Menu

Zachodny do tablicy

Futbol analitycznie, statystycznie i konkretnie - na tablicy Michała Zachodnego.

Jagiellonia 3:2 Arka Gdynia. Lekcja od Leszka Ojrzyńskiego

mzachodny

Na wynik spotkania Jagiellonii z Arką można spojrzeć dwojako: z jednej strony dla białostoczan może być to kluczowy moment w wyścigu mistrzowskim, odwrócenie sytuacji w której niespodziewanie tracą punkty na własnym boisku, z drugiej – pokazanie kolejnym rywalom sposobu na to, jak zatrzymać drużynę Ireneusza Mamrota.

Gdyby próbować zdefiniować styl zespołów prowadzonych przez Leszka Ojrzyńskiego, to i tak nie zrobi się tego tak dobrze, jak sam szkoleniowiec Arki Gdynia. – W piłce nożnej nie zawsze wygrywa lepszy, tylko ten, który wie, czego chce – powiedział po dramatycznej końcówce meczu z Jagiellonią. Faktycznie, patrząc na skład Arki nie można powiedzieć, by była to personalnie drużyna, która w ubiegłym roku zdobyła dwa krajowe puchary. Jej najskuteczniejszy zawodnik dopiero dzięki dwóm bramkom zdobytym z Jagiellonią (Mateusz Szwoch) przeskoczył w ligowej klasyfikacji… Michała Helika, obrońcę Cracovii.

Jednak Arka na boisku wie, czego chce: stałych fragmentów, niedopatrzeń rywali wynikających z nerwowości, wciągnięcia przeciwników w chaos w którym reaguje najszybciej. Sporą ironią może być fakt, że jej trzecie najwyższych rozmiarów zwycięstwo w tym sezonie zostanie odniesione nad najbardziej imponującą drużyną sezonu (4:1 z Jagiellonią w październiku). Tylko wygrane z Sandecją (5:0) i Bruk-Bet Termaliką (4:0) były bardziej efektowne, co zresztą współgra ze słowami Ojrzyńskiego – w chaosie, który cechuje dwóch głównych kandydatów do spadku jego Arka odnajdywała się najlepiej.

Warto wrócić do jesiennego meczu Arki z Jagiellonią, by dostrzec, że sobotnie problemy białostoczan nie były przypadkiem. – Rzadko zdarza się stracić trzy bramki w ten sam sposób – załamywał się Ireneusz Mamrot nad tym, jak zespół bronił przy stałych fragmentach. Pierwszy i czwarty gol Arki były efektem wyrzutu z autu, drugi – długiego wykopu od bramkarza i zebrania drugiej piłki, trzeci to strzał Marcina Warcholaka z rzutu wolnego. – Do momentu pierwszej bramki graliśmy dobrze, szybko i tylko zabrakło gola – dodał szkoleniowiec Jagi.

O ironio, dokładnie w ten sam sposób wypowiedział się po wygranym meczu z Arką w sobotę. – Przy 0:0 mieliśmy dwie sytuacje i powinniśmy otworzyć wynik – stwierdził Mamrot. Oczywiście miał rację, Jagiellonia znów miała wyższe posiadanie piłki, zdecydowanie więcej kluczowych podań (28 do 2!) i naprawdę nie prezentowała się gorzej niż dwa tygodnie temu, gdy do Białegostoku przyjechała Wisła Kraków. Jednak wtedy „Biała Gwiazda” bardziej starała się grać swój mecz, niż dostosować plan pod silne strony rywala. Oczywiście w następnej kolejce udało się to Lechowi Poznań – drużynie dużo lepszej – i choć Wisła postawiła trudne warunki, to ostatecznie Jagiellonia miała mniejsze problemy, niż przeciwko Arce.

Za to należy wyróżnić Ojrzyńskiego – trenera, którego defensywna, dla wielu po prostu negatywna taktyka przynosi mocno pozytywne efekty. Zespół jest po prostu przyzwyczajony do tego, by zatrzymywać silniejszych rywali. Rzadko zdarza się też, by po zwycięstwie 4:0 szkoleniowcy dokonywali na kolejny mecz zmian w wyjściowym składzie. Ojrzyński dokonał jednej, ale istotnej: za napastnika Rubena Jurado wpuścił defensywnego pomocnika, Dawida Sołdeckiego, który grał za dwoma „ósemkami”, Michałem Nalepą i Andrijem Bogdanowem.

arkajaga

Była to zmiana kluczowa, która rozbijała rytm Jagiellonii, a przede wszystkim zamknęła na długi czas możliwość gry Martinowi Pospisilowi. W pierwszej części meczu Czech zaliczył na połowie Arki tylko dwa podania do przodu, reszta była wstecznych, czyli nie przyspieszających akcję, co zwykle cechuje rozgrywającego Jagi. O ile ustawienie Arki w pierwszym meczu tych drużyn przypominało płaskie 4-3-3, o tyle w Białymstoku było to 4-1-3-1, głównie ze względu na to, jak blisko środka pola grał Mateusz Szwoch. Warto zauważyć, że właśnie ta czwórka w środku pola – Szwoch, Sołdecki, Nalepa i Bogdanow – zaliczyła najwięcej pojedynków, choć zwłaszcza przez końcówkę meczu wydawało się, że będą to obrońcy. Interesujące, że najwięcej strzałów z Arki zaliczył ten, którego rola teoretycznie ograniczała się do bycia defensywnym ryglem.

pospisil

Arka grała w obrębie swojego planu, nie miała zbyt wielu akcji ofensywnych – Ojrzyński denerwował się na konferencji pomeczowej, gdy zapytano go o niską liczbę strzałów celnych jego drużyny – ale starała się wykorzystać swoje silne strony. Damian Zbozień niemal jedną trzecią swoich podań (12 z 39) zaliczył… wyrzucając piłkę z autu. A najczęstsza kombinacja zagrań w drużynie była nie między obrońcami, nie między bramkarzem i napastnikiem, ale środkowymi pomocnikami – Bogdanowem i Szwochem. A więc Arka też grała do przodu. Zresztą świadczy o tym zmiana w przerwie: Ojrzyński za Jankowskiego wstawił Jurado, by ten drugi lepiej utrzymywał piłkę na połowie przeciwnika i sprawiał więcej problemów obrońcom rywali.

zbozien

Oczywiście były wspólne elementy z tym, co tydzień wcześniej zrobił Lech – choćby niska liczba podań przygotowawczych (wtedy 51, dziś tylko 45 Arki) – ale samo nastawienie było zupełnie inne. „Kolejorz” starał się grać szybko i odzyskiwać piłkę na połowie przeciwnika, Arka na odwrót: odzyskiwać u siebie i szybko atakować. – Oddaliśmy inicjatywę gospodarzom, taki był zamysł. Liczyliśmy na swoje sytuacje. Luka Zarandia miał grać jeden na jednego i po takiej sytuacji mieliśmy rzut karny – zauważył po spotkaniu Ojrzyński. Także symbolem tego był drugi gol wynikający ze złego podania Romanczuka, ale defensywny pomocnik nie spodziewał się Szwocha tak wysoko ustawionego, zresztą rozgrywający już… wracał na swoją połowę.

Pomimo tego, że pierwszego gola strzelił Roman Bezjak, to Arka uwydatniła wadę Jagiellonii – drużynie Mamrota brakuje wyróżniającego się napastnika. Słoweniec oddał pięć strzałów, w tym jednego z przewrotki, ale większe zagrożenie stwarzał m.in. Romanczuk. Wynikało to z tego, że nisko broniący rywale całkiem nieźle ograniczyli wpływ dziewiątki, która najlepiej czuje się mając więcej wolnej przestrzeni. Tymczasem Arka, niemal ściskając cały zespół we własnym polu karnym, pokazała, że Bezjak jest przy takim nastawieniu zbędny. – Podjąłem ryzyko, gdy zdjąłem go i wstawiłem Jakuba Wójcickiego. Przesunąłem wyżej Karola Świderskiego, liczyłem na więcej dośrodkowań – przyznał później Mamrot. Znaczące: wycofuje silnego napastnika, by wstawić skrzydłowego, a w pole karne wrzucić jeszcze wyraźnie słabszego fizycznie rozgrywającego. Jednak jego sztuczka zdziałała cuda. – Wyciągnęliśmy z tego więcej, niż na to liczyłem – dodał szkoleniowiec Jagi.

Szalona końcówka była również efektem chaosu jaki wyniknął na boisku po 75. minucie. Nie pasował on ani Jagiellonii, ani – co zaskakujące – Arce. Najlepszym przykładem jest to, że dwukrotnie pozwolili rywalom na strzały po stałych fragmentach gry, mniejsza o stracone gole. Najlepiej ich panikę wynikającą z wyrównującego gola pokazuje to, co zdarzyło się po rozpoczęciu gry – w stylu Queens Park Rangers z Manchesterem City w ostatnim spotkaniu sezonu Premier League 2012/13, prawda? Gdynianie najpierw bezmyślnie kopnęli piłkę na połowę Jagiellonii, potem mieli szansę, by jeszcze raz ją odzyskać, ale znów oddali posiadanie rywalom. Dwa dalekie wybicia rozciągnęły formacje gości, Marcjanik w szaleńczym zrywie pogonił za Sheridanem w boczną strefę – i poza swoją strefę komfortu – dał się ograć, a Jagiellonia stworzyła ostatnią, decydującą o zwycięstwie szansę. Tak oto drużyna, która zyskiwała przewagę, gdy rywal tracił głowę, sama wpadła we własną zasadzkę.

Ironiczne jest również to, że ten szaleńczy finisz wypchnął Arkę poza górną ósemkę, a przy terminarzu – zostały jej jeszcze mecze z Legią oraz derby Trójmiasta – zminimalizował jej szansę na utrzymanie po 30. kolejkach. Najmniej wygodny dla Jagiellonii rywal w tym sezonie nie dostanie jeszcze jednej szansy na udowodnienie, że plan Ojrzyńskiego działa przeciwko taktyce Mamrota. Oczywiście inni mogą próbować zastosować to, czym dwukrotnie – a raz bardzo skutecznie – Arka zaskoczyła Jagiellonię, lecz musimy wrócić do początku. Nikt w Ekstraklasie nie gra tak, jak zespół Ojrzyńskiego, a to też sprawia, że gdynianie są elementem wyjątkowym.

A Jagiellonia? Podnieść się w takim stylu przy 1:2, po porażce 1:5 przed tygodniem... – Nie mam wątpliwości, że ten zespół ma charakter i odpowiednio zareaguje po porażce – powiedział Mamrot. Ale to jego słowa nie sprzed tygodnia, lecz z pomeczowej konferencji po jesiennej klęsce w Gdyni. Koniec końców i po niemal pięciu miesiącach znów wyszło na to, co 47-letni szkoleniowiec wie o i widzi w swojej Jagiellonii.

Lech 5:1 Jagiellonia. Jak Bjelica przyspieszył „Kolejorza”

mzachodny

Gdy Ireneusz Mamrot był zszokowany rozmiarami porażki, Nenad Bjelica mógł triumfować, bo to jego odmieniony pomysł na grę Lecha Poznań przyniósł spektakularne efekty. To był najlepszy występ „Kolejorza” w tym sezonie, do tego w najtrudniejszym momencie dla Chorwata. Jak to osiągnął?

***

Kiedyś rozmawiając z Karolem Linettym po jego pierwszym półroczu we Włoszech, zapytałem go o różnice, które on dostrzega między Ekstraklasą a Serie A. Pomocnik nie mówił o taktyce czy technice, ale wskazał na szybkość gry. – Nie ma długiego grania między obrońcami, ale jedno podanie i od razu trzeba szukać następnego do przodu – tłumaczył. To zmora Ekstraklasy, zanudzająca kibiców i świadcząca o nikłej kreatywności drużyn: sztuczne nabijanie posiadania piłki, nie prowadzące do niczego i nie dające żadnej przewagi, gdy rywale ze spokojem przesuwają się od lewej do prawej, a wrażenie statyczności spotkań rośnie.

Jednak Jagiellonia Białystok i Lech Poznań to, zwłaszcza ostatnio, przykłady drużyn grających dynamicznie, szybko i do przodu. – Nie kombinujemy, gramy prosto – mówił zaraz po ostatnim gwizdku Łukasz Trałka. „Kolejorz” wygrał 5:1 nie tylko dlatego, że wykorzystała błędy w defensywie, ale po prostu zdołała odepchnąć rywali od własnego pola karnego i po przerwie wcisnąć ich w bramkę gości.

Zaczęło się jednak od Jagiellonii, która mądrze wykorzystywała wolne przestrzenie, zwłaszcza między liniami obrony i pomocy Lecha. Tam wbiegał Martin Pospisil, tam zbiegali skrzydłowi, tam nieźle piłkę utrzymywał i zgrywał Roman Bezjak. W pierwszym kwadransie Jagiellonia zanotowała 58-procentowe posiadanie piłki, jej piłkarze wygrali 70% pojedynków, oddała pięć z 11 wszystkich swoich strzałów. Jednak to nie była kluczowa kwestia w tym spotkaniu: drogą do zwycięstwa było to, jak szybko po odzyskaniu piłki drużynom udawało się wykorzystywać swoje najmocniejsze strony.

W pierwszej kolejności udało się to Jagiellonii przy kontrze, która dała jej prowadzenie: proste wybicie, reakcja dwóch najszybszych jej zawodników, Arvydasa Novikovasa i Przemysława Frankowskiego. Ale kolejne kilka kroków zaczął wykonywać Lech Poznań, co było to zasługą trzech pomocników: Łukasza Trałki, Radosława Majewskiego i Mario Situma. Pierwszy zaczął przyspieszać akcje drużyny, drugi wykonywać ruchy, które rozciągały linię obrony Jagiellonii, a trzeci to wszystko wykorzystywał. Pierwszym sygnałem alarmowym był gol wyrównujący – ten uznany – Christiana Gytkjaera, który idealnie wbiegł między środkowych obrońców i dostał takie dośrodkowanie z jakich po prostu potrafi korzystać najlepiej. W całym spotkaniu Lech ani razu nie utrzymywał piłki powyżej 45 sekund, choćw drugiej połowie można było odnieść wrażenie totalnej dominacji... a Jagiellonia zaliczyła cztery takie ataki pozycyjne. Interesujące, prawda?

posiadanie_pojedynki

Zresztą to najważniejsza cecha tego „nowego Lecha” Bjelicy – wykorzystuje swoje atuty. Które konkretnie? Choćby to, że zawodnicy z bocznych stref potrafią świetnie dośrodkowywać. Situm miał sam tyle dośrodkowań, ile Frankowski i Novikovas razem wzięci, siedem podań w pole karne zanotował Robert Gumny, a Wołodymyr Kostewycz – dziewięć. Nieprzypadkowo w tym meczu Gytkjaer zaliczył aż siedem strzałów, czyli tyle, ile we wcześniejszych pięciu spotkaniach. W ostatnich trzech meczach ze Śląskiem (2:1), Legią (1:2) i Jagiellonią (5:1) każdorazowo Lech miał ponad 20 dokładnych podań w pole karne, wcześniej w sezonie zdarzyło się to na różnych etapach tylko cztery razy, średnia wynosi 16.

Obaj szkoleniowcy po meczu mówili o wysokim pressingu. – Graliśmy szybko, wysokim pressingiem i dobrze przechodziliśmy do szybkiego ataku. Funkcjonowało to bardzo dobrze, ale w pewnym momencie zaczęło się to wszystko psuć. Najpierw była ta nieuznana bramka po dużym zamieszaniu, potem Lech wyrównał. Straciliśmy bramkę po takiej sytuacji, nad jaką dużą pracowaliśmy, bo wiedzieliśmy, że Lech poprzez dośrodkowania z bocznych sektorów stwarza sobie dużo sytuacji – mówił Ireneusz Mamrot. – Dobrze pressowaliśmy i już w pierwszej połowie mieliśmy kilka dobrych okazji, ale zdołaliśmy tylko doprowadzić do remisu. Po przerwie jednak byliśmy bardzo optymistycznie nastawieni, a drużyna miała na boisku bardzo dobrą energię i pokazała to w drugiej połowie. Walczyła i nie dała rywalom żadnych szans do strzelenia gola – tłumaczył Nenad Bjelica.

Kluczowa była również kwestia przyspieszania akcji: dotychczas wiosną Jagiellonia była tym zespołem, który w każdej akcji parł do przodu, nie przygotowywał ich tak, jak określał to Linetty. Tymczasem w niedzielnym spotkaniu Lech robił to jeszcze lepiej. Posiadanie piłki było niemal równe (51 – 49), ale to stłamszona po przerwie Jagiellonia wykonała więcej podań (394 do 444), lecz aż dwa razy więcej miała tych przygotowawczych, czyli inaczej mówiąc: nie kreatywnych. Dilaver z Vujadinoviciem wymienili między sobą tylko siedem podań, Guti z Runje – piętnaście. Między obiema czwórkami ta różnica była już w stosunku 30 zagrań Lecha do 46 Jagiellonii. W tym sezonie Lech nie wymienił jeszcze tak niewielu podań przygotowujących (51), ale też cztery najniższe wyniki w tym względzie w obecnym sezonie zdarzyły się w ostatnich pięciu kolejkach! Średnia drużyny Bjelicy w tym sezonie nadal wynosi aż 134 zagrania nie kreatywne, czyli głównie takie, które wymienia się na własnej połowie i miedzy obrońcami. Tak przyspieszył „Kolejorz” - skupił się na sobie, nie na rywalu, czy, ekhm, arbitrach. Nawet po tym spotkaniu Bjelica powiedział, że już wie, jak działa VAR. Był to więc przełom na kilku polach.

podania_lech

Podobnie mógłbym pisać o drugich piłkach – Ekstraklasa w rosnący znaczeniu tego aspektu staje się ligą podobną do Premier League (i tylko w tym aspekcie, niestety…) – które w zasadzie zepchnęły Jagiellonię we własne pole karne. Lech od meczu z Pogonią notuje odpowiednio 46, 38, 39, 43 i 42 zebrane drugie piłki na połowie przeciwnika, gdy średnia z całego sezonu to 29. To efekt pressingu (zawodnicy szybciej reagują na przebitki, przechwyty, niedokładności…), ale też odważnej gry w defensywie – Vujadinović i Dilaver bronili znacznie wyżej, często dwóch bocznych obrońców jednocześnie ruszało do przodu. Efektem tego choćby skuteczność Bezjaka w pojedynkach (tylko cztery z 17 wygranych!), ale też to, że druga linia była ustawiona wyżej, na połowie Jagiellonii atakowała rywali. Trałka, Gajos i Situm zebrali aż 25 piłek na połowie przeciwnika, cały zespół gości – 30.

Co może być martwiące dla Ireneusza Mamrota, to sposób w jaki zapadała się jego drużyna w drugiej połowie. Sygnały ostrzegawcze z pierwszej części spotkania nic nie dały, kolejne błędy popełniali Guti, Runje i Wlazło, którzy mieli być najmocniejszą trójką – spoiwem środka defensywy – a każdy z nich zawalił przynajmniej po jednym golu. Jednak szkoleniowiec Jagiellonii słusznie odrzucił sugestię o przygotowanie motoryczne – To nie był problem motoryczny, bo graliśmy bardzo dobrze pod tym względem. Nie ma co jednak sprowadzać tego do przygotowania po 25. minutach meczu – tłumaczył i... miał rację. Jagiellonia zanotowała więcej sprintów (111 do 97), pokonała większy dystans w tym najwyższym tempie. A Mamrot zapewniał też, że zespół „wróci do tego, co graliśmy wcześniej”.

To nie będzie trudne: mało kto podejdzie do Jagiellonii przy 0:1 i takiej kontrze równie odważnie, co Lech. A z porażką 1:5 w Poznaniu będzie tak samo jak ze zwycięstwem 2:0 w Warszawie. Mamrot tłumaczył, że po tym, jak Jagiellonia zaskoczyła Legię w fazie finałowej będzie musiała zmienić podejście, bo rywal będzie bardziej świadom jakości i sposoby gry białostoczan. To samo można odnieść do kolejnego starcia z Lechem, choć dla kibiców te ostatnie trzy kolejki i bezpośrednie starcia między kandydatami do mistrzostwa są zapowiedzią naprawdę intrygującego „pucharu maja”.

Tottenham 1:2 Juventus, czyli błąd młodości

mzachodny

Mijała 50. minuta gry, a niepilnowany w środku pola Dele Alli zagrał piłkę piętą - zrobił to wybitnie, jednym dotknięciem przenosząc akcję z prawej na lewą stronę - i można było odnieść wrażenie, że dziś Tottenhamowi uda się wszystko. Londyńczycy zaczęli spotkanie z Juventusem tak, jak zakończyli to w Turynie: imponowali szybkością, zdecydowaniem w rozegraniu, wykorzystywaniem wolnych przestrzeni, ruchem bez piłki...

A piłkarze Juventusu jakby im na zbyt wiele pozwalali. Zamiast trzech kroków robili dwa, tam brakowało im metra do zablokowania podania, gdzie indziej spóźniali się w kryciu, przesadnie skupiali się na reakcjach po gwizdku sędziego. Trudno było nie uważać, że sami narażają się na pierwszy cios, a po golu Sona - na kolejne. Nie myśleli o atakowaniu, ich próby wyjścia z połowy można było policzyć na palcach jednej ręki.

Wątpię, by była to specjalna taktyka Włochów, ale ich rywale jakby pomyśleli, że... to będzie ten dzień, gdy mecz z Juventusem będzie łatwy. Od wspomnianego zagrania Dele akcje gospodarzy zaczęły być rwane, sztucznie przyspieszane, kombinacje krótkich zagrań zastąpiły długie podania. Wciąż popełniali niewiele błędów, ale te mniejsze jakby się kumulowały. Nie tracili kontroli nad sytuacją, ale ich czujność słabła. 

Aż golem odpowiedział Gonzalo Higuain, który chwilę przed golem miał najmniej kontaktów z piłką ze wszystkich zawodników (16), w tym również bramkarzy, ledwie raz dotknął ją w polu karnym Tottenhamu (czyli więcej niż Khedira, Dybala i Matuidi razem wzięci), oddał niecelny strzał, zaliczył pięć podań. A zaraz po pierwszym trafieniu przyszedł drugi cios i Juventus już miał ten mecz w garści, przeciwników sprowadzonych do desperackich dośrodkowań i stałych fragmentów gry. W tym ostatnim kwadransie im dłużej trwało oblężenie bramki Buffona, tym rosło wrażenie, że nic z tych ataków nie będzie.

higuain

Tottenham był fantastyczny, bo Juventus pozwolił mu uwierzyć, że już takim zespołem się stał. Piłkarze Pochettino nie stracili pokory, która jest jedną z ich najważniejszych cech, ale popełnili bodaj największy błąd młodości: poczuli, że coś przychodzi im łatwo. Nie uśpili się, ale nagle spojrzeli na boisko i zobaczyli, że rywale już grają inny mecz, na swoich warunkach, wedle swojego rytmu i planu.

Bo gdyby szukać przykładu na to, co dają lata zwycięstw, podnoszenia pucharów i przeżywania większych porażek niż ta w 1/8 finału, to właśnie poczucie, że nic nigdy nie przychodzi łatwo. Mistrzowie z Juventusu pierwsi by to przyznali, zwłaszcza dziś. Dlatego dla Tottenhamu to pewnie najlepsza z bolesnych lekcji z ostatnich lat.

Pięć punktów po Legia Warszawa 2:1 Lech Poznań

mzachodny

Co dało otwarcie?

Ostatnie mecze Legii z Lechem były albo jednostronne (3:0 Lecha w Poznaniu, ale też 2:0 gości prowadzonych przez Stanisława Czerczesowa), albo po prostu o słabej jakości, futbolu chaotycznym, mało płynnym. Jednak tym razem gol strzelony przez Marko Vesovicia przy sytuacji Lecha i Nenada Bjelicy (o tym niżej) musiał szybko otworzyć spotkanie. O ile Legia kontrolowała spotkanie, o tyle bardziej przez słabość rywali: skrzydłowi nie wychodzili na optymalne pozycje, Radosław Majewski połowę swoich podań zaliczył na własnej połowie, a jedyne zagrożenie – poważne, by przypomnieć świetną interwencję Arkadiusza Malarza – stwarzali ze stałych fragmentów gry.

Jednak druga część meczu była tak otwarta, jak w żadnym z meczów tych drużyn i to aż do przesady. W ostatnich trzydziestu minutach była to gra cios za cios, w ostatnich 30 minutach drużyny oddały połowę wszystkich strzałów w meczu (13 z 26). Liczba kontr, które Legia wyprowadziła, lub powinna wyprowadzić przez zaangażowanie Lecha w ofensywę tylko rosła, momentami w defensywie dochodziło do starć trzech na trzech. Gospodarzom brakowało płynności, ale też fakt, że czterech zawodników cały czas myślało o atakowaniu, swoje szanse mieli goście. Pokazała to jedna z akcji Michała Kucharczyka, który najpierw niepewnie ruszył do kontry, nie dał opcji rozegrania, a potem zamiast wrócić do formacji defensywnej… został na linii połowy, a groźną sytuację stworzył Lech, właśnie jego stroną.

leglechszal

Oczywiście, że wynikało to również z sytuacji obydwu drużyn: zarówno Romeo Jozak, jak i Bjelica potrzebowali zwycięstwa, by uargumentować swoją dotychczasową pracę. Ale też w kwestii stylu nastąpiła poprawa: pomimo tego, że pierwszy gol padł z długiego podania za linię obrony, to drużyny chorwackich szkoleniowców grały po ziemi, budowały akcje środkiem pola, skrzydłami, szukały podań w dwójkach, trójkach. Hit nie zawiódł, ale dał nadzieję, że w rundzie finałowej poziom piłkarski dorówna emocjom.

Radut vs. Jędrzejczyk

Dla Nenada Bjelicy to było kluczowe piętnaście minut w kontekście dalszej pracy w Lechu Poznań – niezależnie od tego, czy faktycznie poprowadzi drużynę przynajmniej do końca sezonu. Ale zmianami przynajmniej dał sobie szansę. Kluczowa okazała się decyzja o zamianie skrzydłowych Mario Situm powędrował na prawą stronę, a Mihai Radut na lewą. Dlaczego było to istotne, poniekąd wyjaśnił… Romeo Jozak. – Arturowi (Jędrzejczykowi) mówiłem w przerwie, by nie szukał kontaktu, interwencji. Sędzia już w pierwszej połowie mówił mu, że kolejny faul i będzie czerwona kartka – dodawał. A prawemu obrońcy łatwiej byłoby radzić sobie z rywalem, który gra przyklejony do linii bocznej (jak nieźle grający lewą nogą Situm), niż takiemu zbiegającemu do środka (jak zdecydowanie tylko prawonożny Radut).

Zresztą także Majewski grał bliżej jego strefy, przez co bez odpowiedniej asekuracji Jędrzejczyk miał więcej problemów. W pierwszej połowie Radut zaliczył osiem podań, w drugiej – 26, w tym asystę po świetnym dryblingu. Przed przerwą tylko raz podawał w „szesnastkę”, po – pięciokrotnie. Oczywiście, że Jędrzejczyk powinien lepiej się zachować, ale jego brak interwencji wynikał prawdopodobnie z zalecanej mu ostrożności. Był daleko od skrzydłowego, nie szukał kontaktu.

radut

A Bjelica pokazał, że potrafi myśleć do przodu, nie tylko być pragmatykiem. Zbyt często w tym sezonie jego Lech wyglądał na zespół patrzący, co jest za plecami. Można przywołać to do sytuacji… kibica „Kolejorza”, Jakub Krzewina z Kruszwicy, który w tym samym czasie, co trwał mecz, biegł w polskiej sztafecie na 400 metrów w finale halowych mistrzostw świata. Miał kilkadziesiąt metrów straty do prowadzącego Amerykanina i dwóch rywali za plecami: zamiast jednak interesować się bronieniem drugiej pozycji (jak często robi to Lech, usatysfakcjonowany minimalnym wynikiem, prowadzeniem czy remisem) zaatakował i w spektakularny sposób odniósł zwycięstwo z rekordem świata. Myślał wyłącznie o zwycięstwie, a Lech takie wrażenie sprawia rzadko, choć ostatnio i tak to się poprawiło po fatalnym występie w Kielcach. Rzucił wszystko na szalę przeciwko Śląskowi Wrocław w ostatnim kwadransie, z Legią nie czekał nawet tak długo. Jeśli Chorwat ma w jakiś sposób uratować swoją posadę, to tylko podejmując decyzje tak działające na jego zespół. Zwłaszcza, że po porażce w Warszawie „Kolejorz” nie ma innej opcji, jak rozpocząć mocny finisz.

Radović i doświadczenie

Interesująco Romeo Jozak wytłumaczył wprowadzenie na to spotkanie Miroslava Radovicia, który w dotychczasowym sezonie ani razu nie zaczął w podstawowym składzie, wcześniej wystąpił ledwie trzykrotnie jako zmiennik. – W czwartek wziąłem Rado na rozmowę i poprosiłem go, by odpowiedział mi na proste pytanie: czy da radę zagrać z Lechem? Poprosiłem go jednak, by odpowiedział głową, a nie sercem. Wymienialiśmy uwagi i zdecydowałem się na niego postawić, by poprowadził zespół w tym spotkaniu. Myślę, że spisał się dobrze – mówił szkoleniowiec Legii.

Radović spisał się dobrze, ale tylko w momentach, gdy Legia była przy piłce. W grze defensywnej jego wkład był niemal niezauważalny. Im dłużej trwało spotkanie, tym poważniejszy był problem gospodarzy, gdy musiała bronić, niemal w dziesiątkę, na dodatek poddając środkową strefę (o batalii w niej piszę niżej) na korzyść Lecha. Jeszcze przed przerwą miał trzy próby odbiorów, w drugiej połowie – jeden nieudany. W pierwszej części meczu wygrał 10 z 19 pojedynków, w drugiej – 2 na 10. Mało tego, o fizyczności świadczy to, ile i jak intensywnie Radović biegał: jeden sprint, przebiegł najmniej z wyjściowej jedenastki (9,70 kilometrów), choć oczywiście skończył mecz w 79. minucie.

A co dał Legii Radović? Mądrze utrzymywał piłkę w pierwszej połowie, w typowy dla siebie sposób dryblował, skupiał uwagę rywali i tworzył przestrzeń dla innych. Faktem jednak jest, że gospodarze z tego nie korzystali, nie stwarzali tak wiele sytuacji, ponieważ… każdy z zawodników ofensywnych zbyt długo przytrzymywał piłkę, brakowało przyspieszenia, gdy już tworzyło się miejsce.

Jego udział był interesujący z punktu widzenia ciekawostkowego – Legia na Lecha wystawiła zdecydowanie najstarszą jedenastkę w tym sezonie Ekstraklasy (średnia wieku 31,9). Jozak tłumaczył, że nie było to celowe, ale po porażce z Jagiellonią („okropnym występie”, mówił Chorwat) potrzebował mocnej odpowiedzi, więc zwrócił się do tych starszych zawodników. – W końcówce weszli ci młodsi i to do nich będzie należała przyszłość Legii – dodał, odnosząc się do Niezgody oraz Szymańskiego. Faktem jest, że przy dużej liczbie trzydziestolatków to ci młodsi dawali gole lub mogli je dać: najpierw Vesović i Remy, po przerwie Kucharczyk z rzutu karnego, a doskonałe szanse mieli Szymański oraz Niezgoda. A Radović nie zaliczył ani jednego kluczowego podania, nie oddał też celnego strzału i jeszcze na topową formę musi poczekać…

Remy i środkowa strefa

Od środkowych pomocników się zaczęło i na nich można by ten mecz zamknąć. Przecież już w drugiej minucie fantastyczną asystą popisał się William Remy, który tym razem został ustawiony jako defensywny pomocnik, a spotkanie golem na 2:2 mógł – przy bardziej szczęśliwym rykoszecie – zakończyć Maciej Gajos. I walka tych dwóch okazała się decydująca, przecież Remy oszukał kapitana Lecha przy akcji na 1:0, wygrał pięć z siedmiu ich pojedynków. Francuz miał w całym meczu 7 prób dryblingów, obok Vesovicia najwięcej. Ale bardzo dobrze zagrał też Krzysztof Mączyński, pewnie najlepiej na wiosnę. Wygrał 13 z 19 pojedynków, sześć z ośmiu prób odbiorów miał udanych, do tego zaliczył najwięcej przechwytów na połowie Lecha (trzy), obok Hamalainena przebiegł najwięcej (ponad 11km). Remy był niemal równie skuteczny w starciach (69%), ale za to znacznie dokładniejszy w podaniach (88% przy 71% Polaka).

W Lechu tylko Vujadinović wygrał więcej pojedynków od Trałki oraz Gajosa, zresztą im dłużej trwał mecz, tym skuteczniej ten duet utrzymywał intensywność ataków i pressingu Lecha. Pierwszy po przerwie zebrał 11 drugich piłek (sześć na połowie Legii), Gajos osiem (trzy) do tego pięć przechwytów. Problem po ich stronie był w kwestii podań – kapitan zagrywał głównie do boków, nie szukał trudniejszych rozwiązań (jedno zagranie w pole karne). Podobnie Trałka, choć z tego duetu o dziwo to on był tym bardziej zaangażowanym w ataki, miał dwa razy więcej podań do przodu (30 do 15) od swojego kolegi z drugiej linii. Ostatecznie także to okazało się różnicą w kontekście wyniku całego spotkania.

podaniatragaj

Boczni obrońcy

Jednak prawdziwymi bohaterami – i antybohaterami – tego meczu byli boczni obrońcy. Głupi faul Jędrzejczyka przed przerwą znacząco wpłynął na drogą połowę, jego brak interwencji sprezentował sytuację na 1:1 dla Lecha. Z kolei Kostewycz zaliczył bodaj najbardziej niefortunną (nie rozstrzygając tu słuszności decyzji sędziego) interwencję ręką, która dała zwycięstwo rywalom. Jednak przy pierwszym golu także Ukrainiec zachował się źle, nie kontrolował linii spalonego, a i tak zaryzykował krok w stronę środka boiska, dając Vesoviciowi przewagę, a kolegom ze środka sprawiając niemiłą niespodziankę. Adam Hlousek był równie aktywny, ale gdyby był piłkarzem wyższej klasy to w pierwszej połowie zagrałby do Eduardo przy świetnej kontrze, miał też spektakularnie niecelny strzał przed przerwą, a w drugiej części mógł asystować bodaj Hamalainenowi w jednym z szybkich wypadów Legii. Robert Gumny mógł mieć asystę, gdy jedno z jego dośrodkowań w pierwszej połowie dotarło do Raduta, którego strzał obronił Malarz. Może wpływ najmłodszego z bohaterów widowiska był w nim najmniejszy, ale nie da się ukryć, że wszyscy boczni obrońcy byli w wynik hitu Ekstraklasy najbardziej zamieszani.

Nenad Bjelica i instynkt pierwotny

mzachodny

– Liczę, że ta wygrana da nam więcej mocy – powiedział Nenad Bjelica na koniec konferencji prasowej po meczu ze Śląskiem Wrocław (2:1). Nie pewności siebie, nie jakości, nie poprawy stylu gry, ale mocy. Czy więc na (coraz bardziej prawdopodobnym) finiszu jego pracy w Poznaniu będzie można oglądać Lecha, który gra stylem dalekim od swoich założeń?

Styl w Poznaniu ma znaczenie. Jako duży ośrodek, kibiców świadomych Lech ma sporo, a za tym idą konkretne wymagania – nie tylko wygrywania, lecz związane ze sposobem w jakim drużyna zwycięża. Świadomość fanów ciągle rośnie, każdy chce widzieć i wiedzieć coraz więcej. W szerszej perspektywie oceniać transfery, występy zawodników, wyniki trenera. Nenad Bjelica nie będzie pierwszą tego ofiarą.

Na konferencji przed meczem ze Śląskiem szkoleniowiec Lecha uważał, że jak na możliwości klubu, oczekiwania kibiców są zbyt duże, że takiej presji nie ma w Kielcach, w Białymstoku. Można przez to zrozumieć, że tam drużyny łatwiej rozwijać i prowadzić do konkretnych wyników – także narzucać ładniejszy dla oka styl. Nie da się bowiem ukryć, że im dłużej trwa obecny sezon, tym bardziej powiększa się różnica nie punktowa a wizualna między Lechem Bjelicy a niektórymi drużynami z czołówki Ekstraklasy. Nie wszystkimi, ale ta liczba jest wystarczająca, by większość kibiców otwarcie wyrażała swoje niezadowolenie. Na meczu ze Śląskiem w stronę Bjelicy krzyczano „skandaloza” i „to je circus” nie dlatego, że przed przerwą utrzymywał się remis, ale przez karkołomny styl gry gospodarzy.

Ze stylem jest ten problem, że o ile nie jest się na pierwszym miejscu w tabeli z bezpieczną przewagą i na najlepszej drodze po mistrzostwo, to zawsze będzie czynnikiem poddanym debacie. W rzadkich wypadkach – halo, Jose? – nawet to nie wystarcza. Kibic chce oglądać coś, co go porwie. Górnik Zabrze gra bezpośrednio, często stwarzając pozory chaosu, ale przez to, że ciągle prze do przodu nie tylko jego fanom styl się podoba. Pogoń Szczecin dopiero gramoli się z dna tabeli, ale odkąd jej trenerem jest Kosta Runjaić to jego zespół naprawdę fajnie się ogląda. Na takiej samej zasadzie można porównać tegoroczną Bruk-Bet Termalikę Nieciecza z tą, którą prowadził Piotr Mandrysz – wyniki są podobne, sposób zarządzania klubem również, ale wtedy starająca się utrzymywać przy piłce drużyna zjednywała sobie sympatię, gdy teraz na widok gry można się raczej skrzywić. Nie porywa.

W Lechu trzeba porywać kibiców, bo jest kogo. Polski kibic jest świadomy, ale też wybredny – pójdzie na stadion przy odpowiednim przeciwniku, w odpowiednich warunkach, przy konkretnej formie zespołu i prezentowanym stylu. Procent chodzących dla samego chodzenia wcale nie jest tak wysoki, jak wielu się wydaje.

Nenad Bjelica pewnie o tym wie, ale na tym etapie o to nie dba. Mecz ze Śląskiem najlepiej pokazał, że odezwał się „instynkt pierwotny” szkoleniowca. Postawiony pod ścianą zdecydował się wrócić do absolutnych podstaw. 4-4-2, podanie jak najszybciej do boku, dośrodkowanie, strzał lub doskok do wybitej piłki, powtórz. Bjelica słabość realizacji tego planu w pierwszej połowie (pięć strzałów, tylko jeden celny) zrzucił na dostosowywanie się do nowego systemu. – Druga połowa była lepsza. Kontrolowaliśmy mecz, stwarzaliśmy okazję. Gra była prosta, szybsza i robiliśmy częściej to, co chcemy robić, czyli dośrodkowywaliśmy – mówił po spotkaniu.

Taktyka ta to pośredni efekt tego, co Bjelica zobaczył w meczu Śląska z Górnikiem Zabrze (1:1), ale też wyczerpania innych rozwiązań. – Gdyby mnie pan zapytał, dlaczego drużyna po zimowych przygotowaniach w zeszłym roku wygrała wysoko cztery pierwsze mecze... Teraz robiliśmy i pracowaliśmy dokładnie tak samo. Gramy ten sam system, co w zeszłym roku. Trenujemy tak samo, przygotowania te same. Co jest inne? Drużyna jest inna. To jest jedyna różnica – mówił we wtorek. Był o krok od tego, by powiedzieć wprost – nie wie, co jest grane. A to byłby już najgorszy z sygnałów.

Zamiast tego tłumaczył, że cały czas szuka rozwiązań. Jednym z nich było wyczyszczenie dotychczasowych założeń, wyczyszczenie tablicy taktycznej i rozpisanie podstaw, które każdemu piłkarzowi jest przyswoić najłatwiej: 4-4-2, podanie jak najszybciej do boku, dośrodkowanie, strzał lub doskok do wybitej piłki, powtórz.

Tak Bjelica walczy o swoją przyszłość w Lechu. Wygląda to źle – tak naprawę jedynie w ostatnich 20 minutach środowego meczu kibice na trybunach nie podskakiwali z zimna, ale z emocji – lecz zwycięstwo po zwycięstwie tym sposobem Chorwat chce odbudować swoją pozycję i udowodnić, że nawet jeśli odejdzie, to nie zostawi spalonej ziemi, drużyny bez „mocnego mentalu”, tożsamości.

Trudno się dziwić takiemu powrotowi do podstaw. Bo w wyznaniu Bjelicy – „robimy to samo, ale efekty są inne” – można dostrzec dwie strony medalu. Po pierwsze, porównując statystyki Lecha z obecnego i poprzedniego sezonu daje się zauważyć wiele podobieństw. W kwestii defensywnych (wygranych pojedynków, odzyskanych piłek, odbiorów, przechwytów...) i ofensywnych (wejścia w pole karne rywali, liczba ataków, podań kluczowych, szybkości zagrań…) naprawdę nie ma istotnych różnic. A skoro przed rokiem metody przez większość sezonu działały, to Bjelica zimą poszedł tym samym schematem, możliwe, że zmiany (wynikające z wniosków po nieudanym finiszu) zostawiając na najgroźniejszych rywali czy ostatnią fazę rozgrywek.

lech_defen

A jednak jest i druga strona tego podejścia Bjelicy. Mówi on, że metody są te same, a jedyne co się zmieniło, to drużyna. Jednak w jego rozumieniu – tak wynika z jego słów o liczbie reprezentantów w zespole – po prostu spadł poziom jakości i dlatego te same schematy, ćwiczenia nie działają. Czy w takim razie nie powinien on znacznie wcześniej zmienić swojego podejścia lub dostosować je do grupy piłkarzy, którą zarządza? Problem Lecha nie zaczął się przecież wraz z remisem w Gdyni i porażką w Kielcach, lecz wcześniej – trwa od sierpnia. Bjelica mówi o „mentalnym bloku” drużyny, a po spotkaniu ze Śląskiem Robert Gumny mówił, że piłkarzom w zasadzie nie sprawia różnicy, czy grają u siebie, czy na wyjeździe. Znów pojawia się kwestia innej oceny sytuacji.

lech_ofens

Jest w tym dobra wiadomość dla kibiców Lecha – Bjelica zaczął zmieniać. To, czy zmienia w dobrym kierunku (bo może dostrzegł, że w obecnym sezonie zespół bramki strzela po atakach krótszych (2,9 podań do 3,8 przed rokiem), a i napastników ma lepiej dobranych pod dośrodkowania?) i czy będzie się trzymał tej zmiany pokażą kolejne mecze. Zwłaszcza ten niedzielny w Warszawie jest interesujący – bo wybranie taktyki 4-4-2 i wszystkiego, co za nią szło w spotkaniu ze Śląskiem na Legię będzie świadczyło o zdjęciu tej blokady mentalnej. Nie u drużyny, a u Bjelicy. Ale tak to już jest będąc postawionym pod ścianą.

© Zachodny do tablicy
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci