Menu

Zachodny do tablicy

Futbol analitycznie, statystycznie i konkretnie - na tablicy Michała Zachodnego.

Jagiellonia Białystok, czyli jak oni biegają

mzachodny

Porażki na własnym stadionie zdarzają się nawet najlepszym, coraz rzadziej w futbolu także na najwyższym poziomie oglądamy wieloletnie „domowe” serie bez przegranej. I Legia nie jest tu żadnym wyjątkiem, wręcz obecny sezon jest pod tym względem najlepszy od kilku lat: ma bilans 9-1-2, w poprzednich rozgrywkach był to 8-8-3, w latach 2014-2016 nie wygrała w 14 z 38 spotkań ligowych u siebie. Lecz we wtorek to nie fakt porażki z Jagiellonią Białystok był najbardziej uderzający, choć w kontekście walki o mistrzostwo kraju istotny, lecz jej styl. – Pewnie byśmy nie wygrali nawet grając w jedenastu – mówili po spotkaniu legioniści, co tłumaczyło klasę i przewagę rywali, a nie zniechęcenie czy brak formy w drużynie obrońcy tytułu.

Pokazał to sam początek spotkania. O ile pierwsza szansa przypadła Legii – płaski strzał Marko Vesovicia mogło przeciąć dwóch jego kolegów – o tyle dalej istniała już tylko Jagiellonia. W otwierającym kwadransie wygrała 63% pojedynków, zanotowała 60-proc. posiadanie piłki, miała cztery strzały. Goście rzucili się na gospodarzy. – W poprzednich meczach na początku to my narzucaliśmy swoje tempo, dyktowaliśmy warunki i mecz się układał po naszej myśli. Teraz nie mogliśmy rozwinąć skrzydeł – mówił Michał Pazdan.

I zawodnicy Jagiellonii byli pierwszymi, którzy napominali o czerwonej kartce dla Domagoja Antolicia i jej wpływie na dalszą część spotkania. Jednak wykluczenie pomocnika Legii wynikało z tego, o czym mówił później Romeo Jozak: jego zawodnicy w tym meczu ciągle się spóźniali. Byli o krok za Jagiellonią, reagowali tempo wolniej, gdy próbowali pressować w jednej strefie, to rywale przenosili akcję dwoma podaniami do tej, która była wolna. – Byliśmy jak przebity balon. W zespole zabrakło energii – tłumaczył Jozak.

Ale takie odczucie "sflaczenia" nie jest dla rywali Jagiellonii nowością, podobnie pod tym względem wyglądało spotkanie z poprzedniej kolejki (4:1 z Lechią Gdańsk), a także wcześniejsze z Cracovią (1:0). Kilka dni temu w Białymstoku gospodarze nawet przegrywali, ale na straconego gola zareagowali po prostu podnosząc tempo i odjeżdżając rywalom. Krótko: Jagiellonia na tym etapie sezonu zdecydowanie najlepiej i najefektywniej biega.

spotthedifference

(Nawiasem mówiąc: wiele osób i ja również dostrzegło w dominacji Jagiellonii na Łazienkowskiej podobieństwo do pewnego meczu z fazy grupowej Ligi Mistrzów poprzedniego sezonu…)

Ireneusz Mamrot od razu po meczu w Warszawie wskazał na fakty. – Nie mogę oceniać innych drużyn, ale do tego, co mamy wgląd, to do tej pory wykonywaliśmy najwięcej sprintów w całej Ekstraklasie. To nas cieszy i pokazuje, że nie leżeliśmy w Turcji na plaży w słońcu, ale wykonaliśmy tam ciężką pracę – tłumaczył szkoleniowiec białostocczan. Rzeczywiście: w dwunastu meczach, które analizował system zamontowanych na stadionach ligowych specjalnych kamer tylko dwukrotnie rywale wykonywali więcej sprintów (czyli biegów o prędkości powyżej 25,2 km/h) od piłkarzy Jagiellonii. Było to w spotkaniach z Lechem (1:1, sześć sprintów różnicy) i Legią (1:0, dwa sprinty), w większości przewaga była zdecydowanie na korzyść drużyny Mamrota – średnio wykonują oni o 22 sprinty więcej. Liczebność to jedna sprawa, jeszcze bardziej dosadnie o przewadze zespołu mówi różnica w metrażu tych najszybciej pokonywanych odcinków. W piątek z Lechią Jagiellonia osiągnęła swój najlepszy wynik (906 metrów przebiegniętych sprintów więcej) odkąd firma ChyronHego analizuje spotkania, z Legią było to nieco ponad pół kilometra (540 metrów), czyli mniej niż średnia przewaga lidera Ekstraklasy (569 metrów).

Imponujące, prawda? W Jagiellonii biegają przede wszystkim skrzydła (Novikovas, Frankowski, Guilherme i Burliga to czterech z pięciu zawodników z najwyższą liczbą sprintów przeciwko Legii), ale też napastnik (Bezjak to ten piąty). – Nie chcę wszystkiego do tego sprowadzać, bo w Polsce jest tak, że przegrywającej drużynie od razu zarzuca się, że jest źle przygotowany. Szereg aspektów wpływa na postawę drużyny – mówił jednak Mamrot. – Wie pan, mieliśmy w Szkole Trenerów na kursie UEFA Pro specjalistę od motoryki z Niemiec, przedstawił statystyki trzech najlepiej biegających drużyn w lidze. Okazało się, że wszystkie w tamtym sezonie spadły. Ale przygotowane były bardzo dobrze – dodawał z uśmiechem.

Co dają te sprinty? Przede wszystkim przewagę w pojedynkach, ten ułamek sekundy szybciej przy piłce - pod względem skuteczności starć (ogółem i w defensywie) Jagiellonia jest najlepsza w lidze. Co widać na poniższej grafice, dominują w dwóch strefach: przy pressingu niskim (pod własną bramką) i wysokim (strefa na połowie rywala). Dlatego Legia nie potrafiła we wtorek wyprowadzić żadnej skutecznej akcji – przy każdej próbie zaraz doskakiwało trzech, czterech zawodników Jagiellonii. Intensywność akcji defensywnych gości we wtorek sięgnęła współczynnika (rozumianego przez InStat jako średniej liczby pojedynków i przechwytów na minutę posiadania piłki przez rywali) wyższego (11,7) od najlepszej pod tym względem w lidze Korony (śr. 11,2). Piłkarze Mamrota dziewiętnastokrotnie odbierali piłkę na połowie Legii, pomimo dominacji w posiadaniu piłki zaliczyli więcej prób odbiorów (37 do 35) i byli w tym elemencie skuteczniejsi (62% do 46%). Gospodarze tylko raz w meczu utrzymywali piłkę dłużej niż 45 sekund, tylko jedenaście razy przekroczyli 20 sekund posiadania – Jagiellonia w sumie trzy razy tyle.

jagastrefy

Po meczu uderzający był spokój piłkarzy Jagiellonii. Kilka minut śpiewów, prysznic i do Białegostoku – najchętniej idąc do autokaru za ściankami sponsorskimi, bez konieczności rozmawiania z dziennikarzami. – Zobaczymy, jak długo będziemy mogli tak biegać – mówił Taras Romańczuk, który kolejny raz przebiegł najwięcej z drużyny (ponad 12 kilometrów), świetnie prowadził zespół ze środka pola. Wygrał 24 z 29 pojedynków, miał 17 przechwytów (aż 10 na połowie rywala), osiem z dziewięciu prób odbiorów było udanych, wykonał 106 podań i 94 było dokładnych. – Ten mecz pokazał na co nas stać. Nie tylko bronimy, ale też gramy w piłkę. Nie punktujemy wyłącznie w Białymstoku, ale też na trudnym terenie. Dzięki temu, co wdraża trener – dodawał defensywny pomocnik Jagiellonii na pytanie o różnicę w porównaniu do poprzedniego sezonu.

Nie da się ukryć, że różnica między Jagiellonią Probierza a tą Mamrota jest łatwo dostrzegalna – w samej filozofii, założeniach, podejściu wysokim pressingiem. Trenerzy nie są skorzy do porównań, lecz o klasie obecnego zespołu jej były trener przekonał się niedawno, gdy Cracovia w Białymstoku przegrała minimalnie, lecz nie oddała nawet jednego celnego strzału. Wręcz zanotowała występ podobny do tego, co grająca przez 75 minut w osłabieniu Legia. Poprzez pressing i posiadanie piłki została ograniczona do minimum szans na korzystny rezultat.

O tej różnicy wiele powie porównanie dwóch meczów z Legią – tego zremisowanego w Białymstoku (0:0) w maju 2017, gdy czerwoną kartkę obejrzał Vadis Odjidja-Ofoe, oraz tego ostatniego z Warszawy. Wówczas motywem przewodnim Jagiellonii Probierza było zniwelowanie największego atutu przeciwnika (co okazało się wyborem słusznym, zrealizowanym doskonale przez Jacka Góralskiego), gdy teraz Mamrot skupił się na swoim zespole. – Od razu chcieliśmy podejść wysokim pressingiem. Na pewno nie byliśmy przemotywowani. Jedynie po czerwonej kartce drużyna sama narzuciła sobie presję i zaczęła szukać jak najszybciej pierwszego gola, często nie przygotowując akcji – tłumaczył obecny szkoleniowiec Jagiellonii. Za Probierza Białostocczanie mieli też świetne mecze w Warszawie (w lipcu 2016 zremisowali 1:1, choć byli bliżsi zwycięstwa), ale reagowali, nie dominowali i nie budowali, nawet nie mieli takiego zamiaru. Obecna Jagiellonia jest inna: przygotowuje ataki, wybiera najlepszy moment, często zwalniając akcję i próbując przeprowadzić ją drugą stroną. Tamta gnała na bramkę przy każdej okazji i potrafiła to robić z polotem i wielką precyzją. Dziś te kontrataki również jej się przydają.

Dlatego nie wolno odejmować nic Probierzowi. To, ile osiągnął ze swoim planem, jak skutecznie go wdrożył i gdzie wyciągnął Jagiellonię powinno zasługiwać wyłącznie na szacunek. Dał też idealną bazę sztabowi Mamrota: pod względem przyzwyczajenia drużyny do dyscypliny taktycznej, wybiegania i szybkości w atakach, aż do podstaw, których wymagał, czyli przyjęcia kierunkowego i jakościowego podania. Nie mówcie, że nie ma to wpływu przy obecnie tak szybko wymieniającej piłkę drużynie... Może schematy są inne, zmieniło się kilka nazwisk, różny jest styl, lecz połączenie jednego z drugim rozwinęło Jagiellonię na tyle, że dziś głośniej można o niej mówić w kontekście walki o mistrzostwo kraju.

Czy Antonio Conte zaprogramuje mecz idealny?

mzachodny

Czym jest perfekcyjny mecz? Pewnie dla każdego piłkarza, kibica czy trenera za tym kryje się coś innego. Ktoś wskaże wysokie zwycięstwo, wysoki remis po wielu zmianach meczowego scenariusza, triumf nad odwiecznym rywalem zakończony wykorzystaniem niesłusznie podyktowanego rzutu karnego, wypada wspomnieć słowa Gianiego Brery, że dla niego byłoby to zero do zera.

Antonio Conte ma jeszcze inną odpowiedź. – Byliśmy blisko rozegrania perfekcyjnego meczu – powiedział włoski szkoleniowiec Chelsea po 1:1 z Barceloną. W spotkaniu, które jego zespół zakończył z dwoma celnymi strzałami, 32-procentowym posiadaniem piłki, ledwie trzema dokładnymi podaniami kluczowymi i niemal trzykrotnie niższą liczbą zagrań od rywali.

Jasne, w tym starciu 1/8 finału Ligi Mistrzów bardziej chodziło o to, czego nie udało się zrobić rywalom, ale to znów oddaje ideę Contego o idealnym meczu. Barcelona wymieniła 900 podań przy 91-procentowej dokładności, za to stworzyła sobie tylko cztery okazje, wygrała ledwie 44% wszystkich pojedynków, również oddała jedynie dwa celne strzały i zaliczyła przy tym wszystkim nieco więcej dokładnych zagrań w pole karne (9) od Chelsea (8). Luis Suarez i Lionel Messi mieli tyle samo udanych akcji w polu karnym rywali, ile będący tam znacznie rzadziej Gerard Pique (2).

triobarca

Co więcej, o podejściu Włocha wiele mówią jego plany na rewanż na Camp Nou. – Potrzebujemy kolejnego równie wspaniałego występu. Trzeba mieć wielką osobowość, by grać przeciwko drużynie mającej 70-procentowe posiadanie piłki. A my musimy na wyjeździe zaatakować, ponieważ bronienie się na Camp Nou przez 90 minut jest wiecznością, misją samobójczą. Musimy rozegrać swój mecz. Tylko szaleniec chce grać z Barceloną na całej długości boiska, bo tak przegrywa się czterema, pięcioma, sześcioma bramkami. Trzeba być inteligentnym, a moi piłkarze nie są głupi. Działali według programu i rozumieli plan. A trener może mieć fantastyczny plan, lecz bez zrozumienia go przez piłkarzy jest martwy – tłumaczył Conte po spotkaniu.

Podkreślmy te słowa: „osobowość”, „inteligencja”, „program”, „rozumienie”… Conte chciałby od swoich piłkarzy posłuszeństwa niemal równego komputerom, którym wypisuje się do działania i wykonania konkretne komendy, a użytkownik działa w określonych ramach możliwości maszyny. Idealnym tego odzwierciedleniem były w meczu z Barceloną strzały Williana i jego kolegów – aż sześć z dziesięciu z tzw. „strefy prawdy”, czyli przestrzeni na wprost bramki i przed polem karnym. W tym gol Brazylijczyka i jego dwa uderzenia piłką w słupki bramki.

strzaly_CFC

Wiedząc, że przy mikrym wzroście trójki napastników (śr. 172 cm) Chelsea nie ma szans przy dośrodkowaniach, nawet przy atakach pozycyjnych nakazywał rozgrywanie ataków tak, by rywali nieznacznie wcisnąć w ich własne pole karne. Nawet pozorowanym ruchem Hazard, Pedro czy Willian stwarzali przestrzeń do krótkiego dryblingu i strzału, co przy ich szybkości w rywalizacji ze stoperami i defensywnymi pomocnikami Barcelony było znacznie łatwiejsze od wygranej główki.

Tak padła bramka dla Chelsea: warto zwrócić uwagę, jak przy krótkim rozegraniu Fabregasa do Hazarda wszyscy piłkarze atakujący w polu karnym schodzą jeszcze bliżej bramki, jakby wpychając na piąty metr całość akcji. Sugerują dośrodkowanie, rywale na to pozwalają, a przed szesnastką czeka Willian. Znów: krótki zwód i inteligentny strzał obok utworzonej zasłony.

Ale maszyna raz się zawiesiła. – Zapłaciliśmy słono za jeden błąd, a byliśmy tak blisko rozegrania perfekcyjnego meczu – taką miała pierwszą część zacytowana wyżej wypowiedź Włocha. A więc bez błędu Andreasa Christensena byłoby idealne 1:0, „osobowość” drużyny bezbłędna, „inteligencja” na najwyższym poziomie, „program” zrealizowany w 100%, „zrozumienie” planu trenera bezdyskusyjne.

Sposób w jaki Chelsea zdusiła zespół o wiele bardziej kreatywny i to z geniuszem w składzie musi imponować. Kolejnym narzucającym się pytaniem do Włocha byłoby o to, czy któraś z jego drużyn już taki perfekcyjny mecz rozegrała – przy wzięciu pod uwagę stawki, poziomu rywala i pozostałych okoliczności. Warto byłoby poznać te maszyny, skoro jak pisze Jonathan Wilson w swojej analizie „programu” Contego z wtorkowego meczu na Stamford Bridge: „nawet najwspanialsze plany taktyczne koniec końców są oparte na najbardziej zawodzącym gatunku – na ludziach.”

 

 

Ten przeklęty Jürgen Klopp

mzachodny

Nie ma żadnego przypadku w tym, że spośród trenerów z którymi Pep Guardiola mierzył się najczęściej, to z Jürgenem Kloppem ma najgorszy bilans. A niedzielna porażka Manchesteru City z Liverpoolem (3:4) była też idealnym przykładem na to, jak grać przeciwko drużynom hiszpańskiego szkoleniowca.

 

Nie lubię cytować swoich tekstów, ale może ten jeden raz zrobię wyjątek. W ostatnim dniu 2016 roku – i w moim ostatnim tekście na Sport.pl – podsumowywałem dwanaście miesięcy angielskiego futbolu, który w kwestiach Premier League i reprezentacji był głównie wyśmiewany. Ale na koniec zdarzyło się starcie Liverpoolu z Manchesterem City (1:0) i w nim widziałem szansę na poprawę stanu rzeczy wyspiarskich piłki.

Pisałem: „Naprawdę Anglia nie zawali się, ponieważ w głosowaniu na stu piłkarzy 2016 roku Wayne Rooney otrzymał dwa głosy i po raz pierwszy od lat w ogóle nie został sklasyfikowany. Chodzi tylko o przyjmowanie lekcji i nauki od szkoleniowców bardziej utytułowanych i otwartych, którzy wiedzą w którym kierunku zmierza współczesny futbol. W ostatnich godzinach roku odcięcia się od kontynentu – wiadomo: spodziewana formalizacja Brexitu (ha! – akt. przyp. red.) – Klopp oraz Guardiola udowodnili, dlaczego warto im zaufać.”

Dziś te słowa wybrzmiewają jeszcze mocniej, ponieważ udowadnia to dynamika ligi. Liverpool naprawdę się rozpędza – żarty o „maszynie, która ruszyła” odłóżmy na bok – wygląda po prostu „świeżo” na tle projektów dogorywających (Arsenal), na skraju załamania (Chelsea), wyhamowanych (Tottenham) czy wciąż niedoskonałych (Manchester United). Manchester City ma za to fenomenalny sezon, po prostu. Nawet styl niedzielnej porażki: przecież gole tracone na początku drugiej połowy były pewnym podobieństwem do wysokich porażek z poprzednich rozgrywek. A jednak tym razem piłkarze Guardioli podnieśli się, pewnie mając jeszcze z pięć minut więcej tego meczu skończyłoby się remisem. Takie reakcje cechują mistrzów.

Ale ten mecz oglądało się świetnie zwłaszcza przez pryzmat taktyczny – plan Kloppa versus plan Guardioli. Niemiec mówił po spotkaniu, że można oglądać City nawet kilka razy, wie się doskonale czego należy unikać, a co trzeba robić, ale wdrożyć to… „Jest to trudne, lecz możliwe. Potrzebujesz bardzo dobrej drużyny i dzięki Bogu ja taką mam!”, mówił Klopp. – Chcąc pokonać City nie masz alternatywnego rozwiązania. Może jeśli wygrasz los na loterii i oni będą sami na siebie wpadali! Będziesz bronił się głęboko w swoim polu karnym i liczył, że nic się nie stanie, co jest mało prawdopodobne. A my jesteśmy Liverpool, nie możemy tak grać. Musisz być odważny, grać piłką. Mówiąc o City wskazuje się na to, jak oni rozgrywają akcję, ale są też fenomenalnie zorganizowani. Więc przeciwko takiej drużynie musisz wykorzystywać przestrzenie przez które my graliśmy i stwarzaliśmy sytuacje, nie ma innej alternatywy - tłumaczył.

Jeszcze bardziej dosadnie przedstawił to Alex Oxlade-Chamberlain, według mnie najlepszy piłkarz niedzielnego spotkania (widzicie? Anglik potrafi!). – Lubią grać od własnej bramki i są w tym świetni. Ale my rośniemy w meczach z rywalami, którzy tak próbują. To nam pomogło. Planem było bronić na całym boisku, ganiać za nimi i wtedy stwarzać sobie sytuacje do ataków w stylu, jakim potrafimy grać – mówił strzelec pierwszego gola. Zresztą również środkowy pomocnik – Georginio Wijnaldum – dał prowadzenie i zwycięstwo Liverpoolowi w przywoływanym meczu z grudnia 2016 roku.

A Guardiola? W zasadzie styl gry jego drużyny był na Anfield identyczny, jak w każdym z poprzednich meczów tego sezonu. Z wysoko ustawionymi napastnikami przy wznowieniu z „piątki”, z pressingiem, z szukaniem prostopadłych podań z drugiej linii, z szalejącym Kevinem de Bruyne wspierającym skrzydłowych. Ale znów okazało się, że styl Kloppa to kryptonit na styl Guardioli. – Tak trudno gra się z Liverpoolem na Anfield, przy ich agresywnym, ofensywnym futbolu, ze wspierającymi ich kibicami. Chociaż całkiem nieźle kontrolowaliśmy ich kontry, to odbudowa po drugim golu nie była najlepsza – tłumaczył.

A ja znów wrócę do cytowanego tekstu, bo z niego są ciekawe słowa o „efekcie wow”, czyli pierwszym starciu obydwu szkoleniowców w meczu o Superpuchar Niemiec w 2013 roku, który Borussia wygrała 4:2 z Bayernem. – Różnimy się pod względem pomysłu na grę, ale ten jego (Niemca – red.) bardzo lubię. Może Klopp to najlepszy trener pod względem kreowania drużyn, które atakują obronę rywali ja największą liczbę piłkarzy, z każdego miejsca na murawie. Mają intensywność bez i z piłką, co jest niełatwe do osiągnięcia. Nauczyłem się tego w naszym pierwszym starciu w Niemczech – mówił przed tamtym meczem Guardiola. W kontekście jego słów można przypomnieć sobie akcję Andy’ego Robertsona, który w 75. minucie rzucił się szarżą z pressingiem niemal na każdego z obrońców City po kolei. Wyglądało to spektakularnie i nie było dalekie od sukcesu.

via GIPHY

Do meczu z 2013 roku wraca w swojej książce o piłkarskiej filozofii Kloppa analityk taktyczny Martin Rafelt i choć krótko, to wspomina, że tamten sezon był dla Niemca wyjątkowy pod względem skupienia się na momentach przejścia z obrony do ataku. Autor nazywa to „niepozorną zmianą kursu”, nowy styl pressingu (na środkowych pomocników przeciwnika) określa mianem „adoptowalnego i atrakcyjnego”. I można powiedzieć, że to również w środkowej strefie rozstrzygnęło się niedzielne spotkanie: trio Emre Can – Wijnaldum – Oxlade-Chamberlain zdominowało swoich rywali. Dość powiedzieć, że de Bruyne miał niemal tyle strat (12), ile cała trójka Liverpoolu razem wzięta (13).

Jeśli ten pressing działa, to przede wszystkim zabiera się możliwość prostopadłych podań City. Przypomnijmy porażkę Liverpoolu 0:5, co zrobił również Klopp w niedzielę. – Do czerwonej kartki Mane nasza gra wyglądała identycznie, jak dziś – powiedział po zwycięstwie. Ale wtedy po zejściu Senegalczyka zabrakło zawodnika do bardziej agresywnego, zindywidualizowanego pressingu. Liverpool zaczął bronić strefowo i nisko w 4-4-1 i… przy 1:0 Oxlade-Chamberlain nie zdążył do de Bruyne, przy drugim trafieniu Belg mógł stworzyć przewagę na skrzydle swobodnie dośrodkować, przy trzecim i czwartym kluczowe były prostopadłe podania, przy piątym Leroy Sane miał zbyt dużo miejsca na strzał z tzw. „strefy prawdy”.

A w niedzielę siły były wyrównane przez 90 minut, Liverpool mógł odpowiednio pressować, blokować linie podania i potem kontrować – tych kontr (przez InStat definiowanych jako ataki trwające mniej niż 30 sekund i poruszające się do przodu szybciej niż 2,6 metrów na sekundę) zresztą The Reds zaliczyli aż 34, najwięcej przeciwko Manchesterowi City odkąd szkoleniowcem jest Pep Guardiola. A City mieli problemy z ich przerywaniem, Klopp słusznie zauważył, że jego drużynie sprzyjała płynność gry, nie było taktycznych fauli rywali (tylko sześć przewinień, trzeci najniższy wynik w tym sezonie, średnia to dziesięć na mecz). Cała ofensywa (dwóch najbardziej wysuniętych środkowych pomocników, skrzydłowi i napastnik) Liverpoolu odzyskiwała piłkę 23 razy, ich rywale – tylko dziewięciokrotnie.

 

Zakończenie fenomenalnej serii City – bo to seria fenomenalna, przy rywalach znacznie mocniejszych niż ci, których miał Arsenal w swoim cudownym „niepokonanym” sezonie – wymagało czegoś wyjątkowego i trzeba przyznać, że ten przełom pierwszego i drugiego kwadransa po przerwie takim był. Trzy gole strzelone w tym czasie przez Liverpool to kwintesencja drużyn Kloppa. Trafienie na 2:1 to Wijnaldum i Oxlade-Chamberlain pressujący de Bruyne na własnej połowie z tym drugim szarżującym, podającym do Roberto Firmino. Gol na 3:1 – odzyskanie piłki przez przechwyt (21 na połowie City, rywale analogicznie – 8) Salaha, podanie do Mane i piękny strzał. W momencie pressingu Liverpool za linią środkową miał aż sześciu piłkarzy, City – pięciu! Trafienie na 4:1 to zebranie drugiej piłki i kapitalny przerzut Wijnalduma nad głowami Fernandinho oraz de Bruyna, prostopadłe podanie Salaha, wyjście Edersona i… naturalne zachowanie u Kloppa – pójście za piłką. Egipcjanin dał sobie szansę, po prostu. W tym kwadransie Liverpool zanotował aż 64% wygranych pojedynków nad City, miał osiem strzałów od 46. do 75. minuty, rywale tylko dwa.

golelfc

Nie ma przypadku w tym, że taki pokaz dał Liverpool, a nie którykolwiek z rywali City do tytułu mistrzowskiego w tym sezonie. Tottenham sam pozwolił się kontrować, bo nie grał tak agresywnie, ale już Chelsea, Arsenal i United oddali swoim rywalom pole. Pozwolili im grać, klepać, wbiegać w strefy i uderzać z sytuacji, które były łatwe. Jest i druga strona medalu: Guardiola mówiący o tym, że z tej porażki płynie tylko nauka. Ale jaka? Przed samym meczem najwięcej pisano o tym, jakim sposobem pokonać City, propozycji było wiele (The Times zrobił sondę pośród swoich dziennikarzy…), ale nawet gdy ktoś trafił i wskazał styl Liverpoolu, to nie widzę w Anglii zespołu, który byłby tak odważny, jak Klopp w swoim podejściu. Nawet u Mauricio Pochettino myśli w głowie są bardziej pragmatyczne, a też nie ma tak dynamicznych środkowych pomocników, co Niemiec.

Dlatego nauczką dla Guardioli nie jest szukanie sposobu na kontrę kontry – bardziej utrzymanie poziomu koncentracji, pewnej mentalności. Hiszpan miał rację powtarzając mediom, że porażka musi przyjść, że sezon bez niej City się nie zdarzy. Może nie tyle jej sobie życzył, ale był świadom jej nieuchronności i… większego wpływu pozytywnego, niż negatywnego, mając na uwadze choćby przewagę nad resztą stawki oraz klasę swoich piłkarzy. Przez pryzmat ostatnich spotkań (słabe pierwsze połowy z Burnley i Bristol City) można powiedzieć, że potrzebował bodźca – on na nich mocno opiera swój styl pracy z drużyną – który jeszcze rozwinie jego projekt w Manchesterze. Zwłaszcza w kontekście starcia z zespołem Kloppa nadaje to ich relacji, starciom wyjątkowości. Gdyby grali ze sobą częściej, cała Premier League rozwinęłaby się znacznie szybciej.

Życie na instynkcie

mzachodny

To może być najbardziej spektakularny występ napastnika w tym sezonie. W meczu z Maritimo Bas Dost zaliczył tylko 14 kontaktów z piłką – średnio jeden na sześć i pół minuty – wykonał ledwie sześć podań, w tym trzy celne, wygrał dwa pojedynki główkowe i miał jedno złe przyjęcie. No i wreszcie – Holender dla Sportingu Lizbona ustrzelił hat-tricka.

Dziwne jest życie napastnika, prawda? Zwłaszcza, że w poprzednich dwóch spotkaniach z Benfiką i Belenenses nie zdołał zaliczyć żadnego strzału. Walczył (w sumie 52 pojedynki), rozgrywał (48 podań), ale nie miał sytuacji. Wydawałoby się, że wedle statystyk to z Maritimo zrobił najmniej i… strzelił trzy gole. Dwukrotnie dokładając nogę do piłki przed (niemal) pustą bramką, raz dobijając strzał kolegi, gdy futbolówka po prostu spadła na jego głowę.

Wyczyn 28-letniego Holendra jest świetnym odzwierciedleniem losu dziewiątki w kontekście np. Alvaro Moraty. Na napastnika Chelsea spadła krytyka po meczu z Arsenalem, w którym miał i zmarnował trzy doskonałe okazje – za każdym razem sam na sam, dwukrotnie mając przewagę nad obrońcami. I w ramach „goli oczekiwanych” (xG) wypracował wynik (1.15) niemal równy temu, który osiągnęli wszyscy rywale (1.23).

Antonio Conte – w przerwach od wymiany uprzejmości z Jose Mourinho – bronił swojego napastnika. Najpierw tłumaczył, że dla napastnika najważniejsze są szanse, które Morata ma. Gdy pudłował ze Stoke, zaznaczał, że w pierwszym meczu z tym rywalem trafił trzykrotnie, więc bilans nadal ma dobry. Ostatnio przypominał, że to napastnik wciąż młody (25 lat i młody?), że ma dobre statystyki („Dziesięć goli i siedem asyst”, twierdzi Conte, choć… z trudem przychodzi doliczyć się tylu kluczowych podań w tym sezonie)… Ale przede wszystkim ma pecha.

Jak to: pecha? Gdy biegnie sam na sam z bramkarzem i źle przykłada stopę do piłki, to w przypadku napastnika należy mówić o braku szczęścia czy umiejętności? Odpowiedź wydaje się oczywista. Ale z dziewiątkami tak bywa, że wpadają w ruchome piaski: rozumiem to jako moment, w którym co by nie zrobili, to robią źle. A im więcej robią, to wykonują to gorzej, a ich kryzys się pogłębia.

No więc Morata się starał, biegał za każdą piłką, z Arsenalem miał pięć prób odbiorów, ośmiokrotnie podejmował się dryblingu, miał trzy kluczowe podania… Wszystko na nic, ocenę jego występu zdefiniują pudła. A przecież ta pierwsza sytuacja przypomina gola, którego strzelił jesienią w wyjazdowym meczu ze… Stoke – i wtedy trafił idealnie.

Może więc Morata powinien być bardziej jak Dost, gdy przyjdzie mu się mierzyć z Arsenalem już w środku tygodnia? A może musi wyłączyć myślenie, robić dalej wszystko tak, jak robił dotychczas i w końcu trafi? Bo trafić musi, prawda?

Morata trafiał wcześniej w sezonie, strzelał też w Madrycie i w Turynie, ponieważ ma coś dla napastnika kluczowego: instynkt. W tym kontekście przypomniał mi się wywiad, który ostatnio czytałem z byłym snajperem – uzbierał on 282 gole w trakcie 20-letniej kariery, jest ostatnim Anglikiem, który wygrał wyścig o „Złotego Buta”. Kevin Phillips, pamiętacie tego gościa?

„Mam wiele dyskusji o tym, czym jest instynkt – powiedział w wywiadzie dla „The Set Pieces”, który opublikował również „Guardian”. – Bardzo wierzę w to, że można się pod tym względem poprawić, ale patrząc na napastników Premier League z dawnych lat – Owena, Fowlera, Cole’a, Shearera – to każdy z nich strzelił większość ze swoich goli dzięki instynktowi. Zawodnicy tacy jak Thierry Henry mieli umiejętności, by przejąć piłkę z dala od bramki, okiwać rywali i w piękny sposób trafić do siatki, ale tamci piłkarze potrafili być w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie. Dla mnie to instynkt.”

„Większości z tego nie da się wytrenować, ale można stać się w tym lepszym. Można nauczyć zawodników wykonywania odpowiednich ruchów, biegania w konkretnych kierunkach, trzymania się linii spalonego, odpowiedniego timingu i pojawiania się we właściwych miejscach, ale czasem sam znajdowałem się w dobrej pozycji, choć tak naprawdę nie wiedziałem, jak to robiłem. Po prostu nagle tam byłem. Myślę, że z tym trzeba się urodzić.”

Philips przypomina również jeszcze jeden ważny dla jego kariery napastnika cytat: im ciężej pracujesz, tym więcej masz szczęścia. To z kolei skojarzyło mi się z rozmową Jakuba Białka z Jakubem Świerczokiem z Zagłębia Lubin na Weszlo.com. Drugi najlepszy strzelec spośród Polaków w 2017 roku podsumował te dwanaście miesięcy tak: „W przerwie zimowej rok temu nie miałem w ogóle wolnego. W pierwszej lidze przerwa była bardzo długa – trwała ponad miesiąc – ale ja w zasadzie codziennie trenowałem. Nie zrobiłem żadnej przerwy. Nie zdarzyło się ani razu, bym przez dwa dni z rzędu nie trenował. Wziąłem się za siebie. Bardzo pomógł mi Leszek Dyja, do którego zacząłem chodzić indywidualnie – tak naprawdę to on mnie przygotował fizycznie i motorycznie. Było to dla mnie kluczowe. Wcześniej brakowało mi kondycji. Bardzo się męczyłem na boisku – wiedziałem, co chcę zrobić, ale nie miałem siły, by to wykonać.”

Świerczok nie mówi dokładnie o instynkcie, ale używa zamienników: „łapać flow”, automatyzmy. I też widać po nim, że każdy gol jest efektem pracy: z psychologiem, ale też analitykami „Deductora”, którzy wskazują mu konkretne rzeczy do poprawki, czasem organizują treningi indywidualne. To napastnik, którego zawsze wyróżniał potencjał, zdecydowanie w danej sytuacji, umiejętność odnalezienia się i błyskawiczne podejmowanie decyzji. Po prostu należało to poprzeć czymś więcej niż tylko charakterem.

swierczok

W tej zbitce losów różnych napastników dorzucam jeszcze jednego, którego transfer w pierwszym tygodniu stycznia narobił przynajmniej w Polsce najwięcej hałasu: Eduardo da Silvy, który wiosną ma strzelać gole dla Legii. Zainteresowany nietypowym i ryzykownym transferem poszedłem sprawdzić na powitalną konferencję, czy zobaczymy piłkarza w wieku 34 lat już utykającego, może siwiejącego, z lekką nadwagą… Nic z tych rzeczy. Eduardo miał na badaniach medycznych zaskoczyć pracowników Legii swoją wydolnością, na spotkaniu z dziennikarzami wyglądał na może nieśmiałego, ale pewnego, że i w tym wieku może wrócić na wysoki poziom gwarantujący jemu i drużynie gole.

Bo przecież tego mistrzom Polski brakowało najbardziej: w całym 2017 roku zdobyli w lidze tyle bramek, ile Śląsk Wrocław (55), a jesienią najlepszym strzelcem był Jarosław Niezgoda z siedmioma golami. Tyle samo trafień zaliczył 34-letni Arkadiusz Piech, Adam Frączczak z ostatniej w tabeli Pogoni Szczecin, a nawet Michal Papadopulos z Piasta Gliwice, który wybitnym strzelcem nie był i nie będzie.

Legia od odejścia Nemanji Nikolicia i Aleksandara Prijovicia była pozbawiona tego instynktu. A obserwując Ekstraklasę trudno nie wysunąć wniosku, że do zrealizowania podstawowego celu większości drużyn (awans do grupy mistrzowskiej, ewentualnie: utrzymanie) wystarczy mieć skutecznego napastnika – nawet jeśli czasem po to „coś” trzeba sięgnąć do rezerw brazylijskiego pierwszoligowca, greckiej ekstraklasy czy na trzeci poziom w Hiszpanii. Tylko trzeba wiedzieć, czego się szuka.

 

Angielska sztuka sprowadzania na ziemię

mzachodny

Gdy czyta się niektóre reakcje na triumf angielskich młodzieżówek w mistrzostwach Europy i świata, to można złapać się za głowę. Zwłaszcza, gdy w podobnym, krytycznym tonie wypowiadają się selekcjoner seniorskiej reprezentacji i stały ekspert z głównego programu Premier League.

Pochwalę się: kupiłem sobie świetną książkę. Michael Calvin, jeśli chodzi o autorów piłkarskich należy do ścisłego topu i jego najnowszy tytuł "No Hunger In Paradise" do tej czołówki należy. Opowiada on o patologiach w szkoleniu w angielskim futbolu, pokazując jednak też pozytywne przykładu, wielkie akademie nie tylko wyrzucające wychowanków, ale też coraz bardziej o nich dbające. Mimo to Calvin podaje szokującą statystykę: na półtora miliona dzieci trenujących w zorganizowanych akademiach szansę na grę w Premier League ma tylko 0,012%.

Stąd oczywiście dyskusja po triumfach młodzieży, czy w ogóle któryś z talentów w przyszłości podbije rodzimą ligę i to w tych najlepszych klubach. O wątpliwościach w tym temacie napisałem - znów się pochwalę - w pierwszym tekście dla tygodnika Piłka Nożna, który od wtorku znajdziecie w kioskach. Spektrum jest bardzo szerokie, rozmowa wielowątkowa, ale postarałem się przedstawić również na czym konkretnie polegały zmiany w angielskim szkoleniu, że przyniosły takie efekty.

 

Tu jednak postanowiłem skupić się na innym wątku, który również w książce Calvina jest poruszany: szkolenie młodzieży to sport indywidualny. I oczywiście wyniki juniorskich kadr powinny cieszyć, są weryfikacją, ale... nie są wyznacznikiem przyszłości. Albo mogą być, lecz niekoniecznie w Anglii, o czym mówi ciekawie Sam Allardyce i... znów odsyłam do Piłki Nożnej.

Natomiast przyciągnęły moją uwagę komentarze najpierw Danny'ego Murphy'ego, jednego z ekspertów popularnego programu Match of the Day i selekcjonera reprezentacji Anglii, Garetha Southgate'a. - Ciesząc się z mistrzostwa wszyscy chłopcy obrócili koszulki tyłem do przodu, by na piersiach mieć swoje nazwiska, by cały świat widział kim są - dziwił się pierwszy z nich. - Taka jest natura współczesnego społeczeństwa, prawda? Zastanawiam się czemu to zrobili. Może to kwestia tej generacji, ale cieszę się, że wraz z trenerami po dyskusjach zdecydowaliśmy się na to wskazać. Nie chcemy uderzać w chłopców po ich zwycięstwie, ale pokora jest bardzo ważna - tłumaczył drugi.

 

Nie wiem jednak, czy starszyzna angielskiego futbolu - a może trenersko-ekspercka nowa fala? - nie postrzega kompletnie na opak tego typu zachowania. Owszem, jest to typowe dla tej generacji, jednak przy każdorazowym zaznaczaniu, że później młodzieży brakuje odpowiedniej mentalności do awansu na poziom seniorski... Przecież oni muszą być bardzo pewni siebie. Siebie - nie drużyny. Jako zespół przed kilkunastoma minutami pokonali w wielkim stylu Hiszpanię 5:2, choć po pierwszym fragmencie przegrywali dwiema bramkami. Wcześniej rozprawili się z Brazylią, nastrzelali ponad dwadzieścia goli... Zresztą zobaczcie jakich, bo wybrałem te wyjątkowe.

Murphy i Southgate nie dostrzegają chyba, że tak właśnie tworzą się charaktery, a też chłopcy sami wiedzą, że to możliwie ich jeden z niewielu momentów, by szeroka publiczność o nich usłyszała. Kibice też potrafią wywrzeć presję na klubach, trenerach, akademiach... Albo nie - zrobią to sami młodzieżowcy, właśnie tak przedstawiając się światu. - A w efekcie myślą o sławie na równi z byciem piłkarzem - kłóci się Murphy. - Ale fakt, że nie ma herbu Anglii na zdjęciach mówi o nich wiele - dodaje.

Z tym ostatnim się zgodzę, ale raczej świadczy to o nich dobrze. Jeszcze mają czas zrozumieć, że "ważniejszy od nazwiska na plecach jest to, co mają na piersi", lecz na razie muszą traktować się indywidualnie: nie patrzeć na innych, a na pewno nie poza meczami.

Kwestia polega na tym, że już po triumfach angielskiej młodzieży tamtejsze osobowości mają z tym tak banalny problem. Southgate i Murphy stworzyli z tego osobną dyskusję, która przykryła przez jakiś czas zwycięstwa... Wyszło to słabo, po prostu. Nawet jeśli swoje opinie starali się wyważyć, podkreślać znaczenie osiągnięć, to niesmak i tak pozostanie. Zanim w ogóle zaczęła się walka tych juniorów o wejście do pierwszych drużyn, już zostali ściągnięci od poziomu murawy. Może to strach przed odlotem następnej "złotej generacji"? Nawet jeśli, to uderzają w złym kierunku. Kiedyś, przy mniejszej liczbie obcokrajowców w klubach Premier League, to mogłoby być zasadne, ale teraz adresatem pretensji, a bardziej presji powinny być Chelsea, City, United i inni, którzy talenty produkują, ale na poziom średni, nie wyjątkowy.

© Zachodny do tablicy
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci