Menu

Zachodny do tablicy

Futbol analitycznie, statystycznie i konkretnie - na tablicy Michała Zachodnego.

Tottenham 1:2 Juventus, czyli błąd młodości

mzachodny

Mijała 50. minuta gry, a niepilnowany w środku pola Dele Alli zagrał piłkę piętą - zrobił to wybitnie, jednym dotknięciem przenosząc akcję z prawej na lewą stronę - i można było odnieść wrażenie, że dziś Tottenhamowi uda się wszystko. Londyńczycy zaczęli spotkanie z Juventusem tak, jak zakończyli to w Turynie: imponowali szybkością, zdecydowaniem w rozegraniu, wykorzystywaniem wolnych przestrzeni, ruchem bez piłki...

A piłkarze Juventusu jakby im na zbyt wiele pozwalali. Zamiast trzech kroków robili dwa, tam brakowało im metra do zablokowania podania, gdzie indziej spóźniali się w kryciu, przesadnie skupiali się na reakcjach po gwizdku sędziego. Trudno było nie uważać, że sami narażają się na pierwszy cios, a po golu Sona - na kolejne. Nie myśleli o atakowaniu, ich próby wyjścia z połowy można było policzyć na palcach jednej ręki.

Wątpię, by była to specjalna taktyka Włochów, ale ich rywale jakby pomyśleli, że... to będzie ten dzień, gdy mecz z Juventusem będzie łatwy. Od wspomnianego zagrania Dele akcje gospodarzy zaczęły być rwane, sztucznie przyspieszane, kombinacje krótkich zagrań zastąpiły długie podania. Wciąż popełniali niewiele błędów, ale te mniejsze jakby się kumulowały. Nie tracili kontroli nad sytuacją, ale ich czujność słabła. 

Aż golem odpowiedział Gonzalo Higuain, który chwilę przed golem miał najmniej kontaktów z piłką ze wszystkich zawodników (16), w tym również bramkarzy, ledwie raz dotknął ją w polu karnym Tottenhamu (czyli więcej niż Khedira, Dybala i Matuidi razem wzięci), oddał niecelny strzał, zaliczył pięć podań. A zaraz po pierwszym trafieniu przyszedł drugi cios i Juventus już miał ten mecz w garści, przeciwników sprowadzonych do desperackich dośrodkowań i stałych fragmentów gry. W tym ostatnim kwadransie im dłużej trwało oblężenie bramki Buffona, tym rosło wrażenie, że nic z tych ataków nie będzie.

higuain

Tottenham był fantastyczny, bo Juventus pozwolił mu uwierzyć, że już takim zespołem się stał. Piłkarze Pochettino nie stracili pokory, która jest jedną z ich najważniejszych cech, ale popełnili bodaj największy błąd młodości: poczuli, że coś przychodzi im łatwo. Nie uśpili się, ale nagle spojrzeli na boisko i zobaczyli, że rywale już grają inny mecz, na swoich warunkach, wedle swojego rytmu i planu.

Bo gdyby szukać przykładu na to, co dają lata zwycięstw, podnoszenia pucharów i przeżywania większych porażek niż ta w 1/8 finału, to właśnie poczucie, że nic nigdy nie przychodzi łatwo. Mistrzowie z Juventusu pierwsi by to przyznali, zwłaszcza dziś. Dlatego dla Tottenhamu to pewnie najlepsza z bolesnych lekcji z ostatnich lat.

Pięć punktów po Legia Warszawa 2:1 Lech Poznań

mzachodny

Co dało otwarcie?

Ostatnie mecze Legii z Lechem były albo jednostronne (3:0 Lecha w Poznaniu, ale też 2:0 gości prowadzonych przez Stanisława Czerczesowa), albo po prostu o słabej jakości, futbolu chaotycznym, mało płynnym. Jednak tym razem gol strzelony przez Marko Vesovicia przy sytuacji Lecha i Nenada Bjelicy (o tym niżej) musiał szybko otworzyć spotkanie. O ile Legia kontrolowała spotkanie, o tyle bardziej przez słabość rywali: skrzydłowi nie wychodzili na optymalne pozycje, Radosław Majewski połowę swoich podań zaliczył na własnej połowie, a jedyne zagrożenie – poważne, by przypomnieć świetną interwencję Arkadiusza Malarza – stwarzali ze stałych fragmentów gry.

Jednak druga część meczu była tak otwarta, jak w żadnym z meczów tych drużyn i to aż do przesady. W ostatnich trzydziestu minutach była to gra cios za cios, w ostatnich 30 minutach drużyny oddały połowę wszystkich strzałów w meczu (13 z 26). Liczba kontr, które Legia wyprowadziła, lub powinna wyprowadzić przez zaangażowanie Lecha w ofensywę tylko rosła, momentami w defensywie dochodziło do starć trzech na trzech. Gospodarzom brakowało płynności, ale też fakt, że czterech zawodników cały czas myślało o atakowaniu, swoje szanse mieli goście. Pokazała to jedna z akcji Michała Kucharczyka, który najpierw niepewnie ruszył do kontry, nie dał opcji rozegrania, a potem zamiast wrócić do formacji defensywnej… został na linii połowy, a groźną sytuację stworzył Lech, właśnie jego stroną.

leglechszal

Oczywiście, że wynikało to również z sytuacji obydwu drużyn: zarówno Romeo Jozak, jak i Bjelica potrzebowali zwycięstwa, by uargumentować swoją dotychczasową pracę. Ale też w kwestii stylu nastąpiła poprawa: pomimo tego, że pierwszy gol padł z długiego podania za linię obrony, to drużyny chorwackich szkoleniowców grały po ziemi, budowały akcje środkiem pola, skrzydłami, szukały podań w dwójkach, trójkach. Hit nie zawiódł, ale dał nadzieję, że w rundzie finałowej poziom piłkarski dorówna emocjom.

Radut vs. Jędrzejczyk

Dla Nenada Bjelicy to było kluczowe piętnaście minut w kontekście dalszej pracy w Lechu Poznań – niezależnie od tego, czy faktycznie poprowadzi drużynę przynajmniej do końca sezonu. Ale zmianami przynajmniej dał sobie szansę. Kluczowa okazała się decyzja o zamianie skrzydłowych Mario Situm powędrował na prawą stronę, a Mihai Radut na lewą. Dlaczego było to istotne, poniekąd wyjaśnił… Romeo Jozak. – Arturowi (Jędrzejczykowi) mówiłem w przerwie, by nie szukał kontaktu, interwencji. Sędzia już w pierwszej połowie mówił mu, że kolejny faul i będzie czerwona kartka – dodawał. A prawemu obrońcy łatwiej byłoby radzić sobie z rywalem, który gra przyklejony do linii bocznej (jak nieźle grający lewą nogą Situm), niż takiemu zbiegającemu do środka (jak zdecydowanie tylko prawonożny Radut).

Zresztą także Majewski grał bliżej jego strefy, przez co bez odpowiedniej asekuracji Jędrzejczyk miał więcej problemów. W pierwszej połowie Radut zaliczył osiem podań, w drugiej – 26, w tym asystę po świetnym dryblingu. Przed przerwą tylko raz podawał w „szesnastkę”, po – pięciokrotnie. Oczywiście, że Jędrzejczyk powinien lepiej się zachować, ale jego brak interwencji wynikał prawdopodobnie z zalecanej mu ostrożności. Był daleko od skrzydłowego, nie szukał kontaktu.

radut

A Bjelica pokazał, że potrafi myśleć do przodu, nie tylko być pragmatykiem. Zbyt często w tym sezonie jego Lech wyglądał na zespół patrzący, co jest za plecami. Można przywołać to do sytuacji… kibica „Kolejorza”, Jakub Krzewina z Kruszwicy, który w tym samym czasie, co trwał mecz, biegł w polskiej sztafecie na 400 metrów w finale halowych mistrzostw świata. Miał kilkadziesiąt metrów straty do prowadzącego Amerykanina i dwóch rywali za plecami: zamiast jednak interesować się bronieniem drugiej pozycji (jak często robi to Lech, usatysfakcjonowany minimalnym wynikiem, prowadzeniem czy remisem) zaatakował i w spektakularny sposób odniósł zwycięstwo z rekordem świata. Myślał wyłącznie o zwycięstwie, a Lech takie wrażenie sprawia rzadko, choć ostatnio i tak to się poprawiło po fatalnym występie w Kielcach. Rzucił wszystko na szalę przeciwko Śląskowi Wrocław w ostatnim kwadransie, z Legią nie czekał nawet tak długo. Jeśli Chorwat ma w jakiś sposób uratować swoją posadę, to tylko podejmując decyzje tak działające na jego zespół. Zwłaszcza, że po porażce w Warszawie „Kolejorz” nie ma innej opcji, jak rozpocząć mocny finisz.

Radović i doświadczenie

Interesująco Romeo Jozak wytłumaczył wprowadzenie na to spotkanie Miroslava Radovicia, który w dotychczasowym sezonie ani razu nie zaczął w podstawowym składzie, wcześniej wystąpił ledwie trzykrotnie jako zmiennik. – W czwartek wziąłem Rado na rozmowę i poprosiłem go, by odpowiedział mi na proste pytanie: czy da radę zagrać z Lechem? Poprosiłem go jednak, by odpowiedział głową, a nie sercem. Wymienialiśmy uwagi i zdecydowałem się na niego postawić, by poprowadził zespół w tym spotkaniu. Myślę, że spisał się dobrze – mówił szkoleniowiec Legii.

Radović spisał się dobrze, ale tylko w momentach, gdy Legia była przy piłce. W grze defensywnej jego wkład był niemal niezauważalny. Im dłużej trwało spotkanie, tym poważniejszy był problem gospodarzy, gdy musiała bronić, niemal w dziesiątkę, na dodatek poddając środkową strefę (o batalii w niej piszę niżej) na korzyść Lecha. Jeszcze przed przerwą miał trzy próby odbiorów, w drugiej połowie – jeden nieudany. W pierwszej części meczu wygrał 10 z 19 pojedynków, w drugiej – 2 na 10. Mało tego, o fizyczności świadczy to, ile i jak intensywnie Radović biegał: jeden sprint, przebiegł najmniej z wyjściowej jedenastki (9,70 kilometrów), choć oczywiście skończył mecz w 79. minucie.

A co dał Legii Radović? Mądrze utrzymywał piłkę w pierwszej połowie, w typowy dla siebie sposób dryblował, skupiał uwagę rywali i tworzył przestrzeń dla innych. Faktem jednak jest, że gospodarze z tego nie korzystali, nie stwarzali tak wiele sytuacji, ponieważ… każdy z zawodników ofensywnych zbyt długo przytrzymywał piłkę, brakowało przyspieszenia, gdy już tworzyło się miejsce.

Jego udział był interesujący z punktu widzenia ciekawostkowego – Legia na Lecha wystawiła zdecydowanie najstarszą jedenastkę w tym sezonie Ekstraklasy (średnia wieku 31,9). Jozak tłumaczył, że nie było to celowe, ale po porażce z Jagiellonią („okropnym występie”, mówił Chorwat) potrzebował mocnej odpowiedzi, więc zwrócił się do tych starszych zawodników. – W końcówce weszli ci młodsi i to do nich będzie należała przyszłość Legii – dodał, odnosząc się do Niezgody oraz Szymańskiego. Faktem jest, że przy dużej liczbie trzydziestolatków to ci młodsi dawali gole lub mogli je dać: najpierw Vesović i Remy, po przerwie Kucharczyk z rzutu karnego, a doskonałe szanse mieli Szymański oraz Niezgoda. A Radović nie zaliczył ani jednego kluczowego podania, nie oddał też celnego strzału i jeszcze na topową formę musi poczekać…

Remy i środkowa strefa

Od środkowych pomocników się zaczęło i na nich można by ten mecz zamknąć. Przecież już w drugiej minucie fantastyczną asystą popisał się William Remy, który tym razem został ustawiony jako defensywny pomocnik, a spotkanie golem na 2:2 mógł – przy bardziej szczęśliwym rykoszecie – zakończyć Maciej Gajos. I walka tych dwóch okazała się decydująca, przecież Remy oszukał kapitana Lecha przy akcji na 1:0, wygrał pięć z siedmiu ich pojedynków. Francuz miał w całym meczu 7 prób dryblingów, obok Vesovicia najwięcej. Ale bardzo dobrze zagrał też Krzysztof Mączyński, pewnie najlepiej na wiosnę. Wygrał 13 z 19 pojedynków, sześć z ośmiu prób odbiorów miał udanych, do tego zaliczył najwięcej przechwytów na połowie Lecha (trzy), obok Hamalainena przebiegł najwięcej (ponad 11km). Remy był niemal równie skuteczny w starciach (69%), ale za to znacznie dokładniejszy w podaniach (88% przy 71% Polaka).

W Lechu tylko Vujadinović wygrał więcej pojedynków od Trałki oraz Gajosa, zresztą im dłużej trwał mecz, tym skuteczniej ten duet utrzymywał intensywność ataków i pressingu Lecha. Pierwszy po przerwie zebrał 11 drugich piłek (sześć na połowie Legii), Gajos osiem (trzy) do tego pięć przechwytów. Problem po ich stronie był w kwestii podań – kapitan zagrywał głównie do boków, nie szukał trudniejszych rozwiązań (jedno zagranie w pole karne). Podobnie Trałka, choć z tego duetu o dziwo to on był tym bardziej zaangażowanym w ataki, miał dwa razy więcej podań do przodu (30 do 15) od swojego kolegi z drugiej linii. Ostatecznie także to okazało się różnicą w kontekście wyniku całego spotkania.

podaniatragaj

Boczni obrońcy

Jednak prawdziwymi bohaterami – i antybohaterami – tego meczu byli boczni obrońcy. Głupi faul Jędrzejczyka przed przerwą znacząco wpłynął na drogą połowę, jego brak interwencji sprezentował sytuację na 1:1 dla Lecha. Z kolei Kostewycz zaliczył bodaj najbardziej niefortunną (nie rozstrzygając tu słuszności decyzji sędziego) interwencję ręką, która dała zwycięstwo rywalom. Jednak przy pierwszym golu także Ukrainiec zachował się źle, nie kontrolował linii spalonego, a i tak zaryzykował krok w stronę środka boiska, dając Vesoviciowi przewagę, a kolegom ze środka sprawiając niemiłą niespodziankę. Adam Hlousek był równie aktywny, ale gdyby był piłkarzem wyższej klasy to w pierwszej połowie zagrałby do Eduardo przy świetnej kontrze, miał też spektakularnie niecelny strzał przed przerwą, a w drugiej części mógł asystować bodaj Hamalainenowi w jednym z szybkich wypadów Legii. Robert Gumny mógł mieć asystę, gdy jedno z jego dośrodkowań w pierwszej połowie dotarło do Raduta, którego strzał obronił Malarz. Może wpływ najmłodszego z bohaterów widowiska był w nim najmniejszy, ale nie da się ukryć, że wszyscy boczni obrońcy byli w wynik hitu Ekstraklasy najbardziej zamieszani.

Nenad Bjelica i instynkt pierwotny

mzachodny

– Liczę, że ta wygrana da nam więcej mocy – powiedział Nenad Bjelica na koniec konferencji prasowej po meczu ze Śląskiem Wrocław (2:1). Nie pewności siebie, nie jakości, nie poprawy stylu gry, ale mocy. Czy więc na (coraz bardziej prawdopodobnym) finiszu jego pracy w Poznaniu będzie można oglądać Lecha, który gra stylem dalekim od swoich założeń?

Styl w Poznaniu ma znaczenie. Jako duży ośrodek, kibiców świadomych Lech ma sporo, a za tym idą konkretne wymagania – nie tylko wygrywania, lecz związane ze sposobem w jakim drużyna zwycięża. Świadomość fanów ciągle rośnie, każdy chce widzieć i wiedzieć coraz więcej. W szerszej perspektywie oceniać transfery, występy zawodników, wyniki trenera. Nenad Bjelica nie będzie pierwszą tego ofiarą.

Na konferencji przed meczem ze Śląskiem szkoleniowiec Lecha uważał, że jak na możliwości klubu, oczekiwania kibiców są zbyt duże, że takiej presji nie ma w Kielcach, w Białymstoku. Można przez to zrozumieć, że tam drużyny łatwiej rozwijać i prowadzić do konkretnych wyników – także narzucać ładniejszy dla oka styl. Nie da się bowiem ukryć, że im dłużej trwa obecny sezon, tym bardziej powiększa się różnica nie punktowa a wizualna między Lechem Bjelicy a niektórymi drużynami z czołówki Ekstraklasy. Nie wszystkimi, ale ta liczba jest wystarczająca, by większość kibiców otwarcie wyrażała swoje niezadowolenie. Na meczu ze Śląskiem w stronę Bjelicy krzyczano „skandaloza” i „to je circus” nie dlatego, że przed przerwą utrzymywał się remis, ale przez karkołomny styl gry gospodarzy.

Ze stylem jest ten problem, że o ile nie jest się na pierwszym miejscu w tabeli z bezpieczną przewagą i na najlepszej drodze po mistrzostwo, to zawsze będzie czynnikiem poddanym debacie. W rzadkich wypadkach – halo, Jose? – nawet to nie wystarcza. Kibic chce oglądać coś, co go porwie. Górnik Zabrze gra bezpośrednio, często stwarzając pozory chaosu, ale przez to, że ciągle prze do przodu nie tylko jego fanom styl się podoba. Pogoń Szczecin dopiero gramoli się z dna tabeli, ale odkąd jej trenerem jest Kosta Runjaić to jego zespół naprawdę fajnie się ogląda. Na takiej samej zasadzie można porównać tegoroczną Bruk-Bet Termalikę Nieciecza z tą, którą prowadził Piotr Mandrysz – wyniki są podobne, sposób zarządzania klubem również, ale wtedy starająca się utrzymywać przy piłce drużyna zjednywała sobie sympatię, gdy teraz na widok gry można się raczej skrzywić. Nie porywa.

W Lechu trzeba porywać kibiców, bo jest kogo. Polski kibic jest świadomy, ale też wybredny – pójdzie na stadion przy odpowiednim przeciwniku, w odpowiednich warunkach, przy konkretnej formie zespołu i prezentowanym stylu. Procent chodzących dla samego chodzenia wcale nie jest tak wysoki, jak wielu się wydaje.

Nenad Bjelica pewnie o tym wie, ale na tym etapie o to nie dba. Mecz ze Śląskiem najlepiej pokazał, że odezwał się „instynkt pierwotny” szkoleniowca. Postawiony pod ścianą zdecydował się wrócić do absolutnych podstaw. 4-4-2, podanie jak najszybciej do boku, dośrodkowanie, strzał lub doskok do wybitej piłki, powtórz. Bjelica słabość realizacji tego planu w pierwszej połowie (pięć strzałów, tylko jeden celny) zrzucił na dostosowywanie się do nowego systemu. – Druga połowa była lepsza. Kontrolowaliśmy mecz, stwarzaliśmy okazję. Gra była prosta, szybsza i robiliśmy częściej to, co chcemy robić, czyli dośrodkowywaliśmy – mówił po spotkaniu.

Taktyka ta to pośredni efekt tego, co Bjelica zobaczył w meczu Śląska z Górnikiem Zabrze (1:1), ale też wyczerpania innych rozwiązań. – Gdyby mnie pan zapytał, dlaczego drużyna po zimowych przygotowaniach w zeszłym roku wygrała wysoko cztery pierwsze mecze... Teraz robiliśmy i pracowaliśmy dokładnie tak samo. Gramy ten sam system, co w zeszłym roku. Trenujemy tak samo, przygotowania te same. Co jest inne? Drużyna jest inna. To jest jedyna różnica – mówił we wtorek. Był o krok od tego, by powiedzieć wprost – nie wie, co jest grane. A to byłby już najgorszy z sygnałów.

Zamiast tego tłumaczył, że cały czas szuka rozwiązań. Jednym z nich było wyczyszczenie dotychczasowych założeń, wyczyszczenie tablicy taktycznej i rozpisanie podstaw, które każdemu piłkarzowi jest przyswoić najłatwiej: 4-4-2, podanie jak najszybciej do boku, dośrodkowanie, strzał lub doskok do wybitej piłki, powtórz.

Tak Bjelica walczy o swoją przyszłość w Lechu. Wygląda to źle – tak naprawę jedynie w ostatnich 20 minutach środowego meczu kibice na trybunach nie podskakiwali z zimna, ale z emocji – lecz zwycięstwo po zwycięstwie tym sposobem Chorwat chce odbudować swoją pozycję i udowodnić, że nawet jeśli odejdzie, to nie zostawi spalonej ziemi, drużyny bez „mocnego mentalu”, tożsamości.

Trudno się dziwić takiemu powrotowi do podstaw. Bo w wyznaniu Bjelicy – „robimy to samo, ale efekty są inne” – można dostrzec dwie strony medalu. Po pierwsze, porównując statystyki Lecha z obecnego i poprzedniego sezonu daje się zauważyć wiele podobieństw. W kwestii defensywnych (wygranych pojedynków, odzyskanych piłek, odbiorów, przechwytów...) i ofensywnych (wejścia w pole karne rywali, liczba ataków, podań kluczowych, szybkości zagrań…) naprawdę nie ma istotnych różnic. A skoro przed rokiem metody przez większość sezonu działały, to Bjelica zimą poszedł tym samym schematem, możliwe, że zmiany (wynikające z wniosków po nieudanym finiszu) zostawiając na najgroźniejszych rywali czy ostatnią fazę rozgrywek.

lech_defen

A jednak jest i druga strona tego podejścia Bjelicy. Mówi on, że metody są te same, a jedyne co się zmieniło, to drużyna. Jednak w jego rozumieniu – tak wynika z jego słów o liczbie reprezentantów w zespole – po prostu spadł poziom jakości i dlatego te same schematy, ćwiczenia nie działają. Czy w takim razie nie powinien on znacznie wcześniej zmienić swojego podejścia lub dostosować je do grupy piłkarzy, którą zarządza? Problem Lecha nie zaczął się przecież wraz z remisem w Gdyni i porażką w Kielcach, lecz wcześniej – trwa od sierpnia. Bjelica mówi o „mentalnym bloku” drużyny, a po spotkaniu ze Śląskiem Robert Gumny mówił, że piłkarzom w zasadzie nie sprawia różnicy, czy grają u siebie, czy na wyjeździe. Znów pojawia się kwestia innej oceny sytuacji.

lech_ofens

Jest w tym dobra wiadomość dla kibiców Lecha – Bjelica zaczął zmieniać. To, czy zmienia w dobrym kierunku (bo może dostrzegł, że w obecnym sezonie zespół bramki strzela po atakach krótszych (2,9 podań do 3,8 przed rokiem), a i napastników ma lepiej dobranych pod dośrodkowania?) i czy będzie się trzymał tej zmiany pokażą kolejne mecze. Zwłaszcza ten niedzielny w Warszawie jest interesujący – bo wybranie taktyki 4-4-2 i wszystkiego, co za nią szło w spotkaniu ze Śląskiem na Legię będzie świadczyło o zdjęciu tej blokady mentalnej. Nie u drużyny, a u Bjelicy. Ale tak to już jest będąc postawionym pod ścianą.

Jagiellonia Białystok, czyli jak oni biegają

mzachodny

Porażki na własnym stadionie zdarzają się nawet najlepszym, coraz rzadziej w futbolu także na najwyższym poziomie oglądamy wieloletnie „domowe” serie bez przegranej. I Legia nie jest tu żadnym wyjątkiem, wręcz obecny sezon jest pod tym względem najlepszy od kilku lat: ma bilans 9-1-2, w poprzednich rozgrywkach był to 8-8-3, w latach 2014-2016 nie wygrała w 14 z 38 spotkań ligowych u siebie. Lecz we wtorek to nie fakt porażki z Jagiellonią Białystok był najbardziej uderzający, choć w kontekście walki o mistrzostwo kraju istotny, lecz jej styl. – Pewnie byśmy nie wygrali nawet grając w jedenastu – mówili po spotkaniu legioniści, co tłumaczyło klasę i przewagę rywali, a nie zniechęcenie czy brak formy w drużynie obrońcy tytułu.

Pokazał to sam początek spotkania. O ile pierwsza szansa przypadła Legii – płaski strzał Marko Vesovicia mogło przeciąć dwóch jego kolegów – o tyle dalej istniała już tylko Jagiellonia. W otwierającym kwadransie wygrała 63% pojedynków, zanotowała 60-proc. posiadanie piłki, miała cztery strzały. Goście rzucili się na gospodarzy. – W poprzednich meczach na początku to my narzucaliśmy swoje tempo, dyktowaliśmy warunki i mecz się układał po naszej myśli. Teraz nie mogliśmy rozwinąć skrzydeł – mówił Michał Pazdan.

I zawodnicy Jagiellonii byli pierwszymi, którzy napominali o czerwonej kartce dla Domagoja Antolicia i jej wpływie na dalszą część spotkania. Jednak wykluczenie pomocnika Legii wynikało z tego, o czym mówił później Romeo Jozak: jego zawodnicy w tym meczu ciągle się spóźniali. Byli o krok za Jagiellonią, reagowali tempo wolniej, gdy próbowali pressować w jednej strefie, to rywale przenosili akcję dwoma podaniami do tej, która była wolna. – Byliśmy jak przebity balon. W zespole zabrakło energii – tłumaczył Jozak.

Ale takie odczucie "sflaczenia" nie jest dla rywali Jagiellonii nowością, podobnie pod tym względem wyglądało spotkanie z poprzedniej kolejki (4:1 z Lechią Gdańsk), a także wcześniejsze z Cracovią (1:0). Kilka dni temu w Białymstoku gospodarze nawet przegrywali, ale na straconego gola zareagowali po prostu podnosząc tempo i odjeżdżając rywalom. Krótko: Jagiellonia na tym etapie sezonu zdecydowanie najlepiej i najefektywniej biega.

spotthedifference

(Nawiasem mówiąc: wiele osób i ja również dostrzegło w dominacji Jagiellonii na Łazienkowskiej podobieństwo do pewnego meczu z fazy grupowej Ligi Mistrzów poprzedniego sezonu…)

Ireneusz Mamrot od razu po meczu w Warszawie wskazał na fakty. – Nie mogę oceniać innych drużyn, ale do tego, co mamy wgląd, to do tej pory wykonywaliśmy najwięcej sprintów w całej Ekstraklasie. To nas cieszy i pokazuje, że nie leżeliśmy w Turcji na plaży w słońcu, ale wykonaliśmy tam ciężką pracę – tłumaczył szkoleniowiec białostocczan. Rzeczywiście: w dwunastu meczach, które analizował system zamontowanych na stadionach ligowych specjalnych kamer tylko dwukrotnie rywale wykonywali więcej sprintów (czyli biegów o prędkości powyżej 25,2 km/h) od piłkarzy Jagiellonii. Było to w spotkaniach z Lechem (1:1, sześć sprintów różnicy) i Legią (1:0, dwa sprinty), w większości przewaga była zdecydowanie na korzyść drużyny Mamrota – średnio wykonują oni o 22 sprinty więcej. Liczebność to jedna sprawa, jeszcze bardziej dosadnie o przewadze zespołu mówi różnica w metrażu tych najszybciej pokonywanych odcinków. W piątek z Lechią Jagiellonia osiągnęła swój najlepszy wynik (906 metrów przebiegniętych sprintów więcej) odkąd firma ChyronHego analizuje spotkania, z Legią było to nieco ponad pół kilometra (540 metrów), czyli mniej niż średnia przewaga lidera Ekstraklasy (569 metrów).

Imponujące, prawda? W Jagiellonii biegają przede wszystkim skrzydła (Novikovas, Frankowski, Guilherme i Burliga to czterech z pięciu zawodników z najwyższą liczbą sprintów przeciwko Legii), ale też napastnik (Bezjak to ten piąty). – Nie chcę wszystkiego do tego sprowadzać, bo w Polsce jest tak, że przegrywającej drużynie od razu zarzuca się, że jest źle przygotowany. Szereg aspektów wpływa na postawę drużyny – mówił jednak Mamrot. – Wie pan, mieliśmy w Szkole Trenerów na kursie UEFA Pro specjalistę od motoryki z Niemiec, przedstawił statystyki trzech najlepiej biegających drużyn w lidze. Okazało się, że wszystkie w tamtym sezonie spadły. Ale przygotowane były bardzo dobrze – dodawał z uśmiechem.

Co dają te sprinty? Przede wszystkim przewagę w pojedynkach, ten ułamek sekundy szybciej przy piłce - pod względem skuteczności starć (ogółem i w defensywie) Jagiellonia jest najlepsza w lidze. Co widać na poniższej grafice, dominują w dwóch strefach: przy pressingu niskim (pod własną bramką) i wysokim (strefa na połowie rywala). Dlatego Legia nie potrafiła we wtorek wyprowadzić żadnej skutecznej akcji – przy każdej próbie zaraz doskakiwało trzech, czterech zawodników Jagiellonii. Intensywność akcji defensywnych gości we wtorek sięgnęła współczynnika (rozumianego przez InStat jako średniej liczby pojedynków i przechwytów na minutę posiadania piłki przez rywali) wyższego (11,7) od najlepszej pod tym względem w lidze Korony (śr. 11,2). Piłkarze Mamrota dziewiętnastokrotnie odbierali piłkę na połowie Legii, pomimo dominacji w posiadaniu piłki zaliczyli więcej prób odbiorów (37 do 35) i byli w tym elemencie skuteczniejsi (62% do 46%). Gospodarze tylko raz w meczu utrzymywali piłkę dłużej niż 45 sekund, tylko jedenaście razy przekroczyli 20 sekund posiadania – Jagiellonia w sumie trzy razy tyle.

jagastrefy

Po meczu uderzający był spokój piłkarzy Jagiellonii. Kilka minut śpiewów, prysznic i do Białegostoku – najchętniej idąc do autokaru za ściankami sponsorskimi, bez konieczności rozmawiania z dziennikarzami. – Zobaczymy, jak długo będziemy mogli tak biegać – mówił Taras Romańczuk, który kolejny raz przebiegł najwięcej z drużyny (ponad 12 kilometrów), świetnie prowadził zespół ze środka pola. Wygrał 24 z 29 pojedynków, miał 17 przechwytów (aż 10 na połowie rywala), osiem z dziewięciu prób odbiorów było udanych, wykonał 106 podań i 94 było dokładnych. – Ten mecz pokazał na co nas stać. Nie tylko bronimy, ale też gramy w piłkę. Nie punktujemy wyłącznie w Białymstoku, ale też na trudnym terenie. Dzięki temu, co wdraża trener – dodawał defensywny pomocnik Jagiellonii na pytanie o różnicę w porównaniu do poprzedniego sezonu.

Nie da się ukryć, że różnica między Jagiellonią Probierza a tą Mamrota jest łatwo dostrzegalna – w samej filozofii, założeniach, podejściu wysokim pressingiem. Trenerzy nie są skorzy do porównań, lecz o klasie obecnego zespołu jej były trener przekonał się niedawno, gdy Cracovia w Białymstoku przegrała minimalnie, lecz nie oddała nawet jednego celnego strzału. Wręcz zanotowała występ podobny do tego, co grająca przez 75 minut w osłabieniu Legia. Poprzez pressing i posiadanie piłki została ograniczona do minimum szans na korzystny rezultat.

O tej różnicy wiele powie porównanie dwóch meczów z Legią – tego zremisowanego w Białymstoku (0:0) w maju 2017, gdy czerwoną kartkę obejrzał Vadis Odjidja-Ofoe, oraz tego ostatniego z Warszawy. Wówczas motywem przewodnim Jagiellonii Probierza było zniwelowanie największego atutu przeciwnika (co okazało się wyborem słusznym, zrealizowanym doskonale przez Jacka Góralskiego), gdy teraz Mamrot skupił się na swoim zespole. – Od razu chcieliśmy podejść wysokim pressingiem. Na pewno nie byliśmy przemotywowani. Jedynie po czerwonej kartce drużyna sama narzuciła sobie presję i zaczęła szukać jak najszybciej pierwszego gola, często nie przygotowując akcji – tłumaczył obecny szkoleniowiec Jagiellonii. Za Probierza Białostocczanie mieli też świetne mecze w Warszawie (w lipcu 2016 zremisowali 1:1, choć byli bliżsi zwycięstwa), ale reagowali, nie dominowali i nie budowali, nawet nie mieli takiego zamiaru. Obecna Jagiellonia jest inna: przygotowuje ataki, wybiera najlepszy moment, często zwalniając akcję i próbując przeprowadzić ją drugą stroną. Tamta gnała na bramkę przy każdej okazji i potrafiła to robić z polotem i wielką precyzją. Dziś te kontrataki również jej się przydają.

Dlatego nie wolno odejmować nic Probierzowi. To, ile osiągnął ze swoim planem, jak skutecznie go wdrożył i gdzie wyciągnął Jagiellonię powinno zasługiwać wyłącznie na szacunek. Dał też idealną bazę sztabowi Mamrota: pod względem przyzwyczajenia drużyny do dyscypliny taktycznej, wybiegania i szybkości w atakach, aż do podstaw, których wymagał, czyli przyjęcia kierunkowego i jakościowego podania. Nie mówcie, że nie ma to wpływu przy obecnie tak szybko wymieniającej piłkę drużynie... Może schematy są inne, zmieniło się kilka nazwisk, różny jest styl, lecz połączenie jednego z drugim rozwinęło Jagiellonię na tyle, że dziś głośniej można o niej mówić w kontekście walki o mistrzostwo kraju.

Czy Antonio Conte zaprogramuje mecz idealny?

mzachodny

Czym jest perfekcyjny mecz? Pewnie dla każdego piłkarza, kibica czy trenera za tym kryje się coś innego. Ktoś wskaże wysokie zwycięstwo, wysoki remis po wielu zmianach meczowego scenariusza, triumf nad odwiecznym rywalem zakończony wykorzystaniem niesłusznie podyktowanego rzutu karnego, wypada wspomnieć słowa Gianiego Brery, że dla niego byłoby to zero do zera.

Antonio Conte ma jeszcze inną odpowiedź. – Byliśmy blisko rozegrania perfekcyjnego meczu – powiedział włoski szkoleniowiec Chelsea po 1:1 z Barceloną. W spotkaniu, które jego zespół zakończył z dwoma celnymi strzałami, 32-procentowym posiadaniem piłki, ledwie trzema dokładnymi podaniami kluczowymi i niemal trzykrotnie niższą liczbą zagrań od rywali.

Jasne, w tym starciu 1/8 finału Ligi Mistrzów bardziej chodziło o to, czego nie udało się zrobić rywalom, ale to znów oddaje ideę Contego o idealnym meczu. Barcelona wymieniła 900 podań przy 91-procentowej dokładności, za to stworzyła sobie tylko cztery okazje, wygrała ledwie 44% wszystkich pojedynków, również oddała jedynie dwa celne strzały i zaliczyła przy tym wszystkim nieco więcej dokładnych zagrań w pole karne (9) od Chelsea (8). Luis Suarez i Lionel Messi mieli tyle samo udanych akcji w polu karnym rywali, ile będący tam znacznie rzadziej Gerard Pique (2).

triobarca

Co więcej, o podejściu Włocha wiele mówią jego plany na rewanż na Camp Nou. – Potrzebujemy kolejnego równie wspaniałego występu. Trzeba mieć wielką osobowość, by grać przeciwko drużynie mającej 70-procentowe posiadanie piłki. A my musimy na wyjeździe zaatakować, ponieważ bronienie się na Camp Nou przez 90 minut jest wiecznością, misją samobójczą. Musimy rozegrać swój mecz. Tylko szaleniec chce grać z Barceloną na całej długości boiska, bo tak przegrywa się czterema, pięcioma, sześcioma bramkami. Trzeba być inteligentnym, a moi piłkarze nie są głupi. Działali według programu i rozumieli plan. A trener może mieć fantastyczny plan, lecz bez zrozumienia go przez piłkarzy jest martwy – tłumaczył Conte po spotkaniu.

Podkreślmy te słowa: „osobowość”, „inteligencja”, „program”, „rozumienie”… Conte chciałby od swoich piłkarzy posłuszeństwa niemal równego komputerom, którym wypisuje się do działania i wykonania konkretne komendy, a użytkownik działa w określonych ramach możliwości maszyny. Idealnym tego odzwierciedleniem były w meczu z Barceloną strzały Williana i jego kolegów – aż sześć z dziesięciu z tzw. „strefy prawdy”, czyli przestrzeni na wprost bramki i przed polem karnym. W tym gol Brazylijczyka i jego dwa uderzenia piłką w słupki bramki.

strzaly_CFC

Wiedząc, że przy mikrym wzroście trójki napastników (śr. 172 cm) Chelsea nie ma szans przy dośrodkowaniach, nawet przy atakach pozycyjnych nakazywał rozgrywanie ataków tak, by rywali nieznacznie wcisnąć w ich własne pole karne. Nawet pozorowanym ruchem Hazard, Pedro czy Willian stwarzali przestrzeń do krótkiego dryblingu i strzału, co przy ich szybkości w rywalizacji ze stoperami i defensywnymi pomocnikami Barcelony było znacznie łatwiejsze od wygranej główki.

Tak padła bramka dla Chelsea: warto zwrócić uwagę, jak przy krótkim rozegraniu Fabregasa do Hazarda wszyscy piłkarze atakujący w polu karnym schodzą jeszcze bliżej bramki, jakby wpychając na piąty metr całość akcji. Sugerują dośrodkowanie, rywale na to pozwalają, a przed szesnastką czeka Willian. Znów: krótki zwód i inteligentny strzał obok utworzonej zasłony.

Ale maszyna raz się zawiesiła. – Zapłaciliśmy słono za jeden błąd, a byliśmy tak blisko rozegrania perfekcyjnego meczu – taką miała pierwszą część zacytowana wyżej wypowiedź Włocha. A więc bez błędu Andreasa Christensena byłoby idealne 1:0, „osobowość” drużyny bezbłędna, „inteligencja” na najwyższym poziomie, „program” zrealizowany w 100%, „zrozumienie” planu trenera bezdyskusyjne.

Sposób w jaki Chelsea zdusiła zespół o wiele bardziej kreatywny i to z geniuszem w składzie musi imponować. Kolejnym narzucającym się pytaniem do Włocha byłoby o to, czy któraś z jego drużyn już taki perfekcyjny mecz rozegrała – przy wzięciu pod uwagę stawki, poziomu rywala i pozostałych okoliczności. Warto byłoby poznać te maszyny, skoro jak pisze Jonathan Wilson w swojej analizie „programu” Contego z wtorkowego meczu na Stamford Bridge: „nawet najwspanialsze plany taktyczne koniec końców są oparte na najbardziej zawodzącym gatunku – na ludziach.”

 

 

© Zachodny do tablicy
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci