Menu

Zachodny do tablicy

Futbol analitycznie, statystycznie i konkretnie - na tablicy Michała Zachodnego.

Dlaczego nie zabijacie się o trenerów?

mzachodny

Już sama debata o tym, który z dwójki Cristiano Ronaldo-Lionel Messi był w tym roku lepszy przypominało starcie sekt na internetowych forach, a gdy jeszcze dołączono im wybór "neutralny", hipsterski - chodzi oczywiście o Manuela Neuera - rozgorzała niemal wojna. Tymczasem w cieniu setek spisanych czy wypowiedzianych opinii o tym, kto powinien wygrać plebiscyt "Złotej Piłki" toczy się rywalizacja nawet bardziej skomplikowana i przez to ciekawsza.

W wyborze najlepszego piłkarza ubiegłego roku tak naprawdę łatwiej o wyznaczniki tego, co imponujące. Popatrzcie - zarówno Messiego i Ronaldo rozliczamy za gole oraz asysty, a raczej nieustanny wyścig na to kto bardziej te statystyki nabije. Nawet dołącznie Neuera nie sprawia żadnego problemu - w jego wypadku argumentem są obronione strzały, czyste konta, wyłapane dośrodkowania... Argumentem bywa też styl gry, choć rzadziej jest podnoszony do rangi czynniku decydującego - bo to jak gra Ronaldo, Messi czy Neuer wiemy od lat, a decydującym czynnikiem pozostaje efektywność.

Tymczasem w wypadku plebiscytu "Złotej Piłki" dla trenerów trudno o tak klarowne ramy rywalizacji. Finalistów Joachima Loewa, Diego Simeone czy Carlo Ancelottiego nie porównamy statystycznie - choćby z tego powodu, że drużyna pierwszego z nich rozegrała ledwie czwartą, piątą część spotkań zespołów prowadzonych przez Argentyńczyka czy Włocha. Oceniać trofeami? Ale jak porównać tytuły Ligi Mistrzów, Primera Division i mistrzostwo świata? Te rozgrywki mają kompletnie inną specyfikę, można się kłócić w nieskończoność o wyższość walki na dystansie maratonu w lidze, napięciu kilkutygodniowej walki z rywalami (oraz klimatem) na najważniejszej imprezie międzynarodowej, czy walki w absolutnej elicie drużyn niemal kompletnych.

Także ze stylem mamy problem. Bo nagle okaże się, że te podstawy, które Simeone w Atletico wyniósł do poziomu absolutnego automatyzmu dającego sukcesy były również inspiracją dla Ancelottiego (choćby w wygranych meczach z Bayernem i Barceloną), ale sam Real w derby Madrytu często wydaje się bezradny. Podobny dylemat mamy w wypadku Loewa, który zaczerpnął od tego, co Guardiola robi w Monachium, ale czy to w ogóle powinno działać na jego niekorzyść, biorąc pod uwagę jego własne decyzje w trakcie turnieju, dające efekt taki jak 7-1 z Brazylią?

Oczywiście seria, którą Real Madryt skończył rok powinna imponować - może nawet dawać Ancelottiemu pewną przewagę nad resztą stawki, biorąc pod uwagę wyjątkowość wyniku - ale ktoś słusznie zauważy, że miał on do dyspozycji piłkarsko zespół niemal kompletny, a nawet udoskonalany. Ale zaraz, ktoś przecież mógłby powiedzieć, że to sukces z zawodnikami słabszymi jest większym osiągnięciem niż robienie tego z "samograjem". A może ze zlepkiem zawodników z wielu klubów, których ma się na treningu ledwie kilkanaście razy w roku?

A może selekcja? Znów, każdy z nich funkcjonuje w zupełnie innych realiach, czy to finansowych, czy to pod względem charakterystyki. Tych niewiadomych, kontrowersji i czynników jest jeszcze więcej. Skoro nie procenty, nie sukcesy, nie styl gry, to może styl pracy? Ojcowska postawa Ancelottiego, ta Simeone, czyli lidera ulicznego gangu, a może niemal mechaniczny profesjonalizm Loewa?

Różnorodność trenerów-finalistów jest jeszcze większa niż w wypadku plebiscytu dla piłkarzy, choć na koniec 2014 roku pisałem, że tego typu rankingi są jedynym momentem, gdy pozycja szkoleniowców się osłabia - fani skupiają się na golach, asystach czy czystych kontach, a więc argumentach łatwiejszych. Może więc należałoby podkreślić wyjątkowość tej rywalizacji przez to, jak skomplikowane są w wypadku Loewa, Ancelottiego i Simeone czynniki, które wpływały na decyzję głosujących. Nie ma jednoznacznych i klarownych, może to czyni wybór jeszcze bardziej subiektywnym, a przez to też ciekawszym. Gdzie tuzin kilka tuzinów różnych aspektów tam milion opinii, a w konsekwencją powinien być... ognisty spór. Może do tego zabijania się za trenerów, jak zabijamy się za Messiego, Ronaldo czy Neuera, jeszcze nie dojrzeliśmy?

Statystyki i definicje, czyli rzecz o sędziowaniu

mzachodny

Pośrodku burzy dotyczącej poziomu sędziowania w angielskiej Premier League, w wypowiedziach byłego szefa arbitrów w najwyższej lidze angielskiej oraz w ogniu pytań o tych najlepszych a odstawianych i najgorszych a promowanych, znalazłem statystyki, które zawsze mnie intrygowały.

To nie jest tak, że nigdy o nich nie słyszałem - tak naprawdę, to pojawiają się przy każdej takiej debacie. Bo tak naprawdę nie chodzi tu o przypominanie ostatnich błędów sędziowskich, ale zrozumienie, że, owszem, sędziowie mogą popełniać błędy. Czemu? Są ludźmi, nie zawsze ustawią się idealnie, nie widzą wszystkiego, nie mają powtórek, a gra, co oczywiste, jest coraz szybsza.

Także dla nich - jak podaje Professional Game Match Officials Limited, średnia sprintów oraz szybkich przebieżek robionych przez sędziów w ostatnich pięciu latach wzrosła o 64%. Tu przynajmniej wiemy o co chodzi i możemy lepiej zrozumieć to, ile dziewięćdziesiąt minut biegania może kosztować np. Phila Dowda. Zwłaszcza przy jego sylwetce.

PGMOL podaje również inne statystyki. Dokładność ważnych decyzji? 95%. Dokładność decyzji o zdarzeniach w polu karnym? 98%. Dokładność decyzji dotyczących spalonych? 99%.

Problem jednak nie polega na tym, że kibice, media, trenerzy oraz sami piłkarze mają kompletnego świra, obwiniając sędziów za odosobnione, jednostkowe pomyłki. Problem jest w definicji tego, czym PGMOL się szczyci i próbuje oddalić krytykę.

Spójrzcie:

Co konkretnie oznacza ważna decyzja sędziowska? Czy przy analizie brany jest pod uwagę kontekst meczu, wyniku, momentu zdarzenia, czy skala trudności w momencie gwizdka? Czy są też brane pod uwagę sytuacje w których sędzia - przypadkiem lub specjalnie - nie podejmuje w ogóle decyzji?

Co konkretnie oznacza zdarzenie w polu karnym? Czy chodzi wyłącznie o faule, zagrania ręką - kwestię najgłośniej ostatnio poruszaną i różnie interpretowaną przez samych sędziów! - przepychanki obrońców, bramkarzy i napastników? Czy tu również brak decyzji jest decyzją?

Co konkretnie oznacza decyzję dotyczącą spalonego? Czy są liczone tylko faktycznie "podniesione" zdarzenia, czy również te "puszczone"? Czy na co kilku tygodniowych spotkaniach sędziowie omawiają np. podania piłkarzy, które mogły prowadzić do spalonych, ale zostały przechwycone lub zagrane za mocno, niecelnie?

Zapewne należałoby spojrzeć na problem nieco inaczej. Dlaczego w piłce nożnej - jak w innych sportach drużynowych - statystka została rozwinięta do naprawdę szczątkowych informacji o meczach, do rozłożenia spotkań oraz występów piłkarzy na dokładnie zdefiniowane aspekty? Bo ogólne liczby dostarczane np. na potrzebę transmisji telewizyjnej nie mówią całej prawdy, albo wręcz mówią niewiele - niewystarczająco, by dokładnie ocenić występ, formę.

Tymczasem statystyki przytaczane przez PGMOL, jakkolwiek imponujące, są obecnie odzwierciedleniem np. statystyki posiadania piłki. Coś pokazują, ale tak naprawdę tylko ułamek tego, co chcielibyśmy wiedzieć. Bowiem nie liczy się tylko "ile?", ale także np. "jak?" i "gdzie?".

Tego nikt z PGMOL nie mówi, nie tłumaczy. Nie mają swojej strony internetowej, nie widzieliśmy np. Mike'a Rileya, który wytłumaczyłby to, jak statystyki, którymi się chwalą są liczone. Im wystarcza argument, że są tworzone przez specjalistów z ProZone - ale i ich strona internetowa milczy na temat definicji. Bez nich kibice, media, piłkarze, trenerzy - a może nawet i sami sędziowie? - są ślepi. Albo nieświadomi.

Dlaczego więc nie odseparować dokładnie zdarzeń i decyzji sędziowskich na podstawie nie tylko miejsca, ale samej specyfiki zdarzenia? Konkretnie - zagrania ręką, spalone przy kontrze i przy ataku pozycyjnym, przy dośrodkowaniach i prostopadłych piłkach. A to przecież tylko przykłady.

Jak sami widzicie, błędne użycie statystyk, nawet jeśli w dobrym celu, prowokuje więcej pytań niż odpowiedzi. Tak ogólne statystyki ciężko nawet interpretować, na pewno nie mogą służyć jako argument, a może wyłącznie jako punkt wyjściowy do zupełnie innej rozmowy - szefowie sędziów, zupełnie jak sami arbitrzy, pozostają nieświadomi rozwoju gry do tego stopnia, że stają się nieklarowni, nieczytelni i w efekcie niezrozumiani oraz lekceważeni, krytykowani.

Pewnie nikt nie chce, by piłkarskie programy, gazety czy portale zostały zdominowane przez rozwlekłe analizy decyzji sędziowskich, ale - przynajmniej moim zdaniem - większa przejrzystość ich występów, także dzięki udostępnianym przez np. PGMOL szczegółowym statystykom pomogłaby im. Wyobraźcie sobie, że w "Match of the Day" Gary Lineker pokazuje kontrowersyjną decyzję Martina Atkinsona z ważnego meczu, ale zamiast skrytykować go za oczywisty (po powtórkach) błąd, mówi: "Phil ma w tym sezonie 97,5% dokładność przy podejmowaniu decyzjach o zagraniu ręką obrońców w polu karnym. Pomyłka pomyłką, ale który z napastników czy obrońców jest tak skuteczny?"

I byłoby po dyskusji.

© Zachodny do tablicy
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci