będą argumentem przemawiającym za Magierą. Bo od Legii się wymaga, Legia ma mieć styl – tak mówią nie tylko kibice, ale też szefowie klubu.

Piłkarze też tracą swoje argumenty – głównie te, które wywindowały ich na tę pozycję, do tych zarobków, aspiracji… Znów muszą udowadniać swoją przydatność oraz jakość, co – po dojściu do odpowiedniej dyspozycji psychofizycznej – powinno być łatwe w tak słabej lidze.

***

Czy Legię stać na taki reset? Teraz nie ma nawet co gdybać, bo właśnie mistrz Polski uzależnił się jeszcze bardziej od Dariusza Mioduskiego i pieniędzy, które on zdecydował się wyłożyć, by zasypać dziurę w budżecie. A więc – w teorii – każda złotówka do wydania będzie oglądana jeszcze bardziej dokładnie.

Ważne, by w klubie zrozumiano, że nie jest to sytuacja czarno-biała – zostawić lub zaorać. Nawet ten reset nie oznacza spalenia ziemi i budowania od nowa. Bardziej chodzi o moment na przemyślenie i wskazanie konkretnego kierunku, w jakim dążyć ma Legia. A może odważnie iść w stronę pomieszania młodzieży z odpowiedniej jakości obcokrajowcami i rodzimymi liderami? A może właśnie tworzyć „Legię Hollywood”, czyli szukać piłkarzy po ich CV – jak Pasquato – a potem odbudować, szarżować w Europie i sprzedawać? Nagle bardziej polska Legia się nie stanie, więc ta opcja odpada, zwłaszcza, że teraz i zimą klub finansowo szarżować nie będzie.

Ale clou wszystkiego polega właśnie na zdefiniowaniu środków, kolejnych kroków, a nie celu. W momencie, gdy faza grupowa jest tak odległa – nie chodzi o to, że Legii tam nie będzie, po prostu odpadła z bardzo słabym rywalem – trzeba planować nie pod kątem meczów z Borussią, Realem, nawet nie z Club Brugge, czy Midtjylland.

Na dziś Legia musi pomyśleć, jak wyróżniać się także w Ekstraklasie. Nie tylko przez finanse, przez wygrywanie ligi, przez grę w pucharach, „uprawianie innego sportu”, jak określał to Leśnodorski, ale wreszcie przez środki prowadzące do sensu istnienia. Może już nie chaotyczne (poprzednia władza), nie połowiczne (pół roku obecnej), lecz wreszcie konkretne.

***

Dziś w tym punkcie wyjścia jest cała liga. Trwająca w ostatnim roku ESA37 i bez podziału punktów, czyli znów idąc w nieznane, obdzierając słabej jakości system ligowy z kluczowego aspektu, który gwarantował emocje. Część klubów już się określiła w kontekście swojej egzystencji (wspomniane Zagłębie, Lech, Górnik, trochę Jagiellonia, Wisła, Cracovia i Piast), ale większość wciąż myśli wyłącznie o przetrwaniu. Dla Legii przetrwaniem była faza grupowa europejskich pucharów, dziś jest bez tego argumentu. Mówcie co chcecie, ale to najlepszy moment na krok w tył i spojrzenie szerzej na własne podwórko, jego wady i sposoby rozwoju. Tylko w ten sposób katastrofa z Tyraspolu pozostanie wyjątkiem od reguły.

Dlaczego Thibault Moulin i Legia tak cierpią?

mzachodny

Oglądało się to strasznie. Irytowały proste straty przy przyjęciu piłki, podania wykonane nie w tempo, albo po prostu niedokładne. Kreatywność? Dominik Nagy kręcił się w kółko, Sebastian Szymański miał problem z przyjęciem, Guilherme zszedł z kontuzją, Michał Kucharczyk mógł jedynie uciec kilka razy na wolne pole, Armando Sadiku w zespole wciąż wygląda jak ciało obce.

A jednak będę się upierał, że największy ból sprawiało obserwowanie innego zawodnika. Thibault Moulin mógł być jednym z najbardziej niedocenianych piłkarzy poprzedniego, mistrzowskiego dla Legii sezonu, jego wpływ i znaczenie przykryte przez Vadisa Odjidję-Ofoego. Francuz w formie to zawodnik elegancki w ruchach, sprytny i czytający grę, zagrywający dokładnie i szybko, technicznie nienaganny. W poprzednim sezonie żaden piłkarz Ekstraklasy nie wykonał większej liczby podań (2251, przy dokładności 83%, średnio 75 zagrań na 90 minut), czyli nikt nie był częściej zaangażowany w grę - umysłowo i fizycznie.

To ostatnie jest najważniejsze, ponieważ w czwartek Moulin jawił się jako piłkarz myślący na boisku dwa razy wolniej. Przyjmujący piłkę te kilkadziesiąt centymetrów dalej od siebie, nie był już zwinniejszy od przeciwników, ale musiał ich gonić. Wszystko to miało znaczenie negatywne dla Legii, bo już od niego - pierwszego rozgrywającego - akcje drużyny traciły rytm. Rywal spokojnie się ustawiał, a zespół Jacka Magiery musiał rozprowadzać atak do bocznych obrońców, do stoperów, do Moulina... aż następowała strata i trzeba było za rywalami gonić pod własne pole karne. I tak w kółko przez 90 minut.

Moulin jest dobrym przykładem, ponieważ jego zapaść jest najbardziej widoczna - i z racji potencjału, i statusu w Legii z poprzedniego sezonu. Dla 27-latka poprzedni rok był pod jednym względem wyjątkowy: rozegrał w nim najwięcej meczów w karierze. Wystarczy to sprawdzić - do tej pory maksymalnie męczył się przez 35 spotkań w sezonie, w Warszawie zaliczył ich o dziesięć więcej. Jedynie Arkadiusz Malarz był zaangażowany w większej liczbie meczów, tylko dwóch zawodników przebywało na boisku dłużej, niż Moulin. Francuz miał prawo być zmęczony, wręcz wyczerpany.

Tymczasem już 33 dni po świętowaniu mistrzostwa Moulin wybiegł na boisko i strzelił Arce Gdynia gola w ostatecznie przegranym meczu o Superpuchar. I wtedy znów zaczęła się karuzela, od siódmego lipca Legia rozegrała już dwanaście spotkań. Jeśli wystąpi w następnych trzech, które zostały do pierwszej przerwy na reprezentacje, to w dwa miesiące rozgrywek zaliczy 43% meczów z najbardziej wyczerpującego sezonu przed Legią.

- Lipiec i sierpień to najtrudniejszy okres dla polskich drużyn. Skończyliśmy rozgrywki na początku czerwca. Wszyscy wiemy, jakie to są obciążenia dla zawodników, a dwa tygodnie później zaczynamy przygotowania. Zawodnicy Lecha czy Jagielloni wznowili je nawet tydzień wcześniej - powiedział na pomeczowej konferencji prasowej Jacek Magiera. W mało charakterystycznym dla siebie dobijającym tonie przez sześć minut tłumaczył problem z jakim zmaga się on, Moulin i pozostali piłkarze - z przygotowaniem fizycznym. Nie tłumaczył tym wstydliwego wyniku i fatalnej gry, ale chciał zadziałać na myślenie. Pewnie nie mógł powiedzieć wszystkiego, nie narzekał na brak wzmocnień na wcześniejszym etapie przygotowań, nie marudził o kiepskiej jakości piłkarzach.

Może łatwiej przychodzi mi zrozumienie Magiery nie w kontekście tego, że tłumaczy wynik i grę, ponieważ w podobnym tonie wypowiadał się jeszcze przed startem sezonu, przed Superpucharem Polski.

- Zrobiliśmy tak, by pierwszy tydzień mieli całkowicie wolny, by nawet nudzili się, ale spędzili czas z rodzinami, odpoczęli. Natomiast w drugim dostali zalecenia jednostek treningowych wprowadzających do pierwszego cyklu przygotowań. By można było ruszyć z wyższego pułapu. Ale czy wypoczęli? Na pewno nie do końca. Tak to w ostatnich latach w Polsce jest: dyskutujemy, co trzeba zrobić, by piłkarze mieli więcej czasu na regenerację. Uważam, że okres powinien być dłuższy, zwłaszcza, że gramy we wczesnych rundach eliminacji pucharów europejskich. Czas na to można znaleźć, np. w fazie finałowej grać co trzy dni i skończyć sezon wcześniej. A tak może na pierwszym etapie ten wcześniejszy start nie będzie odczuwalny, ale w dalszej części pojawią się kontuzje, zmęczenie. Nie ma co marudzić, ale trzeba wspólnie – jako trenerzy, Ekstraklasa i PZPN – porozmawiać, by rozwiązać. Inna strona jest taka, że część szkoleniowców twierdzi, że nie potrafimy grać co trzy dni. To wprowadźmy i nauczmy się tego, a reakcja zawodników będzie zupełnie inna. Mniej narzekania i więcej działania - tłumaczył w rozmowie na portalu "Łączy Nas Piłka".

Po spotkaniu z Sheriffem byłem jeszcze ciekawszy tego, jak wypada zestawienie obciążeń, a także odpoczynku Legii z innymi zespołami z lig na podobnym poziomie (lub z takiego do którego Ekstraklasa aspiruje), które w czwartek rywalizowały o fazę grupową Ligi Europy. Sprawdziłem dwa aspekty - ile trwała przerwa między rozgrywkami krajowymi i ile spotkań (wszystkie rozgrywki) już te zespoły zdołały zagrać. W dalszej części opiszę, dlaczego tak i skąd tego istota.

  • KLUB - PRZERWY W KR - MECZÓW WR 17/18
  • Legia Warszawa - 33 dni - 12 meczów
  • Sheriff Tyraspol - 40 dni - 11 meczów
  • Apollon - 77 dni - 6 meczów
  • Vardar Skopje - 73 dni - 6 meczów
  • Austria Wiedeń - 47 dni - 8 meczów
  • NK Domżale - 46 dni - 12 meczów
  • Viktoria Plzen - 63 dni - 6 meczów
  • Maccabi Tel Awiw - 66 dni - 11 meczów
  • Videoton - 50 dni - 12 meczów
  • Skenderbeu Korce - 101 dni - 7 meczów

(KR - krajowe rozgrywki; WR - wszystkie rozgrywki)

Widzimy, że tempo Legii - 12 spotkań - utrzymały tylko dwa zespoły: NK Domżale i Videoton. A jednak w ich wypadku należy mówić o zdecydowanej przewadze. Słoweńcy mieli dwa tygodnie więcej czasu: czyli mogli dać normalne urlopy, bez konieczności pracy z rozpiską, a do tego jeszcze odpowiednio prowadzić zespół wedle tygodniowego mikrocyklu i bez konieczności gry co trzy dni bez odpowiedniego podbudowania. Oni przecież zaczęli sezon od rywalizacji w europejskich pucharach, dopiero po trzecim meczu w eliminacjach LE doszła im krajowa liga. Tymczasem Legia tylko dwukrotnie mogła liczyć na pięć (przed wylotem do Finlandii) i sześć dni (przed Sheriffem) przerwy między spotkaniami.

Jeszcze więcej czasu mieli piłkarze węgierskiego Videotonu, którzy może i wcześniej od Legii zaczęli przygodę w europejskich pucharach, ale ich sezon skończył się wcześniej. No i znów dochodzi praca w odpowiednich mikrocyklach - Węgrzy mieli cztery przynajmniej pięciodniowe przerwy między meczami - a to dawało odpowiednie efekty. Domżale i Videoton we wcześniejszej rundzie eliminacji LE mierzyły się ze znacznie mocniejszymi rywalami, którzy dopiero kończą przygotowania. Odpowiednio prowadzeni, zgrani, wytrenowani potrafili poradzić sobie z intensywnością przeciwników na wyższym poziomie i odpowiednio Freiburg z Bundesligi oraz Bordeaux z Ligue 1.

Sheriff też jest interesującym argumentem, bo przecież oni odpoczywali tylko tydzień dłużej i zagrali ledwie jeden mecz mniej. Ale to już tak naprawdę pozwoliło im dzisiaj nie odstawać od słabej, cierpiącej na boisku Legii. Nie musieli i nie chcieli trudzić się atakiem pozycyjnym, wystarczyły kontry i jeden stały fragment gry. Nie zagrali nic wielkiego, wcale nie byli silniejsi, szybsi lub bardziej kreatywni - był to mecz dwóch w skali europejskiej na ten moment kompletnie odstających zespołów. Sheriff z jedenastu spotkań tego sezonu wygrał pięć, Legia sześć z dwunastu. Może nie przypadkowo więc ich przerwy były najkrótsze?

Inny argument to Astana - rywal, który faktycznie szybkością swoich liderów wykorzystał błędy Legii w pierwszym spotkaniu i awansował. Co zauważył Magiera: im przełożono spotkanie między walką w trzeciej rundzie eliminacji Ligi Mistrzów. Tak więc dla Kazachów starcia z mistrzem Polski były 26. i 27. meczami sezonu. Ale oni grają od marca, innym systemem ligowym. Rok temu, gdy Legia grała swój 26 mecz - początek listopada - potrafiła zremisować z Realem Madryt (3:3) i wychodziła z poważnego kryzysu, który w zasadzie zdarzał się jej rokrocznie. Czy stosowano większą rotację, byli lepsi piłkarze, czy nie - kryzys się pojawiał.

- Ale można grać w Lidze Mistrzów i Legia to udowodniła - upierał się w czwartek Magiera. Tylko to wcale nie zmienia postaci rzeczy: Legia Besnika Hasiego grała równie mało kreatywny, jednostajny i męczący futbol. Do tego stopnia, że w rewanżu ostatniej fazy kwalifikacji LM mistrz Polski został zdominowany przez rywali z Irlandii. Nawiasem mówiąc, Dundalk podobnie jak Astana, przed rewanżem załatwił sobie pauzę w lidze. Wtedy po remisie dającym upragniony, wyczekiwany awans kibice nie szaleli z radości, ale tak, jak po 1:1 z Sheriffem krzyczeli do piłkarzy: "Legia grać, kurwa mać". Można nawet powiedzieć, że było jeszcze gorzej: legioniści wygrali ledwie cztery z dwunastu pierwszych spotkań, choć dla większości (poza powołanymi na Euro 2016) przerwa w rozgrywkach trwała 53 dni.

Dlatego nie zgadzam się z Magierą, że Legia tamtym awansem coś udowodniła - jeśli już, to wcale nie to, że da się przetrwać z tak krótką przerwą letnią, ale fakt, że warto było latami kumulować punkty w europejskich pucharach, by wyczekać na taki jeden "złoty sezon" szczęśliwego losowania. I do bram piłkarskiego raju się wtoczyć, a nie wkroczyć. Bo jeszcze w pierwszym spotkaniu z Borussią Dortmund (porażka 0:6) różnica w szybkości, fizyczności i wytrzymałości piłkarzy była dramatyczna, dwa razy większa, niż w szalonym (i nie do zaakceptowania) spotkaniu wyjazdowym (klęska 4:8). Wtedy przynajmniej legionistów było stać na odpowiedź.

Nie uważam również, żeby coś się w tej kwestii walki o Ligę Mistrzów zmieniło w kolejnych latach. Szczerze mówiąc, to sprawa dla następnych mistrzów Polski może być już przegrana przy wolno rozwijającym się zapleczu finansowym i jakościowym. Raczej warto już myśleć, jak odbudowywać pozycję w Europie dzięki nie jednej drużynie jesienią w tych drugorzędnych rozgrywkach, ale wpychając tam przynajmniej dwie, może i trzy. Na razie wiemy tyle, że nie tylko mocna strona Europy nam stale odjeżdża w piłce klubowej, ale już zostaliśmy dogonieni, a nawet przegonieni przez kraje mniejsze, biedniejsze. Z prostej przyczyny: oni dają sobie szansę, gdy dla Legii, Lecha, Jagiellonii i innych najważniejsze jest wykrwawianie się w Ekstraklasie.

Ktoś może pomyśleć: a co to jest tych pięć, piętnaście dni treningu więcej? A przecież przy dobrym trenerze, to szansa na zgranie zespołu, wypracowanie schematów, odbudowanie i wprowadzenie nowych zawodników, nawet popracowanie nad takimi detalami, jak jakość przyjęcia piłki, umiejętność kopnięcia jej słabszą nogą. Także takimi zajęciami u profesjonalistów buduje się ich pewność siebie, którą potem przenoszą na boisko. I może przy jednym pełnym mikrocyklu więcej, przy dodatkowym tygodniu wolnego Thibault Moulin byłby sobą. Nie mam wątpliwości, że i Legia wyglądałaby inaczej.

Co sprawia, że Adu wciąż się chce?

mzachodny

Przyznajemy rację Radosławowi Mroczkowskiemu, który Freddy’ego Adu nazywa „starym odkurzaczem”, patrzymy na sprawę testów Amerykanina z przymrużeniem oka lub załamujemy ręce nad tym, jak funkcjonują polskie kluby. Ale mało kto zastanawia się, dlaczego niegdyś „cudownemu dziecku” wciąż się chce?

Sprawdziłem – ostatnie mecze Adu w bazie InStat są z zimy tego roku, gdy przebywał na testach w Portland Timbers. Nic szczególnego, nieco ponad 70 minut w dwóch spotkaniach, ledwie jeden z ośmiu pojedynków wygranych, jeden strzał (niecelny), dwie próby dryblingów, 22 dokładne podania.

Nic, co mogłoby zagwarantować mu kontrakt w klubie z MLS.

Historię tego chłopaka zna cały świat, wytłumaczeń jego upadku jest bez liku – polecam te z tekstu „Gazety Wyborczej” o 28-latku – ale mało kto jest w stanie powiedzieć, dlaczego jemu wciąż się chce?

Jeszcze pierwsze próby można wytłumaczyć pewną desperacją: chęcią zrobienia wszystkiego, by postawić karierę na nogi w zakochanej w futbolu Brazylii. Ale potem ta droga zaczyna być coraz bardziej skomplikowana – Serbia, Finlandia, testy w tuzinie krajów, powrót do Stanów, a teraz wreszcie Polska.

Wzbudza to mój autentyczny podziw. Postawcie się na jego miejscu: od czterech… a w zasadzie od ośmiu lat słyszycie o sobie i czytacie to samo. Gdzie nie zrobicie kolejnego kroku – „złote dziecko” ciąży nad nazwiskiem. Kilkudziesięciu trenerów już patrzyło, przyglądało się i może nawet było chętnych, by w jakimkolwiek stopniu ułamek niegdyś niebywałego talentu wydobyć. Nikomu się nie udaje. Każdy w końcu macha ręką i sadza Adu na ławce, posyła do rezerw, rozwiązuje kontrakt.

Jesteście Adu, który zachwycał świat, a teraz jeździcie od Jagodiny przez Kuopio do Nowego Sącza, by za każdym razem utwierdzić się w przekonaniu, że nie ma w was nic wartościowego. Nic, czym można zasłużyć sobie na szansę odbudowy, ustabilizowania całej sytuacji życiowej.

Czy chciałoby się wam pojechać na jeszcze jeden trening w Nowym Sączu? W nieznanym kraju, małym klubie, będąc od pierwszej minuty kompletnie wyizolowanym? By tylko przejść badania medyczne, nie wiadomo przecież, czy w ogóle uda się kopnąć piłkę?

Są w futbolu piłkarze, których celem jest gra i podróżowanie. Zwiedzanie krajów, poznawanie nowych kultur, coroczne przeprowadzki… Taki styl życia. Ale Adu na takiego gościa nie wygląda. Na jego Instagramie (ledwie pięć zdjęć w ostatnim roku) nie ma zdjęć miast, targów, muzeów itd. Są za to wspomnienia – „To z czasów w Bradenton, gdy chcieliśmy tylko grać, a miłość do piłki była w szczytowym momencie”, podpisuje pod jedną z fotek, co w omawianym kontekście brzmi… smutno – oraz kolejne treningi. „Pełen zdrowia i bez kontuzji. Stając się lepszym każdego dnia” – podpisał zdjęcie z zeszłego roku. Znów można spytać: czy jego motywacją faktycznie jest dążenie do poprawy swoich umiejętności, czy ich odzyskanie? Czy wobec tak wymownych ostatnich lat w ogóle o poprawie można mówić? Czy on jeszcze pamięta, co oznacza jego optymalna forma i co pozwala mu na boisku robić?

Niezależnie od wszystkiego – mój podziw dla Adu rośnie. Po tak wielu ciosach większość schowałaby się pod kamień, zaszyła w Baltimore, czy gdziekolwiek i grała już dla rozrywki w lidze szóstek. Może tam byłby królem, ale światu pozwoliłby o sobie zapomnieć. Rozważyłby inną drogę – może szkoląc młodzież, jednocześnie będąc dla nich najlepszym przykładem, jak prowadzić karierę?

Mniejsza o to, kto i co by w takiej sytuacji zrobił. Nie wiem, czy w Adu jest więcej determinacji w próbie powrotu do tego, co kiedyś miał, czy po prostu tak kocha grać w piłkę. Z tym drugim jest ostatnio problem, ale nie wolno tej opcji wykluczyć – kto uczucie biegania po murawie, wysiłku i satysfakcji z 90 minut spędzonych w Ekstraklasie czy B-klasie zna, ten pewnie upór Amerykanina zrozumie. A przynajmniej ja bym zrozumiał.

Tylko boję się, że to już nie o to chodzi. Bardziej martwię się, że to nie determinacja rzuca Adu po świecie, ale jego kółko adoracji, które bawi się nim od lat, traktuje go jak reklamową dyktę ustawianą na konferencjach prasowych lub spotkaniach dla kibiców, by mogli sobie zrobić zdjęcie. „Pojedź do Nowego Sącza, tam na pewno ci się uda”, „Jesteś dobry, wierzymy w ciebie i wyjdzie ci to na dobre”, „jeszcze możesz spełnić swoje marzenia, zaczynając od Sandecji”… Brzmi to śmiesznie, ale też strasznie.

Wątpliwe, by Adu w Nowym Sączu został – dygresja: jaki jest ten „cel marketingowy” Sandecji w związku z Amerykaninem? By na chwilę klub zaistniał? Bo przecież na mapie świata beniaminek Ekstraklasy nie zostanie, jak nie udało się to ani KuPS, ani Jagodinie, ani Bahii – ale jego determinacja intryguje. Po części jako wiecznie niespełniony piłkarz, kiedyś dziecko marzące o namiastce kariery, którą on przeszedł mogę to zrozumieć, tak jak rozumiałem, gdy Sorin Oproiescu, student z Rumunii, zręcznie zmanipulował działaczy Wisły Kraków, by dali mu szansę testów. Może to faktycznie tak w zawodowym futbolu jest – wystarczy się zahaczyć, pokazać w trzech, czterech meczach i potem jechać na opinii?

Wątpię jednak, by Adu tak robił lub się swoimi osiągnięciami chwalił i napawał. Bardziej jego historia najnowsza mówi mi, że tego garba najchętniej by się już pozbył. W Nowym Sączu, w Stanach, w Azji, w Indiach, Australii czy gdziekolwiek – byle tylko znaleźć swoje miejsce i znów odpalić. Znów coś pokazać i udowodnić przede wszystkim sobie, że wciąż ten talent ma, a nie, że ktoś mu go wmówił.

Też bym o to walczył.

© Zachodny do tablicy
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci