Menu

Zachodny do tablicy

Futbol analitycznie, statystycznie i konkretnie - na tablicy Michała Zachodnego.

Dla mundialowych malkontentów

mzachodny

Im bliżej końca mistrzostw świata, tym więcej niezadowolonych z jego poziomu. Bo stałe fragmenty, bo Rosja w ćwierćfinale, bo Niemcy i Hiszpanie od dwóch tygodni w domu, bo nikt się nie wybija. Jak bardzo można nie lubić futbolu?

Albo samych mistrzostw świata? Dyskusję nad poziomem moglibyśmy zacząć od totalnych podstaw: do Rosji wcale nie przyjechały 32 najsilniejsze drużyny, zabrakło też wielu piłkarzy z czołowych lig, klubów oraz pozycji. Ale nie po to jest mundial, by robić z niego drugą Ligę Mistrzów. Nie po to jest mundial, by z niechęcią machać na niego ręką.

 

Mundiale nie dają już drużyn wybitnych, przynajmniej nie w czasach współczesnych. Może na sali są osoby lepiej pamiętające starsze mistrzostwa, lecz ze wszystkich turniejów, które mam w głowie nie jestem w stanie wymienić jednej naprawdę genialnej drużyny. Ostatnich kilku zwycięzców to przecież albo drużyny, które rosły z meczu na mecz, albo takie, którym zdarzył się jeden wybitny występ (np. Niemcy 7:1 Brazylia w 2014, Francja 3:0 Brazylia w 1998)… Jedna z lepiej i bardziej atrakcyjnie grających drużyn, to zresztą ta Niemców z 2010 roku, która zwłaszcza w fazie pucharowej dawała popis za popisem, ale skończyła na trzecim miejscu.

Ale czy był to zespół wybitny? Przepraszam, zadam inne pytanie: czy mundial w ogóle potrzebuje zespołów wybitnych?

Nie, nie potrzebuje. Najlepiej w ostatnich dniach ujął to Gareth Southgate, którego wypowiedzi są idealnym lekiem na mundialowych malkontentów. – Po prostu cieszymy się przygodą. Wszystko, co do tej pory osiągnęliśmy opiera się na radości. Jak daleko możemy zajść? Po prostu przesuwajmy granice, twórzmy własną historię. Wiemy, gdzie jesteśmy, wiemy, że nie jesteśmy dziełem skończonym i nie sądzę, byśmy mieli wielu piłkarzy o klasie światowej. Są od nas w tym turnieju zespoły lepsze, z lepszym zbiorem indywidualności, ale my stanowimy drużynę. Mamy świetnych zawodników, nie da się zaprzeczyć, lecz to siła kolektywu była kluczowa – mówi selekcjoner półfinalistów.

Mundial nie jest dla drużyn, które są skończonymi dziełami, ale dla tych, które potrafią pomimo obciążeń oraz rosnącej rywalizacji do tego dążyć. W każdym z poprzednich mistrzów można było dostrzec skazę, zresztą nie trzeba było szukać, bo na drodze do tytułu te problemy uwydatniały się same.

Doskonale rozumiem, że tak samo pewnie było – albo ktoś odniósł podobne wrażenie – cztery lata temu, w 2010, 2006, 2002, 1998 i tak dalej. Nie ma problemu: teraz może skala narzekania tylko rośnie, bo i przekaźniki tego malkontenctwa stają się coraz bardziej popularne, a skoro dziś Rosja znów broni się od pierwszej do sto dwudziestej minuty to dam like lub nawet podam ćwierknięcie dalej.

(Nawiasem mówiąc: nie wkraczam w ogóle na pole dyskusji o tym, ile futbol w wydaniu międzynarodowym stracił na rzecz klubowego w ostatnich latach, jak różne są wyzwania selekcjonerów w porównaniu do trenerów i dlaczego znów pragmatyzm wygrywa z ideą, jak to ładnie napisał Kuba Żywko na Twitterze. Nie ma sensu, to powinien wiedzieć każdy zorientowany i chcący marudzić nad poziomem.)

Mam jednak wrażenie, że przez rosnącą chęć przekrojowego podsumowania turnieju w 280 znakach niektórzy zabijają w swojej piłkarskiej świadomości to, co (każdorazowo co cztery lata) stanowi o wyjątkowości mundialu. Skoro, słowami Southgate’a, mistrzostwa to przygoda, to w niej najlepsze są chwile zebrane w jej trakcie, nie finisz i krótkie pożegnanie. Może to kwestia przeżywania turnieju z nosem w telefonie? Ale przecież jako nałogowy użytkownik mediów społecznościowych sam wiem, że właśnie tam najczęściej wyciągane i najlepiej eksponowane są nawet najmniejsze chwile. Jak gromadka dzieci z urugwajskiego przedszkola, która oglądała mecz z Egiptem. Jak te wszystkie nagrania z barów i latającego piwa nad głowami świrujących fanów, gdy Anglia strzela gola, a futbol zdaje się być na najlepszej drodze do domu.

Nawet ze swojej pozycji – gościa przyklejonego do statystyk, szukającego trendów i wyjątków od reguły – mogę powiedzieć, że czasem widzę, jak poszukiwanie liczby definiującej mecz, występ czy turniej może zabrać frajdę z tego, co się ogląda. Miałem takie wrażenie po wybitnym (tak, tak) popisie Edena Hazarda z Brazylią, który Belg zakończył bez asysty, bez gola. Oglądało się go fantastycznie, jak kręci dryblingami swoich rywali, jak biedny Fagner gubi krok, gdy skrzydłowy znów robi ten swój charakterystyczny start-stop-start, z piłką przyklejoną do nogi. A jednak wydawało mi się, że doceniono go dopiero, gdy okazało się, że Hazard tych kiwek miał w historii mundialu rekordowo dużo. Jakby potrzeba było liczby na potwierdzenie tego, co się właśnie zobaczyło.

A i tak był to mecz kosmiczny, odbiegający od pozostałych w mundialu i… niech to nie będzie powodem, by narzekać na poziom turnieju. Bo turniej do wpisania się w historię tego poziomu w ogóle nie potrzebuje. Potrzebuje chwil emocji: załamań i radości, wzniosłości i kompletnego ogłupienia. Im bardziej uśredniony, tym więcej szans na to, by ktoś popełnił błąd (a to, skoro już kogoś kusi na podsumowanie, był mundial błędów obrońców) i coś się zdarzy (to dla znudzonych), ale i im bardziej uśredniony, tym łatwiej się wyróżnić, jak Kylian Mbappe swoim rajdem przez Argentyńczyków. A takich chwil w Rosji naprawdę było i jest sporo, wystarczy spytać Denisa Czeryszewa.

W skrócie: mundial im. Harry’ego Maguire'a nie musi oznaczać, że jest to gorszy turniej, niż ten im. Cristiano Ronaldo (nawet jeśli takiego jeszcze nie było i już nie będzie). Mundial nie jest dla wybitnych, ale dla wytrwałych i potrafiących się przy tym całym szaleństwie dobrze bawić. Jak Chorwaci skaczący na krzesłach po wyczerpującym fizycznie i emocjonalnie ćwierćfinale. Kusząca byłaby myśl, że w połowie śpiewów Luka Modrić zatrzymał się, by skrytykować poziom gry swojej drużyny, ale nie wydaje mi się, by był wtedy zawiedziony.

Może to nie obsesja, ale coś jest na rzeczy, gdy panuje coraz większa potrzeba zdefiniowania wszystkich rozgrywek wedle ich poziomu. Natomiast jeśli komuś poprzednie cztery tygodnie nie sprawiły frajdy, to już żaden Kane, Lukaku, Modrić, czy Griezmann nie pomogą. A jeśli ktoś potrzebuje wysokiego poziomu, by z futbolem w wydaniu mundialowym dobrze się bawić, odnajdywać w nim bohaterów i poznawać ich historie, to wypada tylko współczuć, jak bardzo współczesna piłka jego/ją rozpuściła.

Brazylia 1:2 Belgia. Rewolucja Roberto Martineza

mzachodny

Czy Brazylia mogła się tego spodziewać? Czy Tite mógł zareagować wcześniej, lepiej? Czy to w ogóle istotne?
- Nigdy nie przegrałem meczu na tablicy taktycznej. To wykonanie taktyki się liczy, a dziś było ono znakomite. Zmieniłem ją, dałem piłkarzom nowe rozwiązania, a oni je zaakceptowali - powiedział uradowany Roberto Martinez w pomeczowym wywiadzie. Jego Belgia właśnie pokonała Brazylię w ćwierćfinale mistrzostw świata i dokonała tego w prawdopodobnie najbardziej imponujący sposób, jaki mogliśmy w Rosji oglądać. Ale po kolei.

1) Romelu Lukaku
Już kiedyś Martinez ustawił napastnika na prawym skrzydle i jego Everton rozszarpał Arsenal. Ale z Brazylią powodów do takiego ustawienia Lukaku mogło być więcej. Gdy wszyscy trenerzy rywali widzą w Marcelo zagrożenie, Hiszpan dostrzegł okazję. Po pierwsze, by wykorzystać przestrzeń, którą lewy obrońca zostawia biegnąc do ataku. Po drugie, wyciągają w tę strefę środkowego obrońcę, Mirandę. Po trzecie, wykorzystując niepewność jaka musiała wkraść się do głów Brazylijczyków.
Lukaku w tej roli spisywał się świetnie. Co prawda częściej faulował niż był faulowany, wygrał siedem z 17 pojedynków i tylko dwa z ośmiu jego dryblingów było udanych, lecz cała akcja bramkowa (na 2:0) była jego autorstwa i pokazała inteligencję tego zawodnika.

2) Nacer Chadli
Gdy Martinez mówi o nowym systemie, to nie było w nim ważniejszego zawodnika od Chadliego. On w posiadaniu piłki spełniał rolę wahadłowego, a gdy rozgrywała Brazylia, to zamieniał się w środkowego pomocnika. Krótko mówiąc, Belgia atakowała w 3-4-3, ale broniła się 4-3-3. Pomyślcie: ile wymaga to inteligencji taktycznej u piłkarzy (i wiary trenera w nią) oraz zdolności do adaptacji do nowych warunków! Udało się to właśnie za sprawą dyscypliny Chadliego, który pokonywał kilometry w fazach przejściowych, by wspomóc Witsela oraz Fellainiego, a następnie pędzić na skrzydło, by dać opcję rozegrania. I dlatego ta obserwacja jest ważniejsza od jego statystyk (połowa z ośmiu pojedynków wygranych, dwie próby odbioru, pięć przechwytów, ale też trzeci wynik podań w tercję ataku), a on sam sprawił, że system wymyślony przez Martineza tak długo był skuteczny.

3) Kevin De Bruyne
Myślę, że gdyby zapytać o zawodnika, który zebrał w drużynie Belgii najwięcej drugich piłek, to większość osób oglądających mecz wskazałaby właśnie na De Bruyne. Wynikało to z jego roli "fałszywej dziewiątki", czy nawet "dziesiątki", gdy w drugiej połowie wspomagał środkowych pomocników. Ale przez rosnące zaangażowanie rozgrywających rywali w atak oraz niechęć Thiago Silvy do wychodzenia z linii (tylko osiem pojedynków w meczu, ledwie jeden wygrany!) miał on przestrzeń, by przejąć piłkę (10 razy, czterokrotnie na połowie Brazylii) i przyspieszać ataki. Ponad połowa jego podań była skierowana w tercję ataku (22 z 41), miał aż siedem prób kluczowych zagrań i choć nie był szczególnie przydatny w defensywie (zero wygranych pojedynków!), to jego wpływ polegał właśnie na szukaniu przestrzeni oraz dostrzegania możliwości przy piłce. Wystarczy przy drugim golu śledzić, jak znajduje się na prawym skrzydle i jak zaskoczeni są jego rywale...

4) Defensywa Belgów
Zmiany, które zaproponował na ten mecz Martinez musiały wprowadzić pewne zamieszanie i kilka okazji Brazylijczyków w pierwszych 30 minutach (7 do 3 w strzałach na ich korzyść) o tym świadczyło. Ale Belgowie wytrzymali presję i problemy dzięki indywidualnej jakości. Vincent Kompany wygrał wszystkie trzy pojedynki z Gabrielem Jesusem (choć jeden powinien zakończyć się rzutem karnym), Thomas Meunier może poszczycić się wynikiem 6 do 2 w starciach z Neymarem, a Jan Vertonghen schował zmienionego szybko Williana (4 do 0). Nic dziwnego, że jedynego gola strzelił środkowy pomocnik, który w pole karne wbiegł z drugiej linii, co przy tak doskonałym podaniu Coutinho zawsze jest problemem dla obrony. Brazylijczycy zaliczyli najmniej prób dryblingów w trakcie mundialu (35), wygrali aż o 15 pp. pojedynków mniej, niż w spotkaniu z Meksykiem.
W tym wszystkim jest jeszcze dwóch bohaterów: Witsel oraz Fellaini, którzy w defensywie wygrali więcej pojedynków (27), niż trzech podstawowych pomocników Brazylii.

5) Zmiany Tite
Interesujące z punktu widzenia Brazylii i systemu Belgów były zmiany, których dokonywał Tite. Zacznijmy od personalnych, ponieważ one nie wpływały na ustawienie jego drużyny: nawet przy wejściu Firmino za Williana, to Jesus przeniósł się na skrzydło. Były to zmiany dobre: Firmino co prawda nie potrafił ani razu z trzech prób strzelić celnie, ale już Douglas Costa zaliczył cztery wygrane dryblingi z sześciu prób, czyli był znacznie skuteczniejszy od Jesusa (1 na 4). Miał też pecha, bo z czterech jego strzałów żaden nie zakończył się golem. Tym, który dał pierwszego gola Brazylii i pewnie był bardzo bliski wyrównania był Renato Augusto - jego trafienie było kapitalne, ale on w przeciwieństwie do Paulinho czy (co zrozumiałe) Fernandinho potrafił odnajdywać wolne miejsce pod polem karnym Belgów, omijając przy tym Fellainiego i Witsela. Także przez jego wprowadzenie w końcówce na 5-4-1 przeszedł Martinez.

6) Eden Hazard
Wreszcie on. Nikt nie wygrał tylu pojedynków, co Eden Hazard - 19 z 30. To fantastyczny wynik, biorąc również pod uwagę, że był siedmiokrotnie faulowany, a aż 11 z 12 jego dryblingów było udanych. To on utrzymywał piłkę w ataku, gdy Belgia potrzebowała oddechu. Nawet tych 16 strat nie powinno zmieniać jego oceny, zwłaszcza, że miał również 16 dokładnych podań w tercji ataku, a do tego dołożył dwa udane odbiory. Mecz zakończył bez gola i bez asysty, lecz nie dostrzec jego klasy byłoby największym błędem. Zwłaszcza, że w drugiej połowie Belgowie oddali tylko jeden niecelny strzał (właśnie Hazarda), więc bez konkretnych akcji i też z mniejszym zaangażowaniem innych piłkarzy kluczem było nie podwyższenie wyniku, lecz utrzymanie piłki, wybicie z rytmu Brazylijczyków. Bez Hazarda nie udałoby się tego zrobić.

Proces nauki, czyli śledzenie kadry Adama Nawałki

mzachodny

– A dobrze oglądał pan mecz? To proszę jeszcze raz zobaczyć zapis wideo – dosyć ostro odpowiedział Adam Nawałka. Minęło kilkadziesiąt minut od momentu, gdy Robert Lewandowski na wślizgu wbił piłkę do bramki Szkotów i tłum śpiewających Szkotów zamilkł, a wybuchli kibice z Polski. Uratowany remis oznaczał, że biało-czerwoni kontrolują sytuację na finiszu eliminacji EURO 2016, a rywale odpadają z tego wyścigu. Chwile przed Nawałką w tym samym miejscu siedział blady jak ściana i wściekły Gordon Strachan, widać było również po polskim selekcjonerze, że emocje jeszcze go trzymają.

Odpowiadał właśnie na moje pytanie – dość zagmatwane, bo wypowiadane pod wpływem tego, co się wydarzyło na Hampden – i był to jedyny raz, gdy widziałem go autentycznie zezłoszczonego na poruszoną kwestię. Zresztą po chwili sytuacja była opanowana, selekcjoner wyjaśnił sobie z rzecznikiem Jakubem Kwiatkowskim o co chodziło, porozumiewawcze spojrzenie z autorem pytania również zakończyło sprawę. Ale swoich nerwów po tamtej reakcji trenera nie zapomnę nigdy.

W ostatnich dniach wiele powiedziano i napisano o warsztacie Nawałki, jego podejściu do piłkarzy oraz mediów. Większość z tego była albo teoriami do bólu naciąganymi, albo po prostu nieprawdziwymi. Tak zresztą jest wokół wielkich turniejów, że zainteresowanie kadrą szczytuje, a wraz z tym rośnie liczba opisujących, także od nowa, bez wcześniejszego wglądu.

Nie wiem, którą konferencją Adama Nawałki na jakiej się zjawiłem była ta pożegnalna, ale było ich sporo, pewnie około stu lub więcej. Od tej pierwszej pomeczowej po klęsce we Wrocławiu ze Słowacją, która nastrojem przypominała pożegnanie Franciszka Smudy w tym samym miejscu. Oczywiście, że wiele było podobnych, mało konkretnych, ze słabymi pytaniami i wymijającymi, okrągłymi odpowiedziami. Lecz sam finisz Nawałka miał mocny.

A z czasem ważniejsze od tego, co było w trakcie konferencji stawały się dogrywki po wyłączeniu kamer. Tradycją stało się, że po wystąpieniu na początek każdego zgrupowania selekcjoner wychodził i czekał na dziennikarzy, by tam jeszcze dyskutować. I wtedy widać było takiego Adama Nawałkę, jakiego znali również piłkarze: pełnego energii, mówiącego zdecydowanie, krótkimi zdaniami, często ich równoważnikami. Tam tworzyły się pomysły na teksty i pisały się całe zdania jego słowami, choć bez cytatów. Kto dziś twierdzi, że fatalnie współpracował z mediami pewnie nigdy nie pomyślał, by przyjść na konferencję, poczekać na jej koniec i może spróbować porozmawiać. A wtedy żadne pytanie nie zostawało bez konkretnej odpowiedzi.

W dogrywkach też było widać energię, którą przekazywał wszędzie i każdemu. Nawet, gdy bywał wściekły – jak w przerwie meczu w Kopenhadze, wtedy miał osiągnąć maksimum – to właśnie po to, by pobudzić, postawić na nogi, sprowokować do czegoś lepszego.

Energia ta była przytłaczająca i to dosłownie. Także w spotkaniach na korytarzach w biurze, gdzie spędzał ze sztabem większą część tygodnia, często do późnego wieczora. „Jak forma?” – to można było usłyszeć od niego najczęściej, w każdych okolicznościach i wobec wszystkich. Ta aura się utrzymała i w dniu pożegnania z reprezentacją, choćby na krótkim i naprędce zorganizowanym spotkaniu z pracownikami biura.

W czasie tego opisywania kadry zmieniała się moja rola – z tego będącego na zewnątrz (w barwach Sport.pl), do osoby przypisanej do pierwszej reprezentacji w departamencie PZPN. Wcale zgoda na obserwowanie treningów nie była oczywista, dostałem ją dopiero na ostatnie zajęcia przed meczem w Podgoricy. Ustawiony z boku, by nie rzucać się w oczy, ale obserwujący z fascynacją, jak Nawałka zarządza grupą i swoim sztabem, jakie daje komendy, jak zwraca się do piłkarzy. Nigdy przezwiskiem, nazwiskiem, ale zawsze imieniem, czasem tylko zdrobnionym.

W Arłamowie obserwowałem dokładność i zdecydowanie z jaką prowadzi zajęcia taktyczne, ucząc zawodników przesuwania się w ustawieniu z trójką środkowych obrońców. Co do centymetra, z dbałością o asekuracje, w wielokrotnych powtórzeniach. Samemu rozgrywając piłkę, swoim ruchem wymuszając automatyczną reakcję defensorów. Nie robił tego, jak osoba wątpiąca w obrót spraw w mundialu, ale przekonany o słuszności swojego działania i poziomu, jaki będzie wymagany w trakcie turnieju.

Był ostatni trening przed ogłoszeniem składu na mistrzostwa świata, gdy to się stało. Początkowo nikt nie sądził, że uraz Kamila Glika będzie poważny, aż do momentu, gdy załamany piłkarz schodził z boiska. Już wtedy był zorganizowany transport do szpitala, trener podszedł i wyjaśnił obrońcy co go czeka. A gdy Glik odjechał, wtedy wziął na bok Marcina Kamińskiego i poprosił go o pozostanie z kadrą pomimo tego, że w kadrze na MŚ się nie znalazł. Wszystko w ciągu kilku minut, takie mikro zarządzanie kryzysem.

I także po tym treningu prosił jeszcze kilku piłkarzy, by wyjaśnić im powody swojej decyzji. Za każdym razem odbywało się to tak, jakby ostatecznie zawodnik dziękował trenerowi za szansę, rozpatrzenie go i miłe słowa o „rezerwach”, „potencjale”, „pracy” i „drzwiach szeroko otwartych”.

Teraz wszyscy powtarzają, jak bardzo Nawałka skupiał się na detalach, ale wiedzieć to z relacji piłkarzy a widzieć w treningu to dwie różne sprawy. Pozostanie mi w głowie to, jak na ostatnich zajęciach przed wylotem do Moskwy na mecz z Senegalem, skądinąd bardzo jakościowych, pełnych skupienia i nie zapowiadających tego, co się wydarzyło w starcie w mundialu, trener podszedł do Thiago Cionka i wyjaśniał mu, jak ma wprowadzać piłkę: by nie poprawiał jej kilkukrotnie podeszwą przed zagraniem. By nie robił tak, jak później w spotkaniu mu się zdarzyło…

Dlatego uważam, że najbardziej ocenę pracy szkoleniowca w trakcie mundialu determinowały błędy indywidualne jego piłkarzy – które on później wziął na siebie, przypisując je swoim złym wyborem składów. A może to fakt, że jego przekaz już tak mocno nie trafiał do piłkarzy? W końcu sam Nawałka mówił, że wycisnął z zespołu maksimum i by zdołać wycisnąć coś więcej reprezentacja potrzebuje kogoś innego.

Może to zmęczenie? Pamiętam, gdy po meczu z Czarnogórą – po jego świetnym początku i dramatycznej końcówce – który dał awans na mistrzostwa świata szedłem za selekcjonerem na konferencję prasową. Pamiętam ten moment przez zmęczenie trenera każdym krokiem, zmęczenie wynikające z emocji, ale też po całej drodze na mundial. Jak przyznawał na pożegnalnej konferencji, to wtedy dostrzegł, że zespół potrzebuje nowych impulsów, bo ma problemy z utrzymaniem wysokiego poziomu i kontroli na boisku. Teraz tamten powolny spacer od szatni do sali rozumiem jeszcze lepiej. Ale wraz z wejściem przed kamery selekcjoner znów był pełen energii i zdecydowania.

Kolejny taki spacer miał miejsce po meczu z Litwą. – Gratulacje trenerze – powiedziałem po zwycięstwie 4:0, zupełnie z braku pomysłu na to, jak się przywitać. Ale mina trenera była kwaśna. – Jeszcze nie ma za co – odpowiedział spokojnie.

Nie mam problemu z przyznaniem, że im mocniej interesowałem się – z zawodowego punktu widzenia – reprezentacją, im bliżej niej byłem, tym bardziej ten styl pracy mi imponował i… trochę mnie przerażał. W pierwszym względzie przez wspomniane skupienie na detalach, co zresztą rzutowało na to, jak pisałem o kadrze, na jakich aspektach się skupiałem. Byłem pod wrażeniem organizacji i nacisku na to, by była jak najlepsza. Był to również proces nauki o tym, ile rzeczy decyduje o końcowym wyniku i jak pomimo dbania o wszystko wciąż trzeba mieć szczęście. Choćby w wyborach piłkarzy w ich karierach, przy kontuzjach, zadecydowaniu, kto ma danego dnia zagrać.

A przerażał ze względu na to, ile energii musiało to kosztować, ile ten styl pracy wymagał poświęceń ze strony trenera i jego sztabu. Łatwo powiedzieć: za to przecież mu płacono. Ale często odnosiło się wrażenie, że robione jest więcej, niż ktokolwiek zakładał. Choćby w wyjazdach członków sztabu na wszystkie mecze Ekstraklasy, choćby w tym, jak dbał o piłkarzy nawet z dalszych miejsc w rankingu, szukając sposobów, by stworzyć im warunki do dodatkowego treningu, konsultacji medycznych, czy fizycznych.

Jest jeszcze wiele elementów o których wypadałoby wspomnieć: o wszystkich nietypowych, ale fachowych słówkach Adama Nawałki, o tym, jak minuty po ostatnim meczu spotykał się ze sztabem i krótko omawiał, jak i co powiedzieć dziennikarzom, utrzymując spójny przekaz z piłkarzami. Obszernie należałoby opisać, dlaczego jego konferencje wcale nie były tak nudne i bezproduktywne, jak wielu się wydaje (bo trzeba było czytać między wierszami, jak na czterech ostatnich spotkaniach). I dodać, jak chętnie Nawałka pomagał nie tylko swoim piłkarzom – co w chwili problemów ze zdrowiem sam mogłem odczuć.

Byłem na 41 z 50 meczów reprezentacji Polski pod wodzą Adama Nawałki. Widziałem te największe triumfy, ale też najpoważniejsze porażki. Gol Arkadiusza Milika przeciwko Niemcom był pierwszym, jakiego doświadczyłem oglądając na żywo drużynę narodową – choć był to już bodaj mój piąty lub szósty mecz kadry. A to, co wcześniej przed rolą dziennikarza wiązało się dla mnie z fałszywą nadzieją i rozczarowaniem, stało się już w jej trakcie fascynacją związaną z detalami piłkarskiej pracy i właśnie za sprawą kadry Nawałki przeszło w inspirację, by dążyć do bycia częścią podobnego zespołu.

A gdy za sprawą kadry U-20 i propozycji Jacka Magiery mi się to udało, charakterystycznie energiczny sposób powiedział: „No brawo!”.

Dlaczego Lech Poznań chce Tomasza Cywkę

mzachodny

Czyżby to już był najciekawszy transfer lata, choć przecież wciąż trwa sezon Ekstraklasy? Tomasz Cywka ma odejść za darmo z Wisły Kraków i przejść do Lecha Poznań. Można powiedzieć: krok do przodu, z szansą na grę w europejskich pucharach i w stabilniejszym otoczeniu. Ale to tak, jakby o transferze 29-letniego piłkarza napisać tylko połowę prawdy.

– Jestem zachwycony, że Cywka został naszym zawodnikiem. Ma zdolności, żeby zostać bardzo dobrym graczem: przegląd pola, szybkość, kontrolę nad piłką – mówił trener polskiego zawodnika. Nie był to jednak Nenad Bjelica, nie są to słowa Kazimierza Moskala, który przyjmował go do Wisły Kraków latem 2015 roku. Talentem zachwycał się Paul Jewell, który ściągnął 18-latka do Wigan Athletic kilkanaście lat temu.

Sen polskiego nastolatka o podbiciu Anglii się nie ziścił – jeśli już, to dopadła go rzeczywistość i zamiast realizować marzenia o grze w Premier League, szukał swojego miejsca na drugim i trzecim poziomie rozgrywkowym. Można powiedzieć, że ponad sto meczów w Championship i do tego piętnaście zdobytych bramek to przyzwoity rezultat, ale niewspółmierny do reputacji, jaką cieszył się nastolatek.

Wtedy Cywka był rozgrywającym, piłkarzem bazującym na technice. Dziś nawet po pokazywaniu się przez dwa i pół roku w Ekstraklasie nikt by tak go nie określił. W debiucie w Wiśle co prawda zaliczył asystę, ale na kolejną musiał czekać… niemal dwanaście miesięcy. Jego dorobek w tym czasie nie powala: dołożył jeszcze cztery ostatnie podania, ale nadal nie strzelił gola. – Ja chcę się cieszyć piłką, futbol to musi być spektakl i zabawa – mówił „Gazecie Wyborczej” przed wyjazdem do Anglii. Czyżby więc futbol zaczął Tomasza Cywkę smucić?

Bardziej jego umiejętności zaczęły przydawać się trenerom w innym celu. Spójrzmy: Moskal najpierw próbował Cywkę na tych najbardziej pasujących mu pozycjach – na skrzydle i jako bardziej ofensywnego pomocnika. U Tadeusza Pawłowskiego zaczął już występować w roli szóstki, Dariusz Wdowczyk następnie przesunął go na lewą, a potem również na prawą obronę, a zdarzyło się, że był jednym z trzech środkowych stoperów! Na początku 2017 roku przyszedł Kiko Ramirez i na stałe przejął miejsce bocznego defensora. U Joana Carrillo jest jednak głównie „szóstką”.

cywka

Dwa i pół roku: sześć pozycji. Mogłoby się zakręcić w głowie, prawda? Oczywiście to również jeden z powodów dla których Nenad Bjelica i Lech Poznań zainteresowali się tym zawodnikiem. Uniwersalność jest w cenie, zwłaszcza jeśli piłkarz – a tak jest w przypadku Cywki – szybko adaptuje się do danej roli i to w różnych systemach (bo i Wisła w czasie jego gry się zmieniała). Jednak tego zamieszania nie byłoby, gdyby 29-latek prezentował się na tych pozycjach słabo lub poniżej przeciętnej. Ale kluczem do obserwacji Cywki jest inne słowo: solidność.

W powszechnej opinii kibiców Lecha (i Wisły), do Poznania Cywka udaje się pełnić rolę rezerwowego. Tymczasem w obecnym sezonie piłkarz ani razu w tej roli nie wystąpił. Nie zagrał we wszystkich spotkaniach, ale za każdym razem, gdy wychodził na boisko to w podstawowej jedenastce. Nawet teraz, gdy przyszłość Cywki wydaje się jasna, Carrillo mówi wprost: kontrakt zawodnika kończy się w czerwcu, więc może grać. I niech nikogo nie zdziwi, gdy w środę będzie on znów w pierwszym składzie. Trzynaście meczów od przerwy zimowej, trzynaście razy trener go wybierał, od dziewięciu spotkań nie schodzi z boiska.

Oczywiście, że obserwatorzy będą mieli rację mówiąc, że Cywka się w tych najlepszych wiosennych meczach Wisły nie wyróżniał. Z Koroną w Kielcach (3:0) był po prostu jednym z kilku dobrze funkcjonujących ogniw, ale jego InStatIndex był najniższy z wyjściowej jedenastki. Przeciwko Legii w Warszawie (2:0) także był poniżej średniej drużyny w tej klasyfikacji. W Białymstoku z Jagiellonią (1:0) już był drugim najlepszym, lecz głównie za sprawą gry defensywnej. Jedyny przebłysk tego, co kiedyś widział w nim Jewell przypadł na mecz ze Śląskiem Wrocław (3:1), gdy asystował po indywidualnym rajdzie. Trudno jednak w tej akcji nie zwrócić uwagi na niefrasobliwość oraz bierność obrony rywali, która pozwoliła mu z łatwością wbiec w pole karne ze środka pola.

Mniejsza z tym, przejdźmy do rzeczy. Otóż Tomasz Cywka w tym wszystkim na naprawdę przyzwoite liczby. Oczywiście w golach daleko mu do Carlitosa (bo nawet nie zaczął strzelać), liczbą asyst też nie może się chwalić, zaliczył dotychczas tylko trzy celne strzały, w dokładnych kluczowych podaniach jest na równi z Zoranem Arseniciem. Ale zespół piłkarski nie składa się z samych liderów, potrzebuje też zawodników, których największym atutem jest to, że umiejętnie łączą inne ogniwa, lub pozwalają tym lepszym cieszyć się większą swobodą, wypełniać swoje role.

Lech z jakiegoś powodu Tomasza Cywkę u siebie chce. Może poznańscy skauci więc wiedzą, że 29-latek jest trzecim najczęściej podającym zawodnikiem Wisły (i z jedną z najwyższych dokładności), drugim pod względem podań rozwijających (z najwyższą dokładnością), piątym w klasyfikacji pojedynków (z ich skutecznością na równi z Polem Llonchem), czwartym w rankingu dryblingów (tych udanych ma 70%), czwartym również w odbiorach (skuteczność na poziomie Vullneta Bashy), z największą liczbą odzyskanych piłek na połowie przeciwnika, drugim w klasyfikacji zebranych drugich piłek.

Całkiem tego sporo, jak na zawodnika nieprzydatnego lub po prostu zastępującego tych kontuzjowanych. Można również odnieść wrażenie, że poprzez te statystyki Cywka znacznie bardziej pasuje do stylu Lecha Poznań – agresywny pressing, walka o drugie piłki, szybkie rozegranie do przodu – niż do wycofanej na swoją połowę Wisły Kraków.

Oczywiście nie twierdzę, że jesienią Cywka będzie grał zamiast Roberta Gumnego, Macieja Gajosa czy Łukasza Trałkę… Chodzi bardziej o to, co może Lechowi dać – dokładnie to, czego w obecnym sezonie ligowcom najbardziej brakuje: stałą solidną formę. Bez wahań co trzy kolejki, czyli od występów świetnych do całkowitego dramatu. Nie, Tomasz Cywka taki nie jest. Ale to nie znaczy, że ktoś powinien się tego transferu wstydzić, lub z niego śmiać.

Ten ostatni kwadrans, SFG i trójka kandydatów do tytułu

mzachodny

„Na podsumowania jeszcze za wcześnie”, mówią eksperci o zakończeniu fazy zasadniczej, lecz pierwsze interesujące trendy ogólne, jak i dotyczące drużyn walczących o mistrzostwo można już wskazać. Zajrzałem do raportu ligowego InStat i wyciągnąłem to, co uznałem za najciekawsze.

Czy warto spóźniać się na mecz?

Z pewnością tak mogliby pomyśleć sobie kibice w Niecieczy. Mogliby, gdyby nie fakt, że w 2018 roku ich jedyną nadzieją na korzystny rezultat są… gole strzelone w ostatnim kwadransie. Gdy wtedy piłkarze Termaliki trafiali do siatki, to punktowali.

Aż co czwarty gol w Ekstraklasie pada w ostatnim kwadransie. Może to powinno być najlepszym określeniem ligowych emocji? Spójrzmy na ostatnią multiligę – w pierwszych połowach spotkań słynny już dzwonek stacji Canal+ odzywał się dziesięciokrotnie, po przerwie znacznie częściej, a już w ostatnim kwadransie aż osiem razy.

Mistrzem końcówek jest Lech Poznań – 18 goli po 75. minucie – ale czy nie dlatego, że rzadziej w pierwszym kwadransie (dwie bramki) strzelają tylko Sandecja Nowy Sącz (jedno trafienie), czy Pogoń Szczecin (zero). Na ich mecze można się spokojnie spóźniać… Ironią jest to, że w poprzednim sezonie najskuteczniejszy zespół (Legia) strzelał najwięcej goli w ostatnim kwadransie, a obecnie Górnik Zabrze wtedy... najczęściej bramki traci.

gornikzabrze

Jedynym przypadkiem drużyny Ekstraklasy, która jest skuteczniejsza przed przerwą niż po jest Korona Kielce. Dlatego też, obok Lecha, jest jednym z dwóch zespołów, które po strzeleniu pierwszego gola jeszcze nie doznały porażki. A tylko Jagiellonia ugrała więcej punktów pomimo otwierającego trafienia rywali. Trochę mówi to o stylu gry, jaki narzucił Gino Lettieri – bezkompromisowy, podobny niezależnie od przeciwnika.

Liga stałych fragmentów gry

Gdyby szukać w statystykach największych różnic, to widać ją m.in. w proporcji goli strzelanych z gry do bramek po stałych fragmentach. W poprzednim sezonie wynosiła ona (procentowo) 64-36, w obecnym: 59-41. Ale spójrzmy szerszej: rok temu średnia strzelonych goli z gry wyniosła 33, w tym jest o niemal jedną trzecią niższa (23).

Nazwijmy to efektem Górnika Zabrze. W tym sezonie beniaminek strzelił po stałych fragmentach już 29 goli, czyli więcej niż którykolwiek z rywali w poprzednim. Najgroźniejsi są z rzutów rożnych, które świetnie wykonują Rafał Kurzawa i Damian Kądzior. Rok temu najskuteczniejszy był Górnik Łęczna, w obecnym zabrzanie już biją ich wynik (10) o sześć goli. A ta średnia ligowa byłaby wyższa, gdyby nie beznadziejna w tym elemencie Sandecja (pięć trafień).

Zdecydowanie wzrosła jakość wykonania, co najlepiej obrazuje poniższa grafika: aż sześć zespołów podniosło dokładność dośrodkowań ze stałych fragmentów na poziom powyżej 30%, w poprzednim sezonie były tylko dwie takie drużyny. Co widać, zmieniły się również strefy w które zagrywana jest piłka.

sfgklasa

Z czego to wynika? Choćby z tego, że drużyny lepiej zagęszczają środek pola, a więc zwiększył się nacisk na grę skrzydłami. Tam – poprzez próby dryblingów – jest więcej fauli: pięć zespołów ma średnią przewinień powyżej 16 na mecz, w poprzednim sezonie był tylko jeden.

Legia mniej kluczowa

Ile obrońców tytułu kosztuje brak Vadisa Odjidji-Ofoe i (kontuzjowanego przez większość sezonu) Miroslava Radovicia? Statystyki mówią wszystko: w poprzednich rozgrywkach Legia zaliczała średnio 24 próby kluczowych zagrań na mecz, wybijała się pod tym względem w lidze. Obecnie ta średnia wynosi 19. Pod względem podań w pole karne drużyna spadła z miejsca pierwszego na piąte w tej klasyfikacji ligowej – i to pomimo tego, że generalnie posiadanie piłki oraz liczba zagrań pozostały na tym samym poziomie. To nie kwestia zmiany stylu, ale brak jakości potencjalnych następców.

W efekcie Legia rzadziej strzela (ze śr. 14,1 prób na 12, z trzeciego na siódme miejsce w tej klasyfikacji), także z samego pola karnego (spadek z śr. 9,5 na 7). Sporo też mówi statystyka dryblingów w której w poprzednim sezonie mistrz Polski był najmocniejszy (32 próby), obecnie jest na poziomie ligowej średniej (27). Kogo brakuje? Spojrzenie na klasyfikację indywidualną mówi wszystko: w czołowej dwudziestce ubiegłorocznych rozgrywek legionistów było dwóch, teraz nie ma żadnego. Oczywiście tamci piłkarze to Odjidja-Ofoe i Radović.

Jagiellonia bliżej ziemi

Pisałem już w ostatnich tygodniach, jak zmieniła się Jagiellonia od czasu, gdy Michała Probierza zastąpił Ireneusz Mamrot. Ten drugi ze szkoleniowców tłumacząc swoją filozofię mówił o większej dominacji, grze podaniami. Ale Jagiellonia wiosną zaskakiwała przede wszystkim szybkością wyprowadzanych ciosów, nie tym, jak skrupulatnie je przygotowywała.

Jednak wciąż można dostrzec spore różnice między Mamrotem a Probierzem. Z dwunastej drużyny pod względem średniej liczby podań Jagiellonia stała się trzecią. Z trzeciej najczęściej zagrywającej długie podania na czwartą od końca. Z czwartej wykonującej najmniej podań niekreatywnych do czwartej mającej ich w lidze najwięcej. Z najmniejszej liczby dryblingów w lidze na pierwsze miejsce w tej klasyfikacji. Ten ostatni przeskok mówi bodaj najwięcej: z systemu do którego indywidualności muszą się dostosować Jagiellonia przeszła na taktykę, w której mogą skuteczniej, częściej się wyrażać.

Lech rozkwitł wiosną

Nikt tak często nie odzyskuje piłki na połowie przeciwnika, nikt nie robi tego tak blisko bramki, nikt nie notuje tylu przechwytów… Jakby ta kumulująca się głównie w Nenadzie Bjelicy frustracja na otoczenie przeszła na jego zawodników. Zwłaszcza w rundzie wiosennej obecnego sezonu, w efekcie zbiera więcej drugich piłek na połowie przeciwnika (w 2018 już siedmiokrotnie ponad swoją obecną średnią, jesienią tylko pięć razy).

Lech nie chce już atakować budując akcje od tyłu, ale przyspieszając już pierwszym, drugim podaniem. Teoretycznie liczba podań niekreatywnych w porównaniu do poprzedniego sezonu wzrosła, ale to efekt jesieni, gdy… „Kolejorz” miał ogromne problemy z kreowaniem sytuacji. Rywale ustawiali się na swojej połowie i patrzyli, jak Lech się męczy. Zaginął w tym wszystkim Christian Gytkjaer, brakowało innych rozwiązań niż rajd Macieja Makuszewskiego czy drybling Darko Jevticia.

Jeszcze jesienią Lech wykonywał średnio 146 podań niekreatywnych (czyli na poziomie lidera tej klasyfikacji w lidze, Legii), a już wiosną – 87, co jest piątym najniższym wynikiem Ekstraklasy. Spora różnica, prawda? Patrząc mecz po meczu na poprzedni sezon to takiego podziału między rundami nie widać, nie zmieniło się to tak znacząco nawet bezpośrednio po zatrudnieniu Bjelicy.

A ataki prowadzi głównie skrzydłami, nie pcha już akcji środkiem – co może tłumaczyć generalny spadek wpływu Radosława Majewskiego na grę Lecha w tym sezonie. Lech w poprzednim sezonie strzelił 46% goli z gry po akcjach strefą rozgrywającego, w obecnym – tylko 14%, czyli cztery bramki, drugi najniższy wynik w lidze.

© Zachodny do tablicy
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci